15 marca 2011

Jak wyhodować lepszego człowieka

Nicolas d'Estienne d'Orves
Sieroty zła
WAB 2009
ss. 502


Dramatyczny tytuł i swastyka na okładce nie są dla mnie literackim wabikiem - raczej powodują mój szybki odwrót. Tym razem jednak książka została mi wręczona przez koleżankę z rozkazem przeczytania. Ponieważ wcześniej widziałam rzeczoną koleżankę, jak podczytywała tę lekturę pod biurkiem w pracy, nie mogąc się oderwać, dałam się przekonać. 

Dobry thriller nie jest zły, a nazwisko autora gwarantowało, że przynajmniej nie będzie to książka o dzielnym amerykańskim profesorze, który umie rozwikłać wszelkie europejskie tajemnice (nie czepiam się Dana Browna, ale powtarzalność tego schematu jest męcząca). Poza tym temat książki jest zaiste frapujący. Książki o nazizmie, przynajmniej te, z którymi się stykam, dotyczą najczęściej problemu Holocaustu i cierpień ludności cywilnej. Zdumiewająco mało lektur natomiast zostało poświęconych samym nazistowskim ideom (które stały za powyższym) stworzenia nowej rasy panów, które przebijają literacką fikcję zrodzoną w głowie najbardziej płodnego autora. Tak szczerze - gdybyście przeczytali w książce o Austriaku z czarnymi włosami i krzywym nosem, jak zdobywa władzę, głosząc, że na świecie powinni panować niemieccy blondyni (optymalnie - z prostymi nosami), a wszyscy go oklaskują,  nie uznalibyście, że to straszliwy kit?

Lebensborn - wokół którego d'Estienne d'Orves oplótł swoją fabułę - istniał naprawdę. Kliniki, w których "aryjskie" kobiety zapładniane przez "aryjskich" mężczyzn, zwykle z SS, miały rodzić czyste rasowo dzieci ku chwale Niemiec - to brzmi jak fikcja, ale fikcją nie było. Podobnie jak, na podbitych ziemiach, odbieranie rodzicom dzieci o odpowiednim typie urody, ich wywożenie i germanizacja. Ośrodki Lebensbornu powstawały w całej Europie - największy w Polsce znajdował się pod Łodzią. Rzeczywiste (chociaż brzmią fantastycznie) były też prowadzone przez nazistów wykopaliska archeologiczne, podczas których szukano niemieckich "przodków" - Arian, rasy panów. 

Oczywiście sporo w "Sierotach zła" historical fiction, ale ostatecznie nie jest to dokument, więc można na to przymknąć oko, bo  zaletę ma niewątpliwą - nie sposób się oderwać od czytania. Co prawda, styl autora nie do końca mi odpowiadał i przez pierwszą część dość ciężko było mi się wciągnąć w akcję, ale za to potem odmawiałam wypuszczenia lektury z ręki.

Akcja rozgrywa się w kilku planach czasowych - współcześnie, w latach 80. i w czasie II wojny światowej. Bohaterów też jest kilku, chociaż na pierwszy plan wysuwa się Anais - młoda Francuzka o nietypowej przeszłości. Przyjmuje intratne zlecenie, które polega na napisaniu wraz z pewnym fascynatem nazizmu książki na temat Lebensbornu. Niby temat bezpieczny, bo historyczny, ale zadanie okazuje się nie takie proste. Pracodawca jest postacią bardzo skomplikowaną, a pewne wydarzenia - samobójstwa i porwania - wskazują, że nie wszystkim zależy na ujawnieniu faktów. Świadkowie tamtych czasów nadal przecież żyją.
Ta historia przeplata się ze śledztwem prowadzonym w latach 80. przez francuskiego komisarza - na terenach posiadłości francuskiego mera zostają odnalezione spalone zwłoki. W czasach wojennych natomiast śledzimy historię małej dziewczynki, Leni, która wychowuje się na odludnej skalistej wyspie w Norwegii, pod opieką tajemniczego wujka Ottona.

Książkę polecam, fabuła trzyma w napięciu, a temat daje do myślenia (oraz skłania do gorących modlitw, by już nigdy nie pojawili się na świecie przywódcy o tak poronionych pomysłach). Jeżeli jednak ktoś chce przeczytać, to polecam nie wczytywać się w notkę na merlin.pl - jest krótka, ale ujawnia zdecydowanie za dużo. Blurb na okładce jest natomiast wyjątkowo niegroźny.

