30 grudnia 2014

Rasowe angielskie zbrodnie

Rasowe angielskie zbrodnie, jak wszyscy wiedzą, są popełniane na wrzosowiskach przy posępnym wyciu wiatru i w strugach zacinającego deszczu. Inaczej się nie liczy.


Martha Grimes ma ogromny talent, jeśli chodzi o odmalowywanie dramatyzmu ukrytego w angielskim klimacie. Kolejna książka z serii o Richardzie Jurym zdecydowanie to potwierdza (o poprzednich pisałam TU i TU, nie czytałam jeszcze, niestety, "Zajazdu Jerozolima"). Czytając książki z tej serii, zawsze czuję się zmarznięta i zmoknięta :) Na szczęście są ciepłe puby, często zaopatrzone w kominki, więc i cieplej tam, i weselej, szkoda że pod murem na ogół jakiś trup się poniewiera.

Klimat klimatem, ale fabularnie jest to moim zdaniem słabsza od poprzedniczek pozycja. Akcja straszliwie się mota, żeby dojść do prostego rozwiązania o niewielkim stopniu prawdopodobieństwa psychologicznego - niestety. Czytało mi się dość przyjemnie nawet, ale po przewróceniu ostatniej strony poczułam się zawiedziona.

Autorka zaczyna z grubej rury, telefonem od małego dziecka, które zgłasza śmierć matki. Morderstwo rzeczonej Rose Mulvanney pozostaje nierozwiązane - przynajmniej zdaniem sierżanta Macalvie. Wsadzono do więzienia pewnego studenta, ale Macalvie nie wierzy w jego winę. Nieodnalezienie winnego staje się zadrą tkwiącą głęboko w duszy policjanta. Na tyle głęboko, że kiedy 20 lat później w okolicy rozpoczyna się seria zbrodni, Macalvie jest pewien, że są one powiązane z dramatem sprzed lat, o czym stara się przekonać inspektora Scotland Yardu, Richarda Jury'ego.
A są to zbrodnie wyjątkowo paskudne, bo popełniane na dzieciach... Pisarka ułatwia sobie sprawę, nie chcąc nadawać książkom aż takiego ciężaru emocjonalnego, więc dzieci te są niezbyt miłe, niespecjalnie lubiane przez rówieśników i nie bardzo kochane przez rodziców, jeśli w ogóle ich mają. Chyba po to, żeby czytelnikom nie było zbyt przykro. Także lady Jessica Mary Alan-Ashcroft, osierocona dziedziczka fortuny, która może być potencjalną kolejną ofiarą, wydała mi się dość antypatyczna i być może dlatego nie byłam w stanie przejąć się zbyt mocno potencjalnie grożącym jej niebezpieczeństwem.

Powieść dla fanów serii, reszcie polecam zacząć od pierwszego tomu, znacznie lepszego.

28 grudnia 2014

Living Next Door To Alice

W książkach Chmielewskiej, w których występuje Alicja Hansen, nie jest ważna fabuła. Alicja jest ważna, li i jedynie. Postać wzorowana na rzeczywistej przyjaciółce pisarki, pełna wad, ale uwielbiana. Gościnna do szaleństwa, bałaganiara do obłędu. W jej domu nieustannie ktoś pomieszkuje, często po kilka osób jednocześnie. Zarówno przyjaciele pani domu, zapraszani, jak i osoby postronne, które pojawiły się przypadkiem, a także chętni do wykorzystania dobrej woli gospodyni. Poza ludźmi dom wypełniony jest też przedmiotami. Górami przedmiotów, zwłaszcza papierów, ceramiki i akcesoriów ogrodniczych. Ogrodnictwo i ceramika to pasje Alicji, a papierów nie pozwala wyrzucać bez przejrzenia, a przejrzeć nie ma czasu - od lat. Wśród tych stert gubi się mnóstwo innych rzeczy i w  rezultacie dom przypomina trochę skarbiec, a trochę śmietnik. Odnaleźć w nim można rzeczy niebywałe, a to skarby po przodkach, a to... ludzkie zwłoki.

Joanna, alter ego autorki, przybywa w gościnę do Alicji, dość szybko okazuje się, że w domu zachodzą niewyjaśnione zjawiska. Jakieś przedmioty znikają, inne się przemieszczają, słychać hałasy. Chyba ktoś niezaproszony buszuje po domu i szuka... tylko czego? Podejrzenia gości (Joanna nie jest jedyna) zaczynają koncentrować się wokół tytułowych kocich worków, które stoją poupychane po kątach, nieotwarte od lat. Co może się w nich kryć?

