Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

4 listopada 2012

Ostatni skok lamparta

Ostatnio czuję się jak szczurek biegający w kółku, przebieram łapkami, przebieram, a kółko kręci się coraz to szybciej i czuję, że zaraz będę musiała wyskoczyć. Dla równowagi więc opowiem Wam o książce, która pozwoliła mi się zatrzymać, choć na krótką chwilę.

Giuseppe Tomasi di Lampedusa - nie byle kto, bo książę Palmy i Lampedusy - napisał w życiu jedną powieść. Pech chciał, że wydano ja dopiero rok po jego śmierci, więc nigdy nie dowiedział się, z jakim przyjęciem się spotkała. A uznano ją za arcydzieło i okrzyknięto najważniejszą włoską powieścią współczesną (niektórzy twierdzą, że to w ogóle jedyna prawdziwa włoska powieść) - doczekała się ponad stu wznowień w samych Włoszech, została też przetłumaczona na wiele języków. W 1963 r. (5 lat po pierwszym wydaniu) została zekranizowana przez Luchina Viscontiego, a film z jednej strony jeszcze bardziej rozsławił powieść, ale z drugiej, okrzyknięty również dziełem genialnym - nieco ją przyćmił.



"Il Gattopardo" - wydana po polsku początkowo jako 'Lampart", a ostatnio jako "Gepard" - opowiada o ostatnim wielkim potomku rodu Salina, a rozgrywa w drugiej połowie XIX w. W tle mamy gęsta atmosferę Sycylii oraz przemiany polityczne na niespotykaną skalę (to okres jednoczenia się księstw włoskich w jedno państwo), a na pierwszym planie księcia Fabrizio Salinę, głowę rodu z lampartem w herbie, przedstawiciela czasów, które właśnie nieubłaganie dobiegają końca

Nie będę tu streszczać akcji, zwłaszcza że nie ona była dla mnie najważniejsza. Najbardziej zachwycił mnie klimat powieści, nie wydarzenia. Życie na kartach książki toczy się wolno. Kobiety w szeleszczących sukniach zasiadają do herbaty. Książę spaceruje po ogrodzie. Jest czas, żeby zauważyć, jaka jest pogoda, powąchać dojrzewającą brzoskwinię. W życiu rodziny i w ich ojczyźnie mogą dziać się dramaty, ale ród Salina jest zbyt dystyngowany, żeby drzeć szaty i krzyczeć. Podczas czytania przypominał mi się film, który zachwycił mnie jakiś czas temu, zatytułowany "Jestem miłością", nawiasem mówiąc, też włoskie dzieło i ponoć do "Lamparta" porównywane (kiedy go oglądałam, jeszcze powieści nie znałam, więc niewiele mi to mówiło). Podobieństwo nie polega tylko na tym, że oba mówią o zamożnych rodzinach i o końcu pewnej epoki, ale także na tym doskonałym uchwyceniu każdej chwili, zatrzymaniu w kadrze drobiazgów, na które nie zwraca się uwagi w codziennym pośpiechu - filiżanka herbaty, kropla na szybie, spojrzenie rzucone z ukosa, stłumiona emocja, którą można dostrzec za lekkim skrzywieniem ust (ale kto normalnie ma czas zauważyć?). Bardzo jestem ciekawa ekranizacji Viscontiego, czy podtrzymał w filmie ten sposób narracji, czy skupił się raczej na akcji - np. pojawieniu się w rodzinie pięknej Angeliki, córki dorobkiewicza, dla której dawniej progi pałacu książąt byłyby za wysokie, ale cóż - czasy się zmieniają... Film na pewno obejrzę, a książkę polecam.




20 października 2012

Czytam klasykę! - "Stryj Silas" Joseph Sheridan Le Fanu

Pora na kolejny (po "Mnichu") romans z wiktoriańską powieścią grozy. Czytać skończyłam wczoraj, ale nadal nie mogę przestać się zachwycać.
Dostałam coś innego niż oczekiwałam, bo przyznam, że spodziewałam się jakichś elementów nadnaturalnych, ale w tym wypadku "inne" oznacza "lepsze".

Joseph Sheridan Le Fanu kojarzył mi się tylko z "Carmillą" - skandalizującą (jak na swoje czasy, czyli drugą połowę XIX wieku) opowieścią o lesbijskiej wampirzycy. Nic dziwnego, że podejrzewałam także poczciwego 'stryjka' o obecność duchów, wampirów i innych dziwadeł, którymi się ludzie wtedy lubili straszyć. Nic z tego. "Stryj Silas" to kawał świetnej, całkowicie realistycznej, powieści wiktoriańskiej, której bliżej do dzieł Willkiego Collinsa niż Poego. Książka jest przyjemnie opasła, akcja toczy się leniwie, ale nastrój czającego się za rogiem niebezpieczeństwa nie opuszcza czytelnika ani na chwilę.

Główna bohaterką jest młodziutka Maud Ruthyn, dziewczę z bogatej rodziny, dość wrażliwe i nerwowe. Wychowywana została na odludziu, w domu,  w którym jedynym jej towarzystwem jest służba i wiekowy ojciec. Jednostajna egzystencja zostaje jednak przerwana najpierw przybyciem ekscentrycznej francuskiej guwernantki, a później przymusową przeprowadzką do domu tytułowego stryja Silasa. Na stryjku ciąży ponure podejrzenie, jakoby w młodości dopuścił się zbrodni, o czym przy wszystkich dobrych chęciach Maud nie potrafi zapomnieć. Zwłaszcza że gdyby zmarła przed ukończeniem 21 roku życia, cały jej majątek przypadłby stryjowi...

Nie chcę opisywać zbyt wiele, żeby nikomu nie odbierać przyjemności z lektury. Polecam wszystkim wielbicielom powieści wiktoriańskich, zwłaszcza tym, którzy lubią klimat "Kobiety w bieli" W. Collinsa oraz fanom powieści gotyckiej. Oczywiście - to jest powieść XIX wieczna, więc sposób prowadzenia fabuły jest specyficzny. Dla mnie to zaleta, ale czytelnicy wychowani na Kingu i Mastertonie, których skuszą sceny błądzenia po ciemnych korytarzach wielkiego domostwa (są i takie), niech wezmą to pod uwagę. Nie biorę odpowiedzialności, ale polecam gorąco ;)

Joseph Sheridan Le Fanu, Stryj Silas, Prószynski i Ska 1998.

12 marca 2012

Edukacja Helenki

Słyszałam o dydaktyzmie Zofii Urbanowskiej, oglądałam romansową okładkę z serduszkiem (ohydną, swoją drogą) i byłam pełna jak najgorszych przeczuć co do lektury. Tymczasem "Księżniczka" okazała się przemiłą niespodzianką. W swoich czasach zresztą była "bestsellerem" i nawet przetłumaczono ją na język francuski. Chętnie czytałabym więcej takich polskich perełek. Jane Austen i siostry Bronte wielkimi są, ale na Anglii świat się nie kończy, a polskie panienki XIX-wieczne też miewały ciekawe żywota ;)

Zofia Urbanowska
Księżniczka 
1886

Bohaterka książki, siedemnastoletnia Helenka, wychowywała się w bogatym domu. Śliczna jak obrazek dziewczyna ma dobre serce, ale przyzwyczajona jest do zbytków i zaspokajania zachcianek. Jej matka to wzór arystokratki, kobieta, której ulubionym zajęciem jest siedzenie w pozie omdlałej na szezlongu, a w swej córce wytrwale pielęgnuje ów uroczy "rys słabości", który jej zdaniem jest główną ozdobą dziewczyny. Ojciec to człowiek dobry, ale niepotrafiący gospodarować pieniędzmi, których zawsze miał pod dostatkiem. Dobre serce i nieumiejętność odmowy wpędzają go w końcu w poważne długi. Rodzina staje na skraju bankructwa.

Helenka, dotąd żyjąca głównie myślą o balach, na których właśnie zaczęła bywać, staje nagle w obliczu nieuniknionej nędzy. Matka ma dwie białe, delikatne i lewe rączki, ojciec jest stary i schorowany, a ratunku szuka w modlitwie. Helenka musi zakasać swoje muślinowe rękawki i wziąć się do pracy.

Jako "panna sklepowa" trafia do firmy ogrodniczej i domu rodziny Radliczów. Dom ten w niczym nie przypomina jej własnego. Rodzina nazywana jest przez Helenkę szyderczo "kwakrami" - ze względu na skromny i prosty styl życia. Powoli jednak rozpieszczona panienka dostrzega pielęgnowane przez Radliczów wartości i rozpoczyna długi a zwłaszcza nader bolesny proces wewnętrznej przemiany.

