Niepoprawna wielbicielka "Alicji w Krainie Czarów", zawyża poziom czytelnictwa, folguje nałogowi, uprawia tsudoku i hoduje dwa małe mole (książkowe). Poprzednia nazwa bloga (Jedz, tańcz i czytaj) zdezaktualizowała się - mam dzieci, nie mam czasu na nic, ale nadal czytam. Zamiast spać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
11 października 2016
Pamiętna noc i książka, której nie da się zapomnieć
Ta książka naczekała się na recenzję niezasłużenie długo, bo choć przeczytałam ją tuż po tym, jak się ukazała, to brakło czasu na opisanie, a i siły umysłowe ostatnio jakby u mnie oklapnięte. Nie mogę jednak o niej nie wspomnieć, bo bez względu na to, co jeszcze przed końcem roku przeczytam, "Titanic. Pamiętna noc" będzie zdecydowanie moją książką roku w kategorii lektur dokumentalnych. Wierzcie lub nie, ale wstrzymywałam oddech przez bite 300 stron.
Walter Lord dokonał cudu, wskrzeszając bohaterów katastrofy, wsadzając ich na wyciągnięty z morskiego dna liniowiec, i każąc mi oglądać nieunikniony tok zdarzeń minuta po minucie. Otworzyłam pierwszy rozdział i znalazłam się od razu na pokładzie statku, gdzie chuchając w mroźną noc, wypatrywałam niebezpieczeństw na zwodniczo gładkiej powierzchni oceanu. A potem nagle zobaczyłam czubek góry lodowej, nad głową zaczęło mi przeraźliwie skrzeczeć fatum, lęk ścisnął gardło, ale ciągle miałam nadzieję... Tak. Przecież wiedziałam, jak to się wszystko skończy, a jednak miałam nadzieję, że nie zatonie, że Californian się ocknie, że Carpathia dotrze na czas... I w tym rozpaczliwym stanie biegałam po statku, od salonów pierwszej klasy po kotłownię, patrząc jak na dno idzie wiek XIX. I chociaż wiem, że po zatonięciu Titanica wydarzyło się na świecie tysiące większych tragedii, to katastrofa tego statku ma w sobie coś, co nie pozwala pozostać niewzruszonym - nieprawdopodobny zbieg fatalnych okoliczności i ludzka pycha, które doprowadzają do końca pewnego świata. Gdyby to się nie wydarzyło, nie dałoby się takiej tragedii wymyślić, wszyscy by twierdzili, że to zbyt naciągane...
Autor napisał książkę w 1955 r., a mimo to treść nie zestarzała się nawet o minutę. W dodatku, Lord tworzył ją w czasach, kiedy żyli jeszcze świadkowie katastrofy, z czego skwapliwie skorzystał, docierając do tych uratowanych, którzy nadal żyli 43 lata po cudownym ocaleniu. Powstała dzięki temu niezwykle wierna relacja, uwzględniająca nawet rozbieżności w opowiadaniach świadków, pozwalająca spojrzeć na dramat oczami pasażerów różnych klas oraz załogi. Lord nie schodzi na tony melodramatyczne, jest bardzo oszczędny w słowach, trzyma się ściśle faktów, a mimo to udało mu się stworzyć jedną z najmocniej poruszających książek, jaką w życiu czytałam. Polecam. Bardzo.
Walter Lord, Titanic. Pamiętna noc, tłum. Maria Zawadzka, Agora, Warszawa 2016.
15 marca 2014
Ja Tarzan, ty... Janina (Czytam klasykę)
Tarzan to jeden z tych niezwykłych bohaterów literackich, który jest
rozpoznawany przez wszystkich*. Wszystkich, a nie - wszystkich
czytelników. Ręka w górę, kto nigdy nie słyszał jego imienia. Czy
widzicie oczyma wyobraźni półnagiego mężczyznę, człowieka-małpę,
huśtającego się na lianach? Brawo! To on! Tkwić wyraźnie w ludzkich
umysłach w sto lat po narodzinach to jest coś.
Jednocześnie jednak książka Burroughsa dogorywa gdzieś w mrokach bibliotecznych półek, od 15 lat nie wznawiana, na allegro do nabycia już od złotówki. Pocieszam się, że być może wkrótce doczekamy się reaktywacji Tarzana, bo w roku 2016 ma się w kinach pojawić nowa ekranizacja, a wiadomo, co się przy tej okazji dzieje. Zapomniane książki wracają na sklepowe półki w lśniących filmowych szatach. Trudno zliczyć, która to będzie ekranizacja, Tarzan bowiem, jako postać niesłychanie plastyczna, nader szybko i sprawnie wyskoczył z kart powieści, ruszając na podbój Hollywood. Pierwsza ekranizacja powstała 6 lat po ukazaniu się książki - w 1918 r.:
Potem nastąpił prawdziwy wysyp filmów, kontynuacji, seriali, filmów animowanych oraz adaptacji, które rzucały Tarzana w czasy nam współczesne, a także sztuk teatralnych i słuchowisk. My odkopmy jednak prawdziwego Tarzana spod zwojów filmowej taśmy.
Cały wpis na blogu Klasyka Młodego Czytelnika.
Jednocześnie jednak książka Burroughsa dogorywa gdzieś w mrokach bibliotecznych półek, od 15 lat nie wznawiana, na allegro do nabycia już od złotówki. Pocieszam się, że być może wkrótce doczekamy się reaktywacji Tarzana, bo w roku 2016 ma się w kinach pojawić nowa ekranizacja, a wiadomo, co się przy tej okazji dzieje. Zapomniane książki wracają na sklepowe półki w lśniących filmowych szatach. Trudno zliczyć, która to będzie ekranizacja, Tarzan bowiem, jako postać niesłychanie plastyczna, nader szybko i sprawnie wyskoczył z kart powieści, ruszając na podbój Hollywood. Pierwsza ekranizacja powstała 6 lat po ukazaniu się książki - w 1918 r.:
Potem nastąpił prawdziwy wysyp filmów, kontynuacji, seriali, filmów animowanych oraz adaptacji, które rzucały Tarzana w czasy nam współczesne, a także sztuk teatralnych i słuchowisk. My odkopmy jednak prawdziwego Tarzana spod zwojów filmowej taśmy.
Cały wpis na blogu Klasyka Młodego Czytelnika.
21 marca 2013
Dziewczyna, która zaginęła
Właściwie żałuję, że nie zaczęłam czytać trzeciego tomu "Pieśni Lodu i Ognia", bo rodowe zawołanie Starków "Nadciąga zima" jest wyjątkowo na miejscu tej wiosny (tfu, tfu, na psa urok). Ale żałować nie powinnam, bo właśnie połknęłam nadzwyczaj przyjemną lekturę.

O "Gone Girl" przeczytałam na blogu Dabarai i poczułam się zaintrygowana, ale ostatecznie postanowiłam sięgnąć po książkę po informacji (też u Dabarai), że książka została nominowana do nagrody Women Prize for Fiction 2013. Wybrałam oryginał, chociaż powieść świeżo ukazała się w przekładzie na polski (dla wydawnictwa G+J Gruner&Jahr oklaski za tempo wydania oraz gwizdy za koszmarną okładkę). Nie wiem, jak wypada tłumaczenie, ale oryginał wyróżnia się wśród masy thrillerów naprawdę ładnym językiem.
Nick i Anna Dunne to małżeństwo z pięcioletnim stażem. Trochę razem przeszli, bo obydwoje stracili pracę, musieli porzucić swoje nowojorskie życie i przenieść się do rodzinnego miasteczka Nicka, North Carthage w stanie Missouri, żeby zaopiekować się jego ciężko chorą matką. Zmiany nie wyszły ich relacji na dobre, coś się zaczęło psuć. Dokładnie w dzień piątej rocznicy ślubu, Anna znika, a ślady w mieszkaniu sugerują, że doszło tam do jakiegoś aktu przemocy.
Fabułę poznajemy na dwa głosy - przeplatają się rozdziały opowiadane przez Nicka i przez Annę (kartki z jej pamiętnika). Na początku nie było to specjalnie odkrywcze, a że nie znoszę powieści o miłości i związkach (fajne związki są fajne do przeżywania w rzeczywistości - po co mam czytać o fikcyjnych? niefajne związki są niefajne i w życiu, i w książkach - po co mam o nich czytać?), byłam bliska odłożenia powieści na półkę. No, ale za coś ją nominowali, prawda? Więc postanowiłam wytrwać jeszcze kawałek i zostałam nagrodzona. W pewnym momencie relacje małżonków zaczęły być intrygująco rozbieżne, wciągnęłam się, a potem autorka zastosowała literacką technikę naprawdę dużego młotka, którym walnęła czytelnika znienacka w potylicę i tu już nie byłam w stanie książki odłożyć dobrowolnie.
Bardzo mi się podobało, choć mam pewne zastrzeżenia, co do zakończenia. Wydaje mi się, że Autorka tak się zaplątała w swoich intrygach, że samej jej było ciężko z nich wybrnąć. Mimo wszystko - nader satysfakcjonująca lektura. Czytałam na Kindlu i polecam to rozwiązanie, bo nie da się sprawdzić, co będzie dalej. Ale jeśli ktoś chce czytać wersję papierową, to niech nie przekartkowuje książki, nie sprawdza tytułów dalszych rozdziałów, bo sobie popsuje przyjemność.
Polecam.
Gillian Flynn, Gone Girl, Crown 2012, ss. 432
Gillian Flynn, Zaginiona dziewczyna, G+J Gruner&Jahr 2013, ss 650


O "Gone Girl" przeczytałam na blogu Dabarai i poczułam się zaintrygowana, ale ostatecznie postanowiłam sięgnąć po książkę po informacji (też u Dabarai), że książka została nominowana do nagrody Women Prize for Fiction 2013. Wybrałam oryginał, chociaż powieść świeżo ukazała się w przekładzie na polski (dla wydawnictwa G+J Gruner&Jahr oklaski za tempo wydania oraz gwizdy za koszmarną okładkę). Nie wiem, jak wypada tłumaczenie, ale oryginał wyróżnia się wśród masy thrillerów naprawdę ładnym językiem.
Nick i Anna Dunne to małżeństwo z pięcioletnim stażem. Trochę razem przeszli, bo obydwoje stracili pracę, musieli porzucić swoje nowojorskie życie i przenieść się do rodzinnego miasteczka Nicka, North Carthage w stanie Missouri, żeby zaopiekować się jego ciężko chorą matką. Zmiany nie wyszły ich relacji na dobre, coś się zaczęło psuć. Dokładnie w dzień piątej rocznicy ślubu, Anna znika, a ślady w mieszkaniu sugerują, że doszło tam do jakiegoś aktu przemocy.
Fabułę poznajemy na dwa głosy - przeplatają się rozdziały opowiadane przez Nicka i przez Annę (kartki z jej pamiętnika). Na początku nie było to specjalnie odkrywcze, a że nie znoszę powieści o miłości i związkach (fajne związki są fajne do przeżywania w rzeczywistości - po co mam czytać o fikcyjnych? niefajne związki są niefajne i w życiu, i w książkach - po co mam o nich czytać?), byłam bliska odłożenia powieści na półkę. No, ale za coś ją nominowali, prawda? Więc postanowiłam wytrwać jeszcze kawałek i zostałam nagrodzona. W pewnym momencie relacje małżonków zaczęły być intrygująco rozbieżne, wciągnęłam się, a potem autorka zastosowała literacką technikę naprawdę dużego młotka, którym walnęła czytelnika znienacka w potylicę i tu już nie byłam w stanie książki odłożyć dobrowolnie.
