Przetrzymała mnie Autorka okrutnie w oczekiwaniu na dwudziesty tom Jeżycjady. Zapowiedź "Wnuczki do orzechów" pojawiła się już w poprzednim tomie, "McDusi", który ukazał się w październiku 2012 r. I tak sobie czekałam i czekałam, tracąc powoli nadzieję na doczekanie się*. A jednak stało się, "Wnuczka..." wyszła i pobiegła prosto w me ramiona ;) Zaczęłam czytać wczoraj wieczorem, wbrew planom zarywając część nocy, skończyłam dziś rano.
Wyjaśniam od razu, że jestem nieuleczalną fanką Jeżycjady. Więc nieważne, jak bardzo pogarszać się będzie jakość kolejnych tomów, nieważne, jak bardzo będę narzekać na tzw. Neojeżycjadę, i tak będę sięgać po kolejne tomy, będę je czytać, będę narzekać, a potem wytrwale czekać na następne. Wykreowani przez Małgorzatę Musierowicz bohaterowie już dawno przestali być dla mnie postaciami literackimi - są ludźmi z krwi i kości, odwiedzam ich z każdym kolejnym tomem jak dawno niewidzianych znajomych, pomimo że dorobili się ostatnio dość irytujących cech charakteru oraz równie irytującego potomstwa.
Tym razem jednak narzekać aż tak bardzo nie będę. "Wnuczka do orzechów" podobała mi się znacznie bardziej niż "McDusia", a nawet niż "McDusia", "Sprężyna" i "Czarna polewka" razem wzięte. Akcji tu nie za dużo co prawda, całość można by streścić w trzech zdaniach, ale obrazki rodzajowe bardzo piękne.
Autorka postawiła tym razem na niespodzianki. Dużo było przy ostatnich tomach narzekania, że każdy kolejny tom kręci się, li i jedynie, wokół Borejków, a zwłaszcza dzielnej (acz dzielność ta dość dyskusyjną jest) Gabrieli i jej progenitury oraz potomstwa Idy Pałys. W kółko siedzimy (czytelnicy) na Roosevelta 5, no ileż można. Autorka wzięła sobie chyba te narzekania do serca...
Pierwszy plus
Tym razem akcja toczy się wcale nie w Poznaniu lecz na podpoznańskiej wsi. Na Jeżyce zaglądamy tylko na chwilę, a w dodatku nie przypominają one wcale dotychczasowego borejczanego raju.
Drugi plus
Bohaterką główną, uwikłaną w sercowe rozterki, jest postać całkiem nowa - Dorota Rumianek, hoża blondynka, dziarski i wesoły promyczek, no, istne Słoneczko, jak z Buyno-Arctowej. Borejkowie się pojawiają, a jakże, ale na plan pierwszy wysuwa się Ida Pałys. Gabriela jest, ale bardziej w tle, co powieści wychodzi zdecydowanie na dobre. Ida, ostro krytykowana przez czytelników za chamskie wyskoki w "McDusi", pokazuje w tym tomie zdecydowanie ludzką twarz. Nie zdradzę wiele (bo chyba wystarczy rzut oka na tył okładki, by to stwierdzić), jeśli wyjawię, że męskim bohaterem romantycznym jest syn Idy, Józef, świeżo po maturze.
Trzeci plus
Mniej patosu, więcej humoru. Powieść jest momentami naprawdę zabawna, mnie przynajmniej chichot bulgotał w trzewiach, zwłaszcza podczas czytania emaili Idy. Oczywiście elementy umoralniające także są, ale jakoś tak strawniej podane, bez łopatologii.
Czwarty plus
Borejkowie z przyległościami pokazani są także na tle wiejskim, wszyscy (niemal) goszczą w domu Patrycji (jest upalne lato), zamiast jak zawsze kisić się w swoim poznańskim mieszkanku. Poza seniorami i Gabrysią pojawiają się dotąd lekceważeni Natalia-Matalia z Robrojkiem i jej synowie. Irytująca Łusia została (na szczęście) wysłana na wakacje, bo jej dywagacji gramatycznych bym nie zdzierżyła, zaś irytujący Ignaś został pokazany z lekkim przymrużeniem oka, co mu zdecydowanie na dobre wyszło. Ucieszyłam się także z usunięcia poza fabułę McDusi - nie tyle irytującej, co nijakiej. Jak na bohaterkę całego tomu 19. (oraz jak na córkę uroczej pary, czyli Kreski i Maćka Ogorzałki), dziewczyna ta jest zdumiewająco pozbawiona charakteru. Moim zdaniem Autorka nie bardzo miała na nią pomysł i mam nadzieję, że lepiej ją przemyśli, zanim (jeśli) ją sprowadzi z powrotem.
Piąty plus
Fabuła jest lepiej osadzona w rzeczywistości. Wieś niebogata, Dorotka i jej babki-opiekunki borykają się z problemami finansowymi, jest i wątek emigracji zarobkowej. Korespondencja mailowa funkcjonuje doskonale. Młodzież reprezentowana jest nie tylko przez chłopców wzniosłych i szlachetnych, recytujących poezję oraz - na przeciwnym biegunie - kiboli. Są także młodzieńcy tkwiący pod sklepem z butelką piwa i pretensjami do świata ;)
Minusy też są, ale czepiać się za bardzo nie zamierzam.
Minus pierwszy, główny
Podobnie jak "McDusia" - powieść jest nudnawa. Jako obrazek rodzajowy - urocza, ale żebym jakoś specjalnie przeżywała wątki główne i poboczne, to nie. Raczej nie miałam wątpliwości, jak się to wszystko potoczy i zakończy. Nie sądzę, żebym wciągnęła się w akcję, gdybym zupełnie nie znała Jeżycjady. Taką "Pulpecję" czy "Brulion Bebe B." można było czytać solo, a to już jest raczej produkcja dla fanów serii.
Minus drugi, powiązany z pierwszym
Zdecydowanie lepiej zrobiłoby fabule, gdyby miłość między głównymi bohaterami rodziła się jakoś inaczej niż od pierwszego wejrzenia. Albo gdyby akcja skupiła się na tym, jak to uczucie rozwija się przy wejrzeniach kolejnych. A tak, mamy tu powtórkę wątku Laury i Adama, co to spojrzeli sobie w oczy, zakochali i już było im wszystko wiadomo. A potem się oczywiście okazało, że są dla siebie stworzeni. Raz - nieprawdopodobne (przypadek pojedynczy, niech będzie, ale drugi raz to samo, to już za dużo), dwa nudne - obcy sobie ludzie spotkali się przypadkiem, zobaczyli w oczach swych cały wszechświat i to właściwie koniec uczuciowych rozterek w tym tomie. Może ja jestem dziwna, ale nie umiem wyczytać drugiemu człowiekowi wyłącznie z oczu całej szlachetności jego charakteru... W dodatku nastolatką będąc, to chętnie tę szlachetność przypisywałam co urodziwszym przedstawicielom płci przeciwnej...
