17 sierpnia 2012

Tajemnica w amerykańskim miasteczku


Książki Marthy Grimes ukazały się w Mrocznej Serii wydawnictwa WAB, ale krwistego kryminału nie należy się spodziewać. Za to wciągającej zagadki, uroczej bohaterki i nastroju leniwego popołudnia - owszem.

Dawno temu w domu sióstr Devereaux wydarzyła się tragedia. Mała dziewczynka, Mary-Evelyn, wypłynęła samotnie łódką na jezioro i utonęła. Kilkadziesiąt lat później, inna dziewczynka buszuje po opuszczonym domostwie, gdzie meble, ubrania i zabawki Mary-Evelyn pozostały nieruszone, i próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, co tak naprawdę stało się tamtej nocy? Kim  była dziewczynka, kim były trzy stare panny Devereaux, dlaczego doszło do tragedii?

Bohaterka "Hotelu Paradise" i "Stacji Cold Flat Junction" ma 12 lat, jest bystra, wścibska i zdeterminowana. Nie ma żadnych nadzwyczajnych umiejętności, a jedynie ciekawość świata. No i może zdolność do konfabulacji i szybkiego nawiązywania kontaktów. Emma staje się naszą przewodniczką nie tylko po domu sióstr Devereaux, ale po całym miasteczku Spirit Lake, w którym mieszka. Mocno podupadły kurort posiada na swych uliczkach równie podupadły hotel, który prowadzi matka Emmy. Zawiezie nas też do sąsiedniego Cold Flat Junction, które zawsze robi wrażenie, jakby życie w nim zamarło. Emma dzieli swój czas między pracę w hotelu (jako młodsza kelnerka), użeranie się z nieznośną ReeJane (która uważa się za nie-wiadomo-jakie-cudo, a w przyszłości chce zostać aktorką, modelką, a najlepiej księżniczką), szykowaniem wymyślnych drinków 90-letniej ciotce Aurorze, właścicielce Hotelu Paradise, oraz prywatne śledztwo. Jakby tego było mało - w sąsiednim miasteczku dochodzi do morderstwa.

Zagadka jest bardzo ciekawa, te opuszczone domy, w których kurzem pokrywają się stare zdjęcia  i lalki, doskonale działają na wyobraźnię. Akcja toczy się bardzo leniwie, bo Emma nie jest detektywem i nie może poświęcić śledztwu całego swojego czasu, a zdobywanie informacji naprawdę nie jest takie proste, kiedy ma się 12 lat. Powoli posuwając fabułę naprzód, pozwala nam poznać od podszewki całe swoje słodko-gorzkie życie, a także losy innych mieszkańców miasteczka - mamy tu szeryfa, kelnerkę, nauczycielkę, staruszki-sprzedawczynie, mistrza mechanika i wiele innych postaci.  Postać Emmy ujęła mnie za serce - bo przy całym swoim dążeniu do odkrycia prawdy, jest z pewnością stuprocentowym dzieckiem, które bawi się w dziecinne zabawy, uprawia dziecinne złośliwostki (w stosunku do nieznośnej pani Berthy i pretensjonalnej ReeJane) i często nie rozumie świata dorosłych.

Autorka świetnie odmalowała nastrój miejsc, w których kiedyś coś się działo, a teraz dominuje marazm. Trudno mi jednak zlokalizować akcję w czasie (podobnie miałam z serią o Richardzie Jurym). Pierwszy tom powstał w 1996 r., drugi w  4 lata później. Jednak świat Emmy pozbawiony jest telefonów komórkowych, komputerów, natężonego ruchu samochodowego. Sądząc po niekiedy wspominanych strojach celowałabym raczej w lata 80.

Żeby poznać rozwiązanie tajemnicy z przeszłości, trzeba przeczytać oba tomy. Ale jako że na końcu nie wszystko jest idealnie oczywiste (jak w życiu), od razu złapałam się za trzecią część pt. Hotel Belle Rouen, gdzie pojawiają się spalone ruiny i kolejna zagadka... Ostatni tom Fadeaway Girl (2011) chyba nie został jeszcze przetłumaczony na język polski. Z ciekawostek - przed Hotelem Paradise powstała książka The End of the Pier, która dzieje się w tym samym miasteczku, a bohaterami są: szeryf i kelnerka Maud, którzy występują też (jako postaci drugoplanowe) w tomach o Emmie.

