26 kwietnia 2013

Mała dziewczynka w wielkim, mrocznym domu

... czyli kwintesencja porządnej gotyckiej powieści. Polecano mi "Siostrzycę" już dawno i nawet przeglądałam ją w księgarni, ale jakoś nie mogłam się zdecydować. Trochę mnie zniechęcała okładka, całkiem ładna, ale pasowałaby mi do jakiegoś romansu i w sumie nie wiedziałam, czego się po tej powieści spodziewać - na pewno nie tego, co dostałam. Na szczęście w recenzji Marietty z Wyspy Książek znalazła sie okładka angielska, która zafrapowała mnie na tyle, że zdecydowałam się wreszcie sięgnąć po książkę. Szczęśliwie jeden z internetowych sklepów  oferował ebooka w promocji, więc nawet nie musiałam czekać. A teraz żałuję, że nie mam wersji papierowej, bo chętnie bym ją ustawiła na półce - ostatnio coraz mniej książek spotyka ten zaszczyt.

Koniec XIX wieku, w wielkim domu żyje pod opieką służby dwójka dzieci, przyrodnie rodzeństwo, 12-letnia Florence i cztery lata młodszy Giles. Formalnie są wychowywane przez wuja, ale ten przebywa daleko, więc nawet go nie znają, nie wiedzą też niemal nic o swoim pochodzeniu. Mają tylko siebie i są bardzo zżyte, więc nic dziwnego, że Florence wpada w rozpacz, kiedy mały Giles zostaje odesłany do szkoły. Ona zostaje w domu, bo wuj nie uznaje edukacji kobiet. Zdziwiłby się, gdyby wiedział, że dziewczynka zdołała już nauczyć się czytać i spędza potajemnie długie godziny w wielkiej choć zaniedbanej bibliotece rezydencji, a bystry umysł pozwala jej na zaawansowane słowotwórstwo (uwielbiam ten aspekt powieści, brawa dla tłumacza). Kiedy Giles wraca ze szkoły i wydaje się, że życie wróci do normy, w domu pojawiają się guwernantki, a wraz z nimi do domu wkradają się mroczne sekrety.


Nastrój powieści jest doskonale gotycki, autor wspaniale odmalował dziwny tryb życia dzieci, piętrzące się tajemnice i narastającą grozę. Florence, wielbicielka książek, twórczyni nowego języka, dręczona nocąchodzeniem i niepokojem o braciszka, to postać, która zapada w pamięć. Chociaż trochę się domyślałam rozwiązania, i tak świetnie się bawiłam przy lekturze.

Bardzo gorąco polecam wszystkim, z wyjątkiem świeżo upieczonych rodziców. Od książki nie można się oderwać, a niestety trudno pofolgować sobie w tym względzie z tygodniowym noworodkiem obok... Normalnie połknęłabym lekturę w dwa wieczory, a tak ciągnęłam ją dobrze ponad tydzień. Ale ogólnie z czasem na lekturę nie jest tak źle, bo w niezliczonych godzinach karmienia, bujania i trzymania na kolanach uśpionego szkraba (odłożenie do łóżeczka natychmiast wybudza z najgłębszego snu) niezastąpiony okazał się czytnik ebooków (papierową książką znacznie trudniej manewrować jedną ręką). Tak więc czytać czytam, i nawet zdumiewająco dobrze trafiam z lekturami, tylko zupełnie nie mam czasu pisać na blogu. Jak już się pojawi wolna chwila, to jest sto pilniejszych sposobów na jej wykorzystanie. Notki będą się pewnie pojawiać z dużym opóźnieniem i raczej formą nie powalą, tworzone w pospiechu. Niemniej postaram się, by się pojawiały, bo ku pamięci chciałabym sobie swoje wrażenia zapisywać.

15 kwietnia 2013

Słony zapach wodorostów

Susan Fletcher potrafi tak opisywać morze, że czuje się wszystko - zapach wodorostów, szum fal, a nawet trochę chlupania w małych zatoczkach, zimny powiew na twarzy, mokry piasek pod podeszwami stóp... Jest prawdziwym bardem (bardką?) Walii, pisze o niej tak, że marzyłabym o podróży tam, gdyby nie to, że już tam byłam. Ale dzięki temu, że byłam, mogę potwierdzić - właśnie taka jest Walia, pełna melancholijnego, poetyckiego uroku, tak jak i proza Fletcher.