Szczęśliwie, ja już wyrosłam z wieku, kiedy mnie uczuciowe rozterki wieku nastoletniego poruszały, więc cieszyłam się w powieści nie tyle fabułą, co jej tłem. Ale jeśli ktoś Jeżycjady nie czytał, a chciałby, niech raczej zacznie od pierwszych tomów.
Małgorzata Musierowicz, Wnuczka do orzechów, Łódź 2014.
PS Minus trzeci, o którym zapomniałam napisać - w pierwszej scenie mamy udzielanie pierwszej pomocy, do której to sceny powinien być chyba jakiś przypis uświadamiający, że tak się tego NIE robi. Bo inaczej jeszcze się ktoś z czytelników zasugeruje i spróbuje wdrożyć...
*Aż się boję myśleć, kiedy ukaże się tom 21, którego zapowiedź - owszem - znalazła się w tomie obecnym (ma mieć tytuł "Feblik").
Niepoprawna wielbicielka "Alicji w Krainie Czarów", zawyża poziom czytelnictwa, folguje nałogowi, uprawia tsudoku i hoduje dwa małe mole (książkowe). Poprzednia nazwa bloga (Jedz, tańcz i czytaj) zdezaktualizowała się - mam dzieci, nie mam czasu na nic, ale nadal czytam. Zamiast spać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka dziecięca i młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka dziecięca i młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
5 czerwca 2014
Kto się boi złego wilka
Porażające.
Zakupiłam na przyszłość dla córy, ze względu na ilustracje Innocentiego. Książka składa się przede wszystkim z obrazków, tekst jest bardzo oszczędny, występuje w postaci pojedynczych zdań ujętych w ramki. Stara bajka została uwspółcześniona - lasem jest tu metropolia, zamiast ciemnych zagajników są zasprejowane podwórka i podziemne przejścia, a szakale i wilki mają ludzkie twarze.
Nie myślałam, że można kogoś przestraszyć bajką o czerwonym kapturku - w naszych czasach. Ale można. Mnie. Z każdą stroną robi się mroczniej, a gardło się ściska. Najcięższy obrazek dla mnie to ten, na którym jest noc, ciemny wieżowiec, tylko w jednym mieszkaniu pali się światło, a na balkonie stoi matka i wygląda dziecka, które powinno już było dawno wrócić do domu...
Dobre do ostrzegania dzieci przed niebezpieczeństwami, bardzo dobre. Świetna ilustracja do pogadanki o niebezpieczeństwach miejskiej dżungli. Tylko żeby mi się potem to dziecko nie budziło z krzykiem. Ale podejrzewam, że matki mogą być bardziej przewrażliwione. W końcu jak byłam dzieckiem, czytywałam te wszystkie baśnie o obtaczaniu w smole, pierzu i wrzucaniu do beczki nabijanej gwoździami oraz różnych innych wesołych aktywnościach i wcale mnie to nie ruszało. Brzuch wilkowi mogli rozpruwać i zszywać dowolną ilość razy i nic. A dorosły człowiek to się zaraz zaczyna zastanawiać, jak można maluszkowi takie horrory opowiadać.
Książkę w każdym razie polecam, rodzicom i dzieciom.
Zakupiłam na przyszłość dla córy, ze względu na ilustracje Innocentiego. Książka składa się przede wszystkim z obrazków, tekst jest bardzo oszczędny, występuje w postaci pojedynczych zdań ujętych w ramki. Stara bajka została uwspółcześniona - lasem jest tu metropolia, zamiast ciemnych zagajników są zasprejowane podwórka i podziemne przejścia, a szakale i wilki mają ludzkie twarze.
Nie myślałam, że można kogoś przestraszyć bajką o czerwonym kapturku - w naszych czasach. Ale można. Mnie. Z każdą stroną robi się mroczniej, a gardło się ściska. Najcięższy obrazek dla mnie to ten, na którym jest noc, ciemny wieżowiec, tylko w jednym mieszkaniu pali się światło, a na balkonie stoi matka i wygląda dziecka, które powinno już było dawno wrócić do domu...
Dobre do ostrzegania dzieci przed niebezpieczeństwami, bardzo dobre. Świetna ilustracja do pogadanki o niebezpieczeństwach miejskiej dżungli. Tylko żeby mi się potem to dziecko nie budziło z krzykiem. Ale podejrzewam, że matki mogą być bardziej przewrażliwione. W końcu jak byłam dzieckiem, czytywałam te wszystkie baśnie o obtaczaniu w smole, pierzu i wrzucaniu do beczki nabijanej gwoździami oraz różnych innych wesołych aktywnościach i wcale mnie to nie ruszało. Brzuch wilkowi mogli rozpruwać i zszywać dowolną ilość razy i nic. A dorosły człowiek to się zaraz zaczyna zastanawiać, jak można maluszkowi takie horrory opowiadać.
Książkę w każdym razie polecam, rodzicom i dzieciom.
30 marca 2014
Klasyka Pięknie Wydana
Obiecywałam jakiś czas temu na blogu Klasyka Młodego Czytelnika, że rozpocznę nową serię wpisów na temat
pięknie wydanych książek z gatunku dziecięcej klasyki. Wreszcie nadszedł
czas realizacji obietnicy. Przyznam, że zmotywowały mnie do tego dwie
sprawy.
