Niepoprawna wielbicielka "Alicji w Krainie Czarów", zawyża poziom czytelnictwa, folguje nałogowi, uprawia tsudoku i hoduje dwa małe mole (książkowe). Poprzednia nazwa bloga (Jedz, tańcz i czytaj) zdezaktualizowała się - mam dzieci, nie mam czasu na nic, ale nadal czytam. Zamiast spać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
27 listopada 2012
Czy Chińczycy jedzą kaczkę po pekińsku?
To właśnie ta książka, o której dwa wpisy temu pisałam, że ją tak dłuuugo czytałam. Ale wina leży tylko po mojej stronie, bo sama lektura świetna i warta polecenia. Nie jestem specjalną fanką kuchni chińskiej, przed lekturą niewiele o niej wiedziałam, ale ogólnie lubię czytać o Dalekim Wschodzie i chyba dlatego po nią sięgnęłam. Słusznie zrobiłam, bo Autorka pod pretekstem omawiania jedzenia zafundowała mi szaleńczą podróż po Państwie Środka, nie tylko geograficzną, ale i w czasie.
Fuchsia Dunlop wyjechała do Chin na stypendium - mające wiele wspólnego z polityką Chin, a zupełnie nic z kuchnią - w czasach, kiedy wjechać do tego kraju wcale nie było łatwo. Szybko jednak znudziła się zajęciami, na które miała uczęszczać. Zafascynowało ja za to chińskie jedzenie - a ponieważ była osobą, która zawsze lubiła gotować, doszła do wniosku, że to jest właśnie to, co chce robić profesjonalnie. Rzuciła się więc w wir badań organoleptycznych - odwiedzając uliczne stragany, małe knajpki, uznane restauracje i prywatne domy. Co więcej - jako jedyna Europejka i kobieta ukończyła profesjonalną szkołę dla chińskich kucharzy (i od tego czasu nie rozstaje się ze swoim kuchennym tasakiem). Wielokrotnie wracała do Chin, co pozwoliło jej przyjrzeć się intensywnym przemianom, jakim kraj poddał się przez ostatnie lata (choćby wyburzenie wielu starych zabytkowych uliczek i budynków na rzecz nowoczesnej, betonowej infrastruktury). Przemierzyła kraj - może nie wzdłuż i wszerz, bo trudno obejrzeć całe Chiny, zważywszy ich rozmiar - ale prawie. Odwiedziła zarówno Pekin, jak i odległe wioski, w których Europejkę ogląda się jak dziwo. Mogła dzięki temu zaprezentować niesamowitą różnorodność tego ogromnego kraju - trudno tak naprawdę mówić o jednej kuchni chińskiej, bo każda kraina różni się niekiedy drastycznie od drugiej. Chińczycy z Południa nie wezmą do ust pożywienia z Północy i vice versa. Zachód i Wschód to dosłownie przeciwległe bieguny, a pomiędzy jest jeszcze cała masa mniejszości narodowych z własną kuchnią i - przy okazji - kulturą. Zresztą, co tu mówić o krainach i narodach, skoro swoja oryginalną kuchnię ma jedno "miasto", a dokładnie Zakazane Miasto - bo i pałac cesarski odwiedziła Fuchsia, omawiając przy okazji niezwykłą historię jego mieszkańców i ich posiłków.
Autorka wiele miejsca podkreśla rozważaniom na temat różnic kulturowych, które sprawiają, że przysmaki jednego narodu są całkiem niejadalne dla drugiego. W ocenie nie-Azjatów Chińczycy jedzą wszystko. Jeśli chodzi o spożycie mięsa jest to całkowita prawda - żadna część zwierzęcia nie pozostaje zmarnowana. Dość dużo czasu zajęło więc Fuchsii przyzwyczajenie się do smaku i konsystencji fragmentów, które w Europie wędrują prosto do kosza.Osiągnęła stan, w którym jest w stanie z apetytem skonsumować gąsienicę, więc można uznać, że nic co chińskie nie jest jej obce. Także samo przyrządzanie potraw może być dla ludzi spoza Chin szokujące - zwierzęta nie są uznawane za istoty żywe, określa się je mianem "ruszających się przedmiotów", dlatego Chińczycy nie mają oporów przed obdzieraniem ich ze skóry i patroszeniem na żywca - w końcu chodzi o to, żeby "surowiec" był jak najświeższy. Sama Fuchsia po przekroczeniu wszelkich barier kulturowych była w stanie patrzeć na taki proces spokojnie oraz skonsumować każde żywe stworzenie, łącznie z psem i kotem. W epilogu książki przyznaje jednak, że po latach prowadzenia tych doświadczeń, które miały na celu wyprzeć z niej europejskie uprzedzenia, jest coraz bliższa myśli o przejściu na wegetarianizm.