Czytałam jakiś czas temu "Eve Green" tej Autorki, więc wiedziałam, czego się spodziewać, do tego 'Ostrygojady" zbierały kilka lat temu bardzo pozytywne oceny na blogach. Nie zostałam więc zaskoczona wysoką jakością tej powieści - bo takiej oczekiwałam. Ale zostałam zauroczona. Piękna proza, ciekawa fabuła, świetna charakterystyka postaci i niewiarygodnie subtelny opis miłości. Jak nie lubię romansów - co do znudzenia powtarzam - tak drugoplanowy wątek małżeństwa Mojry i Raya to majstersztyk.

Książka niemal w całości ma postać monologu (są fragmenty pisane w drugiej osobie). Główna bohaterka, młoda kobieta imieniem Mojra, opowiada o sobie. Mówi do siostry, która od kilku lat leży w śpiączce. Do siostry, której nigdy nie lubiła, której nigdy polubić nie chciała, a nawet - której istnienia sobie nie życzyła. Próbuje wyjaśnić siebie - może bardziej sobie samej, niż nieświadomej niczego Amy. Opowiada o wszystkim od niespodziewanego przyjścia na świat w łazience rodzinnego domu po próby zniszczenia własnego małżeństwa. Duża część książki rozgrywa się w szkole z internatem dla dziewcząt (wiem, że są fanki tego motywu). Mojra nie budzi sympatii i zdaje sobie z tego sprawę, zawsze była inna, mroczna, zamknięta w sobie, czarownica. Spory talent do unieszczęśliwiania siebie i innych. Czytałam, myśląc sobie, że gdybym była w stanie czuć sympatię do bohaterki, ta książka stanęłaby na półce jako jedna z ulubionych. Ale w pewnym momencie, choć sympatii nie poczułam, nauczyłam się Mojrę rozumieć. I nawet jakbym się przywiązała. I już sama nie wiem, czy chcę się z tą książką rozstawać, czy może zagości u mnie na stałe.



********

Bardzo dziękuję wszystkim za gratulacje i słowa otuchy. Powoli zaczynamy ogarniać rzeczywistość z noworodkiem, bo początki łatwe nie są, oj nie. Przeszliśmy do świata po drugiej stronie lustra i musimy się tu urządzić na nowo. Eliza chowa się zdrowo, a to najważniejsze.



8 kwietnia 2013

Panna Eliza

Ze względu na pojawienie się w naszym życiu długo oczekiwanego gościa, mogę się w najbliższej przyszłości nieco mniej udzielać na blogu. Chwilowo i tak moje lektury koncentrują się wokół "Vademecum. Matka i dziecko", "Pierwszy rok życia dziecka" oraz "Języka niemowląt" :)


Eliza nie dała nam chwili wytchnienia i zawitała na świecie dwa tygodnie przed czasem, kiedy właśnie mieliśmy nadzieję na krótki oddech poremontowy. Ale widocznie uznała, że to jest właśnie TEN moment i pewnie wiedziała lepiej. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, chociaż przeraźliwie oszołomieni, minie kilka tygodni, zanim pewniej staniemy na nogach.

1 kwietnia 2013

Skarby przeklęte

Wczoraj przypadkiem dojrzałam w telewizji informację o katastrofie w rezerwacie nosorożców w RPA - rozbił się tam helikopter z pięcioma żołnierzami chroniącymi zwierzęta. Jeszcze dwa tygodnie temu byłaby to dla mnie tylko jedna z wielu informacji, którą człowiek rejestruje na krótką chwilę, a potem szybko zapomina. I dobrze. W końcu jaką dawkę dziennych nieszczęść, na które nie mamy wpływu, możemy znieść? Umysł uczy się filtrować takie niusy albo popadamy w obłęd. Mnie jednak akurat ta wiadomość wyjątkowo zapadła w pamięć, a to przez niedawno przeczytaną książkę. Tylko co ma wspólnego reportaż o poszukiwaczach skarbów, czyli "Gorączka" Tomka Michniewicza, z rezerwatem chroniącym nosorożce?


Tomka Michniewicza poznałam przy okazji "Samsary", opisującej jego backpackerskie przygody w Azji. Autor i jego dzieło wzbudzili moja sympatię i obiecałam sobie, że po kolejną książkę też sięgnę. Dotrzymanie obietnicy trudne nie było, jako że tematem następnej książki okazały się skarby. Kto się temu oprze?

Druga wyprawa z Tomkiem (niech mi Autor wybaczy, to nie przez brak szacunku, ale ciężko mi się posługiwać jego nazwiskiem, biorąc pod uwagę, że sam podpisuje się zdrobnieniem, a do tego mam nieodparte skojarzenia z bohaterem serii Szklarskiego) okazała się równie udana, co pierwsza. Styl jest żywy, lekki i świeży. Nie należy oczekiwać poważnego reportażu i głębokiej analizy problemu wydobycia skarbów w świecie, w końcu to opis przygód własnych, niemniej Autor nie ogranicza się do przytoczenia kilku soczystych historii, ale rzetelnie sprawdza wszystkie informacje, które podaje, wiele z nich nawet na własnej skórze...