Sprawa pierwsza - "Pierwsza książka mojego dziecka", która niedawno dostała kolejną dotację od ministerstwa kultury. Wątpliwej urody strona wizualna dzieła została ostro oprotestowana przez ponad stu wykładowców akademii sztuk pięknych, psychologów, ilustratorów i wydawców książek dla dzieci. Irena Kuźmińska, szefowa Fundacji ABCXXI - Cała Polska Czyta Dzieciom, która przygotowywała rzeczoną książkę, odpowiedziałą na zarzuty, że celem akcji jest dziecko, a nie książka. Przy całym szacunku dla pani Kuźmińskiej, skądinąd mądrej kobiety, zasłużonej dla rozwoju czytelnictwa w Polsce (bardzo ciekawy wywiad TU), nie mogę się z nią zgodzić. Czemu nie można upiec dwu pieczeni przy jednym ogniu i zadbać nie tylko o rozwój mowy malucha, ale i o jego edukację estetyczną. Pal już licho czystą przyjemność obcowania z ładnymi obrazkami, bo zdaniem pani Kuźmińskiej dzieci potrzebują "wyrazistych, kolorowych, najlepiej konturowych rysunków, które dorosłym raczej nie przypadają do gustu"* - czytaj, dzieci lubią brzydkie obrazki. To bardzo ciekawe stwierdzenie, ale nieprawdziwe. Moje roczne dziecko z równym zainteresowaniem ogląda zarówno klasyczne ilustacje Szancera, malarskie impresje Erica Carle, zdjęcia, jak i pseudodisneyowskie bohomazy. Ale staram się, żeby z bohomazami miało jak najmniejszą styczność... Pomijając już kwestię edukacji estetycznej - czytanie książki (dobrej) to przyjemność. Ale czytanie pięknej książki to przyjemność podwójna. A czytanie pięknej książki dziecku to jeszcze w gratisie przyjemność dla rodzica.
Więcej o "Pierwszej książce..." możecie poczytać w świetnym zeszłorocznym wpisie na blogu
Czytanki-Przytulanki.
* Cytat stąd.
Sprawa druga to bolesne poszukiwania książeczek dla mojej rocznej córeczki. Z pięknymi książkami dla starszaków, drukowanymi na zwykłym papierze, nie ma problemu, niestety takie książeczki córka błyskawicznie przerabia na confetti, a nawet gryzetti ;) Książeczki tekturowe natomiast wołają o pomstę do nieba. Większość jest tak potwornie brzydka, że nie chciałabym, żeby moje dziecko kiedykolwiek miało z nimi kontakt. Te ładne też są, ale to często książeczki obrazkowe, do opowiadania, a my poza nimi chcielibyśmy też takie z wierszykami, bo córa uwielbia słuchać rytmicznego tekstu. Jak paskudnie można zilustrować biednego Brzechwę czy Tuwima, to się w głowie nie mieści. Co z tego, że książeczki są tanie? Udaje mi się wyłuskiwać co ładniejsze, a przynajmniej przyzwoite, z księgarnianych stosów, ale nie jest to zadanie łatwe. Odtrutką na zalew tekturowych koszmarków jest dla mnie wyszukiwanie (i gromadzenie) pięknych pozycji, które zainteresują córkę dopiero za kilka lat.
Pewnie sporo osób ma podejście bliskie szefowej Fundacji ABCXXI - dziecko się nie zna, a że jest ciekawe świata, wszystko co kolorowe przyciągnie jego wzrok, więc po co się wysilać. Ja jednak uważam, że świadomy rodzic nie karmi dziecka byle czym, czy chodzi o strawę zwykłą, czy duchową. Nie czytajmy dzieciom książek byle jakich, bo grafomańskie wierszyki nie rozwiną miłości do literatury, a paskudne ilustracje - wrażliwości na piękno.
Przygotowałam dla Was kilka wpisów w ramach tego cyklu - opiszę w nich ukazujące się obecnie w różnych wydawnictwach serie klasyki dziecięcej, które cieszą oko odbiorcy. W późniejszych wpisach znajdzie się także miejsce dla pojedynczych perełek, wydanych w ostatnich latach, a jak się uda, to i tych archiwalnych. Ciekawych zapraszam TUTAJ - wpisy już wkrótce.
Sprawa pierwsza - "Pierwsza książka mojego dziecka", która niedawno dostała kolejną dotację od ministerstwa kultury. Wątpliwej urody strona wizualna dzieła została ostro oprotestowana przez ponad stu wykładowców akademii sztuk pięknych, psychologów, ilustratorów i wydawców książek dla dzieci. Irena Kuźmińska, szefowa Fundacji ABCXXI - Cała Polska Czyta Dzieciom, która przygotowywała rzeczoną książkę, odpowiedziałą na zarzuty, że celem akcji jest dziecko, a nie książka. Przy całym szacunku dla pani Kuźmińskiej, skądinąd mądrej kobiety, zasłużonej dla rozwoju czytelnictwa w Polsce (bardzo ciekawy wywiad TU), nie mogę się z nią zgodzić. Czemu nie można upiec dwu pieczeni przy jednym ogniu i zadbać nie tylko o rozwój mowy malucha, ale i o jego edukację estetyczną. Pal już licho czystą przyjemność obcowania z ładnymi obrazkami, bo zdaniem pani Kuźmińskiej dzieci potrzebują "wyrazistych, kolorowych, najlepiej konturowych rysunków, które dorosłym raczej nie przypadają do gustu"* - czytaj, dzieci lubią brzydkie obrazki. To bardzo ciekawe stwierdzenie, ale nieprawdziwe. Moje roczne dziecko z równym zainteresowaniem ogląda zarówno klasyczne ilustacje Szancera, malarskie impresje Erica Carle, zdjęcia, jak i pseudodisneyowskie bohomazy. Ale staram się, żeby z bohomazami miało jak najmniejszą styczność... Pomijając już kwestię edukacji estetycznej - czytanie książki (dobrej) to przyjemność. Ale czytanie pięknej książki to przyjemność podwójna. A czytanie pięknej książki dziecku to jeszcze w gratisie przyjemność dla rodzica.
Więcej o "Pierwszej książce..." możecie poczytać w świetnym zeszłorocznym wpisie na blogu
Czytanki-Przytulanki.
![]() |
| Kliknijcie obrazek i obejrzyjcie 20 pięknych okładek książek dla dzieci |
Sprawa druga to bolesne poszukiwania książeczek dla mojej rocznej córeczki. Z pięknymi książkami dla starszaków, drukowanymi na zwykłym papierze, nie ma problemu, niestety takie książeczki córka błyskawicznie przerabia na confetti, a nawet gryzetti ;) Książeczki tekturowe natomiast wołają o pomstę do nieba. Większość jest tak potwornie brzydka, że nie chciałabym, żeby moje dziecko kiedykolwiek miało z nimi kontakt. Te ładne też są, ale to często książeczki obrazkowe, do opowiadania, a my poza nimi chcielibyśmy też takie z wierszykami, bo córa uwielbia słuchać rytmicznego tekstu. Jak paskudnie można zilustrować biednego Brzechwę czy Tuwima, to się w głowie nie mieści. Co z tego, że książeczki są tanie? Udaje mi się wyłuskiwać co ładniejsze, a przynajmniej przyzwoite, z księgarnianych stosów, ale nie jest to zadanie łatwe. Odtrutką na zalew tekturowych koszmarków jest dla mnie wyszukiwanie (i gromadzenie) pięknych pozycji, które zainteresują córkę dopiero za kilka lat.
