2 grudnia 2011

Czytam klasykę! - Paryż namalowany

Wiktor Hugo
Katedra Marii Panny
w Paryżu
fr. Notre-Dame de Paris
1831








Przez pierwsze 50 stron powieści czułam głównie narastające zdziwienie...

Po pierwsze, czytałam dotąd tylko "Nędzników" tego autora i była to niezwykle wciągająca powieść z wartką akcją. Mniej więcej tego samego oczekiwałam więc po "Katedrze...". I się zadziwiłam. Fabuła zamiast biec linearnie, od wydarzenia do wydarzenia, krąży. Nie chronologicznie, ale geograficznie. Dokładniej mówiąc - krąży po Paryżu. Odwiedzamy jakiś budynek, obserwujemy, potem zaglądamy w jakiś zaułek, podglądniemy co się dzieje, przeniesiemy się do kościoła, popatrzymy... Biegają żacy, krążą mieszczki, hałas, gwar, plotki... Tańcząca cyganeczka wzbudza oklaski, mały pokrzywiony brzydal - okrzyki wstrętu, ponury kapłan - cichą niechęć. Zwiedzamy miasto, zaglądamy nie tylko do tytułowej katedry, ale i do zamtuzów, w dzielnice żebraków, do schronienia pustelnicy. Dopiero po dłuższym czasie z tych wszystkich obrazków rodzajowych i podsłuchanych rozmów zaczyna budować się pewna historia...

Po drugie, o losach brzydkiego Garbusa i ślicznej Esmeraldy miałam dotąd dość disneyowskie wyobrażenie. Co prawda nie oglądałam bajki, ale coś mi się tam w głowie zakorzeniło. Po przeczytaniu książki naprawdę nie wiem, w jaki sposób tragiczne losy bohaterów udało się Disneyowi zamienić w bajkę dla dzieci. Wszyscy w tej książce są nieszczęśliwi, targani emocjami, nad którymi nie potrafią zapanować, i dążą nieubłaganie do okrutnego końca. Przyznam, że finał książki zupełnie mnie zaskoczył - nie tego się spodziewałam!

Czytanie książki napisanej w ten sposób zajęło mi dość dużo czasu. Czytając, popadałam to w znudzenie, to w zachwyt. Niemal pokonała mnie księga trzecia (powieść podzielona jest na 11 ksiąg, a każda księga składa się z kilku rozdziałów), która jest w całości opisem Paryża i katedry - ani grama akcji. Przyznam, że po prostu opuściłam ten fragment... Hugo starannie się przygotował do roli przewodnika po średniowiecznym Paryżu, studiując dzieła opisujące to miasto w XV w. Zamierzał stworzyć "malowidło Paryża w XV wieku" i to mu się udało, bo nawet bez drobiazgowych opisów trzeciej księgi Paryż jest właściwie głównym bohaterem. Po lekturze zostaje w pamięci mnóstwo scenek idealnie nadających się na obrazy... Jeśli chodzi o wydarzenia historyczne - Hugo potraktował je swobodnie, zmieniając daty i nazwiska, więc pod tym względem nie należy traktować "Katedry..." jako podręcznika.

Na zakończenie kilka pięknych starych ilustracji do "Katedry...":

Budynek sądu (Charles-François Daubigny, 1844)
Papież błaznów (Edouard de Beaumont, 1844)

Quasimodo ratujący Esmeraldę (Aimé de Lemud, 1844)



I fotografia tytułowej bohaterki:

 

27 listopada 2011

Jęcząca Martha

Martha Quest to prawdopodobnie najbardziej irytująca bohaterka, jaką miałam wątpliwą przyjemność poznać.

Doris Lessing
Martha Quest
Albatros 2008

Coś mi nie po drodze z panią Lessing. To już drugie moje podejście do jej powieści i trudno mi je zaliczyć do udanych.

Siedemnastoletnią Marthę poznajemy, kiedy mieszka ze swoimi rodzicami w brytyjskiej kolonii w Afryce Południowej. Ma nieokreślone, ale wielkie aspiracje, a przede wszystkim chce się wyrwać z domu. Od ojca, hipochondryka, weterana pierwszej wojny światowej, wiecznie wspominającego walkę, i - zwłaszcza - od matki, której serdecznie nie znosi, buntując się przeciw wszystkim głoszonym przez nią wartościom. Martha czuje, że odstaje od swoich zaściankowych rodziców i sąsiadów. Uważa się za przeciwną rasizmowi i wyzyskowi Czarnych w kolonii, czyta lewicowe lektury. Szczęśliwie udaje jej się dostać pracę w mieście, gdzie się przenosi, a tam szybko wpada w towarzystwo rówieśników, które spędza czas na zabawach i pijaństwie.

