Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino angielskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino angielskie. Pokaż wszystkie posty

20 lutego 2013

Do tego labiryntu nie wchodźcie! (Literatura na ekrany)

Tak, wiem, zaniedbuję bloga niemożliwie, ale sytuacja wygląda jak wygląda, czyli jak skrzyżowanie placu budowy z torem przeszkód. Remont trwa i końca przestałam już nawet wyglądać, bo i wierzyć w niego przestałam.Czy naprawdę istnieją mieszkania po których nie walają się worki z gipsem, klejem, zaprawą, pudła z kafelkami i płytkami podłogowymi, puszki z farbami, tony kartonowych pudeł (niemiłosiernie zapylonych) i kilometry zasypanej gruzem folii malarskiej? Niby widuję takie u znajomych, ale jakoś wierzyć mi się nie chce. Może oni to wszystko po prostu jakoś sprytnie chowają do szafek przed naszym przyjściem...

Udaje mi się czytać i to nawet ciekawe rzeczy, ale na pisanie już czasu brak, zresztą nieprzyzwoicie dużo go spędzam w internecie szukając fascynujących informacji z dziedzin budowlanych - jeśli kiedykolwiek sądziłam, że projektowanie wnętrz polega na doborze poduszek do koloru ścian, to już mnie życie z tego poglądu wyleczyło. Od dwóch miesięcy próbuję odpowiadać na pytania, gdzie chcę mieć rurkę, a gdzie kabelek i gniazdko, czując się zarazem boleśnie niekompetentna, a jednocześnie pod presją świadomości, że podjęte decyzje będą skutkować komfortem lub też jego brakiem przez kolejne lata.

A w temacie poniekąd książkowym:


Dwuodcinkowy miniserial na podstawie powieści Kate Mosse "Labirynt" to prawdopodobnie najgorsza ekranizacja, jaką obejrzałam w ostatnich latach i niniejszym oficjalnie jej NIE polecam. Żadnych zabaw w "sam zobacz i się przekonaj" nie zamierzam podejmować, film jest naprawdę fatalny i po prostu szkoda na niego czasu. Cały czas nie mogę się nadziwić, że zdzierżyłam tę produkcję do samego końca, mogę się wytłumaczyć tylko wyczerpaniem remontowym... Książka nie była arcydziełem - ot, takie czytadło, ale przyjemne i całkiem wciągające, zwłaszcza w swoim historycznym wątku.

Akcja i książki, i filmu rozgrywa się dwutorowo - współcześnie i w XIII wieku. Średniowieczna historia opowiada o krucjacie przeciwko katarom, których spora grupa mieszkała we francuskim mieście Carcassonne. Na pierwszy plan opowieści wysuwają się losy pięknej Alais i jej okrutnej siostry Oriane. W tle mamy trzy tajemnicze księgi i Świętego Graala.
Bohaterką współczesnego wątku jest Alice, która podczas wykopalisk natyka się na szkielety i zagadkowy pierścień - ściśle powiązane z wspomnianymi wydarzeniami sprzed kilkuset lat. Szybko okazuje się, że tajemnice sprzed lat są wiecznie żywe - a komuś bardzo zależy, by nie zostały ujawnione.

Klasyczny motyw dobrej i złej siostry - Alais i Oriane

Rozczochrani obrońcy Carcassone
W książce wątek historyczny wydawał mi się zdecydowanie ciekawszy i w filmie też wypadł lepiej. Niestety część współczesna zupełnie produkcję pogrążyła. Vanessa Kirby, która grała Alice, była ładną niebieskooką blondynką, w strojach nieco boho, w wysmakowanych błękitno-beżowych tonacjach kolorystycznych, pasujących do otoczenia i to by było na tyle, jeśli chodzi o jej wkład w kreowanie postaci. Minę miała tylko jedną, w wariacji na zamknięte i otwarte usta - Kristen Stewart mogłaby się od niej nauczyć, jak nie wyrazić mimiką absolutnie nic... Samej może nie udałoby się jej położyć całego filmu, ale miała mocne wsparcie ze strony scenarzysty. Udało mu się wydobyć z książki całą jej płytkość - sensu w wydarzeniach nie było za grosz, o ciągu przyczynowo-skutkowym nie wspominając, a złote myśli, które padały z ust bohaterów miałam chęć zapisywać, bo tyle komunałów naraz to się jednak rzadko słyszy.

Alice (Vanessa Kirby) zna tylko jedną minę
Nie będę się już dalej pastwić, wymieniając słabe strony filmu, bo trzeba mieć litość dla maluczkich. Dodam tylko, że finał godny był Monty Pythona i Świętego Graala i nie jest to komplement.
Nie oglądajcie.