"Wszystko czerwone" pierwszy kryminał, którego akcja toczy się w duńskim domu Alicji, jest - moim zdaniem - najlepszą książką tej Autorki. "Kocie worki" wyraźnie do niej nawiązują. Książka powstała jednak 30 lat później i jak wszystkie książki, które Chmielewska napisała po 2000 roku, jest już wyraźnie słabsza. Nie jest to kontynuacja, fabuła jest zupełnie odrębna, ale pojawiają się liczne odwołania do wydarzeń sprzed lat, a raczej do faktu, że wydarzenia te rozegrały się tylko w wyobraźni pisarki. Pojawiają się też te same postaci - Pawełek (tam młody chłopak, tu dorosły mężczyzna) i Anita.

Przeczytałam bez zachwytu, ale i bez zgrzytania zębami, bo wiedziałam czego się spodziewać. Przytachałam z biblioteki z pełną świadomością, że nie arcydziełem będę się raczyć. Raczej unikam czytania książek tej Autorki z ostatnich 15 lat, ale skusiła mnie tą Alicją i postanowiłam zaryzykować, mimo że "Byczki w pomidorach", których akcja także rozgrywa się w domu Alicji, uważam za koszmarnego gniota. Alicji było sporo i poczułam się usatysfakcjonowana. Fabuła stanowiła jedynie tło, w sens lepiej nie wnikać zbyt głęboko. Język nie był tak rażący, jak w "Byczkach...", kółko wzajemnego uwielbienia dopiero się zarysowuje (Beatka powtarzająca "ależ wy jesteście cudowne"...). Jeden z pobocznych bohaterów, Marianek to postać żywcem wyrwana z "Harpii" (tam jako Marcinek występował). Podsumowując - dla fanów twórczości Chmielewskiej i charakteru Alicji rzecz nawet dość przyjemna, dla pozostałych nic specjalnego.

11 listopada 2014

Wsi spokojna, wsi wesoła... ("Wnuczka do orzechów" - Małgorzata Musierowicz)

Przetrzymała mnie Autorka okrutnie w oczekiwaniu na dwudziesty tom Jeżycjady. Zapowiedź "Wnuczki do orzechów" pojawiła się już w poprzednim tomie, "McDusi", który ukazał się w październiku 2012 r. I tak sobie czekałam i czekałam, tracąc powoli nadzieję na doczekanie się*. A jednak stało się, "Wnuczka..." wyszła i pobiegła prosto w me ramiona ;) Zaczęłam czytać wczoraj wieczorem, wbrew planom zarywając część nocy, skończyłam dziś rano.




Wyjaśniam od razu, że jestem nieuleczalną fanką Jeżycjady. Więc nieważne, jak bardzo pogarszać się będzie jakość kolejnych tomów, nieważne, jak bardzo będę narzekać na tzw. Neojeżycjadę, i tak będę sięgać po kolejne tomy, będę je czytać, będę narzekać, a potem wytrwale czekać na następne. Wykreowani przez Małgorzatę Musierowicz bohaterowie już dawno przestali być dla mnie postaciami literackimi - są ludźmi z krwi i kości, odwiedzam ich z każdym kolejnym tomem jak dawno niewidzianych znajomych, pomimo że dorobili się ostatnio dość irytujących cech charakteru oraz równie irytującego potomstwa.

Tym razem jednak narzekać aż tak bardzo nie będę. "Wnuczka do orzechów" podobała mi się znacznie bardziej niż "McDusia", a nawet niż "McDusia", "Sprężyna" i "Czarna polewka" razem wzięte. Akcji tu nie za dużo co prawda, całość można by streścić w trzech zdaniach, ale obrazki rodzajowe bardzo piękne.

Autorka postawiła tym razem na niespodzianki. Dużo było przy ostatnich tomach narzekania, że każdy kolejny tom kręci się, li i jedynie, wokół Borejków, a zwłaszcza dzielnej (acz dzielność ta dość dyskusyjną jest) Gabrieli i jej progenitury oraz potomstwa Idy Pałys. W kółko siedzimy (czytelnicy) na Roosevelta 5, no ileż można. Autorka wzięła sobie chyba te narzekania do serca...

Pierwszy plus
Tym razem akcja toczy się wcale nie w Poznaniu lecz na podpoznańskiej wsi.  Na Jeżyce zaglądamy tylko na chwilę, a w dodatku nie przypominają one wcale dotychczasowego borejczanego raju.