Polecam książkę wszystkim zainteresowanym nie tylko kuchnią, ale i samym krajem i jego kulturą. Niby coś już wiedziałam, coś czytałam, a jednak dopiero dzięki tej lekturze dotarło do mnie, jak ogromny, niezwykły i skomplikowany jest to kraj. Pojęłam, że pojąć go nie sposób...
25 października 2011
Wygnańcy
Mam problem z oceną Półksiężyca. Z jednej strony brnęłam przez niego z mozołem, z drugiej - byłam pod wrażeniem wspaniałego stylu Autorki, pięknego języka, umiejętności doskonałego odtworzenia realiów. Bohaterowie wydawali się żywi, miejsca akcji dawało się "zobaczyć", a od opisów jedzenia szalały ślinianki.
Zaczynając od okładki - znajduje się na niej porównanie do filmu "Czekolada" (tak, wydawcy uwielbiają porównania - jeśli im wierzyć, nikt już nie pisze rzeczy świeżych i oryginalnych, każdy jest "drugim pisarzem X", a jego książka jest "taka, jak książka Y"). Nie mam pojęcia, dlaczego wydawcy postanowili porównać Półksiężyc do filmu "Czekolada", a nie do książki J. Harris (chociaż żywię złośliwe podejrzenie, że ludzie tam pracujący nie czytają i nie wiedzieli, że "Czekolada" jest ekranizacją powieści). Rzeczywiście, film i książka bardzo się różnią, ale tym bardziej twierdzę, że Półksiężyc, jeśli już, to znacznie bardziej przypomina książkową Czekoladę. Film był pozytywną bajką o czekoladowej wróżce, podczas gdy książka była dużo poważniejsza, smutniejsza, o melancholijnej atmosferze, która właśnie bardzo przypominała Półksiężyc.
Moje prywatne skojarzenia to jeszcze Zupa z granatów - ze względu na tematykę imigracji z krajów islamskich na tzw. Zachód (ale u Mehran to była prosta bajka, podczas gdy to, co opisuje Abu-Jaber, wydaje się prawdą), oraz Hakawati - ze względu na opowiadaną przez stryja bohaterki baśń, która przeplata cały watek współczesny (tych, którzy polegli w starciu z nieziemską - nomen omen - liczbą dżinów w Hakawatim mogę pocieszyć, że bajka stryja jest dużo bardziej przystępna i stanowiła moją ulubioną część książki).
Moje prywatne skojarzenia to jeszcze Zupa z granatów - ze względu na tematykę imigracji z krajów islamskich na tzw. Zachód (ale u Mehran to była prosta bajka, podczas gdy to, co opisuje Abu-Jaber, wydaje się prawdą), oraz Hakawati - ze względu na opowiadaną przez stryja bohaterki baśń, która przeplata cały watek współczesny (tych, którzy polegli w starciu z nieziemską - nomen omen - liczbą dżinów w Hakawatim mogę pocieszyć, że bajka stryja jest dużo bardziej przystępna i stanowiła moją ulubioną część książki).
Sirine ma trzydzieści dziewięć lat i mieszka ze swoim stryjem w Los Angeles, w arabskiej dzielnicy. Z pochodzenia jest pół-Irakijką, ale wychowała się w Ameryce, a jej rodzice zginęli, kiedy była dzieckiem. Pracuje jako szef kuchni w libańskiej restauracji, ulubionym miejscu wszystkich studentów z Bliskiego Wschodu. Nigdy nie wyszła za mąż, chociaż nigdy też nie była samotna. Teraz jednak na jej drodze staje przystojny Irakijczyk, wykładowca literatury, Hanif...Nie, to nie będzie książka o problemach romansowych.
Hanif jest imigrantem "przymusowym". Opuścił Irak, bo to była jedyna jego szansa na przeżycie (akcja rozgrywa się w czasach, gdy w Iraku rządził Saddam Husajn). Chociaż od 20 lat mieszka w USA, nie przestał czuć się Arabem. Tu wreszcie dochodzimy do clou.