Bardzo mi się podobało, choć mam pewne zastrzeżenia, co do zakończenia. Wydaje mi się, że Autorka tak się zaplątała w swoich intrygach, że samej jej było ciężko z nich wybrnąć. Mimo wszystko - nader satysfakcjonująca lektura. Czytałam na Kindlu i polecam to rozwiązanie, bo nie da się sprawdzić, co będzie dalej. Ale jeśli ktoś chce czytać wersję papierową, to niech nie przekartkowuje książki, nie sprawdza tytułów dalszych rozdziałów, bo sobie popsuje przyjemność.
Polecam.
Gillian Flynn, Gone Girl, Crown 2012, ss. 432
Gillian Flynn, Zaginiona dziewczyna, G+J Gruner&Jahr 2013, ss 650
15 marca 2013
Gdzie wszyscy się biją, czytelnik korzysta
Sagę Martina poznaję w dziwnie pokręcony sposób. Najpierw przeczytałam pierwszy tom, "Grę o tron" (o czym pisałam TU) - podobało mi się bardzo, ale nie aż tak bardzo, jak miałam nadzieje po wszystkich zachwytach na blogach. Potem obejrzałam pierwszy sezon serialu i zachwytu sama doznałam oraz zostałam nieuleczalną fanką (wrażenia TU). Ekranizacja, bardzo wierna powieści, w jakiś sposób uzupełniła to, czego mi w oryginale zabrakło, uwiarygadniając dla mnie całą historię. zwykle to się nie zdarza, bo jednak zawsze książka jest dla mnie ważniejsza niż film.
Będąc pod wielkim wpływem pierwszego sezonu, nie potrafiłam się powstrzymać i od razu obejrzałam drugi, ekranizację "Starcia królów" - który ugruntował mój zachwyt. Ale po drugi tom powieści sięgnęłam dopiero teraz, kiedy na horyzoncie majaczy się już sezon trzeci. Dziwna taka przeplatanka mi wychodzi i prawie możecie robić zakłady, czy zdążę/zechcę przeczytać trzeci tom przed wejściem na ekrany trzeciego sezonu. Ja sama nie wiem.
I nie wiem, czemu nie wiem, bo drugi tom książkowy podobał mi się szalenie, bardziej niż pierwszy - mimo że całą akcję znałam już z serialu (zdumiewająco wiernego). A może właśnie dlatego. Nie potrafię w tym przypadku odebrać dzieła książkowego jako zupełnie odrębnego od ekranizacji. Wszyscy bohaterowie mają dla mnie twarze aktorów filmowych - nie chcę i nie próbuję wyobrażać ich sobie inaczej. Dochodzi do takich paradoksów, że szalonym smutkiem napełnia mnie (uwaga, mały spoilerek) wątek zmiany fizjonomii przez Jaqena H'ghara, bo mimo że pomysł rewelacyjny, to ja miałam słabość do aktora, który grał "pierwszą wersję", Toma Wlaschihę.
Streszczenie sobie daruję - ogólnie można powiedzieć, że wszyscy się tłuką o opustoszały po śmierci króla Roberta tron, ale taki skrót fabuły nie oddaje nawet procenta jej uroku, a gdybym chciała opisać wszystkie wątki, stworzyłabym druga sagę. Zresztą, większość czytała/oglądała przede mną, a ci, którzy się jeszcze uchowali, powinni natychmiast wyłączyć internet i biec z książką na fotel...
Będąc pod wielkim wpływem pierwszego sezonu, nie potrafiłam się powstrzymać i od razu obejrzałam drugi, ekranizację "Starcia królów" - który ugruntował mój zachwyt. Ale po drugi tom powieści sięgnęłam dopiero teraz, kiedy na horyzoncie majaczy się już sezon trzeci. Dziwna taka przeplatanka mi wychodzi i prawie możecie robić zakłady, czy zdążę/zechcę przeczytać trzeci tom przed wejściem na ekrany trzeciego sezonu. Ja sama nie wiem.
I nie wiem, czemu nie wiem, bo drugi tom książkowy podobał mi się szalenie, bardziej niż pierwszy - mimo że całą akcję znałam już z serialu (zdumiewająco wiernego). A może właśnie dlatego. Nie potrafię w tym przypadku odebrać dzieła książkowego jako zupełnie odrębnego od ekranizacji. Wszyscy bohaterowie mają dla mnie twarze aktorów filmowych - nie chcę i nie próbuję wyobrażać ich sobie inaczej. Dochodzi do takich paradoksów, że szalonym smutkiem napełnia mnie (uwaga, mały spoilerek) wątek zmiany fizjonomii przez Jaqena H'ghara, bo mimo że pomysł rewelacyjny, to ja miałam słabość do aktora, który grał "pierwszą wersję", Toma Wlaschihę.Streszczenie sobie daruję - ogólnie można powiedzieć, że wszyscy się tłuką o opustoszały po śmierci króla Roberta tron, ale taki skrót fabuły nie oddaje nawet procenta jej uroku, a gdybym chciała opisać wszystkie wątki, stworzyłabym druga sagę. Zresztą, większość czytała/oglądała przede mną, a ci, którzy się jeszcze uchowali, powinni natychmiast wyłączyć internet i biec z książką na fotel...
28 grudnia 2012
Rzetelne angielskie kryminały
Kryminał kryminałowi nie jest równy i nie chodzi wcale o jakość, ale o kraj pochodzenia. Od kryminałów angielskich wymagam czegoś zupełnie innego niż od choćby skandynawskich (poza tym, że jedne i drugie maja być po prostu dobre - rzecz jasna). Przykładowo, w dziele szwedzkim wymagany jest lekko wymięty samotny komisarz policji, zagubiony w wielkim mieście, który smutki topi w alkoholu, życie prywatne nie układa mu się za dobrze (w porywach do wcale), chęci do życia ma niewiele, wątpliwości mnóstwo i nawet pogoda mu nie dopisuje. W kryminale z wysp brytyjskich natomiast niezbędne jest małe angielskie miasteczko, jakaś rezydencja, hektolitry gorącej herbaty, grzanki zjadane w fotelu przed kominkiem i co najmniej kilku zblazowanych arystokratów.
Szczęśliwie się złożyło, że oba angielskie kryminały, po które sięgnęłam w święta idealnie spełniły pokładane w nich nadzieje. Oba rozgrywają się mniej więcej w tym samym okresie (lata 80. lub początek 90., co można ustalić dzięki temu, że w obu są wzmianki o panującej pięknej księżnej Di) i oba zostały napisane przez Amerykanki, które akcje swoich powieści lokują w Anglii. Zarówno jedna, jak i druga powieść ma też ten uroczy "alaagathachristieitrochescherlockowski" klimat, do którego mam ogromną słabość.
O serii kryminałów Marthy Grimes z Richardem Jurym już pisałam - serię bardzo lubię, nie wątpiłam, ze mi się spodoba i nie rozczarowałam się. Nadinspektor Jury trafia tym razem do małego i pozornie spokojnego miasteczka Littlebourn. W środku lasu znaleziono zwłoki młodej kobiety - nikt jej nie znał i nie wiadomo skąd wzięła się w nieuczęszczanym miejscu. Wkrótce okazuje się, że także inne nieszczęścia spadły na to pozornie uśpione miejsce - miejscowa dziewczyna została zaatakowana w londyńskim metrze, a z pobliskiej rezydencji skradziono cenny klejnot. Nadinspektor z nieodłącznym Melrosem Placem będą musieli rozwikłac zagadkę, kierując się nie czym innym, lecz prawdziwą mapą skarbów!
Martha Grimes, Pod Anodynowym Naszyjnikiem (The Anodyne Necklace), WAB 2009
Na kryminały Elizabeth George trafiłam niedawno, ale szukałam ich od lat. Jeszcze w liceum czytałam jedną z jej książek - nie zapamiętałam ani tytułu, ani autora, za to doskonale pamiętałam intrygę, rozwiązanie i emocje, z jakimi ją pochłaniałam. Kilka miesięcy temu przypadkiem wpadła mi w ręce powieść "Gdzie jest Józef?" i odkryłam, że to właśnie było to. Nie czytałam ponownie - zbyt dobrze pamiętałam akcję (po około 15 latach od lektury! rzadko się to zdarza), ale postanowiłam sięgnąć po inny kryminał tej autorki - oczywiście biorąc poprawkę na to, że po kilkunastu latach mój odbiór może być zupełnie inny. Okazało się, że Elizabeth George stworzyła całą serię o inspektorze Lynleyu, aż 17 książek (jak dotąd - ostatnia dopiero co się ukazała). Wspomniany Tomasz Lynley jest nie tylko śledczym, ale tez arystokratą, doskonale wykształconym w Eton i Oxfordzie, oszałamiająco przystojnym, obytym w świecie i działającym na kobiety jak magnes. Tworzy zadziwiająco dobrany tandem z panią detektyw Barbarą Havers - która stanowi całkowite jego przeciwieństwo prawie pod każdym względem (IQ maja podobne). Sięgnęłam po pierwszy tom z serii pt. "Wielkie wybawienie" i było to spotkanie nader udane.
Do Scotland Yardu przybywa ksiądz z małego angielskiego miasteczka (oczywiście!), w którym doszło do tragedii. Młoda dziewczyna została znaleziona obok zwłok swego ojca. Przyznała się do zbrodni, jednak ksiądz jest przekonany o jej niewinności. Para detektywów wyrusza, by rozwiązać zagadkę i dowieść, że w pod sennymi fasadami miasteczka czają się nadzwyczaj mroczne sekrety...
Chociaż dość szybko zaczęłam podejrzewać motywy zbrodni i tak powieść czytało mi się doskonale - nie oderwałam się, dopóki nie skończyłam. Zagadka sprytna, autorka mnoży tropy, ale i tak najbardziej podobały mi się te rezydencje, tosty, herbatki... Lubię tę staroświeckość w kryminałach. Poza tym bardzo polubiłam bohaterów i z pewnością na pierwszym tomie nie zakończę z nimi znajomości.
Elizabeth George, Wielkie wybawienie (Great Deliverance), Prószynski i ska 1997
Jutro przyjeżdża firma przeprowadzkowa i spróbujemy przenieść się na nowe śmieci. Pewnie i tak zostanie nam część gratów do transportu samodzielnego, bo spakowanie WSZYSTKIEGO jest po prostu niewykonalne. Jak już będziemy na miejscu, zostanie nam "tylko" remont. Ale to już będzie czysta przyjemność, biorąc pod uwagę długą drogę, jaką przeszliśmy od września, kiedy dostaliśmy informację, że musimy się wyprowadzić (w skrócie: wrzesień - ekspresowa organizacja własnego ślubu, październik - ślub i poszukiwania mieszkania, listopad - organizacja kredytu, grudzień - finalizacja kredytu, zakup mieszkania i przeprowadzka). Dotąd o tym nie wspominałam, ale jestem w szóstym miesiącu ciąży. Uwierzcie, że w tym stanie wszystko jest dwa razy trudniejsze (może ciąża to nie choroba, ale jakoś wcześniej nie robiło mi się słabo w komunikacji miejskiej, a gimnastyka przy pakowaniu też jakoś nie bardzo jest wskazana....).
Zdjęć nowego mieszkania na razie nie pokażę - gniazdko ma spory potencjał, ale na razie tylko potencjał...
Szczęśliwie się złożyło, że oba angielskie kryminały, po które sięgnęłam w święta idealnie spełniły pokładane w nich nadzieje. Oba rozgrywają się mniej więcej w tym samym okresie (lata 80. lub początek 90., co można ustalić dzięki temu, że w obu są wzmianki o panującej pięknej księżnej Di) i oba zostały napisane przez Amerykanki, które akcje swoich powieści lokują w Anglii. Zarówno jedna, jak i druga powieść ma też ten uroczy "alaagathachristieitrochescherlockowski" klimat, do którego mam ogromną słabość.