16 sierpnia 2012

Martin Beck wsiada do autobusu

Maj Sjöwall, Per Wahlöö
Śmiejący się policjant
Den skrattande polisen
Amber 2011
ss. 224

Ekranizacja: The Laughing Policeman, reż. Stuart Rosenberg, USA 1973





Sjöwall i Wahlöö to szwedzka para pisarzy, która stworzyła cykl kryminałów o komisarzu Martinie Becku. Ten protoplasta Wallandera i innych skandynawskich detektywów "narodził się" w połowie lat 60. XX w. Mimo że zagadki rozwiązywane przez Becka mają już 50 lat, książki nie tracą na popularności.

Cykl czytuję od przypadku do przypadku i do tego nie po kolei. Dotąd poznałam tylko tom trzeci, Mężczyznę na balkonie, i w recenzji, jak może pamiętacie, raczej narzekałam. Po kolejny (czwarty) tom sięgnęłam z nastawieniem dość sceptycznym i zostałam przyjemnie zaskoczona. Niemal całą powieść pochłonęłam w jeden wieczór, zostawiłam sobie tylko (z żalem) ostatnie strony na rano, bo byłam tak śpiąca, że już nie rozumiałam tekstu pisanego.

Przypadkowy przechodzień dokonuje makabrycznego odkrycia. W piętrowym autobusie znajduje osiem martwych osób. Jedną z ofiar jest policjant, w którym Beck rozpoznaje swojego współpracownika. Ślady zostały zadeptane, ofiar nic nie łączy, zbrodnia robi wrażenie akcji psychopaty. Czy za tragedią kryje się szaleństwo czy skonstruowany z zimną krwią plan?

Wad, o których wspominałam w notce dotyczącej poprzedniego tomu, tym razem nie znalazłam. Zbrodnia nietypowa, śledztwo wciągające - bo początkowo wydaje się zupełnie beznadziejne. Klimat ponury i deszczowy, jak przystało na Skandynawię. Życie prywatne detektywów przedstawione w idealnych proporcjach - ani za dużo go, ani za mało. Ciekawy koloryt lokalny - Szwecja z końca lat 60. nie przypomina społecznego raju, za jaki często się ją teraz uważa. Polecam.

15 sierpnia 2012

Mały comeback

Powróciłam z wakacji, ale bez szczególnego zapału do pracy, a nawet do blogowania. Wyjazd był za krótki o jakieś pół roku ;) Sporo książek udało mi się przeczytać i niedługo pojawią się nowe notki. A na razie, na rozgrzewkę, najciekawsze okładki "Emmy" Jane Austen. Wszystkie piękne, ale największą słabość mam do okładek książek wydawanych w serii "EVERYMAN'S LIBRARY".


 





27 lipca 2012

Słowniczek mola i babskie czytadła

Słowniczek mola
Co jakiś czas napotykam się na jakieś nadzwyczaj trafne wyrażenie w krótkich słowach opisujące zawiłą okołoksiążkową sprawę. Nie zapisuję ich i one gdzieś przepadają, w otchłaniach niepamięci, a szkoda. Uważam, ze powinniśmy wspólnymi siłami stworzyć słowniczek mola książkowego - co Wy na to?
Mała próbka poniżej:
  • kac książkowy  - niemożność rozpoczęcia nowej książki, bo jeszcze nie opuściło się świata z poprzedniej (znalezione tu - kto się przyznaje do autorstwa?)
  • książka pierwszego kontaktu - książka, od której najlepiej zacząć znajomość z danym pisarzem (odkryte u Zacofanego w lekturze)
  • pieszczoch blogerów - pisarz, którego wszyscy blogerzy lubią i chwalą (dobra, 90%), i wytrwale czekają na kolejną jego książkę (wyrażenie mi się ukuło przy Theorinie)
Babskie czytadła na lato
Krąży ostatnio po blogach jakaś czytadłowa akcja i nabrałam chęci zabrania głosu (co będę czekać, jeszcze mnie nikt nie zaprosi ;) ). Być może nie do końca trafiam w zasady, wybaczcie.
Czytadła babskie - bo o kobietach (ale niekoniecznie "tylko dla pań"), a na lato - bo wakacyjnie mi się kojarzą, a poza tym chętnie bym do nich wróciła, bujając się leniwie w hamaku w pięknych okolicznościach przyrody. Czytadła to dość umowna kategoria - w tym przypadku miałam na myśli książki współczesne, lekkie, od których szare komórki się nie przegrzeją, i krzepiące (żadnego rozdrapywania emocji, to koliduje z bujaniem, hamak się potem zacina ;) )*:

  1. Mary Stewart - Tajemnica zamku Valmy (bo zamek wśród lasów i ten dreszczyk emocji)
  2. Marian Keyes - Sushi dla początkujących (bo deszczowa Irlandia i krzepiąca wiara, że życie coś dobrego chowa w zanadrzu)
  3. Anne Rivers Siddons - Uciekłam na wyspę (bo wyspa i budowanie życia od nowa)
  4. Jaclyn Moriarty - Mam łóżko z racuchów (bo ciepła rodzinna atmosfera + zagadka)
  5. Małgorzata Musierowicz - Nutria i Nerwus (bo wakacje z namiotem - prawie...)
  6. Joanna Chmielewska - Całe zdanie nieboszczyka (bo wyprawa przez pół świata)
  7. Joanna Chmielewska - Większy kawałek świata (bo mazurskie jeziora)
  8. Bodil Malmsten - Cena wody w Finistere (bo leniwe popołudnia w ogrodzie)
  9. Elizabeth Gilbert - Jedz, módl się, kochaj (bo Włochy, Indie, Bali i zaczynanie życie od nowa)
  10. Alexander McCall Smith - Kobieca Agencja Detektywistyczna nr 1 (bo można w Botswanie na werandzie wypić herbatkę z ostrokrzewu w miłym towarzystwie Mma Ramotswe)
Na swój wyjazd zabieram w "papierze": dwa kryminały Marthy Grimes, których jeszcze nie czytałam, oraz książkowe powroty: "Dumę i uprzedzenie", "Jane Eyre" i punkt 9 (a po namyśle jeszcze "Ostatniego takiego Amerykanina" tej samej autorki). Ale na wszelki wypadek zapakuję także wypchanego Kundelka... Bo co, jakby mi zabrakło... ;) Do zobaczenia za 2 tygodnie :)

* Zwykle mianem 'czytadła' określam książkę, która jest łatwa w czytaniu, dostarcza rozrywki i zapomina się o niej po przewróceniu ostatniej strony. Taka literacka pierdółka. Nic ważnego, ale fajne. Niekiedy, pejoratywnie, używam tego epitetu na "dzieła", których poziom językowy nie zasługuje na lepsze określenie.

24 lipca 2012

Literatura na ekrany! - "Emma" Jane Austen

Nie wiem, jak dobrze znane są ekranizacje "Emmy" w Polsce (na pewno ta z Gwyneth Paltrow), ale w Anglii na blogach i forach toczą się spore boje o to, która jest najlepsza. Oczywiście każdy jest przekonany, ze jego wybór jest jedynie słuszny. Tymczasem o gustach się nie dyskutuje i każdy sobie jedną (albo więcej, albo żadną) Emmę wybierze jako tą jedyną. Uwielbiam filmy kostiumowe, jeszcze bardziej ekranizacje XIX-wiecznej literatury, więc wszystkie obejrzałam z zainteresowaniem, ale która spodobała mi się najbardziej, zdradzę na końcu.