Półksieżyc to książka o tożsamości narodowej. O jej utracie i szukaniu, świadomie albo nie, o poczuciu przynależności i wykluczenia. To obraz ludzi wychowanych w konkretnej kulturze i religii, którzy - nie zawsze dobrowolnie - trafiają do innego świata i muszą podjąć decyzję o asymilacji, o tworzeniu sobie własnego małego państwa wewnątrz innego państwa, gdzie będą mogli pielęgnować własne tradycje, lub też o życiu w zawieszeniu - czasem aż do końca. Sama Autorka przyznaje w wywiadach, że temat wygnania jest jej literacką obsesją.
Półksieżyc to książka o tożsamości narodowej. O jej utracie i szukaniu, świadomie albo nie, o poczuciu przynależności i wykluczenia. To obraz ludzi wychowanych w konkretnej kulturze i religii, którzy - nie zawsze dobrowolnie - trafiają do innego świata i muszą podjąć decyzję o asymilacji, o tworzeniu sobie własnego małego państwa wewnątrz innego państwa, gdzie będą mogli pielęgnować własne tradycje, lub też o życiu w zawieszeniu - czasem aż do końca. Sama Autorka przyznaje w wywiadach, że temat wygnania jest jej literacką obsesją.
Półksiężyc jest niezwykle zmysłowy jako opowieść o miłości (romans w wydaniu bliskowschodnim nie polega na jak najszybszym podrywie), a opisy uczucia są prawdopodobnie najbardziej prawdziwymi, jakie dotąd czytałam. Zmysłowe jest również i jedzenie - kuchnia arabska i perska, której w książce mnóstwo, jako że Sirine pracuje gotując, ma tak wyraziste smaki i aromaty, że wydawały się przenikać nawet papierowe karty książki. Opisy są niepospolite, bliższe obrazom: "A za tym wszystkim Camille znalazła połyskliwego i spoconego, gładkiego i aksamitnego, czarnego jak onyks i tłustego jak niemowlę bakłażana" (s. 208). Opisy życia arabskich i perskich imigrantów są doskonałym źródłem wiedzy, znacznie lepiej rozumiem teraz, jak to jest żyć, będąc wyrzuconym poza nawias własnej kultury.
Doceniam to wszystko, ale muszę zaznaczyć, że przez pierwszą część (książka podzielona jest na dwie, pierwsza zajmuje ponad połowę objętości) nudziłam się, czytając. Zabrakło w akcji czegoś, co by mnie przyciągało i kazało kontynuować lekturę. Rozmowy o tożsamości i zagubieniu są bardzo interesujące, ale same rozmowy przez prawie 300 stron to nieco za mało, jak na moją cierpliwość. Czytałam dla pięknego języka, dla uroczej postaci stryja Sirine (mój ulubieniec w tej powieści) i w celach poznawczych, ale z mieszanymi uczuciami. Na szczęście druga część znacznie przyspiesza - pochłonęłam ją "na raz". Nie tylko więcej się tu dzieje, ale także to, co się dzieje, wzbudziło u mnie emocje, a nie tylko chłodne zainteresowanie. Przyznaję, że po skończeniu drugiej części moja ocena książki jako całości była znacznie lepsza niż po przeczytaniu tylko pierwszej. Do tego stopnia, że książka zajęła miejsce na półce, bo nie mam się ochoty z nią rozstawać. Dlatego z czystym sumieniem mogę ją polecić jako książkę wartą uwagi.
Autorka ma u mnie plus za cudne imiona psów: Król Babar i Napoleon Tu Był.