8 marca 2011

Date a girl who reads - znalezione w sieci

 "Date a girl who reads. Date a girl who spends her money on books instead of clothes. She has problems with closet space because she has too many books. Date a girl who has a list of books she wants to read, who has had a library card since she was twelve.

Find a girl who reads. You’ll know that she does because she will always have an unread book in her bag. She’s the one lovingly looking over the shelves in the bookstore, the one who quietly cries out when she finds the book she wants. You see the weird chick sniffing the pages of an old book in a second hand book shop? That’s the reader. They can never resist smelling the pages, especially when they are yellow.

She’s the girl reading while waiting in that coffee shop down the street. If you take a peek at her mug, the non-dairy creamer is floating on top because she’s kind of engrossed already. Lost in a world of the author’s making. Sit down. She might give you a glare, as most girls who read do not like to be interrupted. Ask her if she likes the book.

Buy her another cup of coffee.

Let her know what you really think of Murakami. See if she got through the first chapter of Fellowship. Understand that if she says she understood James Joyce’s Ulysses she’s just saying that to sound intelligent. Ask her if she loves Alice or she would like to be Alice.

It’s easy to date a girl who reads. Give her books for her birthday, for Christmas and for anniversaries. Give her the gift of words, in poetry, in song. Give her Neruda, Pound, Sexton, Cummings. Let her know that you understand that words are love. Understand that she knows the difference between books and reality but by god, she’s going to try to make her life a little like her favorite book. It will never be your fault if she does.

She has to give it a shot somehow.

Lie to her. If she understands syntax, she will understand your need to lie. Behind words are other things: motivation, value, nuance, dialogue. It will not be the end of the world.

Fail her. Because a girl who reads knows that failure always leads up to the climax. Because girls who understand that all things will come to end. That you can always write a sequel. That you can begin again and again and still be the hero. That life is meant to have a villain or two.

Why be frightened of everything that you are not? Girls who read understand that people, like characters, develop. Except in the Twilight series.

If you find a girl who reads, keep her close. When you find her up at 2 AM clutching a book to her chest and weeping, make her a cup of tea and hold her. You may lose her for a couple of hours but she will always come back to you. She’ll talk as if the characters in the book are real, because for a while, they always are.

You will propose on a hot air balloon. Or during a rock concert. Or very casually next time she’s sick. Over Skype.

You will smile so hard you will wonder why your heart hasn’t burst and bled out all over your chest yet. You will write the story of your lives, have kids with strange names and even stranger tastes. She will introduce your children to the Cat in the Hat and Aslan, maybe in the same day. You will walk the winters of your old age together and she will recite Keats under her breath while you shake the snow off your boots.

Date a girl who reads because you deserve it. You deserve a girl who can give you the most colorful life imaginable. If you can only give her monotony, and stale hours and half-baked proposals, then you’re better off alone. If you want the world and the worlds beyond it, date a girl who reads.

Or better yet, date a girl who writes."

Rosemary Urquico

Zachwyciło mnie to :)

7 marca 2011

Czarny kot na cmentarzu w noc burzową

Jako że nie samymi arcydziełami literatury człowiek żyje, a ostatnie moje trzy lektury tematykę miały poważną, postanowiłam sięgnąć dla równowagi po coś lekkiego. Padło na gotycką powieść dla młodzieży. Do Zafona miałam dotąd stosunek nieuregulowany, fifty-fifty można powiedzieć. Czytałam dwie książki: "Cień wiatru" podobał mi się bardzo, "Gra Anioła" - nieszczególnie. Ciekawa byłam, na którą stronę przechyli szalę "Marina", bo o niej będzie mowa.



Carlos Ruiz Zafón
Marina
Muza 2009
ss. 304

Miło mi zawiadomić, że "Marina" przechyliła szalę na plus dla Autora.



Książka zawiera wszystkie elementy w powieści gotyckiej niezbędne, czyli:
  • stare opuszczone domostwa, w których słychać podejrzane trzaski i szelesty (sądząc po tej lekturze - Barcelona składa się wyłącznie z wymarłych osiedli),
  • zarośnięte ogrody, w których na pewno coś się między zielskiem czai,
  • wiekowe, zapomniane cmentarze, na których groby aż proszą się o rozkopanie,
  • zakapturzone tajemnicze postaci pojawiające się znienacka i takoż rozpływające w powietrzu,
  • ludzi o mrocznej przeszłości, którą chętnie się podzielą z głównym bohaterem, po czym padną martwi w niewyjaśnionych okolicznościach,
  • bladolice piękności o tragicznych losach,
  • i rzecz jasna - czarnego kota.