Pewnie sporo osób ma podejście bliskie szefowej Fundacji ABCXXI - dziecko się nie zna, a że jest ciekawe świata, wszystko co kolorowe przyciągnie jego wzrok, więc po co się wysilać. Ja jednak uważam, że świadomy rodzic nie karmi dziecka byle czym, czy chodzi o strawę zwykłą, czy duchową. Nie czytajmy dzieciom książek byle jakich, bo grafomańskie wierszyki nie rozwiną miłości do literatury, a paskudne ilustracje - wrażliwości na piękno.
Przygotowałam dla Was kilka wpisów w ramach tego cyklu - opiszę w nich ukazujące się obecnie w różnych wydawnictwach serie klasyki dziecięcej, które cieszą oko odbiorcy. W późniejszych wpisach znajdzie się także miejsce dla pojedynczych perełek, wydanych w ostatnich latach, a jak się uda, to i tych archiwalnych. Ciekawych zapraszam TUTAJ - wpisy już wkrótce.
25 czerwca 2012
Czego nie wiedziałam o Ani...
Myślałam, że o cyklu o Ani Shirley wiem już wszystko. Znam go od dziecka, posiadam na własność, czytywałam setki razy, w całości albo na wyrywki. Jakież było moje zdumienie, kiedy całkowitym przypadkiem odkryłam, ze istnieją dwie wersje Ani z Szumiących Topoli.
Potrzebowałam coś do szybkiego czytania i złapałam książkę, która akurat leżała z brzegu. Traf chciał, że była to właśnie Ania z Szumiących Topoli w wydaniu Naszej Księgarni z 1981 r. Kupiłam ją niedawno, bo mi się wydawało, że mi tego tomu brakuje. Potem spojrzałam na półkę i okazało się, że jeden, w innym wydaniu, już tam stoi. Odłożyłam więc tę nowozakupioną, żeby ją odsprzedać (dlatego właśnie leżała pod ręka, zamiast przykładnie stać w otoczeniu reszty tomów). W każdym razie zaczęłam czytać i wtedy dostrzegłam uwagę na stronie redakcyjnej "Wydanie skrócone". Zaraz, zaraz, jak to skrócone? Kto śmiał skracać Anię? Przeczytałam w całości (jak zwykle wpadłam w cudny świat wykreowany przez L.M. Montgomery i przypomniałam sobie, że bardzo się za nim stęskniłam, więc pewnie nowości pójdą chwilowo w kąt, a ja odbędę podróż reminiscencyjną na Wyspę Księcia Edwarda), ale trochę mnie to skrócenie dręczyło, więc zaczęłam szukać informacji. Co się okazało?
Cały wpis na blogu 'Klasyka Młodego Czytelnika".
Potrzebowałam coś do szybkiego czytania i złapałam książkę, która akurat leżała z brzegu. Traf chciał, że była to właśnie Ania z Szumiących Topoli w wydaniu Naszej Księgarni z 1981 r. Kupiłam ją niedawno, bo mi się wydawało, że mi tego tomu brakuje. Potem spojrzałam na półkę i okazało się, że jeden, w innym wydaniu, już tam stoi. Odłożyłam więc tę nowozakupioną, żeby ją odsprzedać (dlatego właśnie leżała pod ręka, zamiast przykładnie stać w otoczeniu reszty tomów). W każdym razie zaczęłam czytać i wtedy dostrzegłam uwagę na stronie redakcyjnej "Wydanie skrócone". Zaraz, zaraz, jak to skrócone? Kto śmiał skracać Anię? Przeczytałam w całości (jak zwykle wpadłam w cudny świat wykreowany przez L.M. Montgomery i przypomniałam sobie, że bardzo się za nim stęskniłam, więc pewnie nowości pójdą chwilowo w kąt, a ja odbędę podróż reminiscencyjną na Wyspę Księcia Edwarda), ale trochę mnie to skrócenie dręczyło, więc zaczęłam szukać informacji. Co się okazało?
Cały wpis na blogu 'Klasyka Młodego Czytelnika".
14 marca 2012
Panienka z leśnego dworku
Eugenia Marlitt
Złota Elżunia
Goldelse, 1866
Wyd. Siedmioróg 1998
Recenzja na blogu Klasyka Młodego Czytelnika.
13 marca 2012
O dobrych i złych bajkach
Trafiłam w necie na ciekawy wywiad z panią socjolog dr hab. Joanną Mizielińską na temat tego, jakie bajki czytać dzieciom. Wywiad można znaleźć TU. I mam mieszane uczucia. Rozumiem argument o Calineczce:
"...Calineczkę ciągle ktoś zmusza do małżeństwa: najpierw syn ropuchy, potem chrabąszcz, wreszcie kret. A gdy na końcu znajduje swego księcia, od razu rzuca się w jego ramiona.
- Mimo że on błyskawicznie przemianowuje ją na Maję, gdyż jej stare imię jego zdaniem jest brzydkie. Od razu też Calineczka przyjmuje warunki przyszłego męża: dostaje skrzydła (bo jej ukochany je nosi) i musi się przeprowadzić tam, gdzie on mieszka, bardzo daleko od swojego kraju (...)"
No, rzeczywiście, zły wzór dla dziewczyny, podobnie jak wszystkie te kopciuszki, śpiące królewny i inne Śnieżki piorące gacie bandzie krasnali. Nie wspominając o masochistycznej Małej Syrence, która dla mężczyzny oddaje własny głos i zgadza się na nieustanny ból przy chodzeniu. Kiedy pomyślę o czytaniu tych bajek własnych dzieciom, zaczynam się wahać. A jednak - ja sama się na nich wychowałam. Bardzo wcześnie nauczyłam się czytać, pod ręką miałam pełen wybór literatury, swobodnie przeplatałam mity greckie, polskimi legendami o Halszkach zamurowywanych w wieży i klasycznymi baśniami Perraulta, braci Grimm i Andersena. Rodzice nie cenzurowali moich lektur, właściwie nie kontrolowali tego, co czytam. I wyrosłam na całkowicie normalną kobietę (tak sobie pochlebiam ;) ), która nie czekała na księcia z założonymi rączkami z nadzieją, że ją na swoim białym rumaku uwiezie prosto w nowe życie. Nawet tak dosyć feministycznie wyrosłam i człowieka oceniam po wartości, a nie płci.