Cytaty:
o arabskim imperium:
"Opowieść, w którą nie uwierzysz, brzmi tak: Było kiedyś arabskie imperium, które panowało nad światem. Wspaniałe Imperium Abbasydów władało od ósmego do trzynastego wieku - przez pięćset lat. A Bagdad był jego niebiańską stolicą. Teraz mrugnij: minęło siedem albo osiem stuleci i świat obrócił się do góry nogami, jak to ma w zwyczaju. Imperium Abbasydów rozpłynęło się. Ale niektórzy Arabowie maja długą, długą pamięć i wierzą, że pewnego dnia zostanie im zwrócony świat razem z całą zawartością. Większość pozostałych Arabów zadowoliłaby się tym, by mieć odrobinę spokoju, mniej walk na podwórku, żeby w ogóle zatrzymać to podwórko i tak dalej. I są jeszcze Arabowie przekonani, że czegokolwiek by pragnęli - czy to jest cały świat, czy trochę spokoju i ciszy - Ameryka robi wszystko, żeby tego nie dostali." (s. 183)
o typowej arabskiej opowieści, snutej przez stryja Sirine:
"To nie jest historia, która sie zaczyna w jednym miejscu i zmierza prosto do drugiego. Ta opowieść wędruje i wędruje. I jest całkowicie pozbawiona morału. To niepouczająca opowieść. Możesz ją na chwilę odwiedzić albo iść wypić kawę na podwórku i popatrzeć na zięby. To też przyjemne" (s. 241)
o jedzeniu i miłości (zdanie Sirine):
"...jedzenie jest lepsze od miłości, pewniejsze, wierniejsze, bardziej satysfakcjonujące i wzbogacające. Póki może się zatracić w rytmie obierania cebuli, jest pełna i całkowita. Póki umie gotować, będzie kochana." (s. 234)
Diana Abu-Jaber
Półksiężyc
Zysk i S-ka, 2005
s. 428
Diana Abu Jaber urodziła się w stanie Nowy Jork i mieszkała tam do siódmego roku życia, gdy wraz z rodziną przeniosła się na dwa lata do Ammanu. Ojciec Diany jest Jordańczykiem, matka Amerykanką. Od tej pory pisarka żyje pomiędzy Ameryką i Jordanią. Obroniła doktorat z literatury angielskiej na uniwersytecie stanowym w Nowym Jorku, nauczała literatury i twórczego pisania na Uniwersytecie Michigan, Uniwersytecie Oregon i UCLA. (biogram stąd)
Jej debiut literacki Arabian Jazz nie został opublikowany w Polsce. W Wydawnictwie Czarne mają się natomiast ukazać wspomnienia Abu-Jaber pt. The Language of Baklava.
12 stycznia 2011
Przygodowa książka kucharska
I znów pozycja o nietrafionym tytule. Rozumiem, że wydawnictwem kierowała chęć wykorzystania szumu wokół "Jedz, módl się, kochaj", ale trochę przegięli - inspiracja jest aż nadto oczywista. Dobrze, że przynajmniej oryginalny tytuł znalazł się na stronie, chociaż nie w roli głównej.
Książka jest właściwie zbiorem kulinarnych wspomnień z urozmaiconego życia Autorki, okraszonych przepisami. Pod względem literackim nie powala na kolana, moim zdaniem przydałaby się jej dokładniejsza korekta na etapie oryginalnego wydania. Chaos panujący w tych anegdotach nieco mnie irytował i miałam wrażenie, że życie Sofii Brandon było na tyle ciekawe, że pozwoliłoby na stworzenie znacznie lepszej i spójniejszej historii.
Autorka, z pochodzenia Amerykanka, postanowiła zamieszkać we Włoszech, ponieważ kraj ten kojarzył się jej z totalnym luzem. Okazało się jednak, że praca w korporacji nawet w najpiękniejszym miejscu na ziemi pozostaje taką samą harówką. Po pewnym czasie Sofie zdała sobie sprawę, że jej życie jest całkowicie podporządkowane firmie - kulminacyjny moment nadszedł, kiedy paskudnie złamała rękę. Lekarz zarządził natychmiastową operację, grożąc kalectwem, a ona odmawiała, bo w pracy miała ważne spotkanie. Kiedy dotarło do niej, że priorytety w jej życiu stoją na głowie, postanowiła wszystko zmienić - w bardzo radykalny sposób. Zostawiła pracę i rzuciła się w wir podróży. Między innymi mieszkała w Australii, w totalnej dziczy - na dachu domu gnieździł się pyton, a po każdym spacerze należało dokładnie sprawdzać, czy nie ma się na sobie pijawek. Najbardziej jednak ukochała Prowansję, która nieodłącznie wiąże się z druga poważną zmianą w życiu Sofii - kulinarną. Kiedy okazało się, że lata życia w stresie i wrzucanie w siebie byle jakiego prowiantu dało efekt w postaci poważnych problemów zdrowotnych, Sofia postanowiła całkowicie zmienić swój jadłospis. Zaczęła interesować się tym co zdrowe, a przy tym smaczne - a stąd już tylko krok do kuchni włoskiej, prowansalskiej i tajskiej. Nauczyła się gotować, a w swoich podróżach przestała bezmyślnie gonić za zakupem pamiątek i fotografowaniem się "na tle", a zamiast tego postanowiła poznawać regionalne kuchnie.