A historie są zaiste soczyste, prawie jak z Indiany Jonesa, ale prawdziwe - mamy tu i złoto z hiszpańskich kopalni, ukryte na odludziu, i zatopione statki, wypełnione po brzegi skrzyniami pełnymi bogactw, mamy szaleńców, którzy poświęcają życie (często cudze) dla zaznaczonych na starych mapach krzyżyków, normalnych ludzi, których pasja poszukiwania wpędziła w obłęd oraz profesjonalne firmy o gigantycznym budżecie, które zajmują się wyłącznie wydobywaniem skarbów. Mamy też sporo tajemnic, które Autor sygnalizuje, ale których zdradzić nie może, bo poszukiwania skarbów to proceder bardzo niebezpieczny i często nielegalny - można o tym poczytać w ciekawym wywiadzie z Tomkiem Michniewiczem TUTAJ.

Spokojnie, zaraz dojdę i do nosorożców.

Ostatnia część książki dzieje się w Afryce. Tomek i jego przyjaciel dotarli tutaj w tym samym, co powyżej, celu - czyli znaleźć poszukiwaczy skarbów i opisać ich działalność. Ale im jakoś nie wyszło. Czytając, miałam wrażenie, że ta część bardzo tematycznie nie pasuje do reszty książki, choć da się ja podciągnąć pod "gorączkę złota". Po jakimś tygodniu od skończonej lektury przyznaję jednak, że pasująca czy nie, jest to jednak ten fragment książki, który najbardziej mnie poruszył i zapadł w pamięć. Zaczyna się od wstrząsającego opisu życia we współczesnym RPA - w podróży Tomkowi towarzyszy przyjaciel, który w tym kraju spędził dzieciństwo, jeszcze za czasów "szczęśliwych białych" i zderzenie ze współczesnością jest brutalne. Niby już trochę wiem, czytałam i oglądałam, na temat sytuacji w tym państwie, ale nadal uwierzyć mi trudno, jak bardzo ludzie potrafią postarać się, żeby zorganizować sobie piekło.

Ostatnia wyprawa Autora zawiodła go do rezerwatu w Imire, w Zimbabwe. Wstrząsająca masakra, która się tu wydarzyła, sprawia, że Autor świadomie decyduje sie porzucić temat skarbów i zaangażować w całkiem inną działalność. Choć z drugiej strony - tu złotem są dzikie zwierzęta, ich kły i kości, które można przerobić na drogie pamiątki dla bogaczy albo bezużyteczne pseudolecznicze specyfiki. Można więc uznać kłusowników za miejscowych "poszukiwaczy złota" - w każdym razie zostali opętani gorączką, która odebrała im ludzkie cechy. Chwała Autorowi, że on jednak ludzkie cechy wykazał i zaangażował się w pomoc - więcej szczegółów TUTAJ. Szczegółów opisywać nie będę, sięgnijcie po książkę.

24 marca 2013

Morderczy urok Islandii

Mam ogromną słabość do tej dziwnej wyspy, o której przez wiele lat nie wiedziałam niemal nic. Zaniedbywana w edukacji szkolnej, położona gdzieś na marginesie mapy i powszechnej świadomości (choć do niej zawitała całkiem niedawno za sprawą aktywności wulkanicznej). Fascynuje mnie przedziwną przyrodą, ponurym klimatem (nie jestem wielbicielką tropików), słabym zaludnieniem, za to silnym zaowczeniem ;), polarnymi nocami, zorzami, niewymawialnymi imionami, różnymi nazwiskami dla kobiet i mężczyzn oraz muzyką Sigur Ros. Jeśli ktoś zaproponuje mi wycieczkę na Islandię, jestem gotowa spakować się w pół godziny. Nic dziwnego, że chętnie sięgam po książki, których akcja rozgrywa się właśnie tam.

A literatura islandzka wydawana w Polsce chyba głównie kryminałami stoi. Czytałam jeden, który bardzo mi się podobał - "W bagnie" Arnaldura Indridasona i postanowiłam kontynuować znajomość z ponurym jak islandzka zima detektywem Erlendurem Sveinssonem. Kolejne tomy to:



"Grobowa cisza" podobała mi się bardzo. Detektyw Erlendur próbuje rozwikłać zagadkę odnalezionych w ziemi starych ludzkich kości. Zagadka mało pilna, bo bardzo niemłoda - szczątki spoczywają w prowizorycznym grobie od kilkudziesięciu lat - ale nie daje mu spokoju. A przecież ma na głowie problemy osobiste z córką-narkomanką, która spodziewa się dziecka. Nastrój mroczny, melancholijny, fabuła rzetelnie wciąga. Polecam.