Drugi plus
Bohaterką główną, uwikłaną w sercowe rozterki, jest postać całkiem nowa - Dorota Rumianek, hoża blondynka, dziarski i wesoły promyczek, no, istne Słoneczko, jak z Buyno-Arctowej. Borejkowie się pojawiają, a jakże, ale na plan pierwszy wysuwa się Ida Pałys. Gabriela jest, ale bardziej w tle, co powieści wychodzi zdecydowanie na dobre. Ida, ostro krytykowana przez czytelników za chamskie wyskoki w "McDusi", pokazuje w tym tomie zdecydowanie ludzką twarz. Nie zdradzę wiele (bo chyba wystarczy rzut oka na tył okładki, by to stwierdzić), jeśli wyjawię, że męskim bohaterem romantycznym jest syn Idy, Józef, świeżo po maturze.

Trzeci plus
Mniej patosu, więcej humoru. Powieść jest momentami naprawdę zabawna, mnie przynajmniej chichot bulgotał w trzewiach, zwłaszcza podczas czytania emaili Idy. Oczywiście elementy umoralniające także są, ale jakoś tak strawniej podane, bez łopatologii.

Czwarty plus
Borejkowie z przyległościami pokazani są także na tle wiejskim, wszyscy (niemal) goszczą w domu Patrycji (jest upalne lato), zamiast jak zawsze kisić się w swoim poznańskim mieszkanku. Poza seniorami i Gabrysią pojawiają się dotąd lekceważeni Natalia-Matalia z Robrojkiem i jej synowie. Irytująca Łusia została (na szczęście) wysłana na wakacje, bo jej dywagacji gramatycznych bym nie zdzierżyła, zaś irytujący Ignaś został pokazany z lekkim przymrużeniem oka, co mu zdecydowanie na dobre wyszło. Ucieszyłam się także z usunięcia poza fabułę McDusi - nie tyle irytującej, co nijakiej. Jak na bohaterkę całego tomu 19. (oraz jak na córkę uroczej pary, czyli Kreski i Maćka Ogorzałki), dziewczyna ta jest zdumiewająco pozbawiona charakteru. Moim zdaniem Autorka nie bardzo miała na nią pomysł i mam nadzieję, że lepiej ją przemyśli, zanim (jeśli) ją sprowadzi z powrotem.

Piąty plus
Fabuła jest lepiej osadzona w rzeczywistości. Wieś niebogata, Dorotka i jej babki-opiekunki borykają się z problemami finansowymi, jest i wątek emigracji zarobkowej. Korespondencja mailowa funkcjonuje doskonale. Młodzież reprezentowana jest nie tylko przez chłopców wzniosłych i szlachetnych, recytujących poezję oraz - na przeciwnym biegunie - kiboli. Są także młodzieńcy tkwiący pod sklepem z butelką piwa i pretensjami do świata ;)

Minusy też są, ale czepiać się za bardzo nie zamierzam.

Minus pierwszy, główny
Podobnie jak "McDusia" - powieść jest nudnawa. Jako obrazek rodzajowy - urocza, ale żebym jakoś specjalnie przeżywała wątki główne i poboczne, to nie. Raczej nie miałam wątpliwości, jak się to wszystko potoczy i zakończy. Nie sądzę, żebym wciągnęła się w akcję, gdybym zupełnie nie znała Jeżycjady. Taką "Pulpecję" czy "Brulion Bebe B." można było czytać solo, a to już jest raczej produkcja dla fanów serii.

Minus drugi, powiązany z pierwszym
Zdecydowanie lepiej zrobiłoby fabule, gdyby miłość między głównymi bohaterami rodziła się jakoś inaczej niż od pierwszego wejrzenia. Albo gdyby akcja skupiła się na tym, jak to uczucie rozwija się przy wejrzeniach kolejnych. A tak, mamy tu powtórkę wątku Laury i Adama, co to spojrzeli sobie w oczy, zakochali i już było im wszystko wiadomo. A potem się oczywiście okazało, że są dla siebie stworzeni. Raz - nieprawdopodobne (przypadek pojedynczy, niech będzie, ale drugi raz to samo, to już za dużo), dwa nudne - obcy sobie ludzie spotkali się przypadkiem, zobaczyli w oczach swych cały wszechświat i to właściwie koniec uczuciowych rozterek w tym tomie. Może ja jestem dziwna, ale nie umiem wyczytać drugiemu człowiekowi wyłącznie z oczu całej szlachetności jego charakteru... W dodatku nastolatką będąc, to chętnie tę szlachetność przypisywałam co urodziwszym przedstawicielom płci przeciwnej...