Czy to nie brzmi jak kawał dobrej historii? (No, dobra, przyznam się - uwielbiam opowieści z życia typu "rzucił pracę w wielkiej firmie i postanowił odnaleźć siebie", zwłaszcza jeśli wiążą się z jedzeniem, które też uwielbiam, a szczególnie ze zdrowym jedzeniem.) Potencjał nie został jednak wykorzystany, Autorka przeskakuje między krajami i tematami i, szczerze mówiąc, ciężko było mi w tym wszystkim znaleźć myśl przewodnią. Porady dotyczące zdrowia sprowadzają się do "jedz więcej warzyw, używaj ziół i czytaj etykietki", więc są skierowane raczej do ludzi, którzy, podobnie jak Autorka, dopiero uczą się gotować lub zmieniają swój styl życia na zdrowszy. Ci, którzy dłużej interesują się tematem, nie znajdą tu nic odkrywczego. Także informacje o miejscach, które odwiedziła, są bardzo ograniczone. Nie czyta się tego źle, ale oczekiwałam czegoś więcej.
Książka ratuje się jednak w moich oczach przepisami - prostymi, ale bardzo inspirującymi, głównie z rejonu śródziemnomorskiego. Podobnie jak Sofia Brandon należę do SOMOO (Skrajny Odłam Miłośników Oliwy z Oliwek), więc w kuchni odnalazłybyśmy bez wątpienia wspólny język. W dodatku większość jej przepisów jest wegetariańska (kilka zawiera ryby), więc dla mnie szczególnie przydatna. Dzięki temu "Podróżuj, gotuj, bądź zdrowa" znajdzie u mnie na półce stałe miejsce - wśród książek kucharskich.
29 listopada 2010
Jesteś tym, co jesz
Gillian McKeith
You are what you eat
Penguin Books 2004
ss. 224
Dr. Gilian McKeith jest, można powiedzieć, celebrytką, bo prowadzi w Anglii telewizyjny program You Are What You Eat, w którym - jak zdołałam zrozumieć - wprowadza zmiany na lepsze w jadłospisie i trybie życia ludzi dotychczas obarczonych licznymi chorobami i otyłością, z pozytywnym skutkiem. Poza byciem gwiazdą jednakże pani McKeith ma także doktorat z żywienia holistycznego, oraz doświadczenia z własnej młodości dotyczące właśnie poprawy zdrowia dzięki zmianie diety, co czyni ją dla mnie osobą wiarygodną.
You are what you eat
Penguin Books 2004
ss. 224
Ostatnio jestem do tego stopnia zapracowana, że nie mam już nawet z czego kraść czasu na czytanie książek. Pozaczynane książki leżą jak wyrzut sumienia, stosik stoi jak stał. A nawet nieco się powiększył. Jedyne co udało mi się przeczytać to angielski poradnik żywieniowy, ale to tylko dlatego, że mam obsesję zdrowożywieniową* i nie przepuszczę żadnemu dziełu na ten temat. (No, dobra, obsesję jak obsesję, czytałam go zagryzając czekoladą - ale mam ją na punkcie czytania na temat, a niekoniecznie wdrażania w życie ;) ).
Nie zajął mi wiele czasu, bo raz - wydany jest w sposób typowo angielski, czyli całą grubość robią zdjęcia, gramatura papieru i fikuśny układ tekstu**, dwa - naprawdę czytałam i wiem sporo na ten temat, a sięgałam do bardziej konkretnych publikacji (dot. pięciu przemian, ajurwedy i makrobiotyki, mam nawet podręcznik dla żywieniowców, chociaż z moim wykształceniem nie ma to nic wspólnego), więc nie musiałam jakoś przesadnie długo analizować treści.