O serii kryminałów Marthy Grimes z Richardem Jurym już pisałam - serię bardzo lubię, nie wątpiłam, ze mi się spodoba i nie rozczarowałam się. Nadinspektor Jury trafia tym razem do małego i pozornie spokojnego miasteczka Littlebourn. W środku lasu znaleziono zwłoki młodej kobiety - nikt jej nie znał i nie wiadomo skąd wzięła się w nieuczęszczanym miejscu. Wkrótce okazuje się, że także inne nieszczęścia spadły na to pozornie uśpione miejsce - miejscowa dziewczyna została zaatakowana w londyńskim metrze, a z pobliskiej rezydencji skradziono cenny klejnot. Nadinspektor z nieodłącznym Melrosem Placem będą musieli rozwikłac zagadkę, kierując się nie czym innym, lecz prawdziwą mapą skarbów!Martha Grimes, Pod Anodynowym Naszyjnikiem (The Anodyne Necklace), WAB 2009
Na kryminały Elizabeth George trafiłam niedawno, ale szukałam ich od lat. Jeszcze w liceum czytałam jedną z jej książek - nie zapamiętałam ani tytułu, ani autora, za to doskonale pamiętałam intrygę, rozwiązanie i emocje, z jakimi ją pochłaniałam. Kilka miesięcy temu przypadkiem wpadła mi w ręce powieść "Gdzie jest Józef?" i odkryłam, że to właśnie było to. Nie czytałam ponownie - zbyt dobrze pamiętałam akcję (po około 15 latach od lektury! rzadko się to zdarza), ale postanowiłam sięgnąć po inny kryminał tej autorki - oczywiście biorąc poprawkę na to, że po kilkunastu latach mój odbiór może być zupełnie inny. Okazało się, że Elizabeth George stworzyła całą serię o inspektorze Lynleyu, aż 17 książek (jak dotąd - ostatnia dopiero co się ukazała). Wspomniany Tomasz Lynley jest nie tylko śledczym, ale tez arystokratą, doskonale wykształconym w Eton i Oxfordzie, oszałamiająco przystojnym, obytym w świecie i działającym na kobiety jak magnes. Tworzy zadziwiająco dobrany tandem z panią detektyw Barbarą Havers - która stanowi całkowite jego przeciwieństwo prawie pod każdym względem (IQ maja podobne). Sięgnęłam po pierwszy tom z serii pt. "Wielkie wybawienie" i było to spotkanie nader udane.Do Scotland Yardu przybywa ksiądz z małego angielskiego miasteczka (oczywiście!), w którym doszło do tragedii. Młoda dziewczyna została znaleziona obok zwłok swego ojca. Przyznała się do zbrodni, jednak ksiądz jest przekonany o jej niewinności. Para detektywów wyrusza, by rozwiązać zagadkę i dowieść, że w pod sennymi fasadami miasteczka czają się nadzwyczaj mroczne sekrety...
Chociaż dość szybko zaczęłam podejrzewać motywy zbrodni i tak powieść czytało mi się doskonale - nie oderwałam się, dopóki nie skończyłam. Zagadka sprytna, autorka mnoży tropy, ale i tak najbardziej podobały mi się te rezydencje, tosty, herbatki... Lubię tę staroświeckość w kryminałach. Poza tym bardzo polubiłam bohaterów i z pewnością na pierwszym tomie nie zakończę z nimi znajomości.
Elizabeth George, Wielkie wybawienie (Great Deliverance), Prószynski i ska 1997
***
A moje mieszkanie wygląda obecnie tak:
Jutro przyjeżdża firma przeprowadzkowa i spróbujemy przenieść się na nowe śmieci. Pewnie i tak zostanie nam część gratów do transportu samodzielnego, bo spakowanie WSZYSTKIEGO jest po prostu niewykonalne. Jak już będziemy na miejscu, zostanie nam "tylko" remont. Ale to już będzie czysta przyjemność, biorąc pod uwagę długą drogę, jaką przeszliśmy od września, kiedy dostaliśmy informację, że musimy się wyprowadzić (w skrócie: wrzesień - ekspresowa organizacja własnego ślubu, październik - ślub i poszukiwania mieszkania, listopad - organizacja kredytu, grudzień - finalizacja kredytu, zakup mieszkania i przeprowadzka). Dotąd o tym nie wspominałam, ale jestem w szóstym miesiącu ciąży. Uwierzcie, że w tym stanie wszystko jest dwa razy trudniejsze (może ciąża to nie choroba, ale jakoś wcześniej nie robiło mi się słabo w komunikacji miejskiej, a gimnastyka przy pakowaniu też jakoś nie bardzo jest wskazana....).
Zdjęć nowego mieszkania na razie nie pokażę - gniazdko ma spory potencjał, ale na razie tylko potencjał...
21 listopada 2012
Osobliwy dom pani Peregrine
No,
to sobie pomarudziłam w poprzednim wpisie, ze mnie żadna książka nie
wciąga, a teraz pora to odszczekać. Zaczęłam czytać "Osobliwy dom..."
jeszcze przedwczoraj. Wczoraj czytałam w nocy dopóki udało mi się
utrzymać oczy otwarte. Skończyłam dziś po śniadaniu.
Nie jest to może absolutny ideał i wzór powieści, ale co z tego. Świetnie się czyta, pomysł jest "osobliwy" i frapujący, a akcja spełnia oczekiwania. Mocną stroną książki jest też jej nastrój. Stary odosobniony dom, skalista walijska wyspa, tajemnice z przeszłości, które powoli wychodzą na jaw... To jeden z niewielu przypadków, kiedy książkę wybrałam po okładce. Znalazłam ją na amerykańskim Amazonie i zafascynowało mnie zdjęcie na okładce (takie samo jak w wydaniu polskim), a w dodatku okazało się, że również treść ilustrowana jest podobnymi fotografiami. Po prostu MUSIAŁAM ją mieć, ale "mienie" nie oznacza czytania, więc powieść odleżała swoje w kątku. Dopiero ostatnio odkryłam, że właśnie ukazał się polski przekład, który reklamowany jest świetnym trailerem i doszłam do wniosku, ze książka zdecydowanie dojrzała do czytania.
Czytałam oryginał i jeśli ktoś lubi czytać po angielsku, to polecam, bardzo przystępny język. Fabuły nie będę Wam streszczać, lepiej obejrzyjcie zwiastun, bo świetnie oddaje klimat i zdradza tylko tyle, ile trzeba:
Miarą jakości książki niech będzie to, że dopiero po przewróceniu ostatniej strony uświadomiłam sobie, że w sumie jest to chyba literatura adresowana do młodzieży... W ogóle śmieszna rzecz zdarzyła się gdzieś w połowie czytania. Autor poprowadził akcję w taki sposób, że nie mogłam się domyślić, jak z tego wybrnie. Wydawało się, że będzie musiał po prostu skończyć w połowie i zawrócić swojego bohatera do domu, pokonanego w starciu z tajemnicą. Kiedy już wiedziałam, co się święci, stwierdziłam "o nie, ja nie lubię takich rozwiązań, to mi się nie będzie podobać...". Po czym nie mogłam się oderwać od czytania. Nadal nie lubię "takich rozwiązań" (nie zdradzę jakich, chyba że na uszko), ale Autor widać lubi i poprowadził akcję tak, że i ja musiałam ją polubić.
Oczywiście, są pewne minusy. Jest to pierwszy tom cyklu - prawdopodobnie, bo dalsze na razie nie powstały (w ogóle jest to powieściowy debiut Autora i jako taki naprawdę udany). Minus za to, bo zostałam porzucona na ostatniej stronie z nierozwiązaną zagadką. A do tego - czy naprawdę autorzy nie są w stanie zmieścić fabuły w jednej książce, czy jest to zagranie czysto marketingowe? Zasadniczo nie mam nic przeciwko cyklom, nawet pisanym dla pieniędzy, może tylko to, że jest ich ostatnio dziwnie dużo i że po świetnym pierwszym tomie poziom kolejnych stacza się po równi pochyłej. Mam jednak nadzieję, że to nie będzie ten przypadek.
O drugim minusie nie napiszę za dużo, żeby nie zdradzać fabuły. Tylko to, że na problemach z czasem wykładają się nawet fizycy kwantowi, więc nic dziwnego, że i teorie Riggsa mają sporo luk. Ale po krótkim namyśle postanowiłam nie analizować ich zbyt głęboko, tylko przyjąć do wiadomości i dalej bawić się dobrze.
W Stanach książka spotkała się z wyjątkowo entuzjastycznym przyjęciem, utrzymując się przez ponad 60 tygodni na liście bestsellerów literatury młodzieżowej. Mimo tego i mimo moich zachwytów nie wszystkim się musi podobać. Na pewno poleciłabym fanom "młodzieżówek" Zafona (chociaż moim zdaniem ta książka jest od nich lepsza) i wszystkich cyklów młodzieżowych, które mieszają rzeczywistość z fantazją.
Osobliwy dom pani Peregrine / Miss Peregrine's Home for Peculiar Children, Ransom Riggs, Media Rodzina 2012
Nie jest to może absolutny ideał i wzór powieści, ale co z tego. Świetnie się czyta, pomysł jest "osobliwy" i frapujący, a akcja spełnia oczekiwania. Mocną stroną książki jest też jej nastrój. Stary odosobniony dom, skalista walijska wyspa, tajemnice z przeszłości, które powoli wychodzą na jaw... To jeden z niewielu przypadków, kiedy książkę wybrałam po okładce. Znalazłam ją na amerykańskim Amazonie i zafascynowało mnie zdjęcie na okładce (takie samo jak w wydaniu polskim), a w dodatku okazało się, że również treść ilustrowana jest podobnymi fotografiami. Po prostu MUSIAŁAM ją mieć, ale "mienie" nie oznacza czytania, więc powieść odleżała swoje w kątku. Dopiero ostatnio odkryłam, że właśnie ukazał się polski przekład, który reklamowany jest świetnym trailerem i doszłam do wniosku, ze książka zdecydowanie dojrzała do czytania.
Czytałam oryginał i jeśli ktoś lubi czytać po angielsku, to polecam, bardzo przystępny język. Fabuły nie będę Wam streszczać, lepiej obejrzyjcie zwiastun, bo świetnie oddaje klimat i zdradza tylko tyle, ile trzeba:
Miarą jakości książki niech będzie to, że dopiero po przewróceniu ostatniej strony uświadomiłam sobie, że w sumie jest to chyba literatura adresowana do młodzieży... W ogóle śmieszna rzecz zdarzyła się gdzieś w połowie czytania. Autor poprowadził akcję w taki sposób, że nie mogłam się domyślić, jak z tego wybrnie. Wydawało się, że będzie musiał po prostu skończyć w połowie i zawrócić swojego bohatera do domu, pokonanego w starciu z tajemnicą. Kiedy już wiedziałam, co się święci, stwierdziłam "o nie, ja nie lubię takich rozwiązań, to mi się nie będzie podobać...". Po czym nie mogłam się oderwać od czytania. Nadal nie lubię "takich rozwiązań" (nie zdradzę jakich, chyba że na uszko), ale Autor widać lubi i poprowadził akcję tak, że i ja musiałam ją polubić.
Oczywiście, są pewne minusy. Jest to pierwszy tom cyklu - prawdopodobnie, bo dalsze na razie nie powstały (w ogóle jest to powieściowy debiut Autora i jako taki naprawdę udany). Minus za to, bo zostałam porzucona na ostatniej stronie z nierozwiązaną zagadką. A do tego - czy naprawdę autorzy nie są w stanie zmieścić fabuły w jednej książce, czy jest to zagranie czysto marketingowe? Zasadniczo nie mam nic przeciwko cyklom, nawet pisanym dla pieniędzy, może tylko to, że jest ich ostatnio dziwnie dużo i że po świetnym pierwszym tomie poziom kolejnych stacza się po równi pochyłej. Mam jednak nadzieję, że to nie będzie ten przypadek.