Tak, tak, wiem, że zabrzmiało to odrobinę ironicznie, ale ja naprawdę doskonale bawiłam się przy lekturze i nie mogłam się oderwać aż do ostatniej strony. W końcu bez tych wymienionych elementów - chociaż oklepanych - to nie byłaby wcale powieść gotycka. W dodatku mogę też Autorowi na plus policzyć zgrabny morał (nie warto bawić się w Boga) oraz nawiązane do pewnej znanej powieści grozy (patrz: nazwisko jednej z bohaterek). Jeśli potraficie lekko przymrużyć oko na te wszystkie mrożące krew w żyłach okoliczności - będziecie się bawić równie dobrze jak ja.

6 marca 2011

Englishman in New York

A właściwie Irish woman, ale nie bądźmy drobiazgowi ;)

Colm Tóibín
Brooklyn
Rebis 2009
tłum. Jerzy Kozłowski
ss. 256

Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że z Bookerem mi nie po drodze. To już druga powieść, po "Tajemnicy rodu Hegartych", która została nominowana do tej nagrody, a we mnie nie wzbudziła kompletnie żadnych emocji.

Dwudziestoparoletnia Eilis mieszka w Irlandii z matką i starszą siostrą, Rose. Eilis jest bezrobotna i bez większych szans na posadę - dom utrzymuje Rose i częściowo bracia, którzy za pracą wyjechali do Anglii. Tymczasem przed Eilis otwiera się możliwość emigracji do Stanów Zjednoczonych, gdzie ma obiecaną pracę i pomoc zaprzyjaźnionego księdza. Podejmuje wyzwanie i wyjeżdża - początkowo czuje się fatalnie i marzy o powrocie, ale powoli wrasta w nowe otoczenie, zwłaszcza kiedy poznaje sympatycznego Tony'ego. Jednak los szykuje dla niej przykrą niespodziankę i przed dziewczyną staje konieczność powrotu do Irlandii...

Sięgnęłam po "Brooklyn", bo po rewelacyjnej "Wyspie klucz" miałam chęć na coś więcej o imigrantach w Ameryce. Niestety, tym razem nie byłam zachwycona, chociaż wiedza mi się odrobinkę poszerzyła. "Brooklyn" przypominał mi szkolną lekturę - można by go analizować na ładnych paru lekcjach, zadając pytania w stylu "Jak wyglądała sytuacja na irlandzkim rynku pracy?", "Jakie były szanse emigracji zarobkowej i dokąd?", "Jak wyglądała podróż do Stanów?", "Jak wyglądały kontakty między imigrantami różnych narodowości?" itp. Wszystkie odpowiedzi da się bez wysiłku znaleźć w tekście. Można też zrobić uczniom sprawdzian na temat dylematu bohaterki, która musi zdecydować między samodzielnością na emigracji a powrotem do ciepłego domu. Bardzo to ciekawe jest, niestety nie porywa i to podstawowa (dla mnie) wada książki. 

Jeśli Toibin miał na celu drobiazgowe opisanie sytuacji imigrantów irlandzkich w Stanach, to naprawdę mógł na tym, skądinąd interesującym, tle umieścić ciekawszą, mniej telenowelowatą historię. Jeżeli natomiast chodziło mu tak naprawdę o wspomniany dylemat głównej bohaterki, to całość jest za długa o pierwsze 200 stron, które robią wrażenie wstępu do właściwej akcji. Do tego styl jest suchy i kanciasty (nie jest zły, ale nie należy do tych, które tygrysy lubią najbardziej), a bohaterowie nie robili na mnie wrażenia istot z krwi i kości - nie byłam w stanie zżyć się z żadnym.

Moim zdaniem - można przeczytać, ale nie trzeba. Podejrzewam, że za tydzień nie będę już o tej książce pamiętać.

5 marca 2011

Pokuta

Ian McEwan
Pokuta
tłum. Andrzej Szulc
Albatros 2008
ss. 400


Świetna książka, przez którą przedzierałam się chyba pół roku... Jak to w ogóle możliwe?