Obawiałam się ciężkiego przypadku romansu, ale wątek miłosny występuje tu na bardzo dalekim planie. Główną rolę odgrywa przemiana bohaterki oraz zmagania z ciężką sytuacją finansową. Walka Helenki o uratowanie rodziców przed bankructwem naprawdę wciąga. W dodatku historia pracy bohaterki nad własnym charakterem jest psychologicznie prawdziwa - żadne tam hop siup, tylko pot, łzy i wewnętrzny bunt. Poza samą fabułą powieść jest po prostu ciekawym obrazkiem obyczajowym Polski okresu rozbiorów, a także stosunków polsko-niemieckich. W dodatku to zdecydowanie pozytywistyczno-feministyczne dzieło, podkreślające rolę kobiet w społeczeństwie, a także konieczność kształcenia tychże w czymś więcej niż śpiew i haft. Książka Urbanowskiej niewątpliwie ma pełnić rolę edukacyjną, zresztą została napisana na konkurs "Tygodnika Ilustrowanego" na powieść ukazującą obraz i wzór "dojrzałej kobiety, a kobieta przedstawiona być miała na polu właściwego jej działania w rodzinie lub poza jej obrębem". Abstrahując jednak od nauk płynących z lektury, sama fabuła jest wyjątkowo wciągająca, styl uroczy, a przekazywane nauki niezmiennie aktualne.

Zachęcam gorąco i samej sobie życzę podobnych literackich odkryć.

A na koniec minimalistyczny cytacik:

"Wzrosłaś w atmosferze zbytku i nie masz pojęcia o poprzestawaniu na małym - a jednakże ono czyni ludzi szczęśliwszymi, bo im daje większą swobodę. Człowiek, nie mogący się obejść bez wielu rzeczy, staje się rzeczywiście ich niewolnikiem. Im więcej potrzeb, tym większa niewola." (s. 39)

Recenzja ukazała się także na blogu "Klasyka Młodego Czytelnika", ale jest to dobra lektura dla ludzi w każdym wieku.

17 stycznia 2012

Sanditon

To już ostatnia z nieukończonych powieści Jane Austen. Tym razem pisarka nie porzuciła prac z własnej woli - przerwała je śmierć. Pisanie rozpoczęła w styczniu 1817 r., zmarła w lipcu. Początkowo książka nosiła tytuł The Brothers (Bracia), dopiero później rodzina Jane Austen zmieniła go na Sanditon.

Sanditon to nadmorskie angielskie miasteczko, które za sprawą starań kilkorga z mieszkańców ma się przekształcić w kurort. Na razie nie przynoszą one wielkiego efektu i turystów jest raczej niewielu. Jedną z przyjezdnych osób jest młoda panna Charlotta - główna bohaterka książki - która trafiła do Sanditon właściwie przypadkiem, a gości u rodziny Parkerów.

Rzecz jasna, szykuje się jakiś romans - jako głównego amanta obstawiam Sidneya Parkera - ale poza tym Sanditon jest książką bardzo oryginalną. Zamiast skupienia się na rodzinie, mamy obraz całego miasteczka i jego mieszkańców. Pojawia się wśród gości panna, która jest Mulatką z zachodnich Indii. Na główny plan wysuwa się satyryczny obraz społeczeństwa. Mamy doskonale oddanego pana Parkera, zafiksowanego na swojej dość utopijnej misji przekształcenia Sanditon w uzdrowisko. Jego dwie siostry to rozkoszny przykład hipochondryczek, a najmłodszy brat - lenistwa i samopobłażania. Większość bohaterów narysowana jest bardzo odważną kreską. Sama Charlotta zaś, jak zwykle subtelna i urocza, jest jednak z gatunku panien raczej rozsądnych niż romantycznych.

Powstało wiele kontynuacji rozpoczętego Sanditon, z których najbardziej znana jest chyba wersja Marie Dobbs - ukazała się jako Sanditon, by Jane Austen and "another lady. W Polsce wydało ją wyd. Prószyński i ska w 1999 r. Tym razem chyba się złamię i sięgnę po nią, jeśli uda mi się znaleźć w bibliotece.

12 stycznia 2012

Kokietka

Bardzo podoba mi się ta okładka, bo idealnie oddaje szkicowy charakter tej pierwszej powieści Jane Austen. Lady Susan powstała ok. 1795 r. i za życia autorki nie została opublikowana. Jako kolejne Austen stworzyła w latach 1795-1799: Elinor i Marianne, Pierwsze wrażenia i Susan, które później dopracowała i wydała pod tytułami: Rozważna i romantyczna (w 1811), Duma i uprzedzenie i Opactwo Northanger*.

Powieść ta jest bardzo nietypowa dla Austen.

Po pierwsze - bohaterka.
Zamiast młodego, uroczego dziewczęcia, któremu czytelnicy gotowi są kibicować, mamy wyrachowaną kokietkę, w wieku ok. 35 lat, matkę nastoletniej córki, ale nadal piękną i powabną. Kobieta ta, niedawno owdowiała, bynajmniej nie pogrąża się w rozpaczy po śmierci męża, ale spiskuje, intryguje i korzysta ze wszystkich uroków życia. Zatrzymuje się u rodziny zmarłego męża, gdzie próbuje uwieść brata pani domu, nie bacząc na to, że ma już jednego kochanka. Swoją córkę, Fryderykę - słodką choć zahukaną szesnastolatkę, której nie kocha - stara się wydać bogato za mąż. Protesty córki, która nie znosi swego przyszłego narzeczonego, zupełnie jej nie obchodzą.

Po drugie - forma.
Powieść ma formę epistolarną, całej historii dowiadujemy się z listów wymienianych między bohaterami fabuły - Lady Susan, jej przyjaciółki, jej szwagierki, rodziców tejże szwagierki i innych. Przypominało mi to lekturę "Niebezpiecznych związków", zwłaszcza biorąc pod uwagę charakterek bohaterki. Dobrze się czytało, chociaż początkowo nie mogłam się połapać w ogromnej liczbie panów i pań de Courcy oraz panów i pań Vernon. Minus - taka forma nie pozwoliła pisarce na rozwinięcie swego największego daru - obserwacji. Styl listów dostosowany jest do światopoglądu osoby piszącej, trudno więc oczekiwać w nich typowych dla Austen smaczków życia codziennego i błyskotliwych charakterystyk. Niemniej przewrotny charakter głównej bohaterki został świetnie oddany dzięki konfrontacji listów pisanych przez nią samą i obserwatorów jej zachowania.

Po trzecie - treść.
Przyznam, że zaskoczyły mnie w tej książce wymieniane wprost zdrady, romanse pozamałżeńskie, rozwody i związki z wyrachowania. Niby w innych książkach też można się doczytać podobnych treści (multum ślubów dla pieniędzy, seksu przedmałżeńskiego, znaczy tych... 'uwiedzeń'..., a w rezultacie i nieślubnych dzieci), ale wszystko to jest bardziej w tle, nie dotyczy bezpośrednio głównych bohaterek. Tutaj natomiast wskakujemy w sam środek bałaganu - lady Susan uwodzi nie tylko żonatego mężczyznę dla siebie, ale też cudzego narzeczonego, którego następnie chce ożenić z własną córką...

Ciekawa, choć niestety krótka lektura - polecam wielbicielom talentu Jane Austen.

* Wg Wikipedii.

12 grudnia 2011

KLASYKA MŁODEGO CZYTELNIKA

Lands Of Enchantment - Boy Reading Age Of Chivalry
Norman Rockwell (1894–1978)

Dziecko czyta inaczej
Pamiętam z dzieciństwa targowanie się z mamą o to, ile stron mogę przeczytać przed zgaszeniem światła. Zgadzałam się na 10, a potem połykałam dwadzieścia... Nie łamałam zasad złośliwie. Po prostu po otwarciu książki tonęłam w akcji do tego stopnia, że traciłam kontakt z rzeczywistością. Z Mary Poppins spacerowałam po parku, z Łucją przechodziłam przez szafę do Narnii, z doktorem Dolittle rozmawiałam ze zwierzętami, ze Stasiem i Nel przedzierałam się przez Afrykę, z Sarą marzłam i głodowałam na poddaszu pensji panny Minchin. Coraz częściej uświadamiam sobie z żalem, że teraz nie potrafię już całą sobą oddać się lekturze. Kiedyś każda książka to był nowy świat. Teraz powieść to tylko coś wykreowanego przez człowieka, tak samo omylnego jak ja. Czepiam się stylu, bohaterów, zakończenia. Już nie akceptuję ich bezkrytycznie, jak dawniej. Jasne, dorosłam, zmądrzałam i nie ma powrotu do dzieciństwa. Ale możliwy jest powrót do dziecięcej literatury...

Lubię spisywać listy
Kiedy zaczęłam moją akcję czytania klasyków, spisałam listę pozycji do przeczytania (dostępną dla wszystkich tu). Świadomie nie uwzględniłam w niej klasyki literatury dla dzieci. Teraz jednak nabrałam na nią ogromnej ochoty. Zabrałam się z zapałem za tworzenie nowej listy (uwielbiam to ;) ) i... okazało się to nie takie proste.