O drugim minusie nie napiszę za dużo, żeby nie zdradzać fabuły. Tylko to, że na problemach z czasem wykładają się nawet fizycy kwantowi, więc nic dziwnego, że i teorie Riggsa mają sporo luk. Ale po krótkim namyśle postanowiłam nie analizować ich zbyt głęboko, tylko przyjąć do wiadomości i dalej bawić się dobrze.
W Stanach książka spotkała się z wyjątkowo entuzjastycznym przyjęciem, utrzymując się przez ponad 60 tygodni na liście bestsellerów literatury młodzieżowej. Mimo tego i mimo moich zachwytów nie wszystkim się musi podobać. Na pewno poleciłabym fanom "młodzieżówek" Zafona (chociaż moim zdaniem ta książka jest od nich lepsza) i wszystkich cyklów młodzieżowych, które mieszają rzeczywistość z fantazją.
Osobliwy dom pani Peregrine / Miss Peregrine's Home for Peculiar Children, Ransom Riggs, Media Rodzina 2012
24 sierpnia 2012
Blaski i cienie podróży w czasie


Wydawnictwo Prószyński i S-ka powinno wydać poradnik na temat tego, jak dobrze ukryć kawał świetnej powieści pod koszmarną okładką. Chociaż w jakim celu je ukrywają, nie mogę pojąć. Gdyby ktoś mi nie wetknął powieści do ręki i nie zmusił do czytania, nawet bym na nią nie spojrzała. To, co "Księga sądu ostatecznego" ma na wierzchu, woła o pomstę do autorki. Na miejscu Connie Willis powiedziałabym projektantowi coś do słuchu. Na pociechę i zachętę okładka angielska (też nie idealna, ale wygląda jakby estetyczniej).
Od okładki "Nie licząc psa" też bolą zęby, ale chociaż ma coś wspólnego z treścią, więc wybaczyć łatwiej.
Connie Willis stworzyła kilka powieści o podróżach w czasie, luźno połączonych miejscem akcji i bohaterami. Cykl jest niedługi, liczy 3 tomy*, które można czytać całkowicie niezależnie od siebie. Każda z powieści została nagrodzona - dwie otrzymały zarówno nagrodę Hugo, jak i Nebuli, trzecia "zaledwie" Hugo. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że to jedne z najbardziej prestiżowych nagród dla powieści fantastycznych. O dwóch powieściach mowa w tym wpisie, trzecia - dwutomowa Blackout/All Clear - chyba jeszcze nie została przetłumaczona, ale mam ją w planach w oryginale.
Mamy połowę XXI wieku. Podróże w czasie są jednym z elementów pracy historyków. Centrum podróży mieści się na Uniwersytecie w Oxfordzie, skąd badacze wyruszają na swoje wyprawy. Uparta studentka historii, Kivrin Engle, przekonuje profesorów, by wysłali ją do średniowiecza. Jest doskonale przygotowana, niemniej wyprawa uważana jest za zbyt niebezpieczną, by podejmowała ją młoda dziewczyna. Kirvin stawia na swoim, sieć przenosi ją do XIV wieku - razem z rozbitą karocą, upozowaną na ofiarę napadu rozbójników (bo skąd miałaby się ni stąd, ni zowąd, wziąć w wiosce młoda dziewczyna z wyższej sfery).
I nagle uderza tragedia. Współczesny Oxford zostaje zaatakowany przez wirus nowej grypy. Zarażona tym samym wirusem Kirvin przez kilka dni znajduje się w stanie delirium. Szczęśliwie trafia pod opiekę dość zamożnej miejscowej rodziny. Zdrowieje i mogłaby rozpocząć obserwację obyczajowości. Ale nieszczęścia chodzą parami. W wyniku pomyłki Kirvin została przeniesiona w rok 1348 (zamiast planowany 1320 r.) - w czasy wybuchu w Anglii epidemii Czarnej Śmierci. Grypa w Oxfordzie paraliżuje uniwersytet i uniemożliwia ściągnięcie z powrotem nieszczęsnej studentki. Profesor Dunsworthy rozpoczyna samotny wyścig z czasem, żeby uratować Kirvin.
Od książki dosłownie nie można się oderwać. Walka z czasem i bezlitosne epidemie emocjonują tak, że pochłaniałam powieść z wypiekami na twarzy. Należy jednak być świadomym, że nie jest to tylko ciekawa przygodowa lektura - pochód Czarnej Śmierci pokazany jest z bezlitosną szczerością. Czytelnik i bezradna Kirvin moga tylko patrzeć. Cuda się w tym świecie nie zdarzają.
Kiedy już odpowiednio zdołujemy się "Księgą sądu ostatecznego" możemy sięgnąć dla odprężenia po napisaną w zupełnie innym tonie powieść "Nie licząc psa". Większość z Was pewnie odgaduje po tytule nawiązanie do książki "Trzech panów w łódce, nie licząc psa" Jerome K. Jerome - i bardzo słusznie.
Historyk Ned Henry, specjalista od wieku XX, rozpaczliwie poszukuje strusiej nogi biskupa** - w 1940 roku. Nie robi tego dobrowolnie. To pewna bogata Amerykanka, Lady Schrapnell, herod-baba, która budzi lęk w męskich sercach, opętana wizją odbudowy katedry w Coventry, domaga się odnalezienia i dostarczenia do współczesności (2057 rok) artefaktów, które zostały zniszczone podczas bombardowania świątyni w czasie drugiej wojny światowej. Neda, który wykonał zdecydowanie zbyt dużo skoków w czasie, dopada atak choroby, powiedzmy, czasomocyjnej. Żeby mógł odbyć rekonwalescencję, trzeba ukryć go jednak ukryć. Lady Schrapnell nie przyjmuje wymówek. Ned zostaje więc wysłany w czasy wiktoriańskie. Tam, w towarzystwie młodego studenta Terence'a St. Trewes ląduje na łódce, która spokojnie sunie po Tamizie (brzmi znajomo?). Słońce, woda, relaks - jeśli Ned myśli, że to jego przeznaczenie, to grubo się myli. Płynie w sam środek zamotanej intrygi, obejmującej trzy wieki, a w której istotną rolę odegra rozkapryszona panna w falbankach, kotka imieniem Księżniczka Ardżumand i nieszczęsna strusia noga biskupa.
W przeciwieństwie do ściskającej za gardło "Księgi sądu ostatecznego", "Nie licząc psa" to rodzaj obyczajowej komedii. Nie należy jednak wyłączać szarych komórek, bo dzieje się tu dużo (streszczenie fabuły jest praktycznie niewykonalne), a zawiłe właściwości podróży w czasie i ich wpływu na współczesność niekiedy wręcz ciężko pojąć. Mogę polecić nie tylko wielbicielom fantastyki, ale także czasów wiktoriańskich - a szczególnie powieści Jerome'a.
* Gwoli dokładności - powstało też opowiadanie pt. "Fire Watch".
** Nie, nie zdradzę, co to.
17 sierpnia 2012
Tajemnica w amerykańskim miasteczku


Książki Marthy Grimes ukazały się w Mrocznej Serii wydawnictwa WAB, ale krwistego kryminału nie należy się spodziewać. Za to wciągającej zagadki, uroczej bohaterki i nastroju leniwego popołudnia - owszem.
Dawno temu w domu sióstr Devereaux wydarzyła się tragedia. Mała dziewczynka, Mary-Evelyn, wypłynęła samotnie łódką na jezioro i utonęła. Kilkadziesiąt lat później, inna dziewczynka buszuje po opuszczonym domostwie, gdzie meble, ubrania i zabawki Mary-Evelyn pozostały nieruszone, i próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, co tak naprawdę stało się tamtej nocy? Kim była dziewczynka, kim były trzy stare panny Devereaux, dlaczego doszło do tragedii?
Bohaterka "Hotelu Paradise" i "Stacji Cold Flat Junction" ma 12 lat, jest bystra, wścibska i zdeterminowana. Nie ma żadnych nadzwyczajnych umiejętności, a jedynie ciekawość świata. No i może zdolność do konfabulacji i szybkiego nawiązywania kontaktów. Emma staje się naszą przewodniczką nie tylko po domu sióstr Devereaux, ale po całym miasteczku Spirit Lake, w którym mieszka. Mocno podupadły kurort posiada na swych uliczkach równie podupadły hotel, który prowadzi matka Emmy. Zawiezie nas też do sąsiedniego Cold Flat Junction, które zawsze robi wrażenie, jakby życie w nim zamarło. Emma dzieli swój czas między pracę w hotelu (jako młodsza kelnerka), użeranie się z nieznośną ReeJane (która uważa się za nie-wiadomo-jakie-cudo, a w przyszłości chce zostać aktorką, modelką, a najlepiej księżniczką), szykowaniem wymyślnych drinków 90-letniej ciotce Aurorze, właścicielce Hotelu Paradise, oraz prywatne śledztwo. Jakby tego było mało - w sąsiednim miasteczku dochodzi do morderstwa.
Zagadka jest bardzo ciekawa, te opuszczone domy, w których kurzem pokrywają się stare zdjęcia i lalki, doskonale działają na wyobraźnię. Akcja toczy się bardzo leniwie, bo Emma nie jest detektywem i nie może poświęcić śledztwu całego swojego czasu, a zdobywanie informacji naprawdę nie jest takie proste, kiedy ma się 12 lat. Powoli posuwając fabułę naprzód, pozwala nam poznać od podszewki całe swoje słodko-gorzkie życie, a także losy innych mieszkańców miasteczka - mamy tu szeryfa, kelnerkę, nauczycielkę, staruszki-sprzedawczynie, mistrza mechanika i wiele innych postaci. Postać Emmy ujęła mnie za serce - bo przy całym swoim dążeniu do odkrycia prawdy, jest z pewnością stuprocentowym dzieckiem, które bawi się w dziecinne zabawy, uprawia dziecinne złośliwostki (w stosunku do nieznośnej pani Berthy i pretensjonalnej ReeJane) i często nie rozumie świata dorosłych.
Autorka świetnie odmalowała nastrój miejsc, w których kiedyś coś się działo, a teraz dominuje marazm. Trudno mi jednak zlokalizować akcję w czasie (podobnie miałam z serią o Richardzie Jurym). Pierwszy tom powstał w 1996 r., drugi w 4 lata później. Jednak świat Emmy pozbawiony jest telefonów komórkowych, komputerów, natężonego ruchu samochodowego. Sądząc po niekiedy wspominanych strojach celowałabym raczej w lata 80.
Żeby poznać rozwiązanie tajemnicy z przeszłości, trzeba przeczytać oba tomy. Ale jako że na końcu nie wszystko jest idealnie oczywiste (jak w życiu), od razu złapałam się za trzecią część pt. Hotel Belle Rouen, gdzie pojawiają się spalone ruiny i kolejna zagadka... Ostatni tom Fadeaway Girl (2011) chyba nie został jeszcze przetłumaczony na język polski. Z ciekawostek - przed Hotelem Paradise powstała książka The End of the Pier, która dzieje się w tym samym miasteczku, a bohaterami są: szeryf i kelnerka Maud, którzy występują też (jako postaci drugoplanowe) w tomach o Emmie.
19 lipca 2012
Strasznie, boleśnie i niesamowicie trudno
Rany, jak mi się ciężko czytało tę książkę. Musiałam ją sobie dawkować, bo na raz to by było automaltretowanie. Masochizm znaczy. Wiem, że temat tragedii z 11 września łatwy nie jest, nie spodziewałam się rozrywkowej historii, ale autor dołożył gratis II wojnę światową z przerażającym opisem bombardowania Drezna i dziw, że nie mam jeszcze koszmarów po nocach.Jonathan Safran Foer
Strasznie głośno, niesamowicie blisko
Extremely Loud and Incredibly Close
WAB 2007
Oskar Schell ma 9 lat, ale nie jest zwykłym dzieckiem. Zaprojektował gugolpleks wynalazków, o jakich dorosłym nawet się nie śniło, wytwarza zindywidualizowane bransoletki i pisuje do Stephena Hawkinga (i nie tylko).
