...inaczej się udusi, jak wiadomo. Musi przeczytać coś niezbyt mądrego, lekkiego i niezostawiającego większego śladu w pamięci. No więc odnotowuję, że przeczytałam.
Pamiętam, że czytałam nie najgorsze recenzje tej powieści, dlatego zgarnęłam z bibliotecznej półki. (W dodatku bohaterka nosi imię mojej córki). Ode mnie jednak pochwał nie usłyszycie - to powieść zupełnie o niczym, oparta na schematach zdartych ze zużycia do gołej czcionki, banał na banale. Taki harlequin, który udaje, że jest czymś więcej. Nie mam nic przeciw harlequinom, ale nie lubię, jak się podszywają pod powieść psychologiczną. Trzeba autorce przyznać, że pióro ma lekkie i jak się już zacznie czytać, to tekst sam leci. Zdania składa zgrabnie i główna bohaterka jest dość sympatyczna (choć momentami dziwna do granic prawdopodobieństwa). I mimo że dość szybko się zorientowałam, że niczym mnie ta fabuła nie zaskoczy, to jakoś doczytałam do końca, skwitowałam wzruszeniem ramion i tyle tego doświadczenia.
Powieść podzielona jest na dwa głosy. Pierwszy głos należy do do 40-letniej kobiety, Elizy, drugi do nastolatki, Sandry/Cassandry. Eliza żyje dręczona wspomnieniem sprzed lat, kiedy jej przyjaciółka, Rose, utonęła w stawie. Ma poczucie, że mogła tej tragedii zapobiec, więc oskarża się o niemal o morderstwo, co radośnie popiera jej otoczenie... Niespodziewanie odzywa się do niej ojciec Rose, którego nie widziała od czasów tragedii, a który najwyraźniej pragnie pojednania, stojąc nad grobem.
Historia Sandry to retrospekcja, rozgrywa się niedługo przed utonięciem Rose. Sandra, która chce być nazywana Cassandrą, to pretensjonalna dziewczyna, która trafia do dobrej szkoły z internatem. Czuje się gorsza od wszystkich, chce udowodnić, że jest inaczej, klasyczny przypadek kompleksu niższości splecionego z kompleksem wyższości. Aspiruje do "elity", którą tworzą trzy przyjaciółki: Rose, Eliza i Portia.
Mam słabość do książkowych szkół z internatem i do tajemnic z przeszłości, ale niestety cała historia zbudowana została na wyeksploatowanych schematach, więc nie polecam. No chyba, że musicie...
Marika Cobbold
Utonięcie Rose
Muza 2012
Niepoprawna wielbicielka "Alicji w Krainie Czarów", zawyża poziom czytelnictwa, folguje nałogowi, uprawia tsudoku i hoduje dwa małe mole (książkowe). Poprzednia nazwa bloga (Jedz, tańcz i czytaj) zdezaktualizowała się - mam dzieci, nie mam czasu na nic, ale nadal czytam. Zamiast spać.
25 maja 2014
19 maja 2014
Żyłam cudzym życiem
I to nawet nie jednym, bo po przeczytaniu wspomnień Marii Czapskiej mam wrażenie, jakbym przeniosła się w czasie i wcieliła w kilka osób na raz. Wrażenie dziwne, ale książka cudowna.
"Europa w rodzinie" zaczęła się średnio, bo początek nie do końca mnie wciągnął. Autorka pochodzi z niezwykłej rodziny, bardzo rozgałęzionej, wielonarodowościowej i wielowyznaniowej. Swoje wspomnienia zaczyna od opowieści o najdawniejszych znanych przodkach, cofając się w czasie nawet do XVII w. Rzecz zrozumiała, jej wiedza o ludziach żyjących w tamtych czasach jest szczątkowa, oparta o zachowane w archiwach rodzinnych dokumenty. Przez pierwsze strony miałam więc wrażenie podróży szaloną kolejką z wesołego miasteczka - migały mi przed oczyma niezliczone nazwiska, nazwy miejsc i daty, w których nie mogłam się połapać. Tu i ówdzie natrafiłam na jakąś zapadającą w pamięć anegdotę, jak ta o pewnej pannie z rodziny, która się kochała w Chopinie (był jej nauczycielem muzyki), czy o guwernantce z Rosji, która jako mała dziewczynka uciekała z Moskwy przed armią Napoleona i na całe życie zapamiętała, że zostawiła w domu swoją ukochaną lalkę.