I tylko Carcassone warto zobaczyć... Najlepiej na żywo
Labirynt / Labirynth, miniserial TV, reż. Christopher Smith, Niemcy, RPA, Wielka Brytania, 2012

24 lipca 2012

Literatura na ekrany! - "Emma" Jane Austen

Nie wiem, jak dobrze znane są ekranizacje "Emmy" w Polsce (na pewno ta z Gwyneth Paltrow), ale w Anglii na blogach i forach toczą się spore boje o to, która jest najlepsza. Oczywiście każdy jest przekonany, ze jego wybór jest jedynie słuszny. Tymczasem o gustach się nie dyskutuje i każdy sobie jedną (albo więcej, albo żadną) Emmę wybierze jako tą jedyną. Uwielbiam filmy kostiumowe, jeszcze bardziej ekranizacje XIX-wiecznej literatury, więc wszystkie obejrzałam z zainteresowaniem, ale która spodobała mi się najbardziej, zdradzę na końcu.


"Emma Woodhouse, osóbka przystojna, rozumna i bogata, posiadająca dostatni dom i obdarzona pogodnym usposobieniem, otrzymała, zda się, wszelkie dary, jakie życie ofiarować może; toteż przeżyła na świecie blisko dwadzieścia lat bez większych powodów do zmartwień i niezadowolenia". Młodsza córka zamożnego dżentelmena jest przekonana, że nigdy nie wyjdzie za mąż, bo zbyt lubi życie, jakie wiedzie w domu swego ojca - hipochondryka, ale jakże kochanego. Jest ładna, bystra i bogata, przynależy do najlepszej sfery. Ma dom, wielbiącego ją ojca, zamężną siostrę, gromadkę siostrzeńców, przyjaciół i nic jej więcej nie potrzeba. Jej życie codzienne jest jednak zbyt spokojne, jak dla tak młodej i energicznej osóbki, dlatego panna ubzdurała sobie, że doskonale zna się na ludziach i jest mistrzynią w kojarzeniu par. Na "ofiarę" wybiera pastora Eltona oraz swoją przyjaciółkę, Harriet - dziewczę ładne i naiwne, o nieznanym pochodzeniu (od dzieciństwa ktoś łoży na jej utrzymanie na miejscowej pensji dla dziewcząt i Emma wierzy, że ojciec Harriet jest nie tylko  bogaty, ale i odpowiednio urodzony) . Emma sporo namiesza, zanim uświadomi sobie rozmiar swoich omyłek, ale co ja Wam będę opowiadać... Austen zrobiła to znacznie lepiej.

"Emma" nie jest moją ulubioną powieścią Jane Austen i nie zachwyciła mnie specjalnie, kiedy ją pierwszy raz czytałam. Powrót do lektury po kilku latach okazał się znacznie bardziej udany - już wiem, że nie znajdę tu tej energii i tych emocji, co w "Dumie i uprzedzeniu", więc się ich nie spodziewam. Lubie jednak pospacerować w wolnym rytmie po wiosce Highbury i po ogrodach Hartfield, a nawet poirytować się na Emmę za jej zarozumialstwo wynikłe z młodego wieku, wysokiej pozycji i nieznajomości świata.

Emma z Dianą Fairfax (1960)
Ekranizacji powstało sporo - w latach 1940-1980 było ich sześć. Później nastąpiła 15-letnia przerwa, a od lat 90. Jane Austen znów zaczęła wracać na ekrany. Najstarsza ekranizacja, jaką udało mi się obejrzeć, to serial BBC z 1972 r., dlatego nie opowiem Wam o wcześniejszych. Znalazłam tylko informacje, że były to: "Emma" z 1948 r. z Judy Cambell w roli tytułowej (reż. Michel Barry), "Emma" z 1954 r. z Felicią Montealegre w roli tytułowej, "Emma" z 1957 r. z Sarah Churchill w roli tytułowej  i dwie ekranizacje z 1960 r. - angielska z Dianą Fairfax i amerykańska z Nancy Wickwire.





Emma, reż. John Glenister, miniserial BBC, UK 1972 (240 min, 6 odcinków)

Serial z BBC to właściwie całkiem niezła ekranizacja - zresztą od BBC trudno oczekiwać złej. Scenariusz - mimo kilku zmian w stosunku do oryginału - jest bardzo udany, dzięki czemu film oglądałam z zainteresowaniem (mimo że była to 4.  z oglądanych przeze mnie ekranizacji "Emmy"). Film jest jednak bardzo teatralny i wizualnie dość mocno się zestarzał - ma w końcu te 40 lat. W dodatku dobór głównych aktorów jest dość pechowy i chyba głównie z tego względu serial ten nie ma szans cieszyć się popularnością wśród współczesnych widzów.

Doran Godwin, która gra tytułową bohaterkę, jest - cóż - niedopasowana do obecnych kanonów urody. W ruchu wygląda lepiej niz na zdjęciach, ale kiedy zestawi się ją ze słodziutką jak karmelek Harriet Smith (Debbie Bowe), trudno uwierzyć, by ktokolwiek mógł się szczerze zainteresować Emmą. Charakterek też ma niezbyt pociagający -  nie ma w niej szczerości uczuć, manipuluje innymi raczej z nudów niż dla uszczęśliwienia ich. Pomiata biedną Harriet jak szmacianą lalką. Nie wzbudziła ani krzty mojej sympatii.
 

