31 maja 2012

Bóg, rodzina i teoria ewolucji

To jeden z najpiękniejszych filmów, jakie obejrzałam w tym roku. Zdaję sobie sprawę, że hasło "film o Karolu Darwinie" może na Was podziałać odstraszająco, ale nie dajcie się zwieść pozorom. Nie ma tu poważnego brodatego pana z portretów snującego opowieść o swojej teorii. Jest zbolały ojciec, który stracił ukochaną córkę, a wraz z nią szczęście rodzinne i wiarę w dobrego Boga.

Nawet jeśli Paul Bettany i jego żona Jennifer Connelly nie przypominają zewnętrznie małżeństwa Darwinów, to zagrali ich fantastycznie. Szczęśliwy związek, obdarzony licznym potomstwem, przeszedł poważny kryzys, kiedy na gruźlicę zmarła ich 10-letnia córeczka Annie. Emma Darwin szukała ukojenia w wierze chrześcijańskiej, Karol się od niej oddalał. Żal, bunt i wyrzuty sumienia doprowadziły go niemal na skraj obłędu.

Film oparty jest na książce Annie's Box, którą napisał praprawnuk Karola Darwina, Randal Keynes. Około roku 2000 odkrył on pudełko z pamiątkami po Annie, zachowanymi przez Karola i Emmę, co zainspirowało go do stworzenia biografii przodka, koncentrującej się głównie na jego relacji z ukochaną córką.*

Darwin. Miłość i ewolucja / Creation, reż. Jon Amiel, Wielka Brytania 2009.

* Za angielską Wikipedią.

Annie Darwin

Z ciekawostek:

Kiedy Emma pobierała się ze swoim kuzynem Charlesem była już właściwie "starą panną", miała 31 lat. Mimo tego para doczekała się licznego potomstwa. W filmie zmniejszono ich liczbę, w rzeczywistości urodziło się im dziesięcioro dzieci, z czego dwoje (Mary i Charles) zmarło we wczesnym dzieciństwie, a Annie w wieku 10 lat.

Emma w młodości pobierała lekcje gry na fortepianie u Fryderyka Chopina.

Zachowało się 60 tomów jej pamiętników, są dostępne TU. Z kolei TUTAJ można znaleźć wspomnienie Karola Darwina o Annie oraz opis reakcji młodszej córki, Henrietty, na śmierć Annie, sporządzony przez Emmę.

Emma Darwin, portret
pędzla George'a Richmonda
z 1840 (ok. rok po ślubie)

Emma Darwin z synem Leonardem
(1853)

30 maja 2012

Dziecko niedziecko

Helen Oyeyemi
Mała Ikar
The Icarus Girl, tłum. Jolanta Kozak
W.A.B. 2007
ss. 356 

Małą Jessamy mroczne siły, których nie sposób pojąć, spychają na sam próg szaleństwa. Zaraz runie w dół. Ale nikt tego nie widzi.

Jessamy ma 8 lat. ojca Anglika i matkę Nigeryjkę. Może mieszanka tych dwóch kultur sprawiła, że jest dzieckiem bardzo oryginalnym - czyta Szekspira, pisze haiku. Nie ma przyjaciół, bo cierpi na ataki histerii, przez co inne dzieci uważają ją za dziwaczkę. Matka, licząc na uzdrawiający wpływ swojego rodzinnego domu, decyduje się na wakacyjny wyjazd do Nigerii. Jessamy poznaje tam afrykańską część swojej rodziny, ale nie tylko... W opuszczonym domu spotyka zabawną dziewczynkę Tilly Tilly, która szybko awansuje na wytęsknioną przyjaciółkę. Coś jest jednak nie tak z Tilly Tilly - nie chce, żeby zobaczył ją ktoś dorosły, namawia Jessamy do bardzo niegrzecznych zachowań, a potem tajemniczo przenosi się do Anglii. Jak blisko jest od fascynacji do poczucia osaczenia?


Początkowo, czytając, myślałam - no tak, książka o wymyślonym przyjacielu z dzieciństwa. Potem myślałam - schizofrenia u dzieci. Potem przestałam się domyślać, bo pisarka poprowadziła mnie ścieżką, której istnienia nie podejrzewałam. Fascynujące zderzenie (bo zetknięcie to za słabe słowo) kultury europejskiej z afrykańską, tajemnic psychiki i tajemnic... no właśnie, czego?