Trudna kwestia kanoniczna
Co właściwie decyduje, że książka należy do kanonu? Czy to, że jest znana w wielu krajach? To, że jest stara i sporo pokoleń się na niej wychowało? Moja lista sięgnęła 25 stron objętości (!), bo okazało się, że większość pisarzy tworzących dla dzieci była niesamowicie płodna. Chyba tylko Anna Sewell, autorka książki Black Beauty, napisała jedną jedyną książkę. Większość ma na swoim koncie po kilkadziesiąt, a niektórzy nawet ponad 100 pozycji! Spróbowałam wprowadzić jakieś radykalniejsze kryteria, ale nie potrafię. Lista będzie gigantyczna, ale znajdą tam miejsce zarówno autorzy znani w wielu krajach, jak i ci mniej znani, ale nagradzani prestiżowymi nagrodami*, a także zapomniani, ale w dawnych czasach niezwykle poczytni. Oczywiście nie wpisuję na nią każdej książki napisanej przez autora - w przypadku płodniejszych ograniczam się o tych najbardziej znanych dzieł, a często tylko do polskich tłumaczeń. 

Czy Harry Potter to już klasyka?
Druga kwestia to zakres czasowy - czy 'klasyki' to tylko powieści stare? Jeśli tak, to sprzed ilu lat? Ja będę się upierać, że Harry też jest klasyką. Można go nie lubić, ale trudno odmówić mu ogromnego wpływu na współczesną kulturę i dziecięce umysły. Dlatego na mojej liście znajdą się pozycje wydane do końca XX w., a późniejsze tylko jeśli są kontynuacjami (czyli kolejne tomy Harrego, Serii Niefortunnych Zdarzeń itp.).

Dręczeniu zwierząt mówimy nie
Zdumiewa mnie nieprawdopodobna liczba książek opowiadająca o biednych dręczonych zwierzątkach, zwłaszcza zaginionych pieskach. Nic na to nie poradzę, ale żywiołowo ich nie znoszę. Najbardziej znienawidzona przeze mnie w dzieciństwie książką był Biały Bim, czarne ucho, a zaraz po niej plasował się Roczniak. Na mojej liście się znajdą, ale nie zamierzam do nich wracać.

Co czytały dzieci dawno dawno temu?
Kiedy pierwszy raz czytałam Jane Eyre zastanawiało mnie, dlaczego jako mała dziewczynka ogladała "Historię ptaków brytyjskich" zamiast książeczki dla dzieci. Odpowiedź przyszła teraz - dawniej literatury dla dzieci była bardzo mało, a jeszcze dawniej nie było jej wcale! Pierwsza powieść anglojęzyczna skierowana do dzieci to, wg Wikipedii, The Governess, or The Little Female Academy, napisana przez Sarah Fielding (siostrę Henry'ego Fieldinga) w 1749 r. 

Wcześniej istniały oczywiście baśnie i bajki, opowiadane dzieciom przez niańki i piastunki. Później pojawiły się książki z bajkami - autorstwa La Fontaine'a, Perraulta i Madame d'Aulnoy (XVII w.), ale niekoniecznie były one kierowane do małych czytelników. La Fontaine pisał dla dorosłego odbiorcy, chociaż oczywiście czytelnicy uznali, że jego dzieło jest, za sprawą licznych morałów, znakomitym narzędziem do edukacji dzieci. 30 lat po nim wydal swoje baśnie Perrault, kierując je już do dzieci (może dlatego, że po śmierci żony sam wychowywał kilkoro). Opublikowane w tym samym roku baśnie Madame d'Aulnoy były natomiast przeznaczone do opowiadania w salonach - nie nadawały się dla uszu dzieci...

W XVIII w. było już nieco lepiej, na samym początku pojawiło się w Europie tłumaczenie Baśni z tysiąca i jednej nocy. Młodzież nadal jednak czytywała książki pisane do dorosłego czytelnika. Triumfy święcili: Robinson Crusoe i Guliwer. Wiek XIX rozpoczął się brawurowo od Bajek dla dzieci braci Grimm, a potem było już tylko lepiej... Oczywiście, nadal wiele książek pisanych było bez podziału na grupy wiekowe - Juliusza Verne, Dickensa i Dumasa czytywali wszyscy. Ale literatura typowo dziecięca wreszcie rozkwitła. Zaczęły powstawać książki dla dziewczynek i książki dla chłopców, książki dla maluchów i dla "młodych dorosłych". Liczba książek dla dzieci napisanych w XX wieku przyprawia o zawrót głowy - a raczej przyprawiłaby, gdyby ktoś się podjął liczenia. A ostatnio, na początku wieku XXI, coś się zaczęło psuć...

Chyba się starzeję
Mam wrażenie, że ostatnio książki dla dzieci zatraciły swoją magię. Oglądam książki dla maluchów i albo mamy tam komercyjne pozycje w rodzaju Barbie tańczącej na lodzie, albo edukacyjne książeczki o przezwyciężaniu strachu przed przedszkolem, tudzież ekstrema o kupie i robalach. Na pewno są bardzo przydatne (pomijam te z Barbie), ale... hmmm, jakoś trudno uwierzyć, że dziecko będzie je po latach wspominać z rozrzewnieniem.
Podrośnięta latorośl z kolei wpada w łapy, przepraszam, w objęcia urodziwych wampirów, upadłych aniołów, nawróconych demonów i innych stworów. Co książka, to kalka. 
Może się zestarzałam i nie potrafię docenić współczesnych pozycji. A może po prostu publikuje się tak dużo, że wartościowe książki giną w natłoku, zwłaszcza w obliczu nachalnej promocji tego, na czym da się zarobić.

Bunt
Ja w każdym razie czuję opór i uzewnętrznia się on w chęci powrotu do starych dzieł. Lista klasyki dla młodego czytelnika (także - młodego duchem) niedługo się pojawi w osobnej zakładce, ale o tym - w kolejnym wpisie.

* O nagrodach dla książek dla dzieci możecie poczytać tu:

2 grudnia 2011

Czytam klasykę! - Paryż namalowany

Wiktor Hugo
Katedra Marii Panny
w Paryżu
fr. Notre-Dame de Paris
1831








Przez pierwsze 50 stron powieści czułam głównie narastające zdziwienie...

Po pierwsze, czytałam dotąd tylko "Nędzników" tego autora i była to niezwykle wciągająca powieść z wartką akcją. Mniej więcej tego samego oczekiwałam więc po "Katedrze...". I się zadziwiłam. Fabuła zamiast biec linearnie, od wydarzenia do wydarzenia, krąży. Nie chronologicznie, ale geograficznie. Dokładniej mówiąc - krąży po Paryżu. Odwiedzamy jakiś budynek, obserwujemy, potem zaglądamy w jakiś zaułek, podglądniemy co się dzieje, przeniesiemy się do kościoła, popatrzymy... Biegają żacy, krążą mieszczki, hałas, gwar, plotki... Tańcząca cyganeczka wzbudza oklaski, mały pokrzywiony brzydal - okrzyki wstrętu, ponury kapłan - cichą niechęć. Zwiedzamy miasto, zaglądamy nie tylko do tytułowej katedry, ale i do zamtuzów, w dzielnice żebraków, do schronienia pustelnicy. Dopiero po dłuższym czasie z tych wszystkich obrazków rodzajowych i podsłuchanych rozmów zaczyna budować się pewna historia...

Po drugie, o losach brzydkiego Garbusa i ślicznej Esmeraldy miałam dotąd dość disneyowskie wyobrażenie. Co prawda nie oglądałam bajki, ale coś mi się tam w głowie zakorzeniło. Po przeczytaniu książki naprawdę nie wiem, w jaki sposób tragiczne losy bohaterów udało się Disneyowi zamienić w bajkę dla dzieci. Wszyscy w tej książce są nieszczęśliwi, targani emocjami, nad którymi nie potrafią zapanować, i dążą nieubłaganie do okrutnego końca. Przyznam, że finał książki zupełnie mnie zaskoczył - nie tego się spodziewałam!

Czytanie książki napisanej w ten sposób zajęło mi dość dużo czasu. Czytając, popadałam to w znudzenie, to w zachwyt. Niemal pokonała mnie księga trzecia (powieść podzielona jest na 11 ksiąg, a każda księga składa się z kilku rozdziałów), która jest w całości opisem Paryża i katedry - ani grama akcji. Przyznam, że po prostu opuściłam ten fragment... Hugo starannie się przygotował do roli przewodnika po średniowiecznym Paryżu, studiując dzieła opisujące to miasto w XV w. Zamierzał stworzyć "malowidło Paryża w XV wieku" i to mu się udało, bo nawet bez drobiazgowych opisów trzeciej księgi Paryż jest właściwie głównym bohaterem. Po lekturze zostaje w pamięci mnóstwo scenek idealnie nadających się na obrazy... Jeśli chodzi o wydarzenia historyczne - Hugo potraktował je swobodnie, zmieniając daty i nazwiska, więc pod tym względem nie należy traktować "Katedry..." jako podręcznika.