 Po lewej Emma, po prawej Harriet

Pan Knightley (John Karson) straszliwie mnie irytował - nie dość, że wyglądał na ojca Emmy (aktor miał 45 lat, był więc 7 lat starszy od bohatera, którego grał), to jeszcze właśnie tak się zachowywał. Nieustannie ją strofował i traktował jak głupiutkie dziecko, które trzeba pouczać na każdym kroku. Robił wrażenie obleśnego rozpustnika, który wychowuje młodziutką żonę, raczej z rozsądku niż miłości, a zdecydowanie nie taka była intencja Jane Austen. Ale w rezultacie wyrachowana Emma i przewidujący Knightley byli siebie godni, więc w sumie mogli stworzyć całkiem udany związek :)


Niezbyt spodobał mi się też ojciec Emmy, żywiutki jak młody pasikonik. Skakał to tu, to tam, zamiast przyzwoicie siedzieć w fotelu przy kominku, jak na starego hipochondryka przystało ;). Reszta aktorów była całkiem nieźle obsadzona.

Plus za uroczą staroświecką melodyjkę plumkaną na pianinie w czołówce serialu.


Emma, reż. Diarmuid Lawrence, UK 1996 (107 min.)

Dobra ekranizacja, z jedyną - jak dotąd - ciemnowłosą Emmą. Wierna książce - oczywiście w graniach możliwości, konieczne było przycięcie fabuły, by zmieścić ją w dwóch godzinach. Obejrzałam z przyjemnością, choć nie będzie to moja ulubiona ekranizacja i nie sądzę żebym kiedyś do niej wróciła.

Kate Beckinsale okazała się zaskakująco udana Emmą i moim zdaniem była najlepiej obsadzoną aktorką w tym filmie. Do reszty aktorów nie jestem przekonana - rzecz jasna, wszyscy grali dobrze, ale czegoś mi zabrakło. Po obejrzeniu serialu z 1995 r. na podst. "Dumy i uprzedzenia" nie potrafiłam już wyobrazić sobie Elizabeth Bennet inaczej niż z twarzą grającej ją aktorki. W tym przypadku nic takiego nie nastąpiło, bohaterowie filmu i książki pozostali dla mnie odrębnymi postaciami.

Nie mogłam się przekonać do Marka Stronga w roli Knightleya - to dobry aktor, ale cóż, nie można dogodzić każdemu (w tym wypadku mnie). Cały czas mi się wydawało, że tak powinien wyglądać Robespierre (czasy są zbliżone, w końcu "Emmę" wydano w 1815 r., kilkanaście lat po francuskiej rewolucji, więc może nie ma w tym nic złego, niemniej Robespierre nie wydaje mi się postacią szczególnie romansową ;)). Słodka i całkiem udana była Harriet Smith (Samantha Morton), ale Jane Fairfax (Olivia Williams) miała twarz nie do zapamiętania. Zresztą większość aktorów mogliby podmienić i nie odczułabym z tego powodu najmniejszego żalu.

Emma i Kinghtley
Jane i Frank Churchill


Emma, reż. Douglas McGrath, USA 1996 (121 min.)

Od razu wyznaję, że nie przepadam za tą ekranizacją. Obejrzałam ją po raz pierwszy lata temu, ale wydawała mi się wtedy boleśnie nudna. Teraz zrobiłam sobie powtórkę i również nie wzbudziła we mnie większych emocji.

Gwyneth Paltrow (jaka młodziutka!) bardzo pasuje mi wizualnie do roli Emmy, ale kreowanej przez nią bohaterki nie polubiłam. Irytująca panienka, która uważała się za lepszą i mądrzejszą od wszystkich, pozbawiona wdzięku, który mógłby osłodzić ten charakterek. Nie wiem, czy to wina interpretacji aktorki czy scenariusza.

 Za fatalnie obsadzoną uważam rolę Harriet. Toni Colette ma urodę... specyficzną, a Harriet miała być wdzięcznym dziewczątkiem. W dodatku charakterologicznie z milutkiej naiwnej panienki zrobiła przygłupią dziewuchę i naprawdę nie sposób pojąć, jak Emma mogła znieść dobrowolnie jej towarzystwo. Pełna rezerwy Jane Fairfax w wykonaniu Polly Walker także mnie nie zachwyciła. Wyglądała jakby nie tyle chciała trzymać innych na dystans (z ukrytych pobudek), co jakby gardziła całym towarzystwem i nie zamierzała się z nim pospolitować. Za to bardzo podobał mi się Jeremy Northam w roli Knightleya - był akurat w sam raz dojrzały, w sam raz przystojny i w sam raz sympatyczny - ale nie wystarczył bym nabrała sympatii do filmu.

Na plus należy Amerykanom policzyć, że ich ekranizacja jest wizualnie bardzo ładna. Stroje są zachwycające - w przeciwieństwie do grzybopodobnych czepków Kate Beckinsale.