Oskar Shell ma matkę, która ma przyjaciela - Rona, i ukochaną babcię. Nie ma dziadka, bo ten porzucił swoją żonę, kiedy zaszła w ciążę. Nie ma ojca. Ale miał - najlepszego, jakiego można sobie wymarzyć. Ojciec Oskara zginął w World Trade Center.
Banałem byłoby napisać, że Oskar nie może się z jego śmiercią pogodzić. Kto by mógł? Chłopiec stawia sobie bardzo niedziecięce pytania: jak to możliwe, żeby powiedzieć komuś bajkę, pójść spać, wyjść rano do pracy i już nigdy nie wrócić. Gardzi swoim psychoterapeutą, który zadaje mu pytania w stylu: co dobrego wynikło ze śmierci ojca (co dobrego? nic dobrego). Drapie się do krwi. Ukrywa przed matką pewien bolesny sekret.
Pewnego dnia odkrywa w pokoju ojca kopertę z tajemniczym kluczem. Na kopercie jest tylko jedno słowo "Black". Aby rozwiązać zagadkę ( i przez chwilę pobyć blisko taty), Oskar podejmuje się karkołomnego zadania - zamierza odwiedzić wszystkich nowojorczyków o nazwisku Black (ich liczba go nie zraża, choć oczywiście liczy się z tym, że zajmie mu to mnóstwo czasu), żeby zapytać ich o klucz (i ojca)...
Równocześnie poznajemy historię dziadków Oskara, pochodzących z Niemiec, na których bolesne piętno odcisnęła druga wojna światowa.
Bardzo podobała mi się historia Oskara, sposób przedstawienia tego bohatera, jego myśli - to postać jednocześnie bardzo dziecinna i zaskakująco dojrzała (dorośli wcale nie podejrzewają, jakie myśli kłębią się w jego głowie). Nieco mniej wciągnęła mnie historia jego dziadków. Jeśli chodzi o moje gusta literackie, to są one proste - lubię dobre proste historie. Nie przepadam za literackimi eksperymentami. Foer pisze w bardzo nietypowy sposób. W historii dziadków zdarzało się czasem jedno zdanie na stronie, czasem zdjęcie zastępujące tekst, czasem kompletnie nieczytelne, zamazane litery. Opowieść ma postać listów do syna i do wnuka, często jest to rodzaj strumienia świadomości, który trzeba przefiltrować, żeby wyciągnąć informacje, które uzupełniają pozostałe relacje. Łączyło się to wszystko spójnie z treścią, ale trochę mi się wzrok ślizgał i podejrzewam, że ta część historii poruszyłaby mnie bardziej, gdyby była opowiedziana w prostszy sposób. Wstrząsającym historiom wystarcza minimum środków, a ich nadmiar czasem rozmywa sens.
Polecam powieść, warto, zwłaszcza dla historii Oskara. Bardzo jestem ciekawa ekranizacji.
![]() |
Z ciekawostek - babka Foera jest polską Żydówką, przeżyła Holocaust. Żona, Nicole Krauss, także jest pisarką.
4 czerwca 2012
Smutek w raju
Dobry przykład na to, jak wydawca może spaprać robotę, jeśli koniecznie chce zdążyć z wydaniem książki przed kinową ekranizacją. Mogę wybaczyć literówki, nawet błąd gramatyczny, ale na kolana rzuciła mnie "grupa hula-hoop", w której jakoby uczestniczyła bohaterka. Hula-hoop to takie plastikowe kółeczko, a taniec hawajski (akcja książki rozgrywa się na Hawajach), wyraźnie opisany w tym miejscu książki, nazywa się hula. Bose stopy uderzające o podłogę, wzrok podążając za łagodnym ruchem dłoni - rzeczywiście opis kręcenia hula-hoop jak w pysk strzelił. Rozumiem, że może nie każdy słyszał o tańcu hula, większość czytelników pewnie nie zwróci uwagi, ale to nie usprawiedliwia wydawcy. Ostatecznie od poprawiania błędów tłumacza są redaktorzy i korektorzy, którzy takie bzdury powinni prostować.
Przeczytałam tę powieść głównie dla miejsca akcji - Hawajów, bo kultura hawajska bardzo mnie interesuje i miałam ochotę podejrzeć, jak współcześnie wygląda to miejsce. Ze względu na koszty podróży osobiste odwiedziny raczej nie nastąpią w najbliższym czasie. Trochę uroków, ale i niedostatków, tego wyspiarskiego raju można dojrzeć pod warstwą fabularną i poczułam się usatysfakcjonowana. Zresztą mam jeszcze w planach obejrzenie ekranizacji - z tych samych przyczyn.
A jeśli chodzi o fabułę? Nie było źle, ale i bez fajerwerków. Matt King, spadkobierca bogatej hawajskiej rodziny, ojciec dwóch córek, traci w wypadku żonę. Dokładniej - kobieta nadal żyje, ale znajduje się w stanie głębokiej śpiączki, z której się nie wybudzi. Matt musi się uporać nie tylko z bólem po stracie, ale także z rolą ojca, która dotąd pełnił tylko z nazwy, a także z informacją, że jego żona prawdopodobnie nie była mu wierna.
Głównym minusem był dla mnie mało wiarygodny bohater. Często miałam wrażenie, że czytam monolog kobiety, która tylko udaje mężczyznę - sposób rozumowania po prostu mi nie pasował. Autorka jest młodą kobietą i myślę, że nie poradziła sobie z zadaniem, jakim jest wczucie się w psychikę mężczyzny w średnim wieku. Chociaż może wina znów leży po stronie tłumacza?
Po drugie - dziwny związek, jaki Matt tworzył z Joanie, także do mnie nie przemówił. Pisarka bardzo próbowała, ale nie przekonała mnie, że taka relacja rzeczywiście mogłaby istnieć. Może gdyby Matt był zupełną ciapą, trwałby w związku z kobietą, którą określiłabym mianem nie szalonej (to ma nawet taki pozytywnie-uwodzicielski posmak), tylko irytująco niezrównoważonej, płytkiej i niezbyt bystrej, która od życia chce tylko zabawy, jest fatalną matka i raczej marną żoną. Tymczasem Matt jawi się jako przystojny, inteligentny i bogaty, bardziej przyzwyczajony do żony, niż jakoś szaleńczo zakochany. Tu znów widzę w nim jakies typowo kobiece zachowania. (Pisarka przekonuje, że był zakochany, ale w żadnych scenkach z ich wspólnego życia tego nie dostrzegłam. Niektóre emocje powinny wynikać spomiędzy wierszy, a nie być wyraźnie napisane "on ją kochał kropka a ona taka niewdzięcznica kropka").
Po trzecie - jeśli współczesne dzieci są rzeczywiście takie, jak opisane w książce, to ja chyba podziękuję za własne. Podjęcie roli ojca wobec zwykłych dzieci byłoby już wyzwaniem, a te się chyba wdały w matkę...
Mimo wszystko nie czytało się źle, szybko poszło, chociaż te z założenia dramatyczne wątki jakoś nie wzbudziły u mnie głębszych emocji. Ale może ja taka zmanierowana jestem. W każdym razie nie potrafię zgodzić się z Sofią Coppolą, której rekomendacja widnieje na okładce, jakoby był to jakiś książkowy "namberłan". Pozycja dla chętnych.
Przeczytałam tę powieść głównie dla miejsca akcji - Hawajów, bo kultura hawajska bardzo mnie interesuje i miałam ochotę podejrzeć, jak współcześnie wygląda to miejsce. Ze względu na koszty podróży osobiste odwiedziny raczej nie nastąpią w najbliższym czasie. Trochę uroków, ale i niedostatków, tego wyspiarskiego raju można dojrzeć pod warstwą fabularną i poczułam się usatysfakcjonowana. Zresztą mam jeszcze w planach obejrzenie ekranizacji - z tych samych przyczyn.
A jeśli chodzi o fabułę? Nie było źle, ale i bez fajerwerków. Matt King, spadkobierca bogatej hawajskiej rodziny, ojciec dwóch córek, traci w wypadku żonę. Dokładniej - kobieta nadal żyje, ale znajduje się w stanie głębokiej śpiączki, z której się nie wybudzi. Matt musi się uporać nie tylko z bólem po stracie, ale także z rolą ojca, która dotąd pełnił tylko z nazwy, a także z informacją, że jego żona prawdopodobnie nie była mu wierna.
Głównym minusem był dla mnie mało wiarygodny bohater. Często miałam wrażenie, że czytam monolog kobiety, która tylko udaje mężczyznę - sposób rozumowania po prostu mi nie pasował. Autorka jest młodą kobietą i myślę, że nie poradziła sobie z zadaniem, jakim jest wczucie się w psychikę mężczyzny w średnim wieku. Chociaż może wina znów leży po stronie tłumacza?
Po drugie - dziwny związek, jaki Matt tworzył z Joanie, także do mnie nie przemówił. Pisarka bardzo próbowała, ale nie przekonała mnie, że taka relacja rzeczywiście mogłaby istnieć. Może gdyby Matt był zupełną ciapą, trwałby w związku z kobietą, którą określiłabym mianem nie szalonej (to ma nawet taki pozytywnie-uwodzicielski posmak), tylko irytująco niezrównoważonej, płytkiej i niezbyt bystrej, która od życia chce tylko zabawy, jest fatalną matka i raczej marną żoną. Tymczasem Matt jawi się jako przystojny, inteligentny i bogaty, bardziej przyzwyczajony do żony, niż jakoś szaleńczo zakochany. Tu znów widzę w nim jakies typowo kobiece zachowania. (Pisarka przekonuje, że był zakochany, ale w żadnych scenkach z ich wspólnego życia tego nie dostrzegłam. Niektóre emocje powinny wynikać spomiędzy wierszy, a nie być wyraźnie napisane "on ją kochał kropka a ona taka niewdzięcznica kropka").
Po trzecie - jeśli współczesne dzieci są rzeczywiście takie, jak opisane w książce, to ja chyba podziękuję za własne. Podjęcie roli ojca wobec zwykłych dzieci byłoby już wyzwaniem, a te się chyba wdały w matkę...
Mimo wszystko nie czytało się źle, szybko poszło, chociaż te z założenia dramatyczne wątki jakoś nie wzbudziły u mnie głębszych emocji. Ale może ja taka zmanierowana jestem. W każdym razie nie potrafię zgodzić się z Sofią Coppolą, której rekomendacja widnieje na okładce, jakoby był to jakiś książkowy "namberłan". Pozycja dla chętnych.
13 maja 2012
Malżeństwo po afgańsku
Afganistan to ten dziwny kraj, o którym do lat 90. w Europie nie było słychać, a od tamtych czasów - słyszał o nim każdy. Moje pierwsze wspomnienie związane z Afganistanem to informacja o zburzeniu przez talibów gigantycznych, zabytkowych posągów Buddy. Bardzo było mi ich wtedy żal. Ale o życiu zwykłych obywateli tego kraju nie myślałam. Teraz, po lekturze "Tysiąca wspaniałych słońc" czuję się trochę tak, jakbym tam wówczas była.