Powieść zachwyciła mnie od pierwszego zdania - atmosferą, językiem, intrygą. Zaczęłam od słuchania audiobooka i to nie było dobrym pomysłem. Zacięłam się najpierw na opisie budzącej się między bohaterami miłości (no, ale już taka obrzydliwie pragmatyczna jestem, że od opisów romantycznych porywów, zwłaszcza pierwszych, mam mdłości), mimo że go pod względem literackim doceniłam, a potem na części wojennej. Jednak w słuchaniu lepiej sprawdzają się książki lekkie, łatwe, przyjemne i przygodowe. Na szczęście, całkiem ostatnio przy wizycie w bibliotece (kiedy to tradycyjnie miałam tylko oddać, a wyszłam z czterema dziełami) zauważyłam na półce z "niedawno oddanymi" czekającą na mnie wersję drukowaną, więc pożyczyłam - i skończyłam ją w dwa dni.


Zaczyna się w latach 30. XX wieku w posiadłości państwa Tallis, gdzie 13-letnia Briony, dziewczę o ambicjach literackich, przygotowuje się właśnie do wystawienia swojej sztuki. Nie wie, że zostało jej już tylko kilka dni dzieciństwa - jedna fałszywa interpretacja i przekonanie o własnym sprycie wystarczą, żeby wszystko zmienić. Swoim lekkomyślnym postępowaniem skrzywdzi dwoje bliskich sobie ludzi i przez resztę życia będzie próbowała za ten czyn odpokutować.

Filmowa Briony w ekranizacji z 2007 r.
 

McEwan jest mistrzem nastroju. Pierwsza część jest gorąca, podszyta ukrytą namiętnością i niepokojem. Druga -  brudna, zakrwawiona, wojenna. Trzecia - ta pokutna właśnie - gorączkowa i pełna oczekiwań. Czwarta - nostalgiczna. Każda w swoim rodzaju, ale razem tworzą spójną całość.

Zaraz po skończeniu książki obejrzałam ekranizację i muszę przyznać, że jest wyjatkowo wierna (oczywiście, są pewne skróty, ale niezbędne przy przenoszeniu powieści na ekran). Wydaje mi się jednak, że nieco "uckliwiono" tę historię - w każdym razie część wojenna polega głównie na wzdychaniu głównego bohatera do ukochanej, zamiast na walce o przetrwanie. Niemniej, film ma piękne zdjęcia i świetną Saoirse Ronan w roli małej Briony. Majstersztykiem jest muzyka idealnie zgrana z akcją, nic dziwnego, że film zgarnął za nią Oskara. Ogląda się z przyjemnością, choć pewnie większą, jeśli nie zna się z góry zakończenia ;)

2 marca 2011

Cud, miód i orzeszki

Ach i och! Tyle tylko jestem w stanie z siebie wykrzesać tuż po przewróceniu ostatniej strony "Na plebanii w Haworth". Dawno już żadna książka nie wzbudziła we mnie tak jednoznacznego zachwytu - delektowałam się każdą stroną. Nie potrafię wymienić żadnej jej słabości - ta książka nie ma wad.

Anna Przedpełska-Trzeciakowska stworzyła arcydzieło i jedyne, co mogę jej zarzucić, to że napisała tylko jedną książkę. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o Autorce, to polecam ten artykuł. A jeżeli chcecie wiedzieć WSZYSTKO o rodzeństwie Bront
ë, to przeczytajcie "Na plebanii w Haworth" - koniecznie.

Normalnie nie lubię biografii i ich nie czytuję - autobiografie to co innego. W autobiografii człowiek mówi, o tym, kogo zna najlepiej, czyli o sobie samym. Jeśli nawet kłamie, to i tak czegoś się o nim możemy w ten sposób dowiedzieć. Natomiast interpretacja szczątkowych źródeł, zwłaszcza na temat osoby żyjącej wieki temu, zawsze wydawała mi się mało wiarygodna, a jej rezultat nudny. Tych uwag zupełnie nie można jednak odnieść do biografii rodziny Brontë.