Dr. Gilian McKeith jest, można powiedzieć, celebrytką, bo prowadzi w Anglii telewizyjny program You Are What You Eat, w którym - jak zdołałam zrozumieć - wprowadza zmiany na lepsze w jadłospisie i trybie życia ludzi dotychczas obarczonych licznymi chorobami i otyłością, z pozytywnym skutkiem. Poza byciem gwiazdą jednakże pani McKeith ma także doktorat z żywienia holistycznego, oraz doświadczenia z własnej młodości dotyczące właśnie poprawy zdrowia dzięki zmianie diety, co czyni ją dla mnie osobą wiarygodną.Zasady, które prezentuje w swojej książce, są naprawdę zdroworozsądkowe, nie ma tu żadnych wielkich rewolucji i nowych teorii: warzywa, owoce, zwłaszcza surowe, zdrowe tłuszcze, ryby, woda, ograniczenie czerwonego mięsa. Chociaż może jest to rewolucja dla Anglików. Ze swojego pobytu w Anglii zapamiętałam potężne zamrażarki w supermarketach zapełnione gotowymi daniami do odgrzania w mikrofalach. Jeśli ktoś je na śniadanie doughnouts, na lunch czipsy z octem, a na obiad danie z mikrofali, to przerzucenie się na warzywa i owoce 5xdziennie może być szokiem dla organizmu. W każdym razie każdy, kto do tej pory nie przywiązywał wagi do tego, co w siebie pakuje, a chciałby to zmienić, może skorzystać z porad dr. McKeith. Poradnik ma przejrzysty układ, zasady, co jeść i czego unikać, są wyraźnie wypunktowane, łatwo znaleźć potrzebne informacje, a wszystko jest okraszone krzepiącymi historyjkami z życia pacjentów, którzy dietę stosowali. Mnie osobiście zainteresował jednodniowy detoks, dla wspomożenia wątroby, który pewnie wypróbuję. Bardzo spodobał mi się też rozdział o znakach, jakie daje nam organizm, kiedy czegoś mu brakuje, a których często nie rozpoznajemy lub wręcz uznajemy za objawy choroby i próbujemy leczyć farmakologicznie. Wiele może powiedzieć wygląd np. naszego języka, paznokci, skóry czy włosów. Udało mi się tu znaleźć kilka informacji, których do tej pory bezskutecznie poszukiwałam.
Nie spodobała mi się zbyt wielka miłość do suplementów. W przypadku konkretnych dolegliwości lub niedoborów podawane są nie tylko potrawy, które powinno się jeść, ale także suplementy, które powinno się (lub można) łykać. Ja akurat jestem wyjątkowo niechętna wrzucaniu w siebie kolorowych pigułek, ale podejrzewam, ze wielu czytelników może wybrać drogę na skróty i zamiast ograniczać śmieciowe żarcie, dorzuci sobie do niego odpowiednie tabletki. Drugi minus - za informację, że witamina B12 występuje w algach. Na razie nie ma na to żadnych dowodów, chociaż wegetarianie modlą się o to gorąco - wszystko wskazuje raczej na to, że w algach są nieaktywne formy tej witaminy, a jak ktoś naukowo wykaże inaczej, to sama go ozłocę.
Podejrzewam, że prędzej czy później program i książka trafią też na polski rynek (jeśli dotąd się to jeszcze nie stało, w kwestii telewizji jestem zupełnie niezorientowana), ale póki co zachęcam do czytania w oryginale wszystkich zainteresowanych (język jest bardzo przystępny, powinien być zrozumiały także dla tych, którzy dopiero przymierzają się do literatury po angielsku).
* Poza tym, że mam obsesję, mam też to szczęście, że z natury lubię rzeczy uznawane za zdrowe (owoce i warzywa), a takie np. chrupki, chipsy i frytki nigdy mi nie wchodziły, w związku z tym czytanie o zdrowym jedzeniu = czytanie o dobrym jedzeniu dla mnie :). (Czekolada jest oczywiście wyjątkiem, ale hej, przecież czekolada jest zdrowa - endorfiny podnosi i tak dalej).
** Nie jest to krytyka - całość prezentuje się naprawdę ładnie, kolorowo i ma szansę przetrwać dłuższe użytkowanie.
25 listopada 2010
Miłość od kuchni
Laura Esquivel
Przepiórki w płatkach róży
tyt. oryg. Como agua para chocolate
tłum. Elżbieta Komarnicka
Zysk i ska 1999
Ach, jak bardzo okładka tej książki nie oddaje nieprawdopodobnej urody zawartości.