Polecam, bardzo ciekawa lektura.


****************


Przy okazji odkryłam, że książki Oyeyemi wydawane są w przepięknych okładkach:

29 maja 2012

Wordless... tuesday

Chyba powinnam założyć jakiś cykl - "Wtorki z robaczkami" ;) Chociaż poprzedni wpis był wieki temu, więc może już nie pamiętacie. Wtedy był to mały niebieski smok, teraz będzie kryształowa gąsienica Acraga coa...


A tak wygląda jak dorośnie i zmężnieje ;) :


Prawda, że słodki?

Podręczny zestaw superbohaterów

John Carter

John Carter, reklamowany z wyprzedzeniem jako wydarzenie sezonu, przeszedł przez kina niemal bez echa. Nie mogę się temu dziwić.

Po pierwsze - główny bohater jest boleśnie nijaki. W scenariuszu nie zapewniono mu wystarczająco fascynującej osobowości, a casting przeprowadzono chyba według kryterium: "ma ładnie wyglądać z długimi włosami". Trudno się do niego przywiązać, bo nie wzbudza żadnych uczuć, chyba że irytację. Gdyby pozwolono nam zadać jakieś pytanie bohaterowi, brzmiałoby ono chyba: "Ale o co właściwie ci chodzi, człowieku?".

Po drugie - znaczna przewaga efektów specjalnych nad fabułą. O ile część dziejąca się na Ziemi w XIX w. jest dość intrygująco pomyślana, to historyjka z Marsa jest banalna do bólu. Mieszanka "Gwiezdnych wojen" z "Avatarem". Trochę fantazyjnych zielonych stworków i piękna wojownicza księżniczka, która ma być wydana za niesympatycznego typa, a zakochuje się w naszym bohaterze. Wizualnie ładne to było, ale nic więcej. Jedyny plus tej części to piesek z Marsa - uroczy.

Stracona szansa. Mogło być dzieło kultowe, a wyszła nudnawa bajka. Może spodobać się starszym dzieciom / młodszym nastolatkom.

Conan Barbarzyńca


Dla Jasona Momoa mogę znieść wiele. Z tym hasłem podjęłam próbę obejrzenia Conana Barbarzyńcy. Od razu wyjaśniam, że pierwowzoru książkowego nie znam, a co gorsza nie widziałam nawet wersji z gubernatorem Arnoldem. Ale wiem, o co w niej chodziło, bo obejrzałam adekwatny odcinek Nostalgicznego Krytyka na youtube (swoją drogą polecam).

To, czym się nowy Conan nie różni od starego, to spora dawka absurdów - np. niewiarygodnie szybki i skuteczny zabieg cesarskiego cięcia wykonany sztyletem na polu bitwy. Całe szczęście, ze atakujący wrogowie taktownie postanowili nie przeszkadzać i kurcgalopkiem przenieśli się na drugi plan. Trzeba chyba być pozbawionym poczucia humoru, żeby obejrzeć cały ten film na poważnie. Na szczęście wentyl w postaci prywatnych komentarzy z offu pozwolił nam pełniej docenić dzieło. Zresztą, fabularnie nie był nawet taki zły - co wnioskuję na podstawie tych nieczęstych momentów, kiedy miałam otwarte oczy. Zamykałam je, żeby nie widzieć niewiarygodnej ilości komputerowych trójwymiarowych flaków latających po ekranie.

Dobrze zagrany. Barbarzyńca był rzetelnie barbarzyński, czasem robił wrażenie autystycznego psychopaty, ale równoważył to wyglądem ;) Ukochana Conana, Tamara, jak zwykle w amerykańskich superprodukcjach - ładna i kompletnie nijaka. Twarz nie do zapamiętania. Świetna za to wiedźma Marique.

Film raczej dla bezkrytycznych wielbicieli Conana. I Jasona Momoa :)

28 maja 2012

Wiosna w ogrodzie zen

Fakt, że autorzy dręczący Prowansję i hańbiący Bretanię nie zostali jeszcze zlinczowani przez miejscową ludność, dowodzi tylko dobroci miejscowej ludności.