Emma i Kinghtley
Jane Fairfax i Frank Churchill
(Czy Jane nie wygląda,
jakby mogła złapać Franka za kudły
i zawlec za sobą do domu?)


Emma, reż. Jim O'Hanlon, miniserial BBC, UK 2009 (240 min, 4 odcinki)

Teraz wreszcie będę się zachwycać. Romola Garai dała swojej Emmie ogromny urok osobisty. Aktorka, na zdjęciach piękna jak aniołek, zmienia się w ruchu. Jej twarz jest pełna ekspresji, mimika przebogata (aż do przesady), z jej twarzy można odczytać każdą emocję. Łatwo ją polubić, nawet jeśli ma się ochotę prać ją po głowie za zabawę ludźmi jak lalkami. Jako jedyna odtwórczyni tej roli Garai ożywiła swoją bohaterkę. Wreszcie mogłam zrozumieć, dlaczego Knightley się w niej zakochał...

Cudowna jest też Harriet, śliczna, ale niezbyt bystra - Louise Dylan idealnie pasuje do roli. Miła, uczciwa, naiwna - dobra dziewczyna, o pechowym pochodzeniu, łatwo poddająca się przewodnictwu "ważniejszej" przyjaciółki. Świetny Michael Gambon jako ojciec Emmy, jakby żywcem wyjęty z kart powieści. Zresztą - uważam każdą rolę za doskonale obsadzoną, musiałabym tu wymienić wszystkich aktorów.

Początkowo rozczarował mnie George Knightley - był dobrze zagrany, wiarygodny jako postać, widać było chemię między nim a Emmą, ale jednak był zupełnie inny niż w książce. Była to celowa decyzja twórców - pewne uwspółcześnienie tego romansu*. Dlatego nie mamy już płochej nastolatki i dojrzałego, poważnego dżentelmena, który wychowuje sobie przyszłą żonę, tylko parę przyjaciół. Dzieli ich co prawda spora różnica wieku, ale łączy wieloletnia bliska znajomość oraz bardzo młody sposób bycia Knightleya (przy jednoczesnej większej rozwadze i wiedzy życiowej niż jego uroczej przyjaciółki). Miało to swoje plusy, choć ta zażyłość między nimi, ich swobodne zachowania, nieco mi zgrzytały w kontekście początku XIX wieku. Grający Knightleya Jonny Lee Miller miał jednak tyle uroku, że nie tylko mu wszystko wybaczyłam, ale pod koniec prawie sama się w nim zakochałam.

Wielki plus za uroczą scenę balu. Tańczący wyglądają jakby naprawdę świetnie się bawili, a nie tylko odtwarzali układ choreograficzny. Scena, w której Knightley  pomaga Harriet - bezcenna. Drugi plas za fantastyczną czołówkę - złotawe wzory na szkarłatnym tle przypominały XIX-wieczna tkaninę, a muzyka obiecywała kolejny fantastyczny odcinek.

Scenariusz serialu napisała  Sandy Welch (autorka scenariusza do ekranizacji "Jane Eyre" - miniserialu z 2006 r.), więc wcale się nie dziwię, że wyszedł doskonale. Muszę jednak przyznać, że niektóre sceny i dialogi były niemal identyczne z ekranizacją z Kate Beckinsale. Zaczęłam wręcz szukać powiązań między tymi filmami, ale wersja z 1996 r. ma innego scenarzystę, więc już sama nie wiem, czy autorzy serialu "ściągali" z filmu, czy po prostu oba są aż tak wierne książce.

*W ciekawym dokumencie o kręceniu serialu twórcy przyznają, ze chcieli nakręcić "Emmę" dla współczesnego odbiorcy, stąd odeszli nieco od konwencji, co widać np. w wyraźnej gestykulacji bohaterów i mowie ich ciała (czytaj - aktorzy nie są tak sztywni, jak w pozostałych ekranizacjach). W moim odczuciu ta wzmożona gra mimiką sprawdziła się w przypadku "Emmy" doskonale.

Piknik na Box Hill


 ***************************

Kolejny raz sprawdziła się zasada, że nie da się zrobić naprawdę dobrej ekranizacji w postaci filmu - wymagane jest kilka odcinków, żeby uwypuklić wszystkie te cudowne detale, składające się na urok powieści. "Emma" z Romolą Garai trafia na półkę moich kostiumowo-ekranizacyjnych ulubieńców obok "Dumy i uprzedzenia" z 1995 r., "Jane Eyre" z 2006 r. i "Tajemnic domu na wzgórzu" z 1996 r.