"Emma Woodhouse, osóbka przystojna, rozumna i bogata, posiadająca dostatni dom i obdarzona pogodnym usposobieniem, otrzymała, zda się, wszelkie dary, jakie życie ofiarować może; toteż przeżyła na świecie blisko dwadzieścia lat bez większych powodów do zmartwień i niezadowolenia". Młodsza córka zamożnego dżentelmena jest przekonana, że nigdy nie wyjdzie za mąż, bo zbyt lubi życie, jakie wiedzie w domu swego ojca - hipochondryka, ale jakże kochanego. Jest ładna, bystra i bogata, przynależy do najlepszej sfery. Ma dom, wielbiącego ją ojca, zamężną siostrę, gromadkę siostrzeńców, przyjaciół i nic jej więcej nie potrzeba. Jej życie codzienne jest jednak zbyt spokojne, jak dla tak młodej i energicznej osóbki, dlatego panna ubzdurała sobie, że doskonale zna się na ludziach i jest mistrzynią w kojarzeniu par. Na "ofiarę" wybiera pastora Eltona oraz swoją przyjaciółkę, Harriet - dziewczę ładne i naiwne, o nieznanym pochodzeniu (od dzieciństwa ktoś łoży na jej utrzymanie na miejscowej pensji dla dziewcząt i Emma wierzy, że ojciec Harriet jest nie tylko  bogaty, ale i odpowiednio urodzony) . Emma sporo namiesza, zanim uświadomi sobie rozmiar swoich omyłek, ale co ja Wam będę opowiadać... Austen zrobiła to znacznie lepiej.

"Emma" nie jest moją ulubioną powieścią Jane Austen i nie zachwyciła mnie specjalnie, kiedy ją pierwszy raz czytałam. Powrót do lektury po kilku latach okazał się znacznie bardziej udany - już wiem, że nie znajdę tu tej energii i tych emocji, co w "Dumie i uprzedzeniu", więc się ich nie spodziewam. Lubie jednak pospacerować w wolnym rytmie po wiosce Highbury i po ogrodach Hartfield, a nawet poirytować się na Emmę za jej zarozumialstwo wynikłe z młodego wieku, wysokiej pozycji i nieznajomości świata.

Emma z Dianą Fairfax (1960)
Ekranizacji powstało sporo - w latach 1940-1980 było ich sześć. Później nastąpiła 15-letnia przerwa, a od lat 90. Jane Austen znów zaczęła wracać na ekrany. Najstarsza ekranizacja, jaką udało mi się obejrzeć, to serial BBC z 1972 r., dlatego nie opowiem Wam o wcześniejszych. Znalazłam tylko informacje, że były to: "Emma" z 1948 r. z Judy Cambell w roli tytułowej (reż. Michel Barry), "Emma" z 1954 r. z Felicią Montealegre w roli tytułowej, "Emma" z 1957 r. z Sarah Churchill w roli tytułowej  i dwie ekranizacje z 1960 r. - angielska z Dianą Fairfax i amerykańska z Nancy Wickwire.





Emma, reż. John Glenister, miniserial BBC, UK 1972 (240 min, 6 odcinków)

Serial z BBC to właściwie całkiem niezła ekranizacja - zresztą od BBC trudno oczekiwać złej. Scenariusz - mimo kilku zmian w stosunku do oryginału - jest bardzo udany, dzięki czemu film oglądałam z zainteresowaniem (mimo że była to 4.  z oglądanych przeze mnie ekranizacji "Emmy"). Film jest jednak bardzo teatralny i wizualnie dość mocno się zestarzał - ma w końcu te 40 lat. W dodatku dobór głównych aktorów jest dość pechowy i chyba głównie z tego względu serial ten nie ma szans cieszyć się popularnością wśród współczesnych widzów.

Doran Godwin, która gra tytułową bohaterkę, jest - cóż - niedopasowana do obecnych kanonów urody. W ruchu wygląda lepiej niz na zdjęciach, ale kiedy zestawi się ją ze słodziutką jak karmelek Harriet Smith (Debbie Bowe), trudno uwierzyć, by ktokolwiek mógł się szczerze zainteresować Emmą. Charakterek też ma niezbyt pociagający -  nie ma w niej szczerości uczuć, manipuluje innymi raczej z nudów niż dla uszczęśliwienia ich. Pomiata biedną Harriet jak szmacianą lalką. Nie wzbudziła ani krzty mojej sympatii.
 