Martha została przez pisarkę odmalowana bardzo plastycznie, niemniej jest postacią, którą ciężko mi znieść. Z jednej strony czuje się lepsza od innych, aspiruje do bycia ponad zwykłym codziennym życiem (czy to na farmie, czy w mieście). Praca sekretarki to dla niej za mało, choć nie ma do niej żadnych kwalifikacji; zabawy w klubie wywołują u niej niechęć, a jednak nieustannie bierze w nich udział. Z drugiej strony - mimo tych wewnętrznych, skrywanych odczuć, nie próbuje brać losu w swoje ręce. Płynie z prądem, popychana przez innych ludzi to z jednej, to z drugiej strony.

Nie kontynuuje edukacji, właściwie sama nie wie dlaczego, bo jakoś tak wyszło. Podejmuje pracę, bo znalazł ją dla niej znajomy. Chodzi do klubów, bo tak wypada zbuntowanym młodym ludziom. Spotyka się z Donovanem, bo tak sobie życzy matka. Z ramion Donovana płynnie przechodzi w ramiona Perry'ego - właściwie nie wiadomo czemu, chyba dlatego, że on miał taką chęć. 

"Martha została przez Donovana wysadzona przy krawężniku, ale to Perry odprowadził ją pod drzwi i pocałował; z czego zrozumiała, że jest teraz dziewczyną Perry'ego, a nie Donovana."

I tak dalej, aż wreszcie ląduje na ślubnym kobiercu, też nie wie dlaczego. Czuje, że tego nie chce, ale nie potrafi podjąć żadnej akcji. Jedyne, co wie, to że jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby się gdzie indziej urodziła. Truizm, ale jakże typowy dla wieku nastoletniego.

"Bo nie było wątpliwości, że całe jej niezadowolenie wynikało z tego, że zasługiwała na coś, czego od życia nie dostała".

"Martha Quest" to pierwszy tom cyklu, więc domyślam się, że w kolejnych następuje przemiana bohaterki. Szkoda, że na okładce brak informacji, że jest to tylko pierwszy tom, bo jako zamknięta całość powieść jest właściwie o niczym. Męczyłam się strasznie, czytając, prawie zmuszałam się, żeby znów wziąć książkę do ręki. Ponad połowa treści jest tym, jak Martha bywała na potańcówkach, to z jednym, to z innym mężczyzną, była niezadowolona, ale udawała zadowoloną, a naprawdę to wszystko ją nudziło, bo ona była ponad to. Uh... Dlatego, mimo że chciałabym wiedzieć, czy Martha "wyjdzie na ludzi", nie podejmę się czytania kontynuacji.

"Martha Quest (...) była albo znudzoną, pochmurną i krytycznie nastawioną młodą kobietą z wymuszonym uśmiechem, albo rozgadaną gąską, śmiejącą się głośno i sztucznie."

Drugi minus, który widzę w książce, to powtarzalność. Poprzednio czytałam opowieść Lessing o jej rodzicach pt. "Alfred i Emily". Okazało się, że rodzice Marthy są identyczni jak rodzice Lessing, nawet imiona mają te same (zresztą Martha też nosi wyraźne cechy Doris). Jeśli w trzeciej książce, po którą sięgnę, opisani będą znów tacy sami ludzie, zacznę podejrzewać, że albo pisarka nie potrafi stworzyć nic nowego, albo ma jakiś gigantyczny kompleks na tle swojej rodziny.

Trzeci z subiektywnych minusów to styl Lessing. Mnie osobiście on po prostu nie pasuje, jest zbyt chaotyczny, czasem miałam wrażenie, że jedno zdanie nie łączy się nijak z drugim. Przez pierwsze 50 stron muszę przystosować swój umysł do jej sposobu opowiadania, a podobno Lessing jest chwalona za prostotę...

To nie jest zła książka. Jeśli ktoś lubi powieści psychologiczno-obyczajowe bardziej niż ja, pewnie będzie zadowolony. Jej niewątpliwym plusem jest opis życia w afrykańskiej kolonii w latach 30. XX w. i doskonale oddana atmosfera narastającego podniecenia związanego z poczynaniami Hitlera i przewidywaną wojną. Wzbudza uczucia u czytelnika, nawet jeśli u mnie była to głównie irytacja. Stawia pytania. Nie zmienia to jednak faktu, że skończyłam ją czytać z okrzykiem "Nareszcie!".

25 listopada 2011

Literatura na ekrany 2012

Jakiś czas temu pisałam o planowanych ekranizacjach literatury w 2012 r. Wczoraj z zachwytem zauważyłam, że pojawił się już wielce obiecujący trailer "Igrzysk śmierci" na podstawie powieści Susan Collins. Nie podejrzewam, by film był tak dobry jak książka (jestem niepoprawną i bezkrytyczną fanką), niemniej już się nie mogę doczekać.