15 lipca 2012

Literatura na ekrany! - Cykl o Ani z Zielonego Wzgórza (cz. 1)

Przez długi czas byłam przekonana, że wersja z lat 80. z Megan Follows to jedyna ekranizacja Ani z Zielonego Wzgórza. Myliłam się - trzy pierwsze (ale nie jedyne) adaptacje  powstały jeszcze za życia L.M. Montgomery


Mary Miles Minter
Pierwsza ekranizacja Ani z Zielonego Wzgórza powstała 11 lat po opublikowaniu powieści, czyli w 1919 r.. Główną rolę zagrała Mary Miles Minter, 17 letnia aktorka, nastoletnia gwiazdka niemego kina. Występowała w 54 filmach, choć jej kariera nie trwała długo (11 lat), zrezygnowała z niej w wieku 23 lat. Miało to związek ze skandalem, w który została uwikłana rok wcześniej. Zamordowany został wówczas 49-letni reżyser, podejrzewano Mary o romans z nim, a jej matkę - o zabicie absztyfikanta córki. Złośliwe plotki w prasie spowodowały, że ex-Anna Shirley zrezygnowała z kariery, ale za zarobione do tego czasu pieniądze żyła w dostatku aż do śmierci w 1984 r.


Ekranizacja nie spodobał się Lucy Maud Montgomery - Ania była w nim inna niż pisarka ją sobie wyobrażała. Niestety nie możemy tego ocenić, gdyż film zaginął. Kanadyjscy pasjonaci "Ani" - Jack and Linda Hutton - poświecili prawie 7 lat, szukając informacji o owym utraconym filmie. Na podstawie odnalezionych klatek filmowych, stworzyli prezentację - z granym na żywo podkładem muzycznym i czytanym z offu tekstem dialogów - która pozwala zapoznać się choć częściowo ze starym dziełem (fragment dostępny na youtube).

Pokaz "Ani" w 1920 r. Po prawej stronie ekranu akompaniatorka.
Źródło
****************


Druga ekranizacja powstała w roku 1934 i tym razem zyskała aprobatę pisarki. Dwugodzinny czarno-biały film (później podkolorowany) nie tylko mocno streszczał, ale i zmieniał fabułę książki. Postać Małgorzaty/Rachel Linde zniknęła, a jej cechy przejęła matka Diany Barry (ją przepraszała Ania na początku pobytu u Cuthbertów). Sama Diana była okrąglutką blondyną, zresztą prawie niewidoczną w filmie. Istotą fabuły stał się właściwie romans (tak, tak!) Ani i Gilberta, którego wzbraniała im Maryla. Samą Anię nieco postarzono - w książce ma 11-lat, a w filmie 14, kiedy przybywa do Cuthbertów (co jest trochę ryzykowne, bo o ile można impulsywne zachowania wybaczyć 11-letniemu dziecku, to niepokoją one u 14-letniej panienki i aż dziw, że Maryla nie zapakowała jej z powrotem do pociągu - ale podyktowane to było pewnie dość dorosłym wyglądem aktorki).

W rolę Ani wcieliła się 17-letnia Dawn Evelyeen Paris, która przyjęła pseudonim... Anne Shirley (wcześniej występowała jako Dawn O'Day) i pod tym mianem była później znana. Sześć lat później wystąpiła w ekranizacji "Ani z Szumiących Topoli".









Film ogląda się miło, choć należy przymknąć oko (najlepiej zamknąć) na niezgodność z oryginałem. Budżet był raczej niewielki, obsada skromna (stąd wielu bohaterów powieści zniknęło z filmu), a i tak ekranizacja stała się nieoczekiwanym hitem, kiedy tylko weszła na ekrany. Ja daję zdecydowany plus za uroczego Mateusza Cuthberta. Film jest obecnie w całości dostępny na youtube.


****************

Po ogromnym sukcesie wersji z 1934 r. kilka wytwórni z Hollywood wyraziło chęć zekranizowania dalszych losów Ani.  Rozważano nakręcenie "Doliny Tęczy", "Rilli ze Złotego Brzegu", "Czarodziejskiego świata Marigold" i "Jane ze Wzgórza Latarni", mówiono o zaangażowaniu Shirley Temple. Ostatecznie powstał tylko dalszy ciąg losów Ani - "Ania z Szumiących Topoli", ponownie z Anne Shirley w roli Ani Shirley. Film wszedł na ekrany w czasie II wojny światowej - w roku 1940.

Niestety nie udało mi się tej wersji obejrzeć - nie mam nawet pojęcia, gdzie jej szukać. DVD brak. W internecie można znaleźć króciutkie fragmenty filmu (np. TU i TU). W recenzjach znalazłam sporo zachwytów, więc naprawdę chętnie przekonałabym się sama, jak też filmowcom wyszła pierwsza ekranizacja tego tomu.


Podobnie jak w książce - dorosła już Ania, zaręczona z Gilbertem Blythem, wyjeżdża na rok (w powieści na trzy lata), by objąć posadę wicedyrektorki szkoły. Przybytek ów mieści się w małym miasteczku, w którym prym wiedzie potężna rodzina Pringle'ów, na czele z wiekową damą Hester Pringle. Rod ów żywi zdecydowaną niechęć do Ani (mieli własnego kandydata na objęte przez nią stanowisko) i stara się jej zatruć życie. Film kończy się inaczej niż książka, więcej tu także dramatycznych wydarzeń i gotyckich klimatów.