Na zakończenie kilka pięknych starych ilustracji do "Katedry...":

Budynek sądu (Charles-François Daubigny, 1844)
Papież błaznów (Edouard de Beaumont, 1844)

Quasimodo ratujący Esmeraldę (Aimé de Lemud, 1844)



I fotografia tytułowej bohaterki:

 

14 października 2011

Czytam klasykę - W pogoni za diamentem


Pierwsza powieść kryminalna w historii literatury, Kamień księżycowy (The Moonstone), to majstersztyk. Wiedziałam już wcześniej, na co stać Wilkie Collinsa, bo bardzo podobała mi się jego Kobieta w bieli, ale dopiero teraz jestem zupełnie pewna, że chcę przeczytać wszystko, co napisał.

Mimo rozsadzającego mnie entuzjazmu nie będę wszem i wobec zachęcać do czytania Collinsa. Jeśli ktoś ma ochotę na odrobinę lżejszej klasyki, jeśli lubi powieści XIX-wieczne, to gorąco polecam. Tym, którzy lubią czytać kryminały współczesne, wcale nie musi przypaść do gustu. W tej powieści o kradzieży diamentu bowiem będzie co prawda sprytny detektyw, ale taki, który najbardziej zainteresowany będzie hodowlą róż. Będzie trup, ale braknie gorączkowego śledztwa w sprawie wyjaśnienia zbrodni. Będzie tajemnica, ale nie spędzi snu z powiek ani bohaterom, ani czytelnikowi.

Będą też jednak: doskonale sportretowane angielskie społeczeństwo epoki kolonializmu, rozkoszna satyra, inteligentna intryga, doskonałe portrety bohaterów pierwszo- i dalszoplanowych i fascynująca wielowątkowa historia opowiadana na wiele głosów.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od wielkiego żółtego diamentu, który tkwił w posągu bóstwa w pewnej hinduskiej świątyni. Bezcenny dla hindusów, ale z konkretną ceną dla pewnego pazernego Brytyjczyka. Na skutek wydarzeń, których nie będę tu streszczać, diament znalazł się w Anglii. Klejnot miał fatalną reputację, uważano, że hinduscy strażnicy świątyni podążają jego tropem i nie zawahają się przed niczym, by go odzyskać. Wreszcie w spadku otrzymuje go młoda i urocza arystokratka, niejaka panna Rachela. Dziewczyna jest zachwycona jego urodą - jednak tej samej nocy kamień znika. Ponieważ nie było możliwe, by ktokolwiek dostał się z zewnątrz do domu, podejrzani są wszyscy nocujący wewnątrz. Najdziwniejsza jest jednak reakcja samej poszkodowanej - panna Rachela gwałtowanie odmawia współpracy przy poszukiwaniach diamentu...

Powieść ma nietypową, pamiętnikowo-epistolarną budowę. Świadkowie istotnych wydarzeń, związanych z losami diamentu, zostali poproszeni o spisanie dokładnej relacji. Wszystkie te relacje ułożone w porządku chronologicznym pozwalają poznać czytelnikowi burzliwą historię kamienia księżycowego. Książka zaczyna się od krótkiej historii wyjaśniającej, w jaki sposób diament opuścił hinduską świątynię, po czym przenosi się do posiadłości Lady Verinder, gdzie głos otrzymuje stary lokaj, Gabriel Betteredge. Następnie relację przejmuje Drusilla Clack, kuzynka panny Racheli, dewotka i stara panna, a później kolejni bohaterowie, m.in. ukochany Racheli, a także pewien lekarz, prawnik, detektyw...

Collins miał ogromny dar plastycznego odmalowywania postaci i wszyscy bohaterowie Kamienia księżycowego byli dla mnie żywi. Stary Betteredge, od czasu do czasu opętywany przez gorączkę detektywistyczną, ze swoim uwielbieniem dla Robinsona Crusoe - książki, która była jego alfą i omegą. Uzależniony od opium, odrzucany przez wszystkich, Ezra Jennings. Drusilla Clack, sportretowana cudownie złośliwie, z istnymi fajerwerkami humoru (scena podrzucania broszurek religijnych - bezcenna). Żałuję tylko, że z audiobooka nie da się przepisać co trafniejszych cytatów.

Audiobook, nawiasem mówiąc, został fantastycznie nagrany. Każdą relację czyta inny lektor - brawa za ten zabieg. Największe brawa dla lektorki czytającej relację panny Clack za świetną interpretację. Jest niestety jedno ale... Byłoby dobrze, gdyby lektorzy przed nagraniem nauczyli się czytać angielskie nazwiska, a najlepiej jeszcze uzgodnili wymowę między sobą. Ponieważ tego nie zrobili, jeden lektor robił lekko zakamuflowaną przerwę na namysł przed każdym nazwiskiem, a drugi czytał je w sposób autorski, czyniąc z nich twory nie do rozpoznania. Proste w wymowie nazwisko panny Racheli - "Verinder" - odczytywał w taki sposób, że zwątpiłam, czy mowa nadal o tej samej bohaterce...

Wilkie Collins
Kamień księżycowy
czytają: Halina Łabonarska, Henryk Drygalski, Ryszard Nadrowski, Marek Prałat
Długość: 23 godz. 52 min.

4 października 2011

Zapomniana siostra

Jak to możliwe, że polskie wydawnictwa tak po macoszemu traktują siostry Bronte?! "Jane Eyre" i "Wichrowe wzgórza" to nie wszystko. "Vilette" była bardzo trudno dostępna, wreszcie w 2008 r. wznowienie wydał Świat Książki (nie wiem, ile było wcześniejszych wydań, ale ja "Vilette" czytałam po polsku przed 2008, więc jakieś być musiało). "Shirley" szczęśliwie właśnie się ukazała w Wydawnictwie MG, co budzi u mnie nieśmiałą nadzieję, że tej łaski doczeka się także "Professor". Co jednak z najmłodszą z sióstr, Anną? Stworzyła tylko dwie książki, a jednak nadal żadna nie została przetłumaczona.

Kilka lat temu czytałam po angielsku pierwszą powieść Anny Bronte "Agnes Grey" - i pamiętam to jako drogę przez mękę. Nie ze względu na treść, tylko stopień trudności przy czytaniu oryginału przekroczył moje zdolności. Współczesne mogę czytać bez problemu, ale przy dziełach XIX wiecznych to orka, znacznie zmniejszająca przyjemność. Tak, wiem, że to kwestia praktyki, ale naprawdę nie obraziłabym się, gdybym miała możliwość sięgnięcia po tłumaczenie.

Wspomnienia męczarni przy "Agnes Grey" jakoś zniechęcały mnie do sięgnięcia po oryginał drugiej i ostatniej powieści tej Autorki "The Tenant of Wildfell Hall". Niby oryginalna wersja jest bez problemu dostępna online, ale czytanie po obcemu i to jeszcze z ekranu... Lenistwo zwyciężyło. Ale powieść kusiła, bo okrzyknięto ją najbardziej szokującą w dorobku sióstr. Po śmierci Anny jej siostra, Charlotte, powstrzymała wznowienie książki, ponieważ Anna opisała w niej ich jedynego brata, Branwella. W bardzo realistyczny sposób.

No i skończyło się na działaniu, którego zwykle się wystrzegam, czyli na obejrzeniu ekranizacji. Jeżeli powieść jest w połowie tak dobra jak film (a podejrzewam, ze jest lepsza - wnioskując z ekranizacji innych powieści sióstr Bronte), to ja muszę, po prostu muszę ją przeczytać. I spróbujcie mnie powstrzymać ;)

 

Ponoć Anna była obdarzona najmniejszą fantazją - jej książki najmocniej są oparte na rzeczywistych wydarzeniach. Żyła tylko 29 lat, a większość życia spędziła zamknięta na plebanii, a jednak ze swych skromnych przeżyć potrafiła zbudować aż dwie świetne powieści. W przeciwieństwie do romantycznych i emocjonalnych tworów swoich sióstr, były one nie tylko realistyczne, ale też bardzo krytyczne wobec rzeczywistości. "Agnes Grey" powstała na podstawie niezbyt przyjemnych doświadczeń Anny jako guwernantki. "The Tenant of Wildfell Hall" został niechlubnie zainspirowany przez Branwella, jedynego brata sióstr Bronte, które nie spełniając pokładanych w nim ufnie przez rodzinę oczekiwań, pod koniec życia pokazowo stoczył się w pijaństwo i rozpustę.

Bohaterka książki, Helen Huntingdon, jako niedoświadczona panienka wybrała sobie za męża uroczego bawidamka. Jej małżeństwo okazało się piekłem przemocy, zdrad i alkoholizmu. Żeby ratować małego synka przed zgubnym wpływem ojca, Helen decyduje się potajemnie uciec z domu wraz dzieckiem. Wynajmuje tytułowe Wildfell Hall, gdzie żyje stroniąc od ludzi. To, że żyje samotnie i wyraźnie nie chce zaprzyjaźnić się z sąsiadami, wystarcza, by obudzić wśród nich wrogie uczucia. Znajdzie obrońcę w przystojnym Gilbercie Markhamie, jednak i on nie znając przeszłości Helen, gotów jest dać wiarę zacieśniającemu się wokół niej kręgowi podejrzeń.