Rodzeństwo Brontë było niepospolite, bez wątpienia. Wystarczy przeczytać rozdział o ich dziecięcym świecie z wyobraźni, który stworzyli w najdrobniejszych szczegółach, zaludnili bohaterami i - dosłownie - żyli w nim przez wiele lat, tak, że był dla nich bardziej prawdziwy niż rzeczywistość. Poza tym uwielbiam powieści sióstr, więc byłam bardzo zainteresowana ich biografią. Jednak zasługą pisarki jest stworzenie świata, który jest niesamowicie żywy, kolorowy i prawdziwy. Po przeczytaniu książki czuję się tak zżyta z jej bohaterami, jak nigdy wcześniej. Do tego - chociaż jest to rzetelna biografia z licznymi odwołaniami do źródeł - czyta się ją jak najlepszą powieść, po prostu nie można się oderwać.

Jeśli jeszcze nie czujecie się zachęceni, to pozwólcie, że Wam przedstawię rodzeństwo Brontë:

Charlotte Brontë
(rys. G. Richmond)
Autorka "Jane Eyre" - biedna chudziutka, malutka, krótkowzroczna i chorobliwie nieśmiała Charlotte, której los nie oszczędził, odbierając jej niemal wszystkich bliskich, a dopiero potem wynagrodził na krótko literackim uznaniem i miłością. Całe życie borykała się z przeświadczeniem o własnej brzydocie - zresztą także i jej współcześni uznawali ją za nieładną. Nie mogę tego pojąć. Na rysunku obok widać, że nie pasuje do ówczesnych kanonów urody, ale ma zdecydowanie interesującą twarz, a na zdjęciu (zrobionym już u schyłku jej życia - tzn. w okolicach czterdziestki) wygląda uroczo. Tymczasem Charlotte uważała swoją powierzchowność za "odrażającą" i twierdziła, że ludzie odwracają od niej spojrzenie ze wstrętem.


Charlotte Brontë
(fot. 1854)


Charlotte siłą rzeczy wysuwa się na pierwsze miejsce w biografii (zwłaszcza w drugiej połowie), jako że pozostawiła po sobie najwięcej źródeł pisanych - pamiętniki z młodości i późniejszą dość obfitą korespondencję.


Emilie Brontë
Emilie, uznawana za najbardziej utalentowaną, miała też najsilniejszy charakter. Wszystkie trzy siostry były nieśmiałe - stroniły od ludzi, a wychowywane na odludziu nie nabyły towarzyskiej ogłady. Emilię jednak cechowało zdecydowanie i upór. Nikt nie mógł jej przekonać do czegoś, na co nie miała ochoty (co być może przyczyniło się do jej śmierci). Pozostawiła po sobie tylko jedną powieść (istnieje podejrzenie, że druga - nieukończona - została zniszczona przez Charlotte) i bardzo dobre poezje. Jej dzieła cechowały ogromna namiętność i pasja - wielu nie wierzyło, że słabo wykształcona córka pastora może napisać taką powieść jak "Wichrowe wzgórza".

Anne Brontë
(rys. Charlotte Brontë)

Anne była przez wszystkich określana jako łagodna i spokojna. Wiadomo o niej najmniej - urodziła się ostatnia i umarła pierwsza. Cechowała ją najmniejsza wyobraźnia (ale nie najmniejszy talent), swoje książki opierała najmocniej na doświadczeniach własnych. Ponoć "Agnes Grey" jest dość wiernym zapisem jej własnych przeżyć jako guwernantki, zaś jej druga i ostatnia jej książka "The Tenant of Wildfell Hall" oparta jest na smutnym końcu Branwella.

Wreszcie jedyny brat - Branwell. Niezbyt urodziwy, niski i rudy, ale bardzo towarzyski, brylował w pobliskiej gospodzie. Najmniej uzdolniony, nie spełnił się ani na polu literatury, ani malarstwa - nawet pozycji zawiadowcy stacji (sic!) nie utrzymał zbyt długo. Jego ambicje wykraczały znacznie ponad talent, a bezpodstawne zarozumialstwo było nawet większe niż ambicje. Skończył w przykry dla wszystkich członków rodziny sposób, nigdy nie spełniając pokładanych w nim oczekiwań. 

Rodzenstwo Brontë (rys. Branwell Brontë)
Teraz tylko mam problem, co czytać. Tak mocno związałam się ze światem Haworth, że nie mam ochoty przenosić się do innego...