Malmsten  z pewnością Francji nie dręczy i nie hańbi i jest bardzo daleko od głównego nurtu literatury przeprowadzkowej: "przeprowadziłem się do innego kraju i jacy oni tu są wszyscy dziwni". Jeśli ktoś spodziewa się drugiej Frances Mayes albo Petera Mayle'a, głęboko się rozczaruje. A chyba takie są oczekiwania większości czytelników, sądząc po blogowych recenzjach - głównie negatywnych. To prawda, autorka-narratorka przeniosła się ze Szwecji do Francji, ale jej powieść opowiada raczej o pielęgnacji ogrodu niż o szoku kulturowym. Chyba że za szok można uznać wysoką cenę wody w Finistere...


Bodil Malmsten
Cena wody w Finistere
Priset på vatten i Finistère
Wydawnictwo Literackie 2007


Zostałam całkowicie zaczarowana przez tę powieść i obiema rękami podpisuję się pod rekomendacją Kapuścińskiego na okładce. Popołudnie w ogrodzie - cisza, nic się nie dzieje, szumią drzewa, śpiewają ptaki, czasem wpadnie niespodziewany gość, z którym będzie się niespiesznie piło herbatę na zacienionej werandzie. Taka właśnie jest atmosfera tej książki. Streszczanie akcji nic Wam nie da, bo akcji tu niewiele, więcej nastroju.

Jednoczę się z wszechświatem, żadnej mistyki, zwykłe uczucie przynależności. Nic w tym dziwnego.

Jeśli mam się do czegoś przyczepić, to do drugiej połowy książki, gdzie na plan pierwszy wysuwają się problemy z napisaniem powieści. Właśnie tej powieści, "Ceny wody...". Malmsten właściwie nie chce jej pisać, robi to głownie z powodu problemów finansowych. Po pewnym czasie zaczęło mnie to irytować, zwłaszcza że miałam wrażenie, że te narzekania miały na celu głównie zwiększenie objętości dzieła. Jestem to jednak w stanie wybaczyć autorce, bo to jedna z tych magicznych książek, które mam ochotę przeczytać ponowne natychmiast po przewróceniu ostatniej strony.

Mam ogromną słabość do pisarzy, którzy nie są ani hurraoptymistami, ani czarnowidzami, ale potrafią doceniać piękno świata, nie zapominając przy tym o jego dramatach. Są wojny, ludzie giną, ale nadal wiosną kwitną kwiaty.

Nafaszerowane narkotykami dzieci wysyła się z karabinem w ręce na wojny plemienne, gdzie indziej sadza się je w brudzie na posadzce w śmierdzącej piwnicy i każe kleić tenisówki, dzieci głodują, są wykorzystywane — nie mogę powiedzieć, że o tym nie wiem. Ja wiem, wszyscy wiedzą, widzieliśmy zdjęcia, całą masę zdjęć (...). ... moje pokolenie niczemu nie zaradziło, znów na to pozwalamy, nie tylko w Afryce, wszędzie, pozwalamy, by to trwało.
Moje pokolenie miało wszystko: pigułkę anty-koncepcyjną, pracę i jasną przyszłość. Nie podzieliło się nią, zatrzymało dla siebie, na emeryturę. Skonfiskowało przyszłość następców — z lenistwa i egoizmu, nie pomnożyliśmy tego daru, zagarniając, ile się dało, zdefraudowaliśmy przyszłość, ukradliśmy ją. Moje pokolenie to pokolenie psychopatów — cudze cierpienie jest dla nas nierealne, nie czujemy go, jesteśmy tylko my i nasi: oczywiście. (...)
Wiedzieć, jak głęboka jest nasza wina, i mimo to żyć w pełnym słońcu, jechać samochodem przez wioski i miasteczka, do siebie, w stronę morza, zbliżać się do domu, mieć dom, do którego się wraca, wysyłać przekazy „Lekarzom bez granic", wrzucać pieniążek do skarbonki, w całym tym bezsensie żyć szczęśliwie, gdyż postawa odwrotna byłaby jeszcze większym bezsensem.

25 maja 2012

oTAGowana

Zostałam oTAGowana przez Grendellę i Milvannę. Bardzo dziękuję za zaproszenie.

Posłusznie odpowiadam na 8 pytań, ale jako okrutny niszczyciel łańcuszków nie przekazuję go dalej. Przyznaję, że zupełnie się zagubiłam w meandrach tej zabawy, umknęły mi założenia i nie wiem, kto w niej już brał udział.