Szczęśliwie, ja już wyrosłam z wieku, kiedy mnie uczuciowe rozterki wieku nastoletniego poruszały, więc cieszyłam się w powieści nie tyle fabułą, co jej tłem. Ale jeśli ktoś Jeżycjady nie czytał, a chciałby, niech raczej zacznie od pierwszych tomów.

Małgorzata Musierowicz, Wnuczka do orzechów, Łódź 2014.

PS Minus trzeci, o którym zapomniałam napisać - w pierwszej scenie mamy udzielanie pierwszej pomocy, do której to sceny powinien być chyba jakiś przypis uświadamiający, że tak się tego NIE robi. Bo inaczej jeszcze się ktoś z czytelników zasugeruje i spróbuje wdrożyć...

*Aż się boję myśleć, kiedy ukaże się tom 21, którego zapowiedź - owszem - znalazła się w tomie obecnym (ma mieć tytuł "Feblik"). 


18 sierpnia 2014

Duma, uprzedzenie i zbrodnia

Uwielbiam powieści Jane Austen - nikogo chyba nie zaskoczę tym stwierdzeniem - a najbardziej "Dumę i uprzedzenie". Czytałam ją wielokrotnie, oglądałam (też nie raz) ekranizacje: serial z 1995 r. i wersję z Keirą Knigtley, znam całą historię na pamięć. Niestety stwarza to pewien problem - mam ochotę wrócić do świata Lizzie Bennet, do Pemberley, do wszystkich tych miejsc wykreowanych przez pisarkę, ale jednocześnie przeczytać coś nowego na temat bohaterów. Jednak dalsze ciągi stworzone przez innych pisarzy mnie odrzucają - nawet nie próbuję po nie sięgać, bojąc się srogiego rozczarowania (raz jedyny koleżanka wepchnęła mi w ręce sequel - nie Austen co prawda - "Tajemniczego ogrodu" i było to doświadczenie nader bolesne... ale krótkie, bo zdzierżyłam tylko dwa rozdziały trywializowania ulubionej książki z dzieciństwa).

Nawiasem mówiąc, czytałam ostatnio biografię Jane Austen pióra nieocenionej Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej (polecam!), która twierdziła, że pisarka nie bez powodu kończyła opisywanie losów bohaterów w momencie ślubu. Otóż, mimo że sama nie była zamężna, dość dobrze wiedziała, jak zwykle dla kobiety wygląda małżeństwo, nawet szczęśliwe - ciąża, poród, połóg, ciąża, poród, połóg, ciąża, poród, połóg, ciąża, poród, śmierć w połogu. Takie małżeństwa właśnie obserwowała Jane w swojej najbliższej rodzinie, tak umierały żony jej braci - Elizabeth, żona Edwarda, w jedenastym połogu, Fanny, żona Charlesa, w czwartym, Mary, żona Franka - w jedenastym. Koniec dygresji.

Prawdopodobnie nie sięgnęłabym i po najnowszą (chyba) kontynuację "Dumy i uprzedzenia" - wydaną w 2011 r. powieść "Death comes to Pemberley" P.D. James, angielskiej pisarki kryminałów, którą znam tylko z nazwiska. Tak się jednak złożyło, że najpierw zauważyłam trzyodcinkowy serial BBC z 2013 r., a dopiero oglądając, zorientowałam się, że to ekranizacja. Produkcje tej stacji oglądam w ciemno, więc bez wahania dałam reżyserowi szansę, żeby zabrał mnie na wycieczkę do świata Jane Austen. I to był bardzo dobry pomysł...


Nie mogę oceniać książki, skoro jej nie czytałam, więc opisuję wyłącznie wrażenia poserialowe.

Próby naśladowania obyczajowego pisarstwa Austen wydają mi się niestrawne, bo Austen była jedna jedyna, nad fenomenem jej nieustającej popularności wielu się biedzi, próby dorównywania są skazane na niepowodzenie. Na szczęście P.D. James  nie podjęła się prostego naśladownictwa, tylko napisała to, w czym się specjalizuje - kryminał. Może dzięki temu historia nie wydała mi się wcale naciągana, wierzę w nią bez zastrzeżeń, a do serialu chętnie powrócę.