 Po lewej Emma, po prawej Harriet

Pan Knightley (John Karson) straszliwie mnie irytował - nie dość, że wyglądał na ojca Emmy (aktor miał 45 lat, był więc 7 lat starszy od bohatera, którego grał), to jeszcze właśnie tak się zachowywał. Nieustannie ją strofował i traktował jak głupiutkie dziecko, które trzeba pouczać na każdym kroku. Robił wrażenie obleśnego rozpustnika, który wychowuje młodziutką żonę, raczej z rozsądku niż miłości, a zdecydowanie nie taka była intencja Jane Austen. Ale w rezultacie wyrachowana Emma i przewidujący Knightley byli siebie godni, więc w sumie mogli stworzyć całkiem udany związek :)


Niezbyt spodobał mi się też ojciec Emmy, żywiutki jak młody pasikonik. Skakał to tu, to tam, zamiast przyzwoicie siedzieć w fotelu przy kominku, jak na starego hipochondryka przystało ;). Reszta aktorów była całkiem nieźle obsadzona.

Plus za uroczą staroświecką melodyjkę plumkaną na pianinie w czołówce serialu.


Emma, reż. Diarmuid Lawrence, UK 1996 (107 min.)

Dobra ekranizacja, z jedyną - jak dotąd - ciemnowłosą Emmą. Wierna książce - oczywiście w graniach możliwości, konieczne było przycięcie fabuły, by zmieścić ją w dwóch godzinach. Obejrzałam z przyjemnością, choć nie będzie to moja ulubiona ekranizacja i nie sądzę żebym kiedyś do niej wróciła.

Kate Beckinsale okazała się zaskakująco udana Emmą i moim zdaniem była najlepiej obsadzoną aktorką w tym filmie. Do reszty aktorów nie jestem przekonana - rzecz jasna, wszyscy grali dobrze, ale czegoś mi zabrakło. Po obejrzeniu serialu z 1995 r. na podst. "Dumy i uprzedzenia" nie potrafiłam już wyobrazić sobie Elizabeth Bennet inaczej niż z twarzą grającej ją aktorki. W tym przypadku nic takiego nie nastąpiło, bohaterowie filmu i książki pozostali dla mnie odrębnymi postaciami.

Nie mogłam się przekonać do Marka Stronga w roli Knightleya - to dobry aktor, ale cóż, nie można dogodzić każdemu (w tym wypadku mnie). Cały czas mi się wydawało, że tak powinien wyglądać Robespierre (czasy są zbliżone, w końcu "Emmę" wydano w 1815 r., kilkanaście lat po francuskiej rewolucji, więc może nie ma w tym nic złego, niemniej Robespierre nie wydaje mi się postacią szczególnie romansową ;)). Słodka i całkiem udana była Harriet Smith (Samantha Morton), ale Jane Fairfax (Olivia Williams) miała twarz nie do zapamiętania. Zresztą większość aktorów mogliby podmienić i nie odczułabym z tego powodu najmniejszego żalu.

Emma i Kinghtley
Jane i Frank Churchill


Emma, reż. Douglas McGrath, USA 1996 (121 min.)

Od razu wyznaję, że nie przepadam za tą ekranizacją. Obejrzałam ją po raz pierwszy lata temu, ale wydawała mi się wtedy boleśnie nudna. Teraz zrobiłam sobie powtórkę i również nie wzbudziła we mnie większych emocji.

Gwyneth Paltrow (jaka młodziutka!) bardzo pasuje mi wizualnie do roli Emmy, ale kreowanej przez nią bohaterki nie polubiłam. Irytująca panienka, która uważała się za lepszą i mądrzejszą od wszystkich, pozbawiona wdzięku, który mógłby osłodzić ten charakterek. Nie wiem, czy to wina interpretacji aktorki czy scenariusza.

 Za fatalnie obsadzoną uważam rolę Harriet. Toni Colette ma urodę... specyficzną, a Harriet miała być wdzięcznym dziewczątkiem. W dodatku charakterologicznie z milutkiej naiwnej panienki zrobiła przygłupią dziewuchę i naprawdę nie sposób pojąć, jak Emma mogła znieść dobrowolnie jej towarzystwo. Pełna rezerwy Jane Fairfax w wykonaniu Polly Walker także mnie nie zachwyciła. Wyglądała jakby nie tyle chciała trzymać innych na dystans (z ukrytych pobudek), co jakby gardziła całym towarzystwem i nie zamierzała się z nim pospolitować. Za to bardzo podobał mi się Jeremy Northam w roli Knightleya - był akurat w sam raz dojrzały, w sam raz przystojny i w sam raz sympatyczny - ale nie wystarczył bym nabrała sympatii do filmu.