Przy "Głosie" - niestety - mój zachwyt nieco opadł. Akcja rozgrywa się tuż przed świętami Bożego Narodzenia, bardzo stacjonarnie, bo w budynku hotelu - Erlendur nawet zajmuje w nim jeden pokój (nie ma ochoty wracać do pustego mieszkania na święta), więc tkwimy tam razem z nim. W rzeczonym hotelu zostaje brutalnie zamordowany portier. Pracował tam niemal 20 lat, ale na dobrą sprawę nikt go nie znał, nikt o nim nic nie wiedział, gromadzenie informacji na temat denata idzie więc opornie. Zagadka przyzwoita, więc się nie czepiam, ale zirytowała mnie jakaś dziwna maniera, którą zauważyłam w tym tomie. Nie znam się na działalności policji w tym kraju, ale jakieś takie dziwne mi się wydawało, że przesłuchiwani na pytania śledczych często odpowiadają w sposób "A skąd pan o tym wie?" lub wręcz "Jak pan śmie o to pytać?". Wydawało mi się dotąd, że od tego jest policja śledcza, żeby wiedzieć o podejrzanych, a nawet i świadkach, potencjalnie niewygodne rzeczy, a nawet domagać się od nich poszerzania informacji. Tymczasem islandzcy śledczy w obliczu takich pytań robią się potulni i zmieniają temat... Ale może się czepiam, bo po prostu mało było Islandii w tym tomie, hotel jak każdy inny w Europie.

Dałam szansę także płci pięknej kryminalnie utalentowanej i sięgnęłam po pierwszy tom serii autorstwa Yrsy Sigurdardóttir o prawniczce Thorze Gudmundsdottir, pt. "Trzeci znak".




Tu Islandii było sporo - i geograficznie, i historycznie, więc usatysfakcjonowana jestem w pełni. Trzeba przyznać, że Autorka postawiła sobie niełatwe zadanie, bo uczyniła ofiarą zbrodni osobnika raczej antypatycznego. Jeśli trudno sympatyzować z ofiarą, łatwo o obojętność wobec wyników śledztwa - a jednak nie mogłam się oderwać. Na terenie uniwersytetu zostają odnalezione okaleczone zwłoki niemieckiego studenta, Haralda Guntlieba, który na Islandii zgłębiał temat prześladowania czarownic. Zainteresowania wykraczały poza czysto naukowe, bo i życie prywatne Haralda okazało się co najmniej ekscentryczne. Ciekawa zagadka, wciągające tło historyczne, a do tego budząca  zainteresowanie bohaterka. Poleciłabym, ale mam wrażenie, że wszyscy czytali już kilka lat temu ;) Tylko ja jak zwykle w ogonie. Ale chętnie sięgnę po kolejne tomy serii, mam nadzieję, że trzymają poziom.

21 marca 2013

Dziewczyna, która zaginęła

Właściwie żałuję, że nie zaczęłam czytać trzeciego tomu "Pieśni Lodu i Ognia", bo rodowe zawołanie Starków "Nadciąga zima" jest wyjątkowo na miejscu tej wiosny (tfu, tfu, na psa urok). Ale żałować nie powinnam, bo właśnie połknęłam nadzwyczaj przyjemną lekturę.


O "Gone Girl" przeczytałam na blogu Dabarai i poczułam się zaintrygowana, ale ostatecznie postanowiłam sięgnąć po książkę po informacji (też u Dabarai), że książka została nominowana do nagrody Women Prize for Fiction 2013. Wybrałam oryginał, chociaż powieść świeżo ukazała się w przekładzie na polski (dla wydawnictwa G+J Gruner&Jahr oklaski za tempo wydania oraz gwizdy za koszmarną okładkę). Nie wiem, jak wypada tłumaczenie, ale oryginał wyróżnia się wśród masy thrillerów naprawdę ładnym językiem.

Nick i Anna Dunne to małżeństwo z pięcioletnim stażem. Trochę razem przeszli, bo obydwoje stracili pracę, musieli porzucić swoje nowojorskie życie i przenieść się do rodzinnego miasteczka Nicka, North Carthage w stanie Missouri, żeby zaopiekować się jego ciężko chorą matką. Zmiany nie wyszły ich relacji na dobre, coś się zaczęło psuć. Dokładnie w dzień piątej rocznicy ślubu, Anna znika, a ślady w mieszkaniu sugerują, że doszło tam do jakiegoś aktu przemocy.