"...Calineczkę ciągle ktoś zmusza do małżeństwa: najpierw syn ropuchy, potem chrabąszcz, wreszcie kret. A gdy na końcu znajduje swego księcia, od razu rzuca się w jego ramiona.
- Mimo że on błyskawicznie przemianowuje ją na Maję, gdyż jej stare imię jego zdaniem jest brzydkie. Od razu też Calineczka przyjmuje warunki przyszłego męża: dostaje skrzydła (bo jej ukochany je nosi) i musi się przeprowadzić tam, gdzie on mieszka, bardzo daleko od swojego kraju (...)"
No, rzeczywiście, zły wzór dla dziewczyny, podobnie jak wszystkie te kopciuszki, śpiące królewny i inne Śnieżki piorące gacie bandzie krasnali. Nie wspominając o masochistycznej Małej Syrence, która dla mężczyzny oddaje własny głos i zgadza się na nieustanny ból przy chodzeniu. Kiedy pomyślę o czytaniu tych bajek własnych dzieciom, zaczynam się wahać. A jednak - ja sama się na nich wychowałam. Bardzo wcześnie nauczyłam się czytać, pod ręką miałam pełen wybór literatury, swobodnie przeplatałam mity greckie, polskimi legendami o Halszkach zamurowywanych w wieży i klasycznymi baśniami Perraulta, braci Grimm i Andersena. Rodzice nie cenzurowali moich lektur, właściwie nie kontrolowali tego, co czytam. I wyrosłam na całkowicie normalną kobietę (tak sobie pochlebiam ;) ), która nie czekała na księcia z założonymi rączkami z nadzieją, że ją na swoim białym rumaku uwiezie prosto w nowe życie. Nawet tak dosyć feministycznie wyrosłam i człowieka oceniam po wartości, a nie płci.
Dlatego zastanawiam się, czy naprawdę należy dokonywać selekcji lektur własnych dzieci podtykać im tylko te poprawne? A może każdą bajkę okraszać umoralniającym kazaniem? Czy to jednak nie odbierze czytaniu magii? Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, żeby dziecko nie znało Kopciuszka czy Calineczki, bo to postaci mocno zakorzenione w europejskiej kulturze i mnóstwo innych dzieł, nawet kierowanych do dorosłych, zawiera odniesienia do postaci z baśni.
Jak myślicie? Czytacie własnym dzieciom wszystko czy zwracacie raczej uwagę na zalety wychowawcze?
| Calineczka według Eugenio Recuenco |
12 marca 2012
Edukacja Helenki
Słyszałam o dydaktyzmie Zofii Urbanowskiej, oglądałam romansową okładkę z serduszkiem (ohydną, swoją drogą) i byłam pełna jak najgorszych przeczuć co do lektury. Tymczasem "Księżniczka" okazała się przemiłą niespodzianką. W swoich czasach zresztą była "bestsellerem" i nawet przetłumaczono ją na język francuski. Chętnie czytałabym więcej takich polskich perełek. Jane Austen i siostry Bronte wielkimi są, ale na Anglii świat się nie kończy, a polskie panienki XIX-wieczne też miewały ciekawe żywota ;)
Zofia Urbanowska
Księżniczka
1886
Bohaterka książki, siedemnastoletnia Helenka, wychowywała się w bogatym domu. Śliczna jak obrazek dziewczyna ma dobre serce, ale przyzwyczajona jest do zbytków i zaspokajania zachcianek. Jej matka to wzór arystokratki, kobieta, której ulubionym zajęciem jest siedzenie w pozie omdlałej na szezlongu, a w swej córce wytrwale pielęgnuje ów uroczy "rys słabości", który jej zdaniem jest główną ozdobą dziewczyny. Ojciec to człowiek dobry, ale niepotrafiący gospodarować pieniędzmi, których zawsze miał pod dostatkiem. Dobre serce i nieumiejętność odmowy wpędzają go w końcu w poważne długi. Rodzina staje na skraju bankructwa.
Helenka, dotąd żyjąca głównie myślą o balach, na których właśnie zaczęła bywać, staje nagle w obliczu nieuniknionej nędzy. Matka ma dwie białe, delikatne i lewe rączki, ojciec jest stary i schorowany, a ratunku szuka w modlitwie. Helenka musi zakasać swoje muślinowe rękawki i wziąć się do pracy.
Jako "panna sklepowa" trafia do firmy ogrodniczej i domu rodziny Radliczów. Dom ten w niczym nie przypomina jej własnego. Rodzina nazywana jest przez Helenkę szyderczo "kwakrami" - ze względu na skromny i prosty styl życia. Powoli jednak rozpieszczona panienka dostrzega pielęgnowane przez Radliczów wartości i rozpoczyna długi a zwłaszcza nader bolesny proces wewnętrznej przemiany.
Obawiałam się ciężkiego przypadku romansu, ale wątek miłosny występuje tu na bardzo dalekim planie. Główną rolę odgrywa przemiana bohaterki oraz zmagania z ciężką sytuacją finansową. Walka Helenki o uratowanie rodziców przed bankructwem naprawdę wciąga. W dodatku historia pracy bohaterki nad własnym charakterem jest psychologicznie prawdziwa - żadne tam hop siup, tylko pot, łzy i wewnętrzny bunt. Poza samą fabułą powieść jest po prostu ciekawym obrazkiem obyczajowym Polski okresu rozbiorów, a także stosunków polsko-niemieckich. W dodatku to zdecydowanie pozytywistyczno-feministyczne dzieło, podkreślające rolę kobiet w społeczeństwie, a także konieczność kształcenia tychże w czymś więcej niż śpiew i haft. Książka Urbanowskiej niewątpliwie ma pełnić rolę edukacyjną, zresztą została napisana na konkurs "Tygodnika Ilustrowanego" na powieść ukazującą obraz i wzór "dojrzałej kobiety, a kobieta przedstawiona być miała na polu właściwego jej działania w rodzinie lub poza jej obrębem". Abstrahując jednak od nauk płynących z lektury, sama fabuła jest wyjątkowo wciągająca, styl uroczy, a przekazywane nauki niezmiennie aktualne.