Scena, która najmocniej mną wstrząsnęła w tej powieści, to narodziny Zajmala. Dziecko ułożyło się pośladkowo, Lajla nie może urodzić silami natury. W szpitalu strażnik odmawia wpuszczenia jej, bo to szpital tylko dla mężczyzn. Podobnie jak dwa najbliższe w okolicy. Zostaje odesłana do jedynego szpitala dla kobiet, koszmarnie zatłoczonego, w którym musi ustawić się na końcu oczekujących, bo każdy przypadek jest równie pilny, a lekarki są... dwie. Kiedy w końcu dociera na salę operacyjną, lekarki przystępują do cesarskiego cięcia. Bez środków znieczulających, bo ich nie ma. Jeżeli w ogóle pojawiają się jakieś leki, kierowane są do szpitali dla mężczyzn. Przygotowując się do zabiegu, lekarka mówi - "talibowie wymagają, żebyśmy operowały w burkach".
W tym momencie straciłam resztkę szacunku dla talibów. Od tej pory zamykam się na tłumaczenia o zrozumieniu dla różnych kultur, religii, obyczajów. "Talibowie" to synonim "mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet".
Czytałam już "Chłopca z latawcem" Hosseiniego, więc wiedziałam, czego można się po tym autorze spodziewać. Nie uważam go za wybitnego literata, ale trzeba przyznać, że jest świetnym "opowiadaczem". Wciąga w wykreowany świat za pomocą jednego zdania, sprawia, że czytelnik błyskawicznie utożsamia się z bohaterami, pozornie tak odmiennymi kulturowo, że aż niezrozumiałymi. Tym razem też tak było. Od pierwszej strony zatopiłam się w historii Mariam, harimi, nieślubnej córki pewnego afgańskiego biznesmena, która samym swym istnieniem hańbiła swego rodzica (choć przecież nie miała żadnego wpływu na to, że pomimo posiadania kilku żon tatuś uwiódł służąca, czego była skutkiem). Szybko (jako 15-latka) została wydana za mąż, za szewca Raszida, wdowca kilkakrotnie od siebie starszego i wywieziona przez męża do Kabulu.
Smutne życie niewykształconej dziewczyny ze wsi, całkowicie zależnej od brutalnego męża, bez szans na oswobodzenie, jest już wyjątkowo przygnębiające. Do tego jednak dochodzą przemiany polityczne w Afganistanie, które rozgrywają się w tle. Powieść przedstawia ćwierć wieku historii tego kraju - od sowietów i komunistów, przez mudżahedinów, talibów, aż po Amerykanów. Burza przemian niszczy życie tysięcy ludzi. Między innymi odbiera wszystkich bliskich młodziutkiej, 14-letniej Lajli, która nagle znajduje się na łasce niemal nieznanego sąsiada, Raszida, i jego milczącej, ukrytej pod burką żony, Mariam. Raszid uznaje, że śliczna Lajla będzie doskonałą drugą żoną...
Mariam i Lajli doskonale obrazują dwa oblicza Afganistanu. Mariam reprezentuje kraj spoza Kabulu, bardzo konserwatywny, rządzony dawnym obyczajem. Lajla pochodzi z liberalnego świata stolicy. Choć tu także dziewczynki bywają wydawane przez rodziców za mąż wbrew swej woli, to przecież jest też wiele kobiet, które studiują, pracują na wysokich stanowiskach, mają prawo jazdy, prowadzą zwykłe - w oczach Europejczyka - życie. Konserwatywna fala zalewa jednak tę enklawę wolności, uderzając przede wszystkim w kobiety, którym talibowie całkowicie odbierają człowieczeństwo.
Rzadko czytuję lektury z gatunków "ciężkie życie kobiet na świecie" i "przemoc w rodzinie". Wiem, że ta przemoc istnieje, wiem jak wygląda, ale nie lubuję się w czytaniu jej opisów. Podobnie jest z losem kobiet - wystarczająco już dużo słyszałam na ten temat. Dobrze jednak od czasu do czasu "potrząsnąć" sobą, wyrwać się z własnego przyjemnego ogródka, nie po to, żeby się zachwycać, jak nam się przyjemnie żyje, ale żeby się zastanowić, co zrobić, żeby zapobiec kolejnym takim sytuacjom. Przy lekturze nie mogłam znaleźć odpowiedzi na pytanie: jak świat mógł na to pozwolić...
9 maja 2012
Moment WOW i niedoczytana klasyka
"Moment WOW"* następuje, kiedy ruch pisarza przebija moją wyobraźnię. Przesuwa swojego literackiego pionka w poprzek mojego mózgu, co powoduje, że muszę na chwilę przerwać czytanie, spojrzeć w przestrzeń oszołomionym wzrokiem i powiedzieć "WOW". Przy czym nie jest to gest przemyślany - następuje całkiem samoczynnie, niezależnie od mojej woli.
Przykłady:
* Dla purystów językowych - "moment całkowitego zaskoczenia". Ale "moment WOW" brzmi jakoś tak... krócej ;)
Klasyka klasyką, beatnicy beatnikami, niech sobie ta powieść będzie kultowa, ale ja się poddałam. Dużo sobie po niej obiecywałam, bo w ogóle bardzo lubię szeroko pojętą "twórczość drogi". Niestety, z Kerouakiem nam nie wyszło. Zmęczyłam jedną czwartą i się zbuntowałam. Przypominała mi nastrojem "Buszującego w zbożu", też klasyka, którego co prawda przeczytałam, ale głównie dlatego, ze miałam nadzieję dotrzeć do momentu, który mi objawi, jak fantastyczna to jest książka. Dotarłam - do ostatniej strony. A zachwytu jak nie było, tak nie było, i nadal fenomenu nie mogę pojąć. Amerykańska młodzież z problemami jakoś do mnie widać nie przemawia.
"W drodze" jest o tym - wnioskując z tego kawałka, który przeczytałam - jak bohater, alter ego autora, jedzie z jednego miasta Ameryki do innych. Po drodze poznaje różnych ludzi, z którymi pije i rozmawia o podrywie, lub których podrywa i rozmawia o piciu, lub których już zna, a którzy piją i podrywają kogo się da. W sumie określenie "podrywają" to taki eufemizm... Ponoć sportretowano tam wiele prawdziwych postaci ówczesnego życia literackiego, ale ponieważ w kwestii tegoż jestem ignorantką, to jakoś mnie to nie wciągnęło. Tak, wiem, że na pewno jest tam jakaś głębia, która mi umknęła, podobnie jak "Buszujący w zbożu" nie jest tylko o marudnym nastolatku, ale przecież nie wszystko musi mnie zachwycać, prawda?
Przykłady:
- Kiedy Radziwiłł strzela do Kmicica ("Potop" Sienkiewicza);
- Kiedy Dantes odkrywa, gdzie grzebie się zmarłych w twierdzy If ("Hrabia Monte Christo" Dumasa);
- Kiedy Linda odkrywa, że ktoś stoi na balkonie w sypialni małego Filipa ("Tajemnica zamku Valmy" Marthy Stewart);
- Kiedy Snow ogłasza, jak zostaną uczczone jubileuszowe 75. igrzyska śmierci ("W pierścieniu ognia" S. Collins).
* Dla purystów językowych - "moment całkowitego zaskoczenia". Ale "moment WOW" brzmi jakoś tak... krócej ;)
**************
Klasyka klasyką, beatnicy beatnikami, niech sobie ta powieść będzie kultowa, ale ja się poddałam. Dużo sobie po niej obiecywałam, bo w ogóle bardzo lubię szeroko pojętą "twórczość drogi". Niestety, z Kerouakiem nam nie wyszło. Zmęczyłam jedną czwartą i się zbuntowałam. Przypominała mi nastrojem "Buszującego w zbożu", też klasyka, którego co prawda przeczytałam, ale głównie dlatego, ze miałam nadzieję dotrzeć do momentu, który mi objawi, jak fantastyczna to jest książka. Dotarłam - do ostatniej strony. A zachwytu jak nie było, tak nie było, i nadal fenomenu nie mogę pojąć. Amerykańska młodzież z problemami jakoś do mnie widać nie przemawia.
"W drodze" jest o tym - wnioskując z tego kawałka, który przeczytałam - jak bohater, alter ego autora, jedzie z jednego miasta Ameryki do innych. Po drodze poznaje różnych ludzi, z którymi pije i rozmawia o podrywie, lub których podrywa i rozmawia o piciu, lub których już zna, a którzy piją i podrywają kogo się da. W sumie określenie "podrywają" to taki eufemizm... Ponoć sportretowano tam wiele prawdziwych postaci ówczesnego życia literackiego, ale ponieważ w kwestii tegoż jestem ignorantką, to jakoś mnie to nie wciągnęło. Tak, wiem, że na pewno jest tam jakaś głębia, która mi umknęła, podobnie jak "Buszujący w zbożu" nie jest tylko o marudnym nastolatku, ale przecież nie wszystko musi mnie zachwycać, prawda?
6 maja 2012
Pieniądze budzą demony
O "Kwiatach na poddaszu" czytałam tyle, że po prostu musiałam po nie sięgnąć. Polecała ją między innymi - już dawno temu - Padma z Miasta Książek. Nie zraziło mnie więc nawet to, że najwyraźniej powieść ta była ostatnio egzemplarzem recenzenckim i przewinęła się na niemal wszystkich blogach.
Fabuła zapowiadała się intrygująco. Szczęśliwe życie rodziny Dollangangerów zostaje brutalnie przerwane przez śmierć ojca. Matka i dzieci - nastoletni Christopher i Cathy oraz 5-letnie bliźnięta - zostają bez środków do życia. Wybawienie widzą w majątku dziadków, którzy wydziedziczyli córkę na skutek pewnego skandalu - matka liczy jednak, że uda się jej przebłagać rodziców, zwłaszcza bezwzględnego ojca. Rodzina przybywa więc do posiadłości dziadków i tam dzieci spotyka niemiła niespodzianka - najwyraźniej ich istnienie przekreśliłoby szanse na przebaczenie dziadka, dlatego matka i babka decydują się tymczasowo umieścić je w odosobnieniu na poddaszu. Ma to trwać dzień, najwyżej kilka - dziadek jest już ciężko chory, więc jak tylko wybaczy córce, zmieni testament i umrze, rodzina powróci do normalnego życia (ale znacznie majętniejszego). Jak można się domyślić, nie wszystko idzie jednak zgodnie z planem...
Pomysł jest ciekawy i książka mogła być świetna - odosobnienie, tajemnice, uzależnienie od innych ludzi, mroczne emocje - ale niestety nie jest. Ratuje ją odrobinę właśnie ten pomysł - dzieci zamkniętych na poddaszu - oraz gotycka atmosfera. Wykonanie jednak jest po prostu słabe. Poziom literacki jak w wypracowaniu gimnazjalisty - od niektórych stylistycznych kwiatków chce się zgrzytać zębami. Poza tym - autorce zdecydowanie brak przygotowania psychologicznego, które dałoby tej książce siłę i głębię. Bez tego jest to po prostu harlequin z dreszczykiem i nic więcej. Hasła o głębokim przesłaniu to jakiś żart. Morał jest chyba taki, że pieniądze potrafią przysłonić wzrok, a kobieta kobiecie wilczycą bywa...
Da się przeczytać, ale nic więcej. Podsumowując, czytadło, które może przemówić do nastolatków - idealnie nadaje się do czytania w tajemnicy przed rodzicami (ze względu na pewien niemoralny watek, którego nie zdradzę). Może też sprawdzić się w przypadku wysokiej temperatury, kiedy "wchodzą" tylko puste sensacje...
Czytajcie tylko na własną odpowiedzialność.
PS. Jeżeli jednak komuś się spodoba, to mam dobrą wiadomość - powstało łącznie aż pięć tomów. Drugi - "Płatki na wietrze" - mówi o dalszych losach rodzeństwa, trzeci i czwarty o ich potomstwie, a piąty to prequel, opowiadający o młodości demonicznych dziadków ;) Może sięgnę jak mnie dopadnie chorobowa gorączka.