Teraz nie wydaje się to oczywiste, ale kiedy "The Tenant of Wildfell Hall" ukazał się w roku 1848, odejście bohaterki powieści od męża było gigantycznym skandalem. Nieistotne, jak zły był mąż, przysięga małżeńska wiązała na zawsze. Ucieczka Helen była nie tylko obrazą moralności, ale wykroczeniem przeciw prawu. Mąż miał prawo zażądać powrotu żony, jeśli ta próbowała zamieszkać oddzielnie. Zabranie ze sobą dziecka było równoznaczne z porwaniem. Cały majątek żony należał do męża - po ucieczce Helen utrzymywała się ze sprzedaży malowanych przez siebie obrazów, jednak według prawa ten zarobek był również własnością męża, więc można powiedzieć, że go w ten sposób okradała*.  Anna nie przedstawiła jednak swojej bohaterki jako jawnogrzesznicy, a jakby tego było mało, z ust postaci drugoplanowej padają hasła, że powołaniem kobiety nie jest służenie mężczyźnie.

O ile "Agnes Grey", wydana równocześnie z napisanymi przez Emilię "Wichrowymi wzgórzami", została przez nie zepchnięta w cień, o tyle "The Tenant of Wildfell Hall" okazał się oszałamiającym sukcesem - w 6 tygodni wyprzedano nakład. Rok po ukazaniu się powieści Anna zmarła na gruźlicę. Charlotte, jak wspomniałam, nie zezwoliła na wznowienie książki. Usprawiedliwiała się, że "wybór tematu tej książki nie jest właściwy i nie odpowiada gustom skromnych i łagodnych czytelników", niemniej swoją decyzją zepchnęła siostrę w cień zapomnienia na długie lata.

Rzecz jasna, nie jestem w stanie porównać ekranizacji do pierwowzoru (na razie). Oceniając ją jednak jako film, przyznaję wysoką notę. Nakręcono trzyodcinkowy miniserial, co pozwoliło dość dobrze oddać bogactwo wątków (chociaż motywacje działań niektórych bohaterów, np. brata Helen, podane są dość skrótowo). Świetnie dobrani zostali aktorzy, zwłaszcza Rupert Graves, który przy całej swej urodzie był szczerze odrażający jako mąż-alkoholik. Sama Helen grana przez Tarę Fitzgerald, chociaż wiarygodna w swej przemianie z radosnego podlotka w oszukaną żonę, a potem oschłą, zniechęconą kobietę, nie wzbudziła jednak mojej sympatii (może to kwestia interpretacji tej aktorki?). Podziwiałam ją, kibicowałam jej, ale nie polubiłam.

Polecam film wszystkim wielbicielom talentu sióstr Bronte i proponuję ogólnoblogową akcję, celem zmuszenia polskich wydawnictw do wydania brakujących powieści ;) Szturmem ich weźmiemy...

Tajemnice domu na wzgórzu / The Tenant of Wildfell Hall, reż. Michael Barker, UK 1996

* Źródło: Alexander, Christine; Margaret Smith (2003). The Oxford Companion to the Brontes. Oxford: Oxford University Press. Za wikipedią.

18 sierpnia 2011

Dickensomania, czyli jak zrujnować sobie życie przy pomocy książek

I dla mnie przyszedł czas wakacji oraz, niestety, powrotu z urlopu - to wytłumaczenie za ostatnią nieobecność na blogu i brak odpowiedzi na Wasze komentarze (już nadrobiłam). Nie zdążyłam o tym wspomnieć przed wyjazdem, ale teraz już jestem i na dobry początek dodaję zaległą przedwyjazdową notkę. (Wstyd przyznać, ale z kilku zabranych ze sobą książek nie przeczytałam żadnej - nie było czasu.)

 Pan Dick, czyli dziesiąta książka Jeana-Pierre'a Ohla to pean na cześć Dickensa, książka o książkach, o umiłowaniu słowa pisanego, które może doprowadzić jednostkę do szaleństwa. Skojarzenia, jakie miałam podczas czytania to Klub Dumas Artura Pereza-Reverte i Przekład Pablo Santisa. Przede wszystkim jest to jednak książka o Dickensie pisana "dickensem" - autor zdumiewająco dobrze podrabia styl mistrza i jego sposób budowania dziwacznych postaci. Dopiero po paru stronach, kiedy pojawiły się wynalazki techniki, zorientowałam się, że akcja rozgrywa się współcześnie, bo sposób opisu idealnie pasował do powieści "kostiumowych".

Myślę, że reklamowanie tej pozycji jako kryminału może jej zrobić dużą krzywdę. Dla mnie wątek rozwiązywania zagadki (bo jest takowa) jest w niej zupełnie poboczny. 

Francois Daumal, osierocone dziecko (jak z Dickensa) poznaje za młodu powieści Dickensa i zostaje nimi najpierw zauroczony, a potem opętany. Na studiach spotyka Michela Mangematina - odtąd swojego jedynego przyjaciela i największego wroga, który to opętanie podziela. To, co ich najbardziej dręczy to sekret ostatniej nieukończonej powieści Dickensa "Tajemnica Edwina Drooda". Starzejący się Dickens, coraz częściej atakowany przez krytyków, postanowił odświeżyć swoją literaturę i sięgnął do młodego gatunku, w którym sukcesy zaczął właśnie odnosić Wilkie Collins - kryminału. Niestety śmierć przerwała pracę nad książką i czytelnicy już nigdy nie mieli się dowiedzieć, jakie miało być rozwiązanie kryminalnej intrygi.

Wszystkie możliwe rozwiązania Tajemnicy Edwina Drooda (...) zostały już wymyślone i przedstawione. Dla kilku genialnych  dyletantów - Conan Doyle'a, Shawa, Chestertona - była to rozrywka, pozwalająca im oderwać się od poważnej pracy, lecz dla innych, nauczycieli gimnazjalnych, niewydarzonych dziennikarzy, egzegetów nicości, śledczych niesprawdzalnego - było to dzieło życia (s. 89)

Współczesna akcja powieści przeplatana jest fragmentami pamiętnika niejakiego Evariste'a Borela, żyjącego w XIX w. - ponoć jedynej osoby, której Dickens zdradził rozwiązanie.

O bibliotece Dickensa ( i chyba także mojej) (s. 160):
Biblioteka samouka, mało dbającego o dobry smak; biblioteka żarłocznego lecz bezładnego czytelnika, który pozostał wierny fascynacjom dzieciństwa.

Tajemnica rozwiązania intrygi ostatniej, nieukończonej powieści Dickensa - to fakt. Wielu literatów w rzeczywistości próbowało rozwiązać ten problem*. Śledztwo prowadzone w książce jest jednak fikcją, a poza tym, jak wspomniałam, nie jest tak naprawdę głównym wątkiem powieści. To książka o zatraceniu się w literaturze do tego stopnia, że przestaje się dostrzegać granicę między światem prawdziwym a zmyślonym.

Polecam przede wszystkim wielbicielom Dickensa (podejrzewam, że oni najbardziej docenią tę książkę), a także tym, którzy lubią książki o książkach.

O pisarzu jako bogu i bogu jako pisarzu (s. 293):
...istnieje tylko jeden pisarz, ten, który przemawia we wnętrzu naszych głów... Dla przykładu, widzisz te drzwi do toalety? Na razie za nimi nic nie ma... ale wyobraź sobie, że mam ochotę się wysikać... wyobraź sobie, że wstaję, idę do tych drzwi, przechodzę przez nie...W tej chwili on pospiesznie instaluje tam niebieskie kafelki, fajansowa umywalkę, elektryczną suszarkę do rąk... Może nawet doda faceta myjącego ręce... To on decyduje...

O sławie Dickensa w jego czasach (s. 25):
- To... nie do wiary! To znaczy, że... wszyscy ci ludzie czytali tego pańskiego Dickensa?
- Tylko ci, którzy umieją czytać. Pozostali zbierali się wieczorem dookoła bardziej wykształconego kolegi albo sąsiada i po prostu słuchali. Co miesiąc wyczekują następnego odcinka; w międzyczasie rozmawiają ze sobą o poprzednim... Dziś wieczór, jutro, w Melbourne, Los Angeles, Toronto setki tysięcy mężczyzn i kobiet będą czytać albo słuchać Dickensa... Kiedy statek z ostatnią częścią Magazynu osobliwości dotarł do Nowego Jorku doszło do zamieszek: wszyscy czekali na nabrzeżu, chcąc się dowiedzieć, czy mała Nell umrze, czy nie!