****************

W latach 50. powstały aż trzy telewizyjne wersje "Ani z Zielonego Wzgórza" - dwie kanadyjskie i jedna francuska ("Anne de Green Gables", 1957). Pierwsza kanadyjska wersja - z 1956 r. - to musical z Toby Tarnow. Na jego podstawie powstał musical sceniczny, wystawiany w Charlottetown od 1965 r. Dwa i pół roku później powstał drugi film, tym razem z Kathy Willard, oceniany raczej nisko.


Musical z 1956 r.
****************

Kolejne filmy powstały w latach 70. BBC zekranizowało "Anię z Zielonego Wzgórza" oraz "Anię z Avonlea", a Japończycy stworzyli wersję animowaną.

Ania z Zielonego Wzgórza z 1972 r., produkcji BBC, została - o zgrozo - zagubiona. Może się kiedyś odnajdzie, a może taśma została omyłkowo zniszczona, nie wiadomo. Wielka szkoda, bo ludzie, którzy mieli dawniej okazję oglądać film w telewizji, wspominają go bardzo dobrze.


Na szczęście zachowała się druga część - nakręcony trzy lata później 4-odcinkowy miniserial pt. "Ania z Avonlea", który jest ekranizacją zarówno "Ani z Avonlea", jak i "Ani na Uniwersytecie". Oglądałam go początkowo z rezerwą (Kim Braden jakoś mi nie pasuje do roli Anne, a sama produkcja jest bardziej teatralna niż filmowa), a później z rosnącą sympatią. Chociaż nie jest to ekranizacja idealna, dobrze oddaje ducha oryginału. Zdecydowanie wolę ją niż "dalsze ciągi" zekranizowane w latach 80. przez Sullivana, które wysłały Anię na pierwszą wojnę światową, tracąc zupełnie kontakt z pierwowzorem - ale o tym w kolejnym wpisie. Serial dostępny jest na youtube.


Kim Braden jako Ania Shirley
****************

Paradoksalnie najwierniejszą oryginalowi wersją "Ani z Zielonego Wzgórza" jest animowany japoński serial "Akage no An" z 1979 r., składający się z 50 odcinków (każdy trwa 23 minuty). Tworzyli go ludzie, ktorzy obecnie wchodzą w skład Studia Ghibli - co jest dobrą rekomendacją. Reżyserem był Isao Takahata, a grafikiem pierwszych 15 odcinków Hayao Miyazaki.


 CDN

17 czerwca 2012

Szepty, krzyki i głodne stado wilków


Nie oglądam horrorów z założenia, ale Szepty to nie horror, tylko klasyczna gotycka opowieść o duchach, porównywana (słusznie) do Innych. Może nie aż tak dobra, ale nadal bardzo dobra. Mamy tu wielki ponury budynek, opustoszałe komnaty, w których każdy krok odbija się echem, plątaninę ciemnych korytarzy, mgłę nad łąkami, szepty... Atmosfera idealna.

Anglia po I wojnie, ludzie nadal leczą zewnetrzne i wewnętrzne rany po tej światowej katastrofie.
Florence Cathart nie wierzy w duchy. Napisała nawet książkę na ten temat i często zajmuje się demaskowaniem oszustów, którzy zarabiają na fałszowaniu zjawisk nadprzyrodzonych. Może czasem nawet żałuje swojej pewności, bo na wojnie straciła ukochanego... Pewnego dnia zostaje poproszona o przyjazd do szkoły dla chłopców w Rookford i wyjaśnienie podejrzanych wydarzeń. Budynek, w którym mieści się szkoła z internatem, był dawniej prywatnym domem i ponoć przed laty wydarzyła się w nim tragedia, zginęło jakieś dziecko. Nic do końca nie wiadomo, ale niektórzy uczniowie twierdzą, że widzieli ducha chłopca. Tym może by sie nadal nie przejmowano (legenda krąży od dawna), ale dochodzi do tragicznego wypadku - jeden z wychowanków zostaje znaleziony martwy. Florence wyrusza, by odkryć prawdę - o szkole i o sobie samej.

Po Innych trudno jeszcze nakręcić coś świeżego, uniknąć nawiązań, ale twórcom Szeptów udało się całkiem nieźle. Klimat wyszedł doskonale, a rozwiązanie jest naprawdę zgrabne. Kilka scen uczciwie straszy i krzyki na widowni naprawdę się rozlegały, nie żartuję. Ja nie lubię bać się w kinie i jestem doskonale wyćwiczona w zamykaniu oczu, kiedy tylko wydaje mi się, że za moment nastąpi jakaś "straszna scena", a i tak parę razy podskoczyłam w fotelu.


Film miał dobrych, choć mniej znanych aktorów, m.in. Imeldę Staunton i Dominca Westa, a Florence zagrała Rebecca Hall. Licznych fanów Gry o tron może zaciekawić informacja, że w rolę małego Toma wcielił się Isaac Hempstead-Wright, czyli Bran Stark.