Fabułę poznajemy na dwa głosy - przeplatają się rozdziały opowiadane przez Nicka i przez Annę (kartki z jej pamiętnika). Na początku nie było to specjalnie odkrywcze, a że nie znoszę powieści o miłości i związkach (fajne związki są fajne do przeżywania w rzeczywistości - po co mam czytać o fikcyjnych? niefajne związki są niefajne i w życiu, i w książkach - po co mam o nich czytać?), byłam bliska odłożenia powieści na półkę. No, ale za coś ją nominowali, prawda? Więc postanowiłam wytrwać jeszcze kawałek i zostałam nagrodzona. W pewnym momencie relacje małżonków zaczęły być intrygująco rozbieżne, wciągnęłam się, a potem autorka zastosowała literacką technikę naprawdę dużego młotka, którym walnęła czytelnika znienacka w potylicę i tu już nie byłam w stanie książki odłożyć dobrowolnie.

Bardzo mi się podobało, choć mam pewne zastrzeżenia, co do zakończenia. Wydaje mi się, że Autorka tak się zaplątała w swoich intrygach, że samej jej było ciężko z nich wybrnąć. Mimo wszystko - nader satysfakcjonująca lektura. Czytałam na Kindlu i polecam to rozwiązanie, bo nie da się sprawdzić, co będzie dalej. Ale jeśli ktoś chce czytać wersję papierową, to niech nie przekartkowuje książki, nie sprawdza tytułów dalszych rozdziałów, bo sobie popsuje przyjemność.

Polecam.

Gillian Flynn, Gone Girl, Crown 2012, ss. 432
Gillian Flynn, Zaginiona dziewczyna,  G+J Gruner&Jahr 2013, ss 650

15 marca 2013

Gdzie wszyscy się biją, czytelnik korzysta

Sagę Martina poznaję w dziwnie pokręcony sposób. Najpierw przeczytałam pierwszy tom, "Grę o tron" (o czym pisałam TU) - podobało mi się bardzo, ale nie aż tak bardzo, jak miałam nadzieje po wszystkich zachwytach na blogach. Potem obejrzałam pierwszy sezon serialu i zachwytu sama doznałam oraz zostałam nieuleczalną fanką (wrażenia TU). Ekranizacja, bardzo wierna powieści, w jakiś sposób uzupełniła to, czego mi w oryginale zabrakło, uwiarygadniając dla mnie całą historię. zwykle to się nie zdarza, bo jednak zawsze książka jest dla mnie ważniejsza niż film.

Będąc pod wielkim wpływem pierwszego sezonu, nie potrafiłam się powstrzymać i od razu obejrzałam drugi, ekranizację "Starcia królów" - który ugruntował mój zachwyt. Ale po drugi tom powieści sięgnęłam dopiero teraz, kiedy na horyzoncie majaczy się już sezon trzeci. Dziwna taka przeplatanka mi wychodzi i prawie możecie robić zakłady, czy zdążę/zechcę przeczytać trzeci tom przed wejściem na ekrany trzeciego sezonu. Ja sama nie wiem.

I nie wiem, czemu nie wiem, bo drugi tom książkowy podobał mi się szalenie, bardziej niż pierwszy - mimo że całą akcję znałam już z serialu (zdumiewająco wiernego). A może właśnie dlatego. Nie potrafię w tym przypadku odebrać dzieła książkowego jako zupełnie odrębnego od ekranizacji. Wszyscy bohaterowie mają dla mnie twarze aktorów filmowych - nie chcę i nie próbuję wyobrażać ich sobie inaczej. Dochodzi do takich paradoksów, że szalonym smutkiem napełnia mnie (uwaga, mały spoilerek) wątek zmiany fizjonomii przez Jaqena H'ghara, bo mimo że pomysł rewelacyjny, to ja miałam słabość do aktora, który grał "pierwszą wersję", Toma Wlaschihę.

Streszczenie sobie daruję - ogólnie można powiedzieć, że wszyscy się tłuką o opustoszały po śmierci króla Roberta tron, ale taki skrót fabuły nie oddaje nawet procenta jej uroku, a gdybym chciała opisać wszystkie wątki, stworzyłabym druga sagę. Zresztą, większość czytała/oglądała przede mną, a ci, którzy się jeszcze uchowali, powinni natychmiast wyłączyć internet i biec z książką na fotel...

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...