Na plus należy Amerykanom policzyć, że ich ekranizacja jest wizualnie bardzo ładna. Stroje są zachwycające - w przeciwieństwie do grzybopodobnych czepków Kate Beckinsale.

Emma i Kinghtley
Jane Fairfax i Frank Churchill
(Czy Jane nie wygląda,
jakby mogła złapać Franka za kudły
i zawlec za sobą do domu?)


Emma, reż. Jim O'Hanlon, miniserial BBC, UK 2009 (240 min, 4 odcinki)

Teraz wreszcie będę się zachwycać. Romola Garai dała swojej Emmie ogromny urok osobisty. Aktorka, na zdjęciach piękna jak aniołek, zmienia się w ruchu. Jej twarz jest pełna ekspresji, mimika przebogata (aż do przesady), z jej twarzy można odczytać każdą emocję. Łatwo ją polubić, nawet jeśli ma się ochotę prać ją po głowie za zabawę ludźmi jak lalkami. Jako jedyna odtwórczyni tej roli Garai ożywiła swoją bohaterkę. Wreszcie mogłam zrozumieć, dlaczego Knightley się w niej zakochał...

Cudowna jest też Harriet, śliczna, ale niezbyt bystra - Louise Dylan idealnie pasuje do roli. Miła, uczciwa, naiwna - dobra dziewczyna, o pechowym pochodzeniu, łatwo poddająca się przewodnictwu "ważniejszej" przyjaciółki. Świetny Michael Gambon jako ojciec Emmy, jakby żywcem wyjęty z kart powieści. Zresztą - uważam każdą rolę za doskonale obsadzoną, musiałabym tu wymienić wszystkich aktorów.

Początkowo rozczarował mnie George Knightley - był dobrze zagrany, wiarygodny jako postać, widać było chemię między nim a Emmą, ale jednak był zupełnie inny niż w książce. Była to celowa decyzja twórców - pewne uwspółcześnienie tego romansu*. Dlatego nie mamy już płochej nastolatki i dojrzałego, poważnego dżentelmena, który wychowuje sobie przyszłą żonę, tylko parę przyjaciół. Dzieli ich co prawda spora różnica wieku, ale łączy wieloletnia bliska znajomość oraz bardzo młody sposób bycia Knightleya (przy jednoczesnej większej rozwadze i wiedzy życiowej niż jego uroczej przyjaciółki). Miało to swoje plusy, choć ta zażyłość między nimi, ich swobodne zachowania, nieco mi zgrzytały w kontekście początku XIX wieku. Grający Knightleya Jonny Lee Miller miał jednak tyle uroku, że nie tylko mu wszystko wybaczyłam, ale pod koniec prawie sama się w nim zakochałam.

Wielki plus za uroczą scenę balu. Tańczący wyglądają jakby naprawdę świetnie się bawili, a nie tylko odtwarzali układ choreograficzny. Scena, w której Knightley  pomaga Harriet - bezcenna. Drugi plas za fantastyczną czołówkę - złotawe wzory na szkarłatnym tle przypominały XIX-wieczna tkaninę, a muzyka obiecywała kolejny fantastyczny odcinek.

Scenariusz serialu napisała  Sandy Welch (autorka scenariusza do ekranizacji "Jane Eyre" - miniserialu z 2006 r.), więc wcale się nie dziwię, że wyszedł doskonale. Muszę jednak przyznać, że niektóre sceny i dialogi były niemal identyczne z ekranizacją z Kate Beckinsale. Zaczęłam wręcz szukać powiązań między tymi filmami, ale wersja z 1996 r. ma innego scenarzystę, więc już sama nie wiem, czy autorzy serialu "ściągali" z filmu, czy po prostu oba są aż tak wierne książce.