Akcja ma miejsce w Pemberley, majątku pana Darcy'ego, około 6 lat po zakończeniu "Dumy i uprzedzenia". Pan Darcy i Lizzie tworzą udane małżeństwo - nikt w to chyba nie wątpi, prawda? Mają synka, Fitzwilliama, a wraz z nimi mieszka nadal Georgiana. Trwają akurat przygotowania do balu, przybywają pierwsi goście. Państwo Wikham nie są, rzecz jasna, zaproszeni, ale czy brak zaproszenia kiedykolwiek powstrzymał Lydię od pojawienia się na balu? Przybywają, a wraz z nimi do Pemberley zawita zbrodnia. Niejaki kapitan Denny ginie na terenie posiadłości, pierwszym podejrzanym jest Wikham, co przez bliskie koneksje rodzinne może zhańbić całą rodzinę Darcych.

Film jest, moim zdaniem, bardzo udany - pod względem fabularnym, wizualnym i aktorskim. Niestety, akurat Lizzie jest najsłabszym punktem. Gra ją Anna Maxwell Martin - bardzo dobra brytyjska aktorka, ale nie ma w sobie nic z ikry, która powinna charakteryzować drugą w kolejności pannę Bennet.
(Ale, przyznaję, dla mnie Lizzie wygląda tak...


...i tylko i wyłącznie tak, żadnej innej Lizzie nie przyjmuję do wiadomości...)
W dodatku - serialowa Lizzie ma około 27 lat, a aktorka, która ją gra niemal 10 lat więcej, i bardzo to po niej widać.  Tak wygląda Anna Maxwell Martin jako Lizzie na zdjęciu pozowanym:

 A tak na niepozowanym:


Moim zdaniem nie ma wdzięku austenowskiej bohaterki, ale gra dobrze, a akcja też nie skupia się wcale na niej, więc da się przeżyć. Pozostali aktorzy natomiast zostali dobrani wyśmienicie:

Lydia i George Wickham:

 

Państwo Bennet, rodzice Lizzie:

  

Jane Bingley:


 Georgiana Darcy:


 I na sam koniec :) pan Darcy:



A tu można podejrzeć urocze zdjęcia z planu (klik na obrazek):

http://lilypoppy.livejournal.com/179748.html

10 sierpnia 2014

Łatwa nauka trudnych słówek na dwa sposoby - cz. 2



To mój najnowszy zakup, długo za mną chodził i wreszcie się skusiłam. Słownik obrazkowy wbrew pozorom nie jest przeznaczony wcale dla najmłodszego użytkownika, ale oglądając go czuję się trochę jak dziecko. Jest bardzo ładnie zilustrowany, ogląda się z przyjemnością, słówka też poczytuję z zainteresowaniem, choć nie twierdze, że szalenie potrzebuję do szczęścia takich terminów jak "wąż odmulający" czy "graniatka" (elementy urządzenia wiertniczego). Są tu jednak także przydatniejsze (dla mnie) słówka. Dobrze się sprawdza, jeśli szuka się obcej nazwy, nie znając zarazem polskiej. Poza tym słowo zilustowane o wiele łatwiej wryje się w pamięć, przynajmniej mnie. Ilustracje uporządkowane są według kategorii (m.in. jedzenie i kuchnia, dom, ubiory, nauka, sport i gry). Dostępny jest też pełny słownik, zaawierający 20 tys. haseł, ale co za dużo, to niezdrowo - nawet w wersji podręcznej (10 tys. haseł) jest mnóstwo terminów, których nigdy nie użyję.

 


Teraz kusi mnie jeszcze obrazkowy słownik wielojęzyczny, ale kupię go sobie w nagrodę dopiero, jak się czegoś rzeczywiście nauczę...

23 lipca 2014

Łatwa nauka trudnych słówek na dwa sposoby - cz. 1

Pisałam jakiś czas temu o fiszkach do nauki języka hiszpańskiego, teraz przyszedł czas na podrasowanie angielskiego, bo dostałam cztery interesujące pudełeczka dla osób średniozaawansowanych i zaawansowanych w tym języku. Pudełeczka są bardzo poręczne, zmieszczą się do kieszeni i małej torebki, łatwo je wszędzie ze sobą zabrać, dzięki czemu można zagospodarować nimi czas wolny w podróży lub na spacerze z maluchem (chociaż w tym drugim przypadku raczej już nie zdarza mi się mieć wolnego, bo dziecię weszło w burzliwy okres zabaw piaskownicowych).