Fabuła zapowiadała się intrygująco. Szczęśliwe życie rodziny Dollangangerów zostaje brutalnie przerwane przez śmierć ojca. Matka i dzieci - nastoletni Christopher i Cathy oraz 5-letnie bliźnięta - zostają bez środków do życia. Wybawienie widzą w majątku dziadków, którzy wydziedziczyli córkę na skutek pewnego skandalu - matka liczy jednak, że uda się jej przebłagać rodziców, zwłaszcza bezwzględnego ojca. Rodzina przybywa więc do posiadłości dziadków i tam dzieci spotyka niemiła niespodzianka - najwyraźniej ich istnienie przekreśliłoby szanse na przebaczenie dziadka, dlatego matka i babka decydują się tymczasowo umieścić je w odosobnieniu na poddaszu. Ma to trwać dzień, najwyżej kilka - dziadek jest już ciężko chory, więc jak tylko wybaczy córce, zmieni testament i umrze, rodzina powróci do normalnego życia (ale znacznie majętniejszego). Jak można się domyślić, nie wszystko idzie jednak zgodnie z planem...
Pomysł jest ciekawy i książka mogła być świetna - odosobnienie, tajemnice, uzależnienie od innych ludzi, mroczne emocje - ale niestety nie jest. Ratuje ją odrobinę właśnie ten pomysł - dzieci zamkniętych na poddaszu - oraz gotycka atmosfera. Wykonanie jednak jest po prostu słabe. Poziom literacki jak w wypracowaniu gimnazjalisty - od niektórych stylistycznych kwiatków chce się zgrzytać zębami. Poza tym - autorce zdecydowanie brak przygotowania psychologicznego, które dałoby tej książce siłę i głębię. Bez tego jest to po prostu harlequin z dreszczykiem i nic więcej. Hasła o głębokim przesłaniu to jakiś żart. Morał jest chyba taki, że pieniądze potrafią przysłonić wzrok, a kobieta kobiecie wilczycą bywa...Da się przeczytać, ale nic więcej. Podsumowując, czytadło, które może przemówić do nastolatków - idealnie nadaje się do czytania w tajemnicy przed rodzicami (ze względu na pewien niemoralny watek, którego nie zdradzę). Może też sprawdzić się w przypadku wysokiej temperatury, kiedy "wchodzą" tylko puste sensacje...
Czytajcie tylko na własną odpowiedzialność.
PS. Jeżeli jednak komuś się spodoba, to mam dobrą wiadomość - powstało łącznie aż pięć tomów. Drugi - "Płatki na wietrze" - mówi o dalszych losach rodzeństwa, trzeci i czwarty o ich potomstwie, a piąty to prequel, opowiadający o młodości demonicznych dziadków ;) Może sięgnę jak mnie dopadnie chorobowa gorączka.
27 marca 2012
Ta, którą znałam najlepiej
Mam słabość do biografii kobiet-pisarek. Zaczęło się dawno temu, w wieku wczesnonastoletnim, od przepełnionych humorem autobiografii Joanny Chmielewskiej i Agathy Christie. Potem była długa przerwa, aż wreszcie trafiłam, nie tak dawno, na wspaniałą biografię sióstr Bronte autorstwa Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. Zaraz potem sięgnęłam po życiorys L.M.Montgomery ("Maud z Wyspy Księcia Edwarda") i upewniłam się, że mam ochotę podążać tą ścieżką. Na liście mam już całą listę biografii do przeczytania, a na półce czeka "Niezłomne serce" - biografia Jane Austen.
Na autobiografię, a dokładniej wspomnienia z dzieciństwa Frances Hodgson Burnett, autorki "Małej księżniczki" i "Tajemniczego ogrodu" trafiłam całkowitym przypadkiem. Myślałam, że "The One I Knew the Best of All" w ogóle nie zostało przetłumaczone - okazało się, że owszem, ale pod tytułem, który mi się wcale nie kojarzył, jako "Leśna Boginka". Uzasadnienie dla takiego tytułu w tekście występuje, ale moim zdaniem jest on mylący, spodziewałabym się raczej jakiejś baśni. Nadal chcę przeczytać pełnowymiarową biografię pisarki - fascynuje mnie to, że autorki ciepłych, krzepiących książek tak często cierpiały na depresję, kryzys wiary, były nieszczęśliwe w małżeństwie, traciły dzieci... Może dlatego tworzyły cudowne fikcyjne historie, żeby uciec od rzeczywistości?
Leśna Boginka / The One Knew The Best of All
Frances Hodgson Burnett
wydanie oryginalne - 1893
wydanie polskie - Nasza Księgarnia 1996
"Leśna boginka" rozpoczyna się jednym z najwcześniejszych wspomnień małej Frances - narodzinami jej niespełna trzy lata młodszej siostrzyczki, Edith. Poznajemy dziewczynkę oczyma dojrzałej, około 50-letniej pisarki, która opisuje małą-siebie w trzeciej osobie, jako Osóbkę. Dzięki temu "Leśna boginka" bardziej przypomina opowieść o pewnej małej dziewczynce niż wspomnienia. Książka kończy się wydaniem w magazynie pierwszego opowiadania, kiedy pisarka miała ok. 19 lat.
Frances Eliza była środkowym dzieckiem, miała dwóch starszych braci i dwie młodsze siostry. Kiedy matka była w ciąży z ostatnią córką, Edwiną, ojciec nagle zmarł i sytuacja finansowa rodziny znacznie się pogorszyła. Pierwsze wspomnienia pisarki wiążą się z robotniczą Anglią - choć rodzina należała do wyższej klasy. Mamy tu ciasną zabudowę, podglądane przez okna robotnicze rodziny, osiadającą wszędzie (także na ubraniach i twarzach) sadzę, tęsknotę za zielenią. Pojawiają się pierwsze doświadczenia literackie - nauka czytania, zachwyt nad powieściami, wymyślone historie snute przed przyjaciółkami, wreszcie własne próby literackie. Jest też sporo obrazków obyczajowych - spacerujące nianie, angielskie niedziele z wyprawami do kościoła, prowadzona przez dwie młode panny szkoła - oraz poruszających wspomnień, np. pierwsze zetknięcia ze śmiercią.
To, co mnie zaskoczyło, to że Frances Hodgson (później z męża Burnett) większość życia mieszkała w Ameryce. Jej książki wydawały mi się zawsze tak angielskie, że nie mogłam w to niemal uwierzyć. Rodzina Hodgsonów przeniosła się do Stanów Zjednoczonych wkrótce po zakończeniu wojny secesyjnej, kiedy Frances miała 16 lat. Do Anglii wróciła jako znana pisarka, w okolicach 50 roku życia. W Anglii powstał dopiero "Tajemniczy ogród" - inspirowany zresztą prawdziwym ogrodem w Great Maytham Hall - a "Małą księżniczkę" wydano tam jako książkę - wcześniej była publikowana w odcinkach w gazecie jako "Sara Crewe lub Co się zdarzyło na pensji panny Minchin". Z ciekawostek - początkowo Frances pisała dla dorosłych. Pierwsze utwory dla dzieci powstały po spotkaniu z Louise May Alcott, autorką "Małych kobietek" oraz z redaktorką pewnego czasopisma dla dzieci.
"Leśna boginka" - ciepła i urocza historia - została zadedykowana zmarłemu w wieku 16 lat synowi pisarki, Lionelowi.
Recenzja zamieszczona została także na blogu "Klasyka Młodego Czytelnika".
24 marca 2012
Literatura na ekrany - Głodowe Igrzyska wreszcie w kinach
Wyjaśnijmy sobie coś od razu - jestem fanką trylogii "Igrzyska śmierci" Suzanne Collins. Nie, że ją lubię. Lubię wiele książek. Nie uważam tych powieści za najlepsze w historii - jestem od tego daleka. Jestem fanką trylogii, tak jak jestem fanką "Harry'ego Pottera", "Serii Niefortunnych Zdarzeń" i powieści Jane Austen. Objawia się to u mnie w taki dziwny sposób, że wyłączam krytycyzm. Nawet jeśli którąś książkę uważam za słabszą - i tak ją uwielbiam, bo to część cyklu. Wychwytuję jak radar wszelkie informacje w mediach na ich temat. Obejrzę każdą ekranizację i będę ją kochać, nawet jeśli uznam za marną (tak, tak - na ekranizacji "Harry'ego Pottera i Komnaty Tajemnic" regularnie przysypiam, ale i tak ją oglądam).
Nic dziwnego więc, że na ekranizację "Igrzysk śmierci" czekałam z utęsknieniem. Książki były naprawdę świetne (recenzowałam je tu, tu i tu) - trzymające w napięciu przygodówki, jednocześnie głęboko poruszające i skłaniające do myślenia, a to rzadka kombinacja. Bałam się, co też Hollywood może tam napsuć, ale trailer pozwalał mi żywić nadzieję, że nie będzie najgorzej. Dotarłam do kina tak szybko, jak się dało, czyli dzień po premierze, podekscytowana jak przed pierwszą randką. Przyzwyczajona do multipleksów (półgodzinny bloczek reklam) nie spieszyłam się nadmiernie i o zgrozo, po raz pierwszy od kilkunastu lat się spóźniłam - reklam nie było. Dużo mi nie umknęło, ale nawet tych paru minut, których nie widziałam, żałuję.
Było dobrze. Naprawdę dobrze. Jasne, że wiele wątków trzeba było skrócić, ale to, co ważne zachowano. Katniss była bardzo przekonująca (chociaż jak na głodujący dystrykt aktorka wygląda na dobrze odżywioną, ale niech już będzie), scenografia świetna, akcja trzymająca w napięciu, śmierć Rue poruszająca... T., który nie czytał trylogii, tez był zachwycony, więc to film nie tylko dla fanów. Szczerze mówiąc, najchętniej poszlabym na niego po raz drugi, a to mi się od czasów "Titanica" nie zdarzyło, więc niech to będzie dla Was rekomendacją. Ale poprawkę na "fanowanie" weźcie ;)
![]() |
| Gale |
![]() |
| Katniss i Primrose |
![]() |
| Effie i Katniss |
![]() |
| Ważniejsi uczestnicy Igrzysk - poza planem nie wyglądają już tak morderczo ;) |
9 marca 2012
Kuzyneczka
Ponieważ z dziel pani Alcott znam tyko "Male kobietki" z chęcią zgarnęłam z bibliotecznej półki "Rosalynn" jej autorstwa. Recenzję zamieściłam na blogu "Klasyka Młodego Czytelnika".
20 lutego 2012
Cudowna zbrodnia w sąsiedztwie


Co otrzymamy po dodaniu Janeczki i Pawełka do Flawii de Luce?
Rodzeństwo Castairsów: Dinę, April i Archiego oraz mnóstwo doskonałej zabawy.
Uroczy kryminał z 1944 r., niestety w Polsce niemal zupełnie zapomniany, a szkoda wielka. Może tak by go ktoś wznowił, na fali popularności Flawii, z ładniejszą okładką (ta z różami niczego sobie, mnie się niestety udało upolować tą drugą, z nogą, która nijak się ma do treści)? Wyznam po cichu (po cichu, bo się linczu boję), że mnie nawet rodzeństwo Castairsów bliżej przypadło do serca niż Flawia. I tylko nie mogę odżałować, że autorka stworzyła o nim zaledwie jedną książkę, a że od pół wieku nie żyje, nie ma co liczyć na repetę ;)
Trójka bohaterów to 15-letnia Dina, określana przez siostrę jako "hoże dziewczę", 12-letnia April, pozornie wątła i delikatna, oraz 10-latek Archie. Rodzeństwo wychowywane jest przez owdowiałą matkę - ale jeśli wyobrażacie sobie teraz poświęcającą się dzieciom kobiecinę, to stójcie. Matka pisze kryminały, kocha swoje dzieci nad życie, ale czasem stukot maszyny "wybija" jej z głowy opiekę nad nimi. Nic to jednak, bo dzieci są dobrze wychowane, bystre i nader zaradne. Kiedy w sąsiednim domu popełniona zostanie zbrodnia, postanawiają wykryć mordercę, a zasługę przypisać matce - co z pewnością uczyni ja najsławniejszą pisarka w kraju - a przy okazji także wyswatać rodzicielkę z przystojnym detektywem.