Zachęcam gorąco i samej sobie życzę podobnych literackich odkryć.
A na koniec minimalistyczny cytacik:
"Wzrosłaś w atmosferze zbytku i nie masz pojęcia o poprzestawaniu na małym - a jednakże ono czyni ludzi szczęśliwszymi, bo im daje większą swobodę. Człowiek, nie mogący się obejść bez wielu rzeczy, staje się rzeczywiście ich niewolnikiem. Im więcej potrzeb, tym większa niewola." (s. 39)
Recenzja ukazała się także na blogu "Klasyka Młodego Czytelnika", ale jest to dobra lektura dla ludzi w każdym wieku.
Zofia UrbanowskaKsiężniczka
1886
Bohaterka książki, siedemnastoletnia Helenka, wychowywała się w bogatym domu. Śliczna jak obrazek dziewczyna ma dobre serce, ale przyzwyczajona jest do zbytków i zaspokajania zachcianek. Jej matka to wzór arystokratki, kobieta, której ulubionym zajęciem jest siedzenie w pozie omdlałej na szezlongu, a w swej córce wytrwale pielęgnuje ów uroczy "rys słabości", który jej zdaniem jest główną ozdobą dziewczyny. Ojciec to człowiek dobry, ale niepotrafiący gospodarować pieniędzmi, których zawsze miał pod dostatkiem. Dobre serce i nieumiejętność odmowy wpędzają go w końcu w poważne długi. Rodzina staje na skraju bankructwa.
Helenka, dotąd żyjąca głównie myślą o balach, na których właśnie zaczęła bywać, staje nagle w obliczu nieuniknionej nędzy. Matka ma dwie białe, delikatne i lewe rączki, ojciec jest stary i schorowany, a ratunku szuka w modlitwie. Helenka musi zakasać swoje muślinowe rękawki i wziąć się do pracy.
Jako "panna sklepowa" trafia do firmy ogrodniczej i domu rodziny Radliczów. Dom ten w niczym nie przypomina jej własnego. Rodzina nazywana jest przez Helenkę szyderczo "kwakrami" - ze względu na skromny i prosty styl życia. Powoli jednak rozpieszczona panienka dostrzega pielęgnowane przez Radliczów wartości i rozpoczyna długi a zwłaszcza nader bolesny proces wewnętrznej przemiany.
Obawiałam się ciężkiego przypadku romansu, ale wątek miłosny występuje tu na bardzo dalekim planie. Główną rolę odgrywa przemiana bohaterki oraz zmagania z ciężką sytuacją finansową. Walka Helenki o uratowanie rodziców przed bankructwem naprawdę wciąga. W dodatku historia pracy bohaterki nad własnym charakterem jest psychologicznie prawdziwa - żadne tam hop siup, tylko pot, łzy i wewnętrzny bunt. Poza samą fabułą powieść jest po prostu ciekawym obrazkiem obyczajowym Polski okresu rozbiorów, a także stosunków polsko-niemieckich. W dodatku to zdecydowanie pozytywistyczno-feministyczne dzieło, podkreślające rolę kobiet w społeczeństwie, a także konieczność kształcenia tychże w czymś więcej niż śpiew i haft. Książka Urbanowskiej niewątpliwie ma pełnić rolę edukacyjną, zresztą została napisana na konkurs "Tygodnika Ilustrowanego" na powieść ukazującą obraz i wzór "dojrzałej kobiety, a kobieta przedstawiona być miała na polu właściwego jej działania w rodzinie lub poza jej obrębem". Abstrahując jednak od nauk płynących z lektury, sama fabuła jest wyjątkowo wciągająca, styl uroczy, a przekazywane nauki niezmiennie aktualne.
Zachęcam gorąco i samej sobie życzę podobnych literackich odkryć.
A na koniec minimalistyczny cytacik:
"Wzrosłaś w atmosferze zbytku i nie masz pojęcia o poprzestawaniu na małym - a jednakże ono czyni ludzi szczęśliwszymi, bo im daje większą swobodę. Człowiek, nie mogący się obejść bez wielu rzeczy, staje się rzeczywiście ich niewolnikiem. Im więcej potrzeb, tym większa niewola." (s. 39)
Recenzja ukazała się także na blogu "Klasyka Młodego Czytelnika", ale jest to dobra lektura dla ludzi w każdym wieku.
9 marca 2012
Kuzyneczka
Ponieważ z dziel pani Alcott znam tyko "Male kobietki" z chęcią zgarnęłam z bibliotecznej półki "Rosalynn" jej autorstwa. Recenzję zamieściłam na blogu "Klasyka Młodego Czytelnika".
29 lutego 2012
Historia, która nie ma końca
Każdy pewnie zna (przynajmniej każdy w wieku zbliżonym do mojego ;)) "Niekończącą sie historię" za sprawą ekranizacji z 1984 r. (Czy gra wam teraz w głowie piosenka Limahla "Neverending stooory" la lala la la la...?)
Był sobie kiedyś chłopiec imieniem Bastian, zaniedbywany przez owdowiałego ojca, wyśmiewany przez kolegów. Chłopiec zdobył wielką tajemnicza księgę i wyczytał w niej historię Fantazjany, krainy, której grozi ogromne niebezpieczeństwo, gdyż pochłania ją nicość, a jej władczyni, Dziecięca Cesarzowa, jest nieuleczalnie chora. Na poszukiwanie lekarstwa dla niej wyruszył Atreju, z pomocą Fuchura, smoka szczęścia. Bastian kibicował jego poszukiwaniom, az w końcu sam stał się częścią niekończącej sie historii i mógł ocalić Dziecięcą Cesarzową i Fantazjanę.
Wszyscy znamy tę historię, ale to nie jest cała historia. To nawet nie jej połowa.
Ciąg dalszy recenzji na blogu Klasyka Młodego Czytelnika.
26 lutego 2012
Dzieci z lasu
Frederick Marryat
Dzieci puszczy
The Children of The New Forest
1847
Książka praktycznie niedostępna po polsku, wydano ją tylko raz - w 1931 r. - egzemplarz można zdobyć pewnie tylko w antykwariatach. Od dawna miałam na nią ochotę, a obecnie Kindle otworzył przede mną raj w postaci łatwo dostępnych, darmowych i legalnych klasyków w języku angielskim. Natychmiast skorzystałam i pierwszą książką przeczytaną na tym cudownym urządzeniu były właśnie "Dzieci Puszczy", czyli "The Children of the New Forest".