 

W każdym pudełeczku są dwie przekładki: "Nauka" i "Umiem", dzięki czemu można bawić się z sobą samym w quiz językowy, z braku lepszych rozrywek. Fiszki z słówkami do "naumienia" odgradzamy przekładką "Nauka", a "naumiane" chowamy za "Umiem" (i puchniemy z dumy, jak dużo opanowaliśmy...).


Pudełeczko pierwsze to zestaw "Amerykański kontra brytyjski". Jak łatwo się domyślić, po jednej stronie fiszki znajduje się słowo polskie, po drugiej dwa odpowiedniki angielskie - ten używany w Stanach Zjednoczonych,  i ten w Wielkiej Brytanii. Dla mnie rzecz bardzo przydatna, bo ucząc się języka nie przywiązywałam do tej pory wielkiej wagi do tego, w którym kraju dane słówko jest używane, a tym samym mój poziom wiedzy na ten temat oscyluje w okolicach zerowych.



Pudełeczko drugie zatytułowano "Konstrukcje egzaminacyjne", co nie mówi niemal nic, ale rzut oka na zawartość wykazała, że chodzi o idiomy (idiomy dwumianowe i wyrażenia idiomatyczne). Bez ich znajomości można się zwykle swobodnie porozumiewać, ale na egzaminach rzeczywiście pojawiają się obficie.




Pudełeczko trzecie - "Najczęstsze błędy". Błędy rozmaite, bo i niewłaściwe zwroty, i szyk, i gramatyka.



Pudełeczko ostatnie to "Wyrazy zdradliwe", czyli false friends. Wyrazy angielskie, które brzmią podobnie do polskich, ale znaczą co innego (sztandarowy przykład to 'eventually', które wcale nie znaczy 'ewentuwalnie'). Ten zestaw czytałam z największym zainteresowaniem, odkrywając, jak często się do tej pory myliłam, ech...



Bardzo interesujące te zestawy, bardzo przydatne, a dodatkowo w gratisie otrzymuje się wersję mp3 wszystkich fiszek (do ściągnięcie ze strony wydawcy), więc z wymową też nie ma problemu. Teraz mi do szczęścia brakuje już tylko wystarczająco silnej motywacji do nauki. W sumie - jest silna, ale chęć czytania książek i oglądania seriali niestety silniejsza, więc na razie chęć z powodzeniem spycha motywację w ciemny kąt mojego umysłu i każe jej siedzieć cicho...

Bardzo dziękuję Wydawictwu Cztery Głowy za udostępnienie zestawu.

9 lipca 2014

Retro romans na upały

Nawet podwójne retro, bo akcja toczy się dwutorowo, w wieku XIX i współcześnie - a że książka została napisana w 1969 r., to ta współczesność jest już też nieco w klimacie vintage ;)

Lekki romans kostiumowy, coś do zgarnięcia z bibliotecznej półki w drodze do parku i przeczytania na ławce pod drzewami. Ja w ten sposób właśnie weszłam w jego posiadanie - majaczyło mi się gdzieś w pamięci nazwisko Autorki, więc postanowiłam zapoznać się z nią bliżej. Chociaż miałam chwilę wahania przez okładkę - zabójczo dosłowną. W tytule klawikord i róża, więc na okładce mamy... klawikord i różę. A w tekście pannę Walentynę i tajemniczego Liberatora, więc na okładce... sami już wiecie.


Fabuła jest prosta, tajemnicy łatwo się domyślić, ale to jednak przyjemna lektura - z gatunku bardzo lekkich. W latach 60. XX wieku bohaterką jest Wala, która imię otrzymała po dalekiej przodkini, Francuzce Valentine. Wala dochodzi do siebie po wypadku samochodowym - przebywa pod opieką przyjaciółki i jej rodziny, często odwiedzą ją Cyryl - może przyjaciel, a może jednak ktoś więcej. Cyryl jest filmowcem, Wala z nudów zaczyna więc wymyślać dla niego fabułę filmu kostiumowego, czyniąc bohaterką wspomnianą Valentine.

Wątek drugi, a właściwie wybijający się na pierwszy plan, to właśnie te wymyślone losy Valentine - Francuzki, która po śmierci matki przybyła do Polski, a dokładnie do Tarnowic, by podjąć pracę guwernantki. Trafia do wyjątkowego domu, w którym wszyscy są jej przychylni, mają jednak pecha żyć w niezbyt korzystnych dla Polaków czasach. Pruskie wojska poszukują polskiego bohatera, zwanego Liberatorem, który ratuje swoich rodaków pojmanych przez zaborców. Czy to możliwe, że ma jakieś powiązania z tarnowickim dworem?

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...