Bohaterowie są przesympatyczni, akcja rozgrywa się w latach 40. XX w. (w Europie musiałaby to być ponura opowieść o wojnie, podczas gdy w Ameryce trudno się jej w ogóle domyślić) i ma cudownie staroświecki urok, a zagadka jest naprawdę wciągająca. Pozostaję w nieutulonym żalu, że nie będzie drugiego tomu (nowości książkowe bardzo mnie pod tym względem rozpieściły - wszystko co dobre ma szansę doczekać "dalszych ciągów"), ale z pewnością wrócę do "Róż...".
Powieść zamieściłam także na liście Klasyki Młodego Czytelnika (a recenzje na tamtym blogu), bo nadaje się doskonale zarówno dla dorosłych, jak i dla młodzieży. Gorąco polecam.
Na podstawie książki powstał w 1946 r. film pod tym samym tytułem:
16 stycznia 2012
7 stycznia 2012
25 października 2011
Wygnańcy
Mam problem z oceną Półksiężyca. Z jednej strony brnęłam przez niego z mozołem, z drugiej - byłam pod wrażeniem wspaniałego stylu Autorki, pięknego języka, umiejętności doskonałego odtworzenia realiów. Bohaterowie wydawali się żywi, miejsca akcji dawało się "zobaczyć", a od opisów jedzenia szalały ślinianki.
Zaczynając od okładki - znajduje się na niej porównanie do filmu "Czekolada" (tak, wydawcy uwielbiają porównania - jeśli im wierzyć, nikt już nie pisze rzeczy świeżych i oryginalnych, każdy jest "drugim pisarzem X", a jego książka jest "taka, jak książka Y"). Nie mam pojęcia, dlaczego wydawcy postanowili porównać Półksiężyc do filmu "Czekolada", a nie do książki J. Harris (chociaż żywię złośliwe podejrzenie, że ludzie tam pracujący nie czytają i nie wiedzieli, że "Czekolada" jest ekranizacją powieści). Rzeczywiście, film i książka bardzo się różnią, ale tym bardziej twierdzę, że Półksiężyc, jeśli już, to znacznie bardziej przypomina książkową Czekoladę. Film był pozytywną bajką o czekoladowej wróżce, podczas gdy książka była dużo poważniejsza, smutniejsza, o melancholijnej atmosferze, która właśnie bardzo przypominała Półksiężyc.
Moje prywatne skojarzenia to jeszcze Zupa z granatów - ze względu na tematykę imigracji z krajów islamskich na tzw. Zachód (ale u Mehran to była prosta bajka, podczas gdy to, co opisuje Abu-Jaber, wydaje się prawdą), oraz Hakawati - ze względu na opowiadaną przez stryja bohaterki baśń, która przeplata cały watek współczesny (tych, którzy polegli w starciu z nieziemską - nomen omen - liczbą dżinów w Hakawatim mogę pocieszyć, że bajka stryja jest dużo bardziej przystępna i stanowiła moją ulubioną część książki).
Moje prywatne skojarzenia to jeszcze Zupa z granatów - ze względu na tematykę imigracji z krajów islamskich na tzw. Zachód (ale u Mehran to była prosta bajka, podczas gdy to, co opisuje Abu-Jaber, wydaje się prawdą), oraz Hakawati - ze względu na opowiadaną przez stryja bohaterki baśń, która przeplata cały watek współczesny (tych, którzy polegli w starciu z nieziemską - nomen omen - liczbą dżinów w Hakawatim mogę pocieszyć, że bajka stryja jest dużo bardziej przystępna i stanowiła moją ulubioną część książki).
Sirine ma trzydzieści dziewięć lat i mieszka ze swoim stryjem w Los Angeles, w arabskiej dzielnicy. Z pochodzenia jest pół-Irakijką, ale wychowała się w Ameryce, a jej rodzice zginęli, kiedy była dzieckiem. Pracuje jako szef kuchni w libańskiej restauracji, ulubionym miejscu wszystkich studentów z Bliskiego Wschodu. Nigdy nie wyszła za mąż, chociaż nigdy też nie była samotna. Teraz jednak na jej drodze staje przystojny Irakijczyk, wykładowca literatury, Hanif...Nie, to nie będzie książka o problemach romansowych.
Hanif jest imigrantem "przymusowym". Opuścił Irak, bo to była jedyna jego szansa na przeżycie (akcja rozgrywa się w czasach, gdy w Iraku rządził Saddam Husajn). Chociaż od 20 lat mieszka w USA, nie przestał czuć się Arabem. Tu wreszcie dochodzimy do clou.
Półksieżyc to książka o tożsamości narodowej. O jej utracie i szukaniu, świadomie albo nie, o poczuciu przynależności i wykluczenia. To obraz ludzi wychowanych w konkretnej kulturze i religii, którzy - nie zawsze dobrowolnie - trafiają do innego świata i muszą podjąć decyzję o asymilacji, o tworzeniu sobie własnego małego państwa wewnątrz innego państwa, gdzie będą mogli pielęgnować własne tradycje, lub też o życiu w zawieszeniu - czasem aż do końca. Sama Autorka przyznaje w wywiadach, że temat wygnania jest jej literacką obsesją.
Półksieżyc to książka o tożsamości narodowej. O jej utracie i szukaniu, świadomie albo nie, o poczuciu przynależności i wykluczenia. To obraz ludzi wychowanych w konkretnej kulturze i religii, którzy - nie zawsze dobrowolnie - trafiają do innego świata i muszą podjąć decyzję o asymilacji, o tworzeniu sobie własnego małego państwa wewnątrz innego państwa, gdzie będą mogli pielęgnować własne tradycje, lub też o życiu w zawieszeniu - czasem aż do końca. Sama Autorka przyznaje w wywiadach, że temat wygnania jest jej literacką obsesją.
Półksiężyc jest niezwykle zmysłowy jako opowieść o miłości (romans w wydaniu bliskowschodnim nie polega na jak najszybszym podrywie), a opisy uczucia są prawdopodobnie najbardziej prawdziwymi, jakie dotąd czytałam. Zmysłowe jest również i jedzenie - kuchnia arabska i perska, której w książce mnóstwo, jako że Sirine pracuje gotując, ma tak wyraziste smaki i aromaty, że wydawały się przenikać nawet papierowe karty książki. Opisy są niepospolite, bliższe obrazom: "A za tym wszystkim Camille znalazła połyskliwego i spoconego, gładkiego i aksamitnego, czarnego jak onyks i tłustego jak niemowlę bakłażana" (s. 208). Opisy życia arabskich i perskich imigrantów są doskonałym źródłem wiedzy, znacznie lepiej rozumiem teraz, jak to jest żyć, będąc wyrzuconym poza nawias własnej kultury.
Doceniam to wszystko, ale muszę zaznaczyć, że przez pierwszą część (książka podzielona jest na dwie, pierwsza zajmuje ponad połowę objętości) nudziłam się, czytając. Zabrakło w akcji czegoś, co by mnie przyciągało i kazało kontynuować lekturę. Rozmowy o tożsamości i zagubieniu są bardzo interesujące, ale same rozmowy przez prawie 300 stron to nieco za mało, jak na moją cierpliwość. Czytałam dla pięknego języka, dla uroczej postaci stryja Sirine (mój ulubieniec w tej powieści) i w celach poznawczych, ale z mieszanymi uczuciami. Na szczęście druga część znacznie przyspiesza - pochłonęłam ją "na raz". Nie tylko więcej się tu dzieje, ale także to, co się dzieje, wzbudziło u mnie emocje, a nie tylko chłodne zainteresowanie. Przyznaję, że po skończeniu drugiej części moja ocena książki jako całości była znacznie lepsza niż po przeczytaniu tylko pierwszej. Do tego stopnia, że książka zajęła miejsce na półce, bo nie mam się ochoty z nią rozstawać. Dlatego z czystym sumieniem mogę ją polecić jako książkę wartą uwagi.
Autorka ma u mnie plus za cudne imiona psów: Król Babar i Napoleon Tu Był.
Cytaty:
o arabskim imperium:
"Opowieść, w którą nie uwierzysz, brzmi tak: Było kiedyś arabskie imperium, które panowało nad światem. Wspaniałe Imperium Abbasydów władało od ósmego do trzynastego wieku - przez pięćset lat. A Bagdad był jego niebiańską stolicą. Teraz mrugnij: minęło siedem albo osiem stuleci i świat obrócił się do góry nogami, jak to ma w zwyczaju. Imperium Abbasydów rozpłynęło się. Ale niektórzy Arabowie maja długą, długą pamięć i wierzą, że pewnego dnia zostanie im zwrócony świat razem z całą zawartością. Większość pozostałych Arabów zadowoliłaby się tym, by mieć odrobinę spokoju, mniej walk na podwórku, żeby w ogóle zatrzymać to podwórko i tak dalej. I są jeszcze Arabowie przekonani, że czegokolwiek by pragnęli - czy to jest cały świat, czy trochę spokoju i ciszy - Ameryka robi wszystko, żeby tego nie dostali." (s. 183)
o typowej arabskiej opowieści, snutej przez stryja Sirine:
"To nie jest historia, która sie zaczyna w jednym miejscu i zmierza prosto do drugiego. Ta opowieść wędruje i wędruje. I jest całkowicie pozbawiona morału. To niepouczająca opowieść. Możesz ją na chwilę odwiedzić albo iść wypić kawę na podwórku i popatrzeć na zięby. To też przyjemne" (s. 241)
o jedzeniu i miłości (zdanie Sirine):
"...jedzenie jest lepsze od miłości, pewniejsze, wierniejsze, bardziej satysfakcjonujące i wzbogacające. Póki może się zatracić w rytmie obierania cebuli, jest pełna i całkowita. Póki umie gotować, będzie kochana." (s. 234)
Diana Abu-Jaber
Półksiężyc
Zysk i S-ka, 2005
s. 428
Diana Abu Jaber urodziła się w stanie Nowy Jork i mieszkała tam do siódmego roku życia, gdy wraz z rodziną przeniosła się na dwa lata do Ammanu. Ojciec Diany jest Jordańczykiem, matka Amerykanką. Od tej pory pisarka żyje pomiędzy Ameryką i Jordanią. Obroniła doktorat z literatury angielskiej na uniwersytecie stanowym w Nowym Jorku, nauczała literatury i twórczego pisania na Uniwersytecie Michigan, Uniwersytecie Oregon i UCLA. (biogram stąd)
Jej debiut literacki Arabian Jazz nie został opublikowany w Polsce. W Wydawnictwie Czarne mają się natomiast ukazać wspomnienia Abu-Jaber pt. The Language of Baklava.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Winter is coming... Tym razem w komiksie.
Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...
-
Moje pierwsze zetknięcie z Jane Eyre było całkiem nieświadome. W wieku kilku lat oglądałam z rodzicami jakiś film i jedyne co z niego zapami...
-
Cztery lata wierni czytelnicy Jeżycjady odczekali się na przyjazd Magdusi do Poznania. Ja też czekałam. Oczekiwanie dłużyło mi się niemi...
-
Moja kilkuletnia córka uwielbia wszystko, co związane z kosmosem. Chociaż mnie też ten temat zawsze interesował, odczuwam boleśnie fakt, jak...





