Historia, która wciąga od pierwszego zdania, niezwykła mieszanka cielesnego naturalizmu z magicznym realizmem i aromatycznymi przyprawami, oto literatura południowo-amerykańska w najlepszym wydaniu. Pełnokrwiści bohaterowie, upał, ostra kuchnia i gorąca miłość. Jeśli lubicie Allende i Marqueza, to i Esquivel powinna Wam przypaść do gustu.
Tita kocha Pedra. Z wzajemnością. Niestety w jej przyszłości nie ma dla niego miejsca, ani zresztą dla żadnego innego mężczyzny. Tita jest najmłodszą córką i zgodnie z rodzinną tradycją jest zobowiązana pozostać w domu i opiekować się matką. Pedro poślubia więc siostrę Tity, Rosaurę, by pozostać blisko swojej ukochanej. Niewyrażone emocje Tity znajdują ujście w twórczości kulinarnej. Potrawy, które przygotowuje miewają skutki nie do przewidzenia, a niekiedy i nie do poskromienia - mają autentyczną moc zmieniania losu.
Nie lubię książek o miłości (tu mi się przypomina zdanie z "Kubusia Fatalisty," że wszystkie książki są o miłości, ale dyskusja o tym może innym razem), ale to szczęśliwie nie jest powieść romantyczna o małżeńskim trójkącie, ani o zawiedzionych młodzieńczych marzeniach, tylko szatańska mieszanka pełna pasji. Poza tym to klasyka literatury "kuchennej" - każdy rozdział powiązany jest z konkretną potrawą (przepisy są podane - oryginalne meksykańskie dania, całkowicie awykonalne, ale fascynujące). Polubiłam bardzo główną bohaterkę, która na szczęście nie idealizuje swego Romea, tylko potrafi trzeźwo nazwać go mięczakiem (za jakiego i ja go uważam). Polubiłam nawet bezwzględną Mamę Elenę, która rządzi farmą i rodziną twardą ręką, nie oglądając się na cudze uczucia, ale za to potrafi powstrzymać najazd rebliantów. Esquivel jest mistrzynią kobiecych portretów - mężczyźni zdecydowanie schodzą na drugi plan.
Jedyny minus (dla mnie) to zakończenie - wolałabym inne. Poza tym straszliwie nie lubię w fabule nagłych przeskoków w czasie. Gdyby autorka zechciała opisać te brakujące lata, zamiast je skrótowo wspomnieć, powieść byłaby zdecydowanie grubsza, a ja mogłabym spędzić z bohaterami znacznie więcej czasu, czego bardzo bym sobie życzyła.
Przepiórki w płatkach róży
tyt. oryg. Como agua para chocolate
tłum. Elżbieta Komarnicka
Zysk i ska 1999
Ach, jak bardzo okładka tej książki nie oddaje nieprawdopodobnej urody zawartości.
Historia, która wciąga od pierwszego zdania, niezwykła mieszanka cielesnego naturalizmu z magicznym realizmem i aromatycznymi przyprawami, oto literatura południowo-amerykańska w najlepszym wydaniu. Pełnokrwiści bohaterowie, upał, ostra kuchnia i gorąca miłość. Jeśli lubicie Allende i Marqueza, to i Esquivel powinna Wam przypaść do gustu.
Tita kocha Pedra. Z wzajemnością. Niestety w jej przyszłości nie ma dla niego miejsca, ani zresztą dla żadnego innego mężczyzny. Tita jest najmłodszą córką i zgodnie z rodzinną tradycją jest zobowiązana pozostać w domu i opiekować się matką. Pedro poślubia więc siostrę Tity, Rosaurę, by pozostać blisko swojej ukochanej. Niewyrażone emocje Tity znajdują ujście w twórczości kulinarnej. Potrawy, które przygotowuje miewają skutki nie do przewidzenia, a niekiedy i nie do poskromienia - mają autentyczną moc zmieniania losu.