Dickens z córkami

Dickens o Henrym Jamesie (s. 237):

- To yorkshire! Literacki wyfiokowany yorkshire! Syntaksa robi mu za wszechświat! Uważa, że im bardziej zawiłe zdanie, tym subtelniejszym jest psychologiem...


* O "Tajemnicy Edwina Drooda" opowiada też książka Matthew Pearla "Zagadka Dickensa" (podobno, nie czytałam).

27 lipca 2011

Romans po polsku

Wyobraźcie sobie, że idziecie do księgarni i nie ma tam  żadnego romansu... Żadnej Grocholi, Szwai, Kalicińskiej, Gutowskiej-Adamczyk... Nic, posucha -
a w ogóle na każdej okładce widnieje tylko męskie nazwisko. W takiej sytuacji musiała być Maria Wirtemberska, kiedy stworzyła pierwszy polski romans Malwinę, czyli domyślność serca. I chociaż wielbicielką romansów nie jestem, to chwała jej za to.

Maria Wirtemberska była bardzo ciekawą postacią, a jej życia wystarczyłoby na kilka powieści - niezbyt wesołych, niestety. Była córką Izabelli z Flemingów Czartoryskiej - jednej z najbardziej fascynujących kobiet w historii Polski. Ojcem Marii oficjalnie był Adam Kazimierz Czartoryski, a naprawdę król Stanisław August Poniatowski. Zresztą rodzeństwo Marii miało każde innego ojca - ślubny małżonek matki był ponoć ojcem tylko pierwszej córki, Teresy (Teresa zginęła tragicznie w wieku lat 15 - jej suknia zapaliła się od ognia w kominku). 

Maria została wydana za mąż młodo (jako szesnastolatka) i nader nieszczęśliwie, za niemieckiego księcia, Ludwika Wirtemberskiego. Rodzice mieli na uwadze dobro ojczyzny (ten zadłużony awanturnik miał znakomite koligacje - był bratem króla Fryderyka I Wirtemberskiego, siostrzeńcem króla Prus Fryderyka II i bratem przyszłej carycy Marii Fiodorowny). Szczęście Marii było zupełnie drugorzędne, choć trzeba przyznać, że Ludwik dobrze grał zakochanego, padając przed wybranką na kolana na sali balowej. Po ślubie jednak mu przeszło i małżeństwo nie przyniosło korzyści nikomu. Ludwik w czasie wojny polsko-rosyjskiej 1792 r. zdradził Polskę, na co Maria wystąpiła o rozwód. Ceną było pozostawienie mężowi jedynego syna, Adama.

Ludwik nienawidził Polski i w tej nienawiści wychował Adama. W rezultacie syn Marii w czasie powstania listopadowego jako dowódca wojsk rosyjskich ostrzeliwał pałac w Puławach, w którym chroniły się jego matka i babka, a następnie wypędził je stamtąd i na rozkaz cara splądrował pałacową bibliotekę, wysyłając 40 tys. tomów do Petersburga.
Swoją drogą, ciekawe, że kiedyś na wojnie najeźdźcy kradli książki...

Sama Maria po rozwodzie poświęciła się literaturze - prowadziła salon literacki, w którym bywali choćby Niemcewicz i Fredro, poza tym pisała opowiadania i tłumaczyła literaturę francuską. W wieku 48 lat stworzyła swoją najsłynniejszą powieść - pierwszą powieść sentymentalną vel romans Malwina, czyli domyślność serca. Jak sama tłumaczyła we wstępie - powieści tworzą głównie mężczyźni, a to nie pozwala na dobre oddanie realiów: "romanse Krasickiego, Jezierskiego itd. opisują zwyczaje naszych ojców i dziadów, lecz bynajmniej nie malują obrazu teraźniejszego społeczeństwa. Ten obraz w Malwinie nie jest ani doskonałym, ani dokończonym, lecz będąc pierwszym, wzbudzi może ciekawość"

Moją wzbudził i - choć rzeczywiście nie jest "doskonałym" - to jest to jednak uroczy XIX-wieczny obrazek, wart poznania przez wielbicielki powieści Austen i sióstr Bronte. Polacy nie gęsi.. a co!



Malwina współdzieliła losy pisarki - bohaterka została przez rodziców wydana za mąż w wieku lat 14, za mężczyznę starszego i nieczułego. Spędziła z nim dwa lata w odludnym zamku, z dala od bliskich. Mąż na szczęście zginął w wypadku i Malwina została od przykrego związku uwolniona. Odtąd zamieszkiwała w jednej ze swoich posiadłości wraz z młodszą siostrą. Co to były za czasy, kiedy szesnastolatka mogła już być wdową i panią na włościach...

Sam romans zaczyna się na sposób, który od tamtej pory został w literaturze kategorii B powielony miliardy razy - dzielny i przystojny Ludomir ratuje młodą i piękną Malwinę od śmierci w pożarze, a przy okazji wyciąga też z płonącego budynku dziecko. Jane Austen spaliłaby się ze wstydu... Młodzi szybko się zakochują, ale niewyjaśnione tajemnice w przeszłości Ludomira zmuszają go do rozstania z Malwiną. Zrozpaczona dziewczyna wyjeżdża dla podratowania psychiki do Warszawy, ale miasto bynajmniej nie przyniesie jej ukojenia... Od momentu wyjazdu do stolicy robi się ciekawie, bo pobyt w Warszawie pozwala na wprowadzenie ciekawych obyczajowych obserwacji, odmalowanie atmosfery panującej na spotkaniach śmietanki towarzyskiej i na ulicach miasta. Zresztą, naprawdę byłam ciekawa, jak rozwinie się intryga.

Urocze, acz nieznośnie romantyczne perypetie Malwiny zestarzały się jednak znacznie mocniej niż wspomniane powieści sióstr Bronte i Jane Austen. Rozwiązania fabularne są mocno naiwne, zbyt dużą rolę pełni przypadek, a Malwina mdleje przy każdej okazji. Uczucia bohaterki wahające się między miłością a rozczarowaniem odmalowane są sprawnie, ale poza tym Malwina nie jest zbyt wyrazistą bohaterką i trudno się z nią zżyć. Reszta bohaterów jest dość papierowa i tylko niekiedy można wyłapać jakiś promyczek żywszego opisu (jak przy pięknej Dorydzie).

Podsumowując, polecam tylko czytelnikom bardzo zainteresowanym kobiecą literaturą XIX wieku.

Korzystałam z wersji zamieszczonej na stronie projektu "Biblioteka Literatury Polskiej w Internecie".

22 lipca 2011

Głos Gilgamesza dobiega z otchłani przeszłości (Czytam klasykę )

Pierwsze koty za płoty (książki za regały?)  ;)  Czytanie klasyki uważam za rozpoczęte.

O czym?
Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o kobietę... Epos o Gilgameszu ma kilka tysięcy lat, w rolach głównych herosi, bogowie co krok, ale problemy zupełnie zrozumiałe. Gilgamesz był władcą miasta Uruk. Piękny, silny, dzielny... Niestety wprowadził prawo pierwszej nocy, czyli zanim mąż mógł przespać się ze swoją żoną, Gilgamesz pierwszy ładował się oblubienicy do łóżka. Mieszkańcy Uruk byli cierpliwi i posłuszni, ale w końcu nie wstrzymali... No, bo naprawdę... Każdy by się zdenerwował...

Mieszkańcy Uruk zwrócili się do bogów o pomoc, a ci stworzyli męża na podobieństwo Gilgameszowi, Enkidu. Enkidu biegał sobie po lasach z dziką zwierzyną, do Uruk się nie wybierał, więc jak go zwabiono do miasta? Podstawiono mu piękną nierządnicę, która zrzuciła przed nim ubranie i Enkidu rzecz jasna złapał się na lep. Z okazji skorzystał, po czym się zakochał i grzecznie podreptał za śliczną Szamhat. W Uruk zamiast się bić, przemówił Gilgameszowi do rozsądku. Chłopcy padli sobie w ramiona i zostali gorącymi przyjaciółmi (Ty mnie pomożesz, ja Tobie pomogę: cóż złego może nas dwóch spotkać), po czym poszli prać trzeciego, niejakiego Humbabę...(no bo jak nie seks z dziewicami, to chociaż trzeba kogoś pobić - rozrywka jakaś musi być):
 "Zęby ma Humbaba jako kły smoka, lwa oblicze, w starciu jest jak potop!  (...) Na czubku ogona swego i członka ma dwa łby wężów jadowitych."

Ubicie Humbaby nie zakończyło przygód - w Gilgameszu zakochała się bogini Isztar, ale ten odrzucił jej zaloty (bo to zła kobieta była). Wściekła Isztar wyprosiła u ojca potwora, bykołaka, który miał ją pomścić...
Niech Was jednak nie zwiedzie to streszczenie. Pod płaszczykiem "wesołych" przygód kryje się odwieczny ludzki, herosom też nie obcy, lęk:
 "Czyż i ja nie umrę (...)?  W łonie mym rozpacz się zalęgła. Jakże mi to zmilczeć? Jak spokój znaleźć? Trwogę przed śmiercią poczułem, bogowie! Raczcie mnie, jak dotąd, wśród żywych zachować!"