Bibliografia sióstr Brontë:

Charlotte Brontë
Jane Eyre (Dziwne losy Jane Eyre)
Shirley
Vilette (Vilette)
Professor

Emilie Brontë
Wuthering Heights (Wichrowe wzgórza)

Anne Brontë
Agnes Grey
The Tennant of Wildfell Hall

Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Na plebanii w Haworth, Świat Książki 2010, ss. 512

1 marca 2011

Trzy razy Sylvain Chomet

... w kolejności subiektywnej, która zupełnym przypadkiem jest też kolejnością chronologiczną.

Uwielbiam filmy animowane i maniacko oglądam wszelkie produkcje Pixara, Disneya i pochodnych. Toy story 3, które dostało Oskara, z pewnością jest świetna bajką (nie wiem, bo akurat żadnej części Toy story jeszcze nie widziałam). Niemniej, jeśli mowa o stronie wizualnej,  o wiele bardziej zachwyca mnie styl animacji odległy od tego najpopularniejszego w amerykańskich bajkach. 

 
Moim niepodważalnym faworytem jest The Secret of Kells (2009), który był nominowany do Oskara, ale go nie dostał. Przegrał jednak w doborowym towarzystwie, bo rok 2009 w animacje był mocny. Ex aequo znajdują się animacje francuskiego twórcy Sylvaina Chometa - stworzył trzy filmy pełnometrażowe i wszystkie trzy warto zobaczyć. Uwielbiam styl, w jakim zostały narysowane, a i fabuły mają warte poznania - chociaż trzeba pamiętać, że Trio z Belleville i Iluzjonista są kierowane do dorosłego widza.

Trio z Belleville, 2003
(Les Tripllettes de Belleville)


Mały Champion nie ma rodziców, ale ma babcię Madame Souzę. Babcia wzrost ma niewielki, ale charakter bardzo silny i zrobi wszystko, żeby pocieszyć smutnego wnuka. Strzałem w dziesiątkę okazuje się rower - z małego grubaska wyrasta doskonały cyklista. Jego talent okaże się jednak ogromnym zagrożeniem - Champion zostaje porwany. Madame Souza nie podda się, dopóki go nie odnajdzie.




Dzielny Despero, 2008
The Tale of Despereaux

Dzielny Despero jest kierowany do dzieci, ale i dorośli będą się na nim dobrze bawić. Mimo że jest to animacja trójwymiarowa, nadal wyraźnie odróżnia się od stylu shrekopodobnego - momentami przypominała mi ilustrację do baśni. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo jest to ekranizacja książki (Kate DiCamillo The Tale of Desperaux).


Mały Despero odróżnia się od swoich współplemieńców nie tylko mikrym wzrostem i ogromnymi uszkami, ale przede wszystkim bezpardonową odwagą i ciekawością świata. Zamiast obgryzać książki w bibliotece, zaczyna je czytać - baśń o księżniczce uwięzionej w wieży i dzielnym rycerzu rozbudza jego wyobraźnię. Kiedy sam spotyka piękną, smutną królewnę, postanawia zrobić wszystko, żeby jej pomóc.






Iluzjonista, 2010
L'Illusionniste

Iluzjonista nominowany był w tym roku do Oskara, jednak mu nie kibicowałam. Pod względem wizualnym jest rzeczywiście niezwykle zachwycający. Animacja jest perfekcyjna - czasem nieprawdopodobnie realistyczna (Edynburg), innym - zabawnie komiksowa (postacie drugoplanowe). Pojedyncze sceny są świetne, jednak fabuła jako całość jest jednak dość słaba.



Akcja rozgrywa się w latach 50-tych XX w. Tytułowy iluzjonista przędzie marnie - nikt nie jest zainteresowany jego sztuczkami. W poszukiwaniu pracy trafia do Szkocji - w małej górskiej wiosce spotyka dziewczynkę imieniem Alice, która pracuje jako pomoc domowa. Alice, ujęta jego dobrocią, decyduje się wyruszyć z nim w dalszą drogę. Razem trafiają do Edynburga - wielki świat oszałamia dziewczynkę, podczas gdy jej opiekun stara się za wszelką cenę znaleźć możliwość zarobku.



Alice zupełnie nie wzbudziła mojej sympatii - podstępnie wepchnęła się komuś pod opiekę (komuś, kto i bez niej miał dość problemów), domagała się nowych strojów i butów, a kiedy już podrosła, zamieniła opiekuna na młodszy model. Podejrzewam, że taki odbiór postaci nie był intencją twórców...

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...