Nie lubię książek o miłości (tu mi się przypomina zdanie z "Kubusia Fatalisty," że wszystkie książki są o miłości, ale dyskusja o tym może innym razem), ale to szczęśliwie nie jest powieść romantyczna o małżeńskim trójkącie, ani o zawiedzionych młodzieńczych marzeniach, tylko szatańska mieszanka pełna pasji. Poza tym to klasyka literatury "kuchennej" - każdy rozdział powiązany jest z konkretną potrawą (przepisy są podane - oryginalne meksykańskie dania, całkowicie awykonalne, ale fascynujące). Polubiłam bardzo główną bohaterkę, która na szczęście nie idealizuje swego Romea, tylko potrafi trzeźwo nazwać go mięczakiem (za jakiego i ja go uważam). Polubiłam nawet bezwzględną Mamę Elenę, która rządzi farmą i rodziną twardą ręką, nie oglądając się na cudze uczucia, ale za to potrafi powstrzymać najazd rebliantów. Esquivel jest mistrzynią kobiecych portretów - mężczyźni zdecydowanie schodzą na drugi plan.
Jedyny minus (dla mnie) to zakończenie - wolałabym inne. Poza tym straszliwie nie lubię w fabule nagłych przeskoków w czasie. Gdyby autorka zechciała opisać te brakujące lata, zamiast je skrótowo wspomnieć, powieść byłaby zdecydowanie grubsza, a ja mogłabym spędzić z bohaterami znacznie więcej czasu, czego bardzo bym sobie życzyła.
9 października 2010
Bon apetit!
Julia Child, Alex Prud'homme*
Moje życie we Francji
tłum. Anna Sak
Wydawnictwo Literackie
Kraków, 2010
Przepis:
Weźcie jedną nadzwyczajnej postury Amerykankę. Wymieszajcie z zapałem do życia, energią i pasją. Dorzućcie jednego gorąco kochanego męża. Całość przelejcie do Francji i zostawcie tam na wiele lat, aż dobrze nasiąknie. Aha, jeszcze mocno doprawcie wyrafinowaną francuską kuchnią. I voila! Potrawa gotowa, pozostaje życzyć wam bon apetit!
Urzekła mnie ta książka niezwykle. Jako przeciętna Polka, nie słyszałam o Julii Child, dopóki w kinie nie pojawił się film Julie and Julia. Postać grana przez Meryl Streep była tak cudowna, ze zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Potem poznałam książkę-pierwowzór, która bardzo mi się spodobała, ale zabrakło mi tam pełnokrwistej Julii Child, bo pojawiała się tylko w głowie bohaterki. Jak tylko zobaczyłam więc, że wydano wspomnienia samej Julii, poczułam że już są moje :)
No i wsiąkłam. Chociaż nie jestem fanką kuchni francuskiej, a jako wegetarianka i fanka zdrowego żywienia 90% serwowanych dań, mocno mięsnych i śmietanowo-maślanych, nie wzięłabym do ust, to Julia opisuje je z taką pasją, że nie można się oderwać. Jaką nieprawdopodobną wewnętrzną siłę musiała mieć ta kobieta - przeniosła w końcu taką górę, jaką było namieszanie w głowach Amerykanów, dla których wyrażenie "wyrafinowana kuchnia" oznaczało dotąd otwarcie puszki Campbella.
Posłuchajcie tego: "Wciąż jeszcze tyle było do nauczenia i zrobienia - artykuły i książki do napisania, może jeden czy dwa programy w telewizji do zrealizowania. Chciałam nauczyć się łowić homary w Maine, odwiedzić rzeźnię w Chicago, uczyć dzieciaki gotować. (...) Krótko mówiąc, apetyt wcale mi się nie zmniejszył." Fragment dotyczy okresu, kiedy Julia miała 80 lat... Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że ja tez wtedy taka będę.
*Alex Prud'homme, który pomógł Julii spisać jej wspomnienia, to cioteczny wnuk jej męża, Paula.
*Alex Prud'homme, który pomógł Julii spisać jej wspomnienia, to cioteczny wnuk jej męża, Paula.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Winter is coming... Tym razem w komiksie.
Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...
-
Cztery lata wierni czytelnicy Jeżycjady odczekali się na przyjazd Magdusi do Poznania. Ja też czekałam. Oczekiwanie dłużyło mi się niemi...
-
Moje pierwsze zetknięcie z Jane Eyre było całkiem nieświadome. W wieku kilku lat oglądałam z rodzicami jakiś film i jedyne co z niego zapami...
-
Tak! Jeśli mnie nie myli kalendarz, to właśnie dziś, 15 stycznia 2011 r. , Jedz, tańcz i czytaj kończy roczek . Pół roku temu zaliczył co...