Recenzja na stronie Klasyka Młodego Czytelnika.
22 lutego 2012
Śmierć, dziewczyna i powojenne Węgry
Powieść Magdy Szabó "Tajemnica Abigail" była prawdopodobnie jedną z najważniejszych (i najbardziej ukochanych) książek mojej młodości. Jej niesamowita atmosfera nadal mnie porywa i nie mogę odżałować, że węgierski serial nakręcony na podstawie książki nie jest dostępny z polskimi napisami.
Nie mam pojęcia, dlaczego wcześniej nie sięgnęłam po inne książki autorki, chyba bałam się rozczarowania. Teraz wreszcie się odważyłam - przeczytałam inną młodzieżową powieść Szabó "Powiedzcie Zsófice". I chociaż nie dorównała ona niedoścignionemu wzorowi "Tajemnicy Abigail", potwierdza klasę pisarki.
Cała recenzja na blogu Klasyka Młodego Czytelnika.
20 lutego 2012
Cudowna zbrodnia w sąsiedztwie


Co otrzymamy po dodaniu Janeczki i Pawełka do Flawii de Luce?
Rodzeństwo Castairsów: Dinę, April i Archiego oraz mnóstwo doskonałej zabawy.
Uroczy kryminał z 1944 r., niestety w Polsce niemal zupełnie zapomniany, a szkoda wielka. Może tak by go ktoś wznowił, na fali popularności Flawii, z ładniejszą okładką (ta z różami niczego sobie, mnie się niestety udało upolować tą drugą, z nogą, która nijak się ma do treści)? Wyznam po cichu (po cichu, bo się linczu boję), że mnie nawet rodzeństwo Castairsów bliżej przypadło do serca niż Flawia. I tylko nie mogę odżałować, że autorka stworzyła o nim zaledwie jedną książkę, a że od pół wieku nie żyje, nie ma co liczyć na repetę ;)
Trójka bohaterów to 15-letnia Dina, określana przez siostrę jako "hoże dziewczę", 12-letnia April, pozornie wątła i delikatna, oraz 10-latek Archie. Rodzeństwo wychowywane jest przez owdowiałą matkę - ale jeśli wyobrażacie sobie teraz poświęcającą się dzieciom kobiecinę, to stójcie. Matka pisze kryminały, kocha swoje dzieci nad życie, ale czasem stukot maszyny "wybija" jej z głowy opiekę nad nimi. Nic to jednak, bo dzieci są dobrze wychowane, bystre i nader zaradne. Kiedy w sąsiednim domu popełniona zostanie zbrodnia, postanawiają wykryć mordercę, a zasługę przypisać matce - co z pewnością uczyni ja najsławniejszą pisarka w kraju - a przy okazji także wyswatać rodzicielkę z przystojnym detektywem.
Bohaterowie są przesympatyczni, akcja rozgrywa się w latach 40. XX w. (w Europie musiałaby to być ponura opowieść o wojnie, podczas gdy w Ameryce trudno się jej w ogóle domyślić) i ma cudownie staroświecki urok, a zagadka jest naprawdę wciągająca. Pozostaję w nieutulonym żalu, że nie będzie drugiego tomu (nowości książkowe bardzo mnie pod tym względem rozpieściły - wszystko co dobre ma szansę doczekać "dalszych ciągów"), ale z pewnością wrócę do "Róż...".
Powieść zamieściłam także na liście Klasyki Młodego Czytelnika (a recenzje na tamtym blogu), bo nadaje się doskonale zarówno dla dorosłych, jak i dla młodzieży. Gorąco polecam.
Na podstawie książki powstał w 1946 r. film pod tym samym tytułem:
13 lutego 2012
Szkoła w starym zamku
Jaka to urocza książeczka! Przyznaję, ze mam słabość do powieści o dziewczątkach na pensji, a także do polskiej literatury dla młodzieży z okresu międzywojennego - może dlatego tak mnie "Kierdej" zachwycił. Fabuła jest dość prosta, ale ze stron promieniuje młodość i radość. Można poczuć się tak, jakby samemu wybiegało się ze starych komnat zamkowych do rozsłonecznionego ogrodu.
Cała recenzja na blogu Klasyka Młodego Czytelnika.
16 stycznia 2012
12 grudnia 2011
KLASYKA MŁODEGO CZYTELNIKA
![]() |
| Lands Of Enchantment - Boy Reading Age Of Chivalry Norman Rockwell (1894–1978) |
Dziecko czyta inaczej
Pamiętam z dzieciństwa targowanie się z mamą o to, ile stron mogę przeczytać przed zgaszeniem światła. Zgadzałam się na 10, a potem połykałam dwadzieścia... Nie łamałam zasad złośliwie. Po prostu po otwarciu książki tonęłam w akcji do tego stopnia, że traciłam kontakt z rzeczywistością. Z Mary Poppins spacerowałam po parku, z Łucją przechodziłam przez szafę do Narnii, z doktorem Dolittle rozmawiałam ze zwierzętami, ze Stasiem i Nel przedzierałam się przez Afrykę, z Sarą marzłam i głodowałam na poddaszu pensji panny Minchin. Coraz częściej uświadamiam sobie z żalem, że teraz nie potrafię już całą sobą oddać się lekturze. Kiedyś każda książka to był nowy świat. Teraz powieść to tylko coś wykreowanego przez człowieka, tak samo omylnego jak ja. Czepiam się stylu, bohaterów, zakończenia. Już nie akceptuję ich bezkrytycznie, jak dawniej. Jasne, dorosłam, zmądrzałam i nie ma powrotu do dzieciństwa. Ale możliwy jest powrót do dziecięcej literatury...
Lubię spisywać listy
Kiedy zaczęłam moją akcję czytania klasyków, spisałam listę pozycji do przeczytania (dostępną dla wszystkich tu). Świadomie nie uwzględniłam w niej klasyki literatury dla dzieci. Teraz jednak nabrałam na nią ogromnej ochoty. Zabrałam się z zapałem za tworzenie nowej listy (uwielbiam to ;) ) i... okazało się to nie takie proste.