Gilgamesz rusza na poszukiwanie wiecznego życia, choć rozsądniejsi odwodzą go od tego pomysłu:
"Gilgameszu! Na co ty się porywasz? Życia, co go szukasz, nigdy nie znajdziesz! Kiedy bogowie stwarzali człowieka, śmierć przeznaczyli człowiekowi, życie zachowali we własnym ręku. Ty, Gilgameszu, napełniaj żołądek, dniem i nocą obyś wciąż był wesół, codziennie sprawiaj sobie święto, dnie i noce spędzaj na grach i pląsach! Niech jasne będą Twoje szaty, włosy czyste, obmywaj się wodą, patrz, jak dziecię twej ręki się trzyma, kobiecą sprawę czyń z chętną niewiastą: tylko takie są sprawy człowieka!"

Ale czy Gilgamesz posłuchał rad, czy nie, tego Wam nie zdradzę. Poczytajcie sami...

Rękopis ;) *
Jak?
Przedstawiłam Wam tę historię w lekki sposób, bo czytanie klasyków nie polega na biciu pokłonów ("bo to takie stare"). To nie szkoła, można z lektur czerpać frajdę ;) Trzeba jednak zaznaczyć, że język utworu, choć  bardzo piękny i melodyjny -  z licznymi powtórzeniami podobnymi do refrenów - jest trudny w odbiorze. Ostatecznie ta proza ma ponad dwa tysiące lat, a i tłumaczenie ze starobabilońskiego łatwe nie było.

* Fragment tablicy jest wystawiony w British Museum (wśród innych łupów wywiezionych z dawnych kolonii). Mogę się pochwalić, że byłam i widziałam.


Skąd?
Gilgamesz (lub Bilgamesz) był (najprawdopodobniej) postacią historyczną, rzeczywistym królem sumeryjskiego miasta Uruk w I. poł. III tys. p.n.e.  Był bohaterem wielu legend, które potem przybrały postać Eposu, składającego się z 12 tablic-rozdziałów. Trzeba przyznać, że zapisał się ludziom w pamięci...
Trudno nam teraz zrozumieć jaką rzeczywiście rolę pełniły opowieści o tym bohaterze - przecież ludzie nie trzymali kamiennych tablic z opowieściami na stoliczkach nocnych, żeby sobie przed snem poczytać - niemniej przygodowa akcja pierwsze połowy nasunęła mi nieodparte skojarzenia ze współczesnymi opowiadaniami o superbohaterach. Taki Indiana Jones z Mezopotamii...  Jego wpływ na kulturę był jednak bez porównania większy niż współczesnych bohaterów o króciutkich żywocikach - o Gilgameszu pamiętano co najmniej przez 2 tysiące lat... (najwcześniejsze wzmianki z 2. połowy III tys. p.n.e., ostatni fragment Eposu z I w. p.n.e.).
Druga część Eposu - znacznie bardziej filozoficzna, odwołująca się do najgłębszych lęków - mimo starożytnej otoczki wydała mi się niezwykle aktualna. Minęły tysiące lat, ludzie zapomnieli o sumeryjskich bóstwach, ale niemożność pogodzenia się kruchością ludzkiego losu pozostała. Może dlatego epos o Gilgameszu nie został zapomniany, bo porusza kwestię wiecznie żywą?


Ciekawostki
W eposie można znaleźć znaną wszystkim opowieść o wielkim potopie - tylko Noe nosi tu imię Utnapiszti.

Współcześnie

Gilgamesz Joan London to nie ponowne opowiedzenie starożytnej historii, to próba odnalezienia jej współczesnych odniesień. Akcja powieści zaczyna się w londyńskim szpitalu i natychmiast przenosi się do Australii. Edith, główna bohaterka, podróżując przez Londyn, Stambuł, Batumi, Tyflis (czyli Tbilisi), Erewań, Tabriz, Aleppo i Aleksandrię tropi swoje przeznaczenie. "Gilgamesz" to wspaniała i oszczędna, a zarazem poruszająca opowieść o spotkaniach i ucieczkach, przyjaźni i miłości, stracie i akceptacji.
Zainteresowało mnie to. Czy ktoś z Was czytał? 




Anna In w grobowcach świata Olgi Tokarczuk to opowiedziany na nowo - po mistrzowsku - mit o bogini Innanie. Starożytne wierzenia i futurystyczne wizje... Mnie książka zachwyciła bezgranicznie, ale uwaga - jeśli ktoś nie lubi czytać mitów, będzie mu ciężko. Język jest bardzo pięknie stylizowany, po Eposie o Gilgameszu widzę i doceniam to jeszcze bardziej, niemniej jeśli odrzucają Was cytaty z Gilgamesza zamieszczone w notce, to i z Anną In nie pójdzie Wam łatwo.







Korzystałam z wersji zamieszczonej tutaj: http://free.of.pl/m/mysticearth/mitologia/su/gilgamesz.pdf. Jakość nie jest niestety idealna.

11 lipca 2011

Lilybeth czyta klasykę

W moim wpisie noworoczny wspominałam, że chciałabym w tym roku czytać więcej klasyki. Podsumowanie po pół roku wypada bardziej niż blado - liczba przeczytanych pozycji z kanonu równa się okrąglutkie zero. Niemniej nadal chęć mam, ostatnio nawet bardziej. T. podesłał mi link do serii trzech filmików zatytułowanych Everything is a remix. W skrócie chodziło tam o to, że większość obecnych dzieł jest kompilacją i przeróbką motywów, które pojawiły się już wcześniej. Mowa była o muzyce, filmach i ogólnym procesie tworzenia, niemniej doskonale można by to odnieść także i do książek. Wystarczy przypomnieć sobie mity - mają parę tysięcy lat i nieustannie przewijają się w literaturze. Można czytać książki, nie znając mitów, ale wtedy wiele treści nas omija.

Drugi argument za czytaniem jest pewnie dość dyskusyjny, ale do mnie przemawia. Przeszłość jest stała, jest czymś co już się wydarzyło i nie da się tego zmienić. W obliczu teraźniejszości, nad którą nie mamy kontroli, i nieznanej przyszłości stanowi bezpieczny constans. Obecnie publikuje się masy książek, nie do opanowania i przyswojenia, w przyszłości mamy szansę potopić się w tym morzu literatury. Liczba książek napisanych w przeszłości jest zamknięta, np. do końca XX w. Jasne, też jest ich ogrom, ale te naprawdę dobre, ważne, te które miały duży wpływ na kulturę i światopogląd, wybiły się. Większość książek współczesnych zostanie zapomniana po roku, podczas gdy taki Hamlet po ok. 400 latach,  Kubuś Fatalista po 235 latach, Niebezpieczne związki po 229, Trzech muszkieterów po 167 są nadal czytane i doceniane (wymieniam akurat te książki, bo je lubię), nie wspominając już o nieustannych powołaniach na nie, o czym było w pierwszym akapicie.

Mogłabym wystąpić jeszcze z trzecim argumentem, że człowiekowi, który chce się nazywać kulturalnym i oczytanym, niektóre rzeczy wypada znać, ale tu bym sobie strzeliła samobója, więc po prostu przejdźmy dalej ;)
Wiadomo, każdy coś tam z zabytków literackich, kanonu i jak go zwał, liznął w szkole, a niektórzy i na własną rękę. Ja wszystkie lektury grzecznie czytałam, lubiłam czytać, więc do głowy by mi nie przyszło, żeby nie, nawet jeśli nie wszystko mnie zachwycało. Znielubiłam Żeromskiego i Nałkowską, polubiłam Prusa, Sienkiewicza i Orzeszkową. Na własną rękę czytywałam mnóstwo Szekspira, bo go uwielbiałam i nadal wielbię, niestety jeszcze mi kilka sztuk zostało do nadrobienia. Wciąż jednak jest całe mnóstwo "klasyki", którą zaledwie liznęłam lub znam tylko ze słyszenia.