*W ciekawym dokumencie o kręceniu serialu twórcy przyznają, ze chcieli nakręcić "Emmę" dla współczesnego odbiorcy, stąd odeszli nieco od konwencji, co widać np. w wyraźnej gestykulacji bohaterów i mowie ich ciała (czytaj - aktorzy nie są tak sztywni, jak w pozostałych ekranizacjach). W moim odczuciu ta wzmożona gra mimiką sprawdziła się w przypadku "Emmy" doskonale.

Piknik na Box Hill


 ***************************

Kolejny raz sprawdziła się zasada, że nie da się zrobić naprawdę dobrej ekranizacji w postaci filmu - wymagane jest kilka odcinków, żeby uwypuklić wszystkie te cudowne detale, składające się na urok powieści. "Emma" z Romolą Garai trafia na półkę moich kostiumowo-ekranizacyjnych ulubieńców obok "Dumy i uprzedzenia" z 1995 r., "Jane Eyre" z 2006 r. i "Tajemnic domu na wzgórzu" z 1996 r.

23 lipca 2012

Droga do Putte

Wacław Holewiński
Droga do Putte
Wydawnictwo Dolnośląskie 2007
ss. 266

Wszyscy słyszeli o Rubensie, większość o Van Dycku, ale trzeci z flamandzkich malarzy, tworzących wielką "trójcę" w XVII-wiecznej Antwerpii, jest słabiej znany. A przecież Jacob Jordaens przeżył swoich konkurentów. 

Holewiński bierze na warsztat biografię malarza. Pokazuje jego życie od momentu największej sławy Jordaensa, kiedy konkurenci już nie mogli mu zagrozić (Rubens zmarł w 1640, van Dyck w 1641 r.). Malarz, w pełni sił życiowych, był nie tylko słynnym twórcą, o którego obrazach marzyli ówcześni możni, mistrzem dla licznych uczniów, ale też mężem ukochanej Cathariny i ojcem trójki dorastających dzieci. Pisarz wiedzie nas od tego momentu aż po samotną śmierć - w zapomnieniu i odosobnieniu - od zarazy szalejącej w mieście, która tego samego dnia zabrała także mieszkającą z nim niezamężną córkę.


Książka jest bardzo dobrze napisana, przenosi czytelnika w sam środek XVII-wiecznej Flandrii, doskonale odmalowuje atmosferę tamtych czasów, życie codzienne. Można z niej wynieść naprawdę sporą wiedzę na temat ówczesnego świata, flamandzkiego malarstwa - aż dziw, w jak drobnych szczegółach udało się odmalować Holewińskiemu tamte czasy. Powieść ma jednak także spory minus - nie oferuje nic czytelnikowi niezainteresowanemu biografią Jordaensa. Nasuwa się oczywiste skojarzenie z "Dziewczyną perłą" (w końcu Vermeer to zbliżone czasy i niewielka odległość geograficzna), w którym intrygowała zagadka tytułowego obrazu. U Holewińskiego nie ma żadnego motywu przewodniego, nic nie skłania do poznawania życiorysu pisarza. Czyta się, żeby czytać. 


To dobra powieść - na tyle dobra, że nie odłożyłam jej, choć malarstwo flamandzkie nie jest tematyką, która frapuje mnie najbardziej (jeśli już miałabym wybierać, wolałabym biografię van Dycka, genialnie malował). Na tyle jednak nudna, że czytałam ją tylko wtedy, kiedy akurat wpadła mi w rękę - nie czekałam na moment, kiedy znów będę mogła po nią sięgnąć. Polecam tylko zainteresowanym.


Jeden z ulubionych motywów Jordaensa - pijący król.

A poniżej "wielka trójka" - od lewej: "Autoportret z żoną i córką Elżbietą" Jakuba Jordaensa (1621-22), "Autoportret ze słonecznikiem" van Dycka (1633) i "Autoportret  z Isabelą Brant" Rubensa (1609-10).


19 lipca 2012

Strasznie, boleśnie i niesamowicie trudno

Rany, jak mi się ciężko czytało tę książkę. Musiałam ją sobie dawkować, bo na raz to by było automaltretowanie. Masochizm znaczy. Wiem, że temat tragedii z 11 września łatwy nie jest, nie spodziewałam się rozrywkowej historii, ale autor dołożył gratis II wojnę światową z przerażającym opisem bombardowania Drezna i dziw, że nie mam jeszcze koszmarów po nocach.