Trudna kwestia kanoniczna
Co właściwie decyduje, że książka należy do kanonu? Czy to, że jest znana w wielu krajach? To, że jest stara i sporo pokoleń się na niej wychowało? Moja lista sięgnęła 25 stron objętości (!), bo okazało się, że większość pisarzy tworzących dla dzieci była niesamowicie płodna. Chyba tylko Anna Sewell, autorka książki Black Beauty, napisała jedną jedyną książkę. Większość ma na swoim koncie po kilkadziesiąt, a niektórzy nawet ponad 100 pozycji! Spróbowałam wprowadzić jakieś radykalniejsze kryteria, ale nie potrafię. Lista będzie gigantyczna, ale znajdą tam miejsce zarówno autorzy znani w wielu krajach, jak i ci mniej znani, ale nagradzani prestiżowymi nagrodami*, a także zapomniani, ale w dawnych czasach niezwykle poczytni. Oczywiście nie wpisuję na nią każdej książki napisanej przez autora - w przypadku płodniejszych ograniczam się o tych najbardziej znanych dzieł, a często tylko do polskich tłumaczeń.
Czy Harry Potter to już klasyka?
Druga kwestia to zakres czasowy - czy 'klasyki' to tylko powieści stare? Jeśli tak, to sprzed ilu lat? Ja będę się upierać, że Harry też jest klasyką. Można go nie lubić, ale trudno odmówić mu ogromnego wpływu na współczesną kulturę i dziecięce umysły. Dlatego na mojej liście znajdą się pozycje wydane do końca XX w., a późniejsze tylko jeśli są kontynuacjami (czyli kolejne tomy Harrego, Serii Niefortunnych Zdarzeń itp.).
Dręczeniu zwierząt mówimy nie
Zdumiewa mnie nieprawdopodobna liczba książek opowiadająca o biednych dręczonych zwierzątkach, zwłaszcza zaginionych pieskach. Nic na to nie poradzę, ale żywiołowo ich nie znoszę. Najbardziej znienawidzona przeze mnie w dzieciństwie książką był Biały Bim, czarne ucho, a zaraz po niej plasował się Roczniak. Na mojej liście się znajdą, ale nie zamierzam do nich wracać.
Co czytały dzieci dawno dawno temu?
Kiedy pierwszy raz czytałam Jane Eyre zastanawiało mnie, dlaczego jako mała dziewczynka ogladała "Historię ptaków brytyjskich" zamiast książeczki dla dzieci. Odpowiedź przyszła teraz - dawniej literatury dla dzieci była bardzo mało, a jeszcze dawniej nie było jej wcale! Pierwsza powieść anglojęzyczna skierowana do dzieci to, wg Wikipedii, The Governess, or The Little Female Academy, napisana przez Sarah Fielding (siostrę Henry'ego Fieldinga) w 1749 r.
Wcześniej istniały oczywiście baśnie i bajki, opowiadane dzieciom przez niańki i piastunki. Później pojawiły się książki z bajkami - autorstwa La Fontaine'a, Perraulta i Madame d'Aulnoy (XVII w.), ale niekoniecznie były one kierowane do małych czytelników. La Fontaine pisał dla dorosłego odbiorcy, chociaż oczywiście czytelnicy uznali, że jego dzieło jest, za sprawą licznych morałów, znakomitym narzędziem do edukacji dzieci. 30 lat po nim wydal swoje baśnie Perrault, kierując je już do dzieci (może dlatego, że po śmierci żony sam wychowywał kilkoro). Opublikowane w tym samym roku baśnie Madame d'Aulnoy były natomiast przeznaczone do opowiadania w salonach - nie nadawały się dla uszu dzieci...
W XVIII w. było już nieco lepiej, na samym początku pojawiło się w Europie tłumaczenie Baśni z tysiąca i jednej nocy. Młodzież nadal jednak czytywała książki pisane do dorosłego czytelnika. Triumfy święcili: Robinson Crusoe i Guliwer. Wiek XIX rozpoczął się brawurowo od Bajek dla dzieci braci Grimm, a potem było już tylko lepiej... Oczywiście, nadal wiele książek pisanych było bez podziału na grupy wiekowe - Juliusza Verne, Dickensa i Dumasa czytywali wszyscy. Ale literatura typowo dziecięca wreszcie rozkwitła. Zaczęły powstawać książki dla dziewczynek i książki dla chłopców, książki dla maluchów i dla "młodych dorosłych". Liczba książek dla dzieci napisanych w XX wieku przyprawia o zawrót głowy - a raczej przyprawiłaby, gdyby ktoś się podjął liczenia. A ostatnio, na początku wieku XXI, coś się zaczęło psuć...
Chyba się starzeję
Mam wrażenie, że ostatnio książki dla dzieci zatraciły swoją magię. Oglądam książki dla maluchów i albo mamy tam komercyjne pozycje w rodzaju Barbie tańczącej na lodzie, albo edukacyjne książeczki o przezwyciężaniu strachu przed przedszkolem, tudzież ekstrema o kupie i robalach. Na pewno są bardzo przydatne (pomijam te z Barbie), ale... hmmm, jakoś trudno uwierzyć, że dziecko będzie je po latach wspominać z rozrzewnieniem.
Podrośnięta latorośl z kolei wpada w łapy, przepraszam, w objęcia urodziwych wampirów, upadłych aniołów, nawróconych demonów i innych stworów. Co książka, to kalka.
Może się zestarzałam i nie potrafię docenić współczesnych pozycji. A może po prostu publikuje się tak dużo, że wartościowe książki giną w natłoku, zwłaszcza w obliczu nachalnej promocji tego, na czym da się zarobić.
Bunt
Ja w każdym razie czuję opór i uzewnętrznia się on w chęci powrotu do starych dzieł. Lista klasyki dla młodego czytelnika (także - młodego duchem) niedługo się pojawi w osobnej zakładce, ale o tym - w kolejnym wpisie.
* O nagrodach dla książek dla dzieci możecie poczytać tu:
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Winter is coming... Tym razem w komiksie.
Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...
-
Cztery lata wierni czytelnicy Jeżycjady odczekali się na przyjazd Magdusi do Poznania. Ja też czekałam. Oczekiwanie dłużyło mi się niemi...
-
Moje pierwsze zetknięcie z Jane Eyre było całkiem nieświadome. W wieku kilku lat oglądałam z rodzicami jakiś film i jedyne co z niego zapami...
-
Tak! Jeśli mnie nie myli kalendarz, to właśnie dziś, 15 stycznia 2011 r. , Jedz, tańcz i czytaj kończy roczek . Pół roku temu zaliczył co...