A przechodząc do rzeczy:


1. Trzy słowa, które najlepiej Cię opisują. Tak, wiemy, że to trudne ;)

Może: "homo sapiens sapiens"?
Albo: "nałogowa, chaotyczna czytelniczka"?
Pasowałoby też: "zadowolona z życia pesymistka", ale nie wiem czy "z" nie liczy się jako czwarte słowo ;)

2. Ulubiona książka lub ukochany film z czasów nastoletnich.

Nie będę oryginalna - znałam na pamięć Jeżycjadę i kilka kryminałów Chmielewskiej (z naciskiem na "Wszystko czerwone", "Całe zdanie nieboszczyka" i "Większy kawałek świata"). Ulubionych filmów chyba nie miałam, dopiero na studiach wciągnęłam się w oglądanie ;) Ale nigdy nie przepuszczałam seansu polskiego filmu "Ewa chce spać", na szczęście często wtedy powtarzanego w telewizji.



3. Lektura szkolna której nie doczytałeś/aś i dlaczego.

"Makbet" Szekspira. Nie wiem czemu, bo tragedie i komedie Szekspira wtedy uwielbiałam i czytywałam je dla przyjemności prywatnie. Nie sądzę, żeby mi coś nie pasowało w akcji, raczej nie zdążyłam na czas. Planuję nadrobić.
Dla równowagi przeczytałam całe "Nad Niemnem", chociaż kazano nam tylko obejrzeć ekranizację. Dobrowolnie i dla przyjemności przeczytałam.


4. Fikcyjne miejsce, które chciał(a)byś odwiedzić.

Avonlea


5. Pora dnia, kiedy najlepiej ci się czyta i/lub pisze na blogu.

Siódma rano. Ale rzadko mam okazję siedzieć o tej porze przed komputerem, chyba że w pracy. Niemniej do południa moje szare komórki pracują jakby szybciej.


6. Gdybyś zdecydował(a) się napisać, książkę, o czym by ona była?

Żadnego problemu z tym pytaniem, trzy fabuły mam już drobiazgowo obmyślone :) Tylko przy przelewaniu na papier okazuje się, że talent jednak nie ten. W planach dwie fantastyki - jedna nieco steampunkowa o teorii spiskowej, druga bardziej w klimatach średniowiecznego fantasy o dziewczynce, która musi przewędrować cały targany wojną kontynent, żeby nie znaleźć pewnej odpowiedzi. Trzecia, dla odmiany, to kryminał w historycznych okolicznościach przyrody. XIX wiek, polska emigracja w Paryżu, trzy siostry, trucizna, ale nie będę szczegółów zdradzać ;) W każdym razie wszystkie prawa do fabuł zastrzegam :)


7. Gdybyś miał(a) żyć w innej epoce, to jaką byś wybrał(a) i dlaczego?


Belle epoque, li i jedynie. Tak, wiem, że to były parszywe czasy dla kobiet, ale za to jakie piękne.  Najchętniej w Anglii i w zamożnej rodzinie ;)
Po cichu żywię też ogromną słabość do PRLu. Może to jakieś wspomnienie dzieciństwa, ale podejrzewam, że raczej sympatia ukształtowała się pod wpływem młodzieżowych lektur i starych komedii. No i dawne samochody były dużo ładniejsze i było ich znacznie mniej.

8. Blog nie związany z książkami, na który regularnie zaglądasz.

http://minimalist-ka.blogspot.com/ (filozofia bliska mojemu sercu)
http://blondhaircare.blogspot.com/ (podczytuję i wdrażam w życie, mam słabość do naturalnych kosmetyków i zapuszczam włosy)
http://www.enchanteddoll.com/blog/ (tu mnie lekka zazdrość podżera, bo moje rączki jakieś takie lewe)
http://www.beawkuchni.com/ (mój ulubiony blog kulinarny)

Poza tym na wiele nieksiążkowych blogów zaglądam nieregularnie, preferowana tematyka wegetariańsko-ekologiczna, lalkowo-twórcza, mieszkaniowo-aranżacyjna i ogrodowo-roślinna ;)

24 maja 2012

Dwa razy pas


Ostatnio dwa razy poddałam się, czytając książkę, którą obiektywnie określiłabym jako dobrą.