Jonathan Safran Foer
Strasznie głośno, niesamowicie blisko
Extremely Loud and Incredibly Close
WAB 2007

Oskar Schell ma 9 lat, ale nie jest zwykłym dzieckiem.  Zaprojektował gugolpleks wynalazków, o jakich dorosłym nawet się nie śniło, wytwarza zindywidualizowane bransoletki i pisuje do Stephena Hawkinga (i nie tylko).
Oskar Shell ma matkę, która ma przyjaciela - Rona, i ukochaną babcię. Nie ma dziadka, bo ten porzucił swoją żonę, kiedy zaszła w ciążę. Nie ma ojca. Ale miał - najlepszego, jakiego można sobie wymarzyć. Ojciec Oskara zginął w World Trade Center.

Banałem byłoby napisać, że Oskar nie może się z jego śmiercią pogodzić. Kto by mógł? Chłopiec stawia sobie bardzo niedziecięce pytania: jak to możliwe, żeby powiedzieć komuś bajkę, pójść spać, wyjść rano do pracy i już nigdy nie wrócić. Gardzi swoim psychoterapeutą, który zadaje mu pytania w stylu: co dobrego wynikło ze śmierci ojca (co dobrego? nic dobrego). Drapie się do krwi. Ukrywa przed matką pewien bolesny sekret.

Pewnego dnia odkrywa w pokoju ojca kopertę z tajemniczym kluczem. Na kopercie jest tylko jedno słowo "Black". Aby rozwiązać zagadkę ( i przez chwilę pobyć blisko taty), Oskar podejmuje się karkołomnego zadania - zamierza odwiedzić wszystkich nowojorczyków o nazwisku Black (ich liczba go nie zraża, choć oczywiście liczy się z tym, że zajmie mu to mnóstwo czasu), żeby zapytać ich o klucz (i ojca)...

Równocześnie poznajemy historię dziadków Oskara, pochodzących z Niemiec, na których bolesne piętno odcisnęła druga wojna światowa.

Bardzo podobała mi się historia Oskara, sposób przedstawienia tego bohatera, jego myśli - to postać jednocześnie bardzo dziecinna i zaskakująco dojrzała (dorośli wcale nie podejrzewają, jakie myśli kłębią się w jego głowie). Nieco mniej wciągnęła mnie historia jego dziadków. Jeśli chodzi o moje gusta literackie, to są one proste - lubię dobre proste historie. Nie przepadam za literackimi eksperymentami. Foer pisze w bardzo nietypowy sposób. W historii dziadków zdarzało się czasem jedno zdanie na stronie, czasem zdjęcie zastępujące tekst, czasem kompletnie nieczytelne, zamazane litery. Opowieść ma postać listów do syna i do wnuka, często jest to rodzaj strumienia świadomości, który trzeba przefiltrować, żeby wyciągnąć informacje, które uzupełniają pozostałe relacje. Łączyło się to wszystko spójnie z treścią, ale trochę mi się wzrok ślizgał i podejrzewam, że ta część historii poruszyłaby mnie bardziej, gdyby była opowiedziana w prostszy sposób. Wstrząsającym historiom wystarcza minimum środków, a ich nadmiar czasem rozmywa sens.

Polecam powieść, warto, zwłaszcza dla historii Oskara. Bardzo jestem ciekawa ekranizacji.

Jonathan Safran Foer  ma 35 lat i na koncie trzy poruszające książki. Oprócz "Strasznie głośno..." także "Wszystko jest iluminacją", której nie czytałam, ale oglądałam jej ekranizację  i bardzo mi się podobała. Ta powieść także nie jest napisana w "zwykły" sposób, bo narrator jest Ukraińcem i mówi dość szczególnym angielskim... Trzecia książka "Eating animals" ma się ukazać w tym roku w Polsce (może już się ukazała?) pt. "Jedzenie zwierząt" - nazwa wskazuje sama, o czym mowa (autor jest wegetarianinem niemal od dziecka).
Z ciekawostek - babka Foera jest polską Żydówką, przeżyła Holocaust. Żona, Nicole Krauss, także jest pisarką.

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...