Pech chciał, że film obejrzałam w ramach nocnego maratonu ENEMEF, którego widzowie pozostawiali sporo do życzenia. Obok siebie miałam parę obcokrajowców, którzy z zainteresowaniem komentowali absolutnie KAŻDE zdanie padające z ekranu. Było też sporo osób, które na odgłos cudzych krzyków przestrachu wybuchały histerycznym śmiechem oraz takich, które rechotem witały każdy pocałunek lub też scenę chociaż w nastroju erotyczną na ekranie. Zdaje się, że zapowiedź "nocy horrorów" zgromadziła odbiorców niezbyt dojrzałych - wiekowo lub umysłowo. Odebrało mi to naprawdę wiele przyjemności z seansu i po raz pierwszy żałuję obejrzenia dobrego filmu w kinie.

Wielbicielom opowieści o duchach i klimatów gotyckich szczerze polecam Szepty, tylko uważnie dobierajcie współoglądaczy ;). 


Szepty / The Awakening, reż. Nick Murphy, Wielka Brytania 2011


Drugim z kolei filmem na maratonie było Przetrwanie, którego nie polecam. Film oparty na wyświechtanym schemacie "dziesięciu murzynków", za którym w kinie nie przepadam (łagodnie powiedziane). Oto samolot przewożący robotników rozbija się na Alasce. Kilku mężczyzn, którzy mieli pecha raczej niż szczęście przeżyć, musi poradzić sobie w wyjątkowo niesprzyjającym klimacie. Jakby mało było ran, mrozu i głodu, mieszkające w okolicy stado wilków oblizuje się na widok takich zapasów chodzącej żywności.

Pomysł całkiem niezły, piękne krajobrazy, kilka poruszających scen (w tym zdecydowanie przerażająca katastrofa samolotowa, którą przetrwałam ze szczelnie zamkniętymi oczami), ale całość jednak nie zachwyciła. Rozbitkowie ginęli pojedynczo z częstotliwością co 10 minut, jak w zegarku. Po trzecim zaczęłam z niecierpliwością wyczekiwać, kiedy znów wyskoczy wilk i skonsumuje następnego delikwenta, bo wiedziałam, że dopóki nie zostanie jeden (z góry wiadomo, że główny bohater, czytaj Liam Neeson, wytrwa najdłużej), film się nie skończy. Nie mam krwiożerczego usposobienia, naprawdę, a jednak widok kolejnego trupa witałam niemal z radością... Dawno się tak nie umęczyłam na żadnym filmie, gdybym oglądała go na dvd pewnie darowałabym sobie seans po pierwszym kwadransie. Film tylko dla fanów gatunku, albo tych, co nigdy nie oglądali Cube i licznych pochodnych.


Przetrwanie / The Grey, reż. Joe Carnaham, USA 2011

Kolejne horrory enemefowe to Hell i Dom w głębi lasu, ale ich nie widzieliśmy, bo jako trzydziestoletnie zgredy o godzinie 2 uznaliśmy, że nam się jednak bardzo chce spać. Ja poszłam tam tylko ze względu na Szepty, więc nie żałuję.

31 maja 2012

Bóg, rodzina i teoria ewolucji

To jeden z najpiękniejszych filmów, jakie obejrzałam w tym roku. Zdaję sobie sprawę, że hasło "film o Karolu Darwinie" może na Was podziałać odstraszająco, ale nie dajcie się zwieść pozorom. Nie ma tu poważnego brodatego pana z portretów snującego opowieść o swojej teorii. Jest zbolały ojciec, który stracił ukochaną córkę, a wraz z nią szczęście rodzinne i wiarę w dobrego Boga.

Nawet jeśli Paul Bettany i jego żona Jennifer Connelly nie przypominają zewnętrznie małżeństwa Darwinów, to zagrali ich fantastycznie. Szczęśliwy związek, obdarzony licznym potomstwem, przeszedł poważny kryzys, kiedy na gruźlicę zmarła ich 10-letnia córeczka Annie. Emma Darwin szukała ukojenia w wierze chrześcijańskiej, Karol się od niej oddalał. Żal, bunt i wyrzuty sumienia doprowadziły go niemal na skraj obłędu.

Film oparty jest na książce Annie's Box, którą napisał praprawnuk Karola Darwina, Randal Keynes. Około roku 2000 odkrył on pudełko z pamiątkami po Annie, zachowanymi przez Karola i Emmę, co zainspirowało go do stworzenia biografii przodka, koncentrującej się głównie na jego relacji z ukochaną córką.*

Darwin. Miłość i ewolucja / Creation, reż. Jon Amiel, Wielka Brytania 2009.

* Za angielską Wikipedią.

Annie Darwin

Z ciekawostek:

Kiedy Emma pobierała się ze swoim kuzynem Charlesem była już właściwie "starą panną", miała 31 lat. Mimo tego para doczekała się licznego potomstwa. W filmie zmniejszono ich liczbę, w rzeczywistości urodziło się im dziesięcioro dzieci, z czego dwoje (Mary i Charles) zmarło we wczesnym dzieciństwie, a Annie w wieku 10 lat.