Z kolei bajki o królewnie Śnieżce doczekamy się nie w jednej odsłonie, ale w dwóch. Czeka na nas mroczna i straszna wersja z Charlize Theron, Kristen Stewart i Chrisem Hemsworthem - "Snow White and the Huntsman" oraz wersja komediowa (a sądząc po trailerze naprawdę zabawna) z Julią Roberts - "Mirror, mirror" w reżyserii Tarsema Singha (twórcy cudownego "The Fall").



24 listopada 2011

Najlepsze z najlepszych - dla fanów kryminałów z Północy

Przy okazji ostatniej recenzowanej książki - "W bagnie" Indridasona - odkryłam nagrodę Szklany Klucz przyznawaną najlepszym kryminałom z krajów nordyckich.


Dziwię się, że wcześniej o niej nie słyszałam, bo przeczytałam już kilka nagrodzonych pozycji i wszystkie były doskonałe. Zamieszczam poniżej listę (z wikipedii), może komuś też się przyda - ja zamierzam nadrobić braki. Liczę tylko, że znajdzie się wydawnictwo, które przetłumaczy niewydane w Polsce pozycje.

2011 Leif GW Persson Den döende detektiven - Szwecja
2010 Jussi Adler-Olsen Flaskepost fra P - Dania
2009 Johan Theorin Nocna zamieć (Czarne, Wołowiec 2010) - Szwecja
2008 Stieg Larsson Zamek z piasku, który runął (Czarna Owca, Warszawa 2009) - Szwecja
2007 Matti Rönkä Ystävät kaukana - Finlandia
2006 Stieg Larsson Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet (J. Santorski, Warszawa 2008) - Szwecja
2005 Anders Roslund i Börge Hellström Bestia (Vesper, Poznań 2006) - Szwecja
2004 Kurt Aust Hjemsøkt Aschehoug  - Norwegia
2003 Arnaldur Indriðason Grobowa cisza (W.A.B., Warszawa 2010) - Islandia
2002 Arnaldur Indriðason W bagnie (W.A.B., Warszawa 2009) - Islandia
2001 Karin Alvtegen Zaginiona (Świat Książki, Warszawa 2003) - Szwecja
2000 Håkan Nesser Karambol (J. Santorski, Warszawa 2007) - Szwecja
1999 Leif Davidsen Limes billede - Dania
1998 Jo Nesbø Człowiek-nietoperz (Pol-Nordica, Warszawa 2005) - Norwegia
1997 Karin Fossum Nie oglądaj się (Znak, Kraków 2008) - Norwegia
1996 Fredrik Skagen Nattsug - Norwegia
1995 Erik Otto Larsen Masken i spejlet Cicero - Dania
1994 Kim Småge Sub Rosa - Norwegia
1993 Peter Høeg Smilla w labiryntach śniegu (Novus Orbis, Sopot 1996) - Dania
1992 Henning Mankell Morderca bez twarzy (W.A.B., Warszawa 2004) - Szwecja

Źródło

22 listopada 2011

Pogrążona w islandzkim bagnie

Ten kryminał jest sam jak bagno - czarny, gęsty i wciąga...

Zaczyna się od pozornie zwykłego, nudnego islandzkiego morderstwa (jak je określają śledczy) w Reykjaviku - starszy, mieszkający samotnie mężczyzna zostaje znaleziony martwy. Zginął prawdopodobnie od uderzenia w głowę popielniczką. Wydawałoby się, że to efekt jakiejś kłótni, w której doszło do rękoczynów, gdyby nie tajemnicza kartka znaleziona obok zwłok...

Komisarz Erlendur próbuje rozwikłać zagadkę, grzebiąc w przeszłości zamordowanego. Początkowo wydaje się, że znalezione w mieszkaniu denata stare zdjęcie dziecięcego grobu nie może mieć nic wspólnego ze zbrodnią. Ale czy na pewno?


Chyba porzucę Skandynawię na rzecz Islandii... Co za fantastyczny kraj do popełniania morderstw ;) Chłodny, pusty, ponury. Czytając, oczyma wyobraźni widziałam te wyludnione miasteczka, stare cmentarze, nieustający deszcz, kłębiące się chmury. Obraz społeczeństwa islandzkiego rysowany przez Indridasona też jest bardzo mroczny. Komisarz Erlendur ma dwoje dorosłych dzieci - i syn, i córka popadli w nałogi i próbują, jak mogą, zniszczyć sobie życie.