Prywatne zobowiązanie, żeby nadrobić braki zaowocowało prywatną listą "lektur obowiązkowych". Nie chciałam wykorzystywać żadnej z gotowych list "100 najważniejszych", bo listy tworzone przez Anglików zawierają 95/100 pozycji anglojęzycznych, przez Francuzów - francuskich itp. Wykorzystałam przegląd chronologiczny literatury z Wikipedii, nieco go uzupełniając. Do stówy nie udało mi się zejść, jest ich zdaje się 150, podzielonych na literaturę do końca XIX w. i od 1900 do 1990 r. Dobór książek był dość swobodny, ograniczyłam się do pozycji, które mają polskie przekłady (za wyjątkiem jednej pozycji Anny Bronte, haniebnie nie przetłumaczonej), wycięłam oczywiście to, co już czytałam (stąd np. brak Stu lat samotności, Wichrowych wzgórz, Wielkich nadziei itp., ale zostawiłam kilka, do których chcę wrócić), dorzuciłam trochę lektur bardziej popularnych, np. powieści gotyckie z XIX w. Pominęłam poezję i klasykę dziecięcą. Najgorsze, że za każdym razem, kiedy lista wydaje mi się skończona, przypomina mi się kolejna pozycja, którą bardzo-bardzo chciałabym poznać. Pewnie więc będzie uzupełniana i tylko mam nadzieję, że nie przekroczę tysiąca ;)

Plan jest długofalowy, nie ustawiam żadnej daty granicznej. Może trwać nawet całe moje życie, bo równolegle rzecz jasna planuję czytać książki współczesne. Zastanawiam się nad kolejnością. Wydaje mi się, że lepiej byłoby czytać chronologicznie od najdawniejszych, ale zależy to w dużej mierze od dostępności pozycji w bibliotekach (to postanowienie nie ma być pretekstem do kupowania większej liczby książek ;) ). Zresztą, nie obiecuję, że przeczytam KAŻDĄ pozycję z listy. Jeśli mi się nie spodoba, rzucę w kąt, ale przynajmniej będę potrafiła powiedzieć, co mi się nie spodobało.

Listę lektur zamieszczam w osobnej zakładce "Czytam klasykę" - może komuś też się przyda.
Trzymajcie za mnie kciuki :)

8 lutego 2011

Podróżnik na wyspach wyobraźni

Guliwer plasuje się w świadomości społecznej gdzieś między królewną Śnieżką a sierotką Marysią, a od wspomnianych odróżnia go tylko płeć. Generalnie duży facet i małe krasnoludki, a potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Mało kto pamięta, że powieść Johathana Swifta była satyrą polityczną, skierowaną zdecydowanie do dorosłych odbiorców i nosiła dźwięczny tytuł: Travels into Several Remote Nations of the World, in Four Parts. By Lemuel Gulliver, First a Surgeon, and then a Captain of several Ships. Pod płaszczykiem fantastycznej opowieści pewnego marynarza-podróżnika (o wyjątkowym niefarcie na morzu zresztą) pisarz skrytykował rządzących, naukowców, filozofów i ludzkość jako taką. A jakby tego było mało, stworzył zarazem doskonałą książkę przygodową, którą po niemal 300 (!) latach od powstania nadal czyta się znakomicie.


Czytałam "Podróże Guliwera" ładne parę lat temu, ale pamiętam, że było to dla mnie odkrycie. Do sięgnięcia po nią zmotywował mnie znakomity brytyjski miniserial z 1996 roku. Obecna uwspółcześniona amerykańska superprodukcja, która szaleje po kinach we wszystkich trzech wymiarach, jest niestety boleśnie koszmarna i potrafi do oryginału całkowicie zniechęcić. Rozgrywa się niemal wyłącznie w krainie liliputów (w książce to tylko jedna z czterech odwiedzonych przez Guliwera krain) i opowiada o tym, jak bardzo każdego uszczęśliwia amerykanizacja (tak - Guliwer bardzo dosłownie przekształca krainę liliputów w małą Amerykę, a tubylcy są zachwyceni). Sam Guliwer jest niedorosłym matołkiem, dla którego życiowym odkryciem (i morałem całego filmu przy okazji) jest to, że kłamstwo ma krótkie nogi i generalnie nie popłaca. Rozumiem, że twórcy celowali w odbiorcę małoletniego, ale ja bym swojego dziecka na to nie zabrała.


Jeżeli jednak macie ochotę zapoznać się z prawdziwym Guliwerem, polecam i książkę, i wspomniany film z lat 90. Ekranizacja ta nieco odbiega od oryginału, ale - co rzadko się zdarza - zdecydowanie na plus.


Akcja rozgrywa się na dwóch planach. Oto mamy Guliwera, który po powrocie ze swoich wojaży  opowiada niestworzone brednie o liliputach, olbrzymach i latających wyspach, za co zostaje umieszczony w szpitalu psychiatrycznym. Jedyną osobą, który wierzy we wszystko, co opowiedział, jest jego mały synek. Robi co może, by udowodnić, że jego ojciec nie jest kłamcą ani szaleńcem i tym samym umożliwić mu powrót do domu*.


Ta opowieść przeplatana jest podróżami Guliwera, który oprócz liliputów odwiedza też krainę zamieszkaną przez gigantów i latającą wyspę Laputę, na której filozofowie są tak głęboko pogrążeni w myślach, że muszą zatrudniać służących do ostrzegania ich przed niebezpieczeństwem uderzenia się w niski strop lub potknięcia o próg. Ostatnim etapem podróży jest utopijna wyspa zamieszkana przez mądre konie, Houyhnhnmy, które reprezentują wszelkie szlachetne wartości, podczas gdy człekopodobne stwory, Yahoosy, to ucieleśnienie ludzkich wad.


W wersji książkowej Guliwer po dłuższym pobycie w krainie szlachetnych Houyhnhnmów poczuł taki wstręt do ludzi, że nie miał ochoty przebywać w ich towarzystwie i zdecydował się zamieszkać w stajni razem z końmi. Co ciekawe, sam Jonathan Swift pod koniec życia miał podobne poglądy na towarzystwo innych ludzi, został uznany za niepoczytalnego, a dowodem jego szaleństwa miał być właśnie ostatni  rozdział "Podróży Guliwera".


Polecam - w odróżnieniu od najnowszej wersji kinowej, zarówno książka, jak i miniserial dają do myślenia odbiorcom w każdym wieku.

 



Podróże Guliwera, reż. Charles Sturridge, USA, UK 1996.
Podróże Guliwera 3D, reż. Rob Letterman, USA 2010.

* Pamiętam, że kiedy sięgnęłam po książkę, byłam bardzo rozczarowana faktem, że Guliwer wcale nie  miał syna, tylko córkę, a cały wątek udowadniania, że jego historie są prawdziwe, powstał w wyobraźni reżysera.

15 listopada 2010

Klasyka kryminału skandynawskiego

Tak słyszałam i czytałam. Ponoć od tej pary szwedzkich pisarzy - Maj Sjowal i Pera Wahloo - wszystko się zaczęło. Można powiedzieć, że byli Agatami Christie skandynawskiego kryminału (płci obojga) ;D

Boom na północne zimnokrwiste zbrodnie zapoczątkowali w latach 60. XX w. 10-tomową serią, której bohaterem jest komisarz Martin Beck. Powieść "Mężczyzna na balkonie" jest trzecia z kolei. Wcześniejszych nie miałam okazji czytać, tę upolowałam w bibliotece i postanowiłam osobiście poznać pana Becka.

Maj Sjowall, Per Wahloo
Mężczyzna na balkonie
tłum. Halina Thylwe
Amber 2008

Powiem tak - nie jest to "zła" książka, w sensie źle napisanej, skonstruowanej, o marnej zagadce. Jest poprawna, zagadka jest naprawdę ciekawa, ale... Cóż, może za dużo już tych kryminałów przeczytałam, pewnie pół wieku temu to rzeczywiście musiało być coś nowego i odkrywczego. Teraz po prostu uczniowie dawno już przerośli swoich mistrzów i współcześni policjanci z rejonu Skandynawii biją swoich przodków na głowę.

Styl jest rzeczywiście bardzo chłodny, opisy skąpe - dla mnie zbyt skąpe. Nie poznałam komisarza Becka ani trochę, jego koledzy też słabo mi się rysują w wyobraźni. Jeden łatwo się wkurzał, drugi miał żonę w ciąży i to w sumie tyle. Właściwie fabula skupiała się przede wszystkim na rozwiązaniu zagadki. Dialogi wydawały mi się dość sztywne i nienaturalne, tak że czasem ciężko mi się je czytało, nie mogłam na nich skupić uwagi, chociaż nie wykluczam, że swój udział w tym miała moja wzrastająca temperatura... Irytował mnie czasem sposób zachowania bohaterów, niektórym policjantom  wyraźnie brakowało umiejętności interpersonalnych, przez co nie dogadywali się z tymi, którzy mieli informacje, a to pozwalało sztucznie przedłużyć akcję o kilka stron.

Co do samej zagadki - została ciekawie poprowadzona i dla niej doczytałam książkę do końca. Jedyny mój zarzut (chociaż nie wiem, czy do końca można to uznać za zarzut) to fakt, że ofiarami są małe dziewczynki. Doceniam, kiedy autor nie idzie na łatwiznę i nie wybiera ofiary budzącej największe współczucie u czytelnika, ale z drugiej strony - w latach 60. to pewnie nie było tak oklepane jak teraz.

Jeśli chodzi zaś o sam zarys fabuły, da się go streścić w dwóch zdaniach: W sztokholmskim parku znalezione zostają zwłoki małej dziewczynki. Komisarz Beck stara się jak najszybciej odnaleźć mordercę, słusznie podejrzewając, że może on nie poprzestać na jednej ofierze.

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...