Emma w młodości pobierała lekcje gry na fortepianie u Fryderyka Chopina.

Zachowało się 60 tomów jej pamiętników, są dostępne TU. Z kolei TUTAJ można znaleźć wspomnienie Karola Darwina o Annie oraz opis reakcji młodszej córki, Henrietty, na śmierć Annie, sporządzony przez Emmę.

Emma Darwin, portret
pędzla George'a Richmonda
z 1840 (ok. rok po ślubie)

Emma Darwin z synem Leonardem
(1853)

25 stycznia 2011

Dziecinnieję

Może nie powinnam się przyznawać. Albo zakamuflować to pod filozoficznym procesem szukania wewnętrznego dziecka. Prawda jest jednak taka, że czuję się przepracowana, przybita nieustanną ciemnością, a w dodatku mojego Lubego wyniosło na inny kontynent i znowu jestem słomianą wdową. Wszystko to razem powoduje chandrę, a stan ten przejawia się u mnie w namiętnym oglądaniu filmów skierowanych do grupy wiekowej co najmniej o połowę młodszej niż ja. Myślicie, że istnieje jakieś wsparcie dla takich przypadków? Miejsce, gdzie mogłabym wstać i odważnie powiedzieć "Jestem Lilybeth, mam prawie 30 lat i regularnie oglądam filmy dla dzieci"?

Nie?
Trudno. W takim razie opowiem o tym Wam.

Wild Child czyli kolejny film o szkole z internatem. Trafiłam na niego przypadkiem, idąc tropem aktorki June Temple (pierwsza z prawej), która ma szczęście do ról pensjonarek - grała w Cracks i Dziewczynach z St. Trinian.


Bohaterka, rozpuszczona amerykańska laleczka Poppy Moore (Emma Roberts), zostaje umieszczona w brytyjskiej szkole z zasadami, co ma nieco ją utemperować. Poppy początkowo marzy o ucieczce, ale powoli zaczyna doceniać swoje nowe otoczenie i odkrywa, że w życiu nie chodzi tylko o nowy błyszczyk i kolejną imprezę.

Prosta bajka, ale bardzo dobrze opowiedziana - ciepła, sympatyczna, wciągająca i wiarygodna. Do tego z mądrym przesłaniem (ale bez zbyt nachalnego amerykańskiego morału, wypowiadanego pod koniec drżącym patetycznym głosem). Wartościowa pozycja dla nastolatek, a przyjemna - dla wszystkich.  Z czystym sercem polecam.

Wild Child: Zbuntowana księżniczka, reż. Nick Moore, Francja, USA, Wielka Brytania 2008.



Ballet shoes to ekranizacja powieści dla dzieci Noel Streatfeild - zawsze chciałam ją przeczytać, a nie miałam okazji, więc jak zauważyłam ekranizację, natychmiast po nią sięgnęłam. Do filmu przyciągnęła mnie też odtwórczyni jednej z głównych ról, czyli Emma Watson - chciałam zobaczyć, jak Hermiona radzi sobie w innych filmach. 


Bardzo jestem teraz ciekawa oryginału, bo film jest urzekający. Akcja toczy się w Londynie lat 30. XX w. Pod opiekę badacza i podróżnika, wielbiciela skamielin, trafia jego mała krewniaczka, Sylvia. Początkowo oporny, opiekun przywiązuje się do dziewczynki. Kiedy ta trochę podrasta, ze swoich podróży przywozi kolejną dziewczynkę, uratowaną gdzieś po drodze. Malutka Pauline otrzymuje nazwisko Fossil, na cześć skamielin. Wkrótce dobrotliwy opiekun przygarnia kolejne sierotki - Rosjankę Petrovę i córeczkę baletnicy - Possy. Sam nie rezygnuje z podróży, więc to Sylvia i jej stara niania muszą dziewczętom matkować. Kiedy badacz nie powraca z kolejnej wyprawy, na Sylvię i trzy "siostry" Fossil spada ciężar utrzymania siebie i wielkiego domu. Pojawiają się sublokatorzy - smutny mężczyzna, emerytowane nauczycielki i nieco już "zużyta" tancerka. Cała gromadka wspiera się nawzajem, a siostry Fossil zyskują szansę na przyszłość - za namową tancerki trafiają bowiem do szkoły tańca i na scenę. 


Film jest naprawdę ładnie nakręcony i dobrze zagrany, bardzo angielski w klimacie. Emma Watson spisała się znakomicie. Co prawda początkowo nie mogłam przestawić się na myślenie o niej per Pauline Fossil, bo przecież wyglądała jak Hermiona :), ale szybko zyskała w moich oczach pełną wiarygodność, jako mała dziewczynka marząca o karierze aktorskiej.

Polski tytuł to "Zaczarowane baletki",  chociaż, co w nich zaczarowanego było - nie wiem :) Film jest całkowicie realistyczny, bez żadnych magicznych wstawek.

Zaczarowane baletki, reż. Sandra Goldbacher, Wielka Brytania 2007

cdn.

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...