Erlendur to nie Wallander, nie jest tak wyrazistą postacią, nie przywiązałam się do niego, ale sam kryminał mnie zachwycił i na pewno będę kontynuować znajomość z Indridasonem.

21 listopada 2011

Meczenie owiec


Jeśli w bezsenne noce zdarzało Wam się liczyć: pierwsza owca..., druga owca..., trzecia..., to po tej lekturze będziecie liczyć: Matylda..., Sir Ritchfield..., Panna Maple..., Wrzosowata..., Chmurka...

Leonie Swann
Sprawiedliwość owiec
wyd. 3, Amber 2011
Triumf owiec
wyd. 1, Amber 2011

Przyznaję, że początkowo podchodziłam do tych książek, jak do...hmm..do kozy. Powieści, których bohaterkami są owce? W dodatku kryminał i thriller? I powieść filozoficzna na dokładkę? Na szczęście się przemogłam i bardzo się z tego cieszę. Owce upiększyły mi kilka miesięcy, bo czytaliśmy sobie o nich z T. na głos do poduszki. Długo to trwało, bo - tak jak w przypadku liczenia - po kilku owcach zasypiałam, ale bynajmniej nie dlatego, że było nudno.

W pierwszym tomie przygód stadko bystrych owiec, żyjących szczęśliwie na odludnej zielonej polanie ze swoim pasterzem, traci opiekuna w sposób tyle brutalny, co tajemniczy.
- Jeszcze wczoraj był zdrowy - powiedziała Matylda, nerwowo strzygąc uszami.
- To nie ma nic do rzeczy - zauważył Sir Ritchfield, najstarszy tryk w stadzie. - Nie umarł na chorobę. Szpadel to nie choroba.
Owce, zdegustowane szpadlem sterczącym ze zwłok ich pasterza, postanawiają przeprowadzić śledztwo i wykryć zbrodniarza. Nie będzie to proste, gdyż umysł owcy śledczej wędruje ścieżkami krętymi jak baranie rogi. A w dodatku szybko okaże się, że w pobliskim miasteczku tajemnice kłębią się na podobieństwo jagnięcego runa...

W drugim tomie owce opuszczają Irlandię, by wraz z nową pasterką zamieszkać we Francji, na pastwisku przy starym zamku. Szybko okaże się, że nie ma tam co liczyć na idyllę. Pojawią się nowe zwłoki, nowe zagadki, a owce staną w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa i ... stada kóz.

Nie należy oczekiwać Sherlocka Holmesa na łące - trzeba wziąć poprawkę, że z takimi bohaterami to nie będzie typowy kryminał. Jest zagadka, śledztwo i rozwiązanie, ale wszystko to przepełnione jest mnóstwem absurdalnego poczucia humoru i jest on, przynajmniej dla mnie,ważniejszy niż intryga. 

Leonie Swann po prostu weszła w skórę owcy. Nie mogę sobie teraz wyobrazić, że owce nie myślą w taki sposób. Przyznam, że podczas ostatniego pobytu w górach przyglądałam się ich stadu z dużą podejrzliwością...

Bardzo urokliwa lektura, bardzo relaksująca. Znalazła się na liście moich leków na chandrę. Polecam :)

17 listopada 2011

Zmierzch kryminału skandynawskiego

Nie wiem, czy sprawiły to moje wygórowane oczekiwania po "Nocnej zamieci" tego autora oraz po recenzjach wychwalających "Zmierzch" jako jeszcze lepszą książkę Theorina, a może ogólny przesyt skandynawskimi zbrodniami, ale przeczytałam tę powieść bez większego entuzjazmu.

Johan Theorin
Zmierzch
Wyd. Czarne 2008

Niby była dobra. Zagadka ciekawa (zniknięcie małego chłopca, które po latach ma szansę znaleźć wreszcie wyjaśnienie). Świetnie odmalowana atmosfera opustoszałej wioski na Olandii. Nie ma się do czego przyczepić i sama nie wiem czemu nie spełniła moich oczekiwań. Jakoś niespecjalnie mnie wciągnęło to, co się działo z bohaterami. Akcja mnie interesowała, ale nie budziła emocji. Przeczytałam ją kilka tygodni temu i w sumie już za bardzo jej nie pamiętam.

Warto przeczytać dla uroku Olandii. Wielbicielom skandynawskich klimatów powinna się spodobać. Sama pewnie sięgnę po kolejne powieści Theorina. Ale w odniesieniu do "Zmierzchu" pozostanę taka beznamiętna...

PS. Sam gatunek mi się nie przejadł. Czytam teraz Indridasona. Islandzkie bagno wciągnęło mnie z głową. Żałuję, że nie mam "Grobowej ciszy".

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...