Uwielbiam Pereza Reverte za "Klub Dumas" i "Szachownicę flamandzką". Bardzo lubię za "Fechmistrza", "Ostatnią bitwę Templariusza" i "Cmentarzysko bezimiennych statków". Z zainteresowaniem przeczytałam "Terytoriów Komanczów" i "Batalistę" oraz dwa pierwsze tomy "Kapitana Alatriste". Na trzecim - "Słońce nad Bredą" - poległam, bo był w całości opisem działań batalistycznych, i potem już nie kontynuowałam serii. Mimo tego alatristowego potknięcia uważam Pereza Reverte za świetnego pisarza i  naprawdę wyczekiwałam z nadzieją lektury "Oblężenia". Niestety, po 200 stronach definitywnie padłam w tej francusko-hiszpańskiej bitwie.

Powieść ma sporo drobiazgowo opisywanych wątków. Głównym bohaterem jest hiszpańskie miasto Kadyks, leżące na półwyspie, oblegane przez Francuzów (wojny napoleońskie). Zamknięci w jego obrębie mieszkańcy, od czasu do czasu bombardowani pociskami, które na ogół nie dolatują do celu, starają się prowadzić normalne życie. Mamy tu zagadkę kryminalną - morderstwa popełniane na młodych dziewczętach i ponurego komisarza Tizona, który stara się znaleźć sprawcę. Mamy ładną i inteligentną bohaterkę (kobiety u Pereza są zawsze bystre), Lolitę Palmę, stojącą na czele firmy handlowej, oraz korsarza Pepe Lobo i nieśmiało kiełkujący wątek romansowy. Mamy też francuskiego szpiega i francuskiego artylerzystę, kapitana Desfosseux. Realia historycznie oddane są bardzo dokładnie - wydaje mi się wręcz niemożliwe, że opisuje je człowiek, który żyje współcześnie.

Wszystko to brzmi bardzo dobrze, ale ma jedna podstawową wadę - jest nieziemsko nudne. Naprawdę nie czytuję wyłącznie książek o wartkiej akcji obfitującej w niespodzianki, czasem lubię sobie leniwie płynąć z fabułą, ale jeśli ktoś pisze o morderstwach i piratach, a ja brnę przez to w pocie czoła, to chyba coś jest nie tak. Przy stronie z numerkiem 200 (jeszcze ponad 2 x tyle zostało przede mną) pomyślałam sobie, że nic nie obchodzi mnie los bohaterów i jeśli francuskie bomby zrównają Kadyks z ziemią, to nie odczuję nawet drgnienia żalu. A skoro tak, to chyba nie ma sensu kontynuować.

Polecam nie kierować się moimi subiektywnymi odczuciami i przekonać się osobiście. Sama może kiedyś powrócę do lektury, kiedy będę miała dużo czasu i wolniejsze tempo życia. Prawdopodobnie na emeryturze.

***************

Właściwie moje zarzuty wobec "Pokoju z widokiem" będą bardzo podobne. Nuda i brak zainteresowania losem bohaterów. Poległam jednak znacznie szybciej, bo w ogóle nie przepadam za romansami, a nudne romanse to już okrutna kara.

Klimatyczna powieść, dziejąca się na początku XX w. wśród brytyjskich turystów we Włoszech. Dobrze oddana atmosfera pensjonatu, karykaturalne portrety drugoplanowych bohaterów, niepokojący urok Florencji. Główna bohaterka, młodziutka Angielka z dobrego domu, Lucy Honeychurch, przybywa tu wraz ze starszą i nudną kuzynką Charlottą. W pensjonacie poznają dwóch panów Emerson, ojca i syna, których zachowanie - na bakier z konwenansami - nie wzbudza sympatii pozostałych gości. Wbrew sobie Lucy odkrywa, że niebanalny George Emerson potrafi wprawić jej serce w drżenie.


Zarzut podstawowy - Lucy jest nijaka. Może autor mężczyzna nie potrafił wczuć się w psychikę kobiety albo taką właśnie chciał ją uczynić. Na mnie jednak zupełnie nie robiła wrażenia żywej istoty. Pod wpływem Georga zaczynają budzić się w niej jakieś ciekawsze instynkty, ale mnie nie zaciekawiły na tyle, żeby kontynuować przygodę.


Polecam zainteresowanym, a sama zamierzam jeszcze dać szansę temu pisarzowi.

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...