Kiedy Czapska dociera w opowieści do swoich dziadków tempo zwalnia, a od momentu, kiedy zaczęła opowiadać o swoich rodzicach nie mogłam się już oderwać. Pal licho tych wszystkich utytułowanych przodków, autorka jest mistrzynią opowiadania o codzienności i czytając miałam wrażenie, jakbym sama pod koniec XIX wieku zamieszkała w Przyłukach, z licznymi siostrami i dwoma braćmi, wymodlonymi przez rodziców, z niezywkle religijną matką, ukochaną nianią Babuśką i nauczycielkami. W drugiej części książki, pt. "Czas odmieniony", wraz z młodą Marią przeżywałam I wojnę światową, która pozbawiła Czapskich dotychczasowego domu. Wraz z nią i jej rodzeństwem, potomkami kosmopolitycznj rodziny, którzy wyrośli na gorących polskich patriotów, szukałam swojego miejsca w świecie.
We wstępie Adam Zagajewski pisze o Marii Czapskiej, że "Wskrzesza (...) na moment, na stronę lub pół, człowieka, który przeżył całe życie gdzieś pod Mińskiem i nie została po nim już nawet mogiła - ale który - żyjąc - było może indywidualnością, uśmiechał się w pewien sposób i miał niepowtarzalny sposób mówienia" (s. 5). Nie potrafię tego ująć lepiej. Bardzo mnie ostatnio ciągnie w kierunku literatury faktu, przeżycia bohaterów fikcyjnych interesują mnie coraz mniej. Swoją drogą - los potrafi być okrutny, o wiele bardziej niż jakikolwiek pisarz-sadysta. Tak wyrafinowanych tortur, jakie życie zafundowało niektórym bohaterom, nie potrafiłby wymyśleć nawet George R.R. Martin. Zagajewski pisze też o tym, że książka ta jest w pewnym sensie opowieścią o upadku rodu - a właściwie wielu arystokratycznych, kosmopolitycznych rodów. Ich potomkowie, przetrzebieni dwiema wojnami, musieli odnaleźć się na nowo w ponurej powojennej rzeczywistości (ponurej zwłaszcza dla tych, którzy znaleźli się za świeżą polską wschodnią granicą po pierwszej wojnie). Nawet ci, którzy mieli szczęście znaleźć się na zachodzie, często kończyli, umierając w nędzy i samotności. Przypomniał mi się "Lampart", który zaczynał się od szelestu sukien w wielkim domu i wąchaniem dojrzałych brzoskwiń, a kończył tylko pielęgnowaniem przykurzonych wspomnień.
Siłą opowieści Marii Czapskiej jest też jej niezwykła szczerość. Nie podbarwia, nie udaje, nie wybiela ani siebie, ani członków rodziny. Pisze na przykład o matce: "Z matką my, średnie, nie miałyśmy bliskiego kontaktu. Rodzice nieraz wyjeżdżali za granicę, w ostatnich latach życia mama chorowała, wyczerpana częstymi połogami; do jej pachnącego saloniku przychodziłyśmy na lekcje religii i rozchodziłyśmy się na dalsze lekcje." (s. 191). Przy całej miłości i szacunku do niej, autorka przyznaje, że śmierć ukochanej niani przeżyła o wiele boleśniej.
O ojcu: "Niczego nam ojciec nie odmawiał, zostawiał nam swobodę, przychylał się do życzeń naszych, pokrywał różne wydatki, pozwalał nam starszym, na rozjazdy - tyle że go prawie nigdy nie było w domu". (s. 230)
O babci: "Jej krótka choroba i cichy zgon nie zostawiły głębszego śladu w mojej pamięci ani żalu po jej zniknięciu (...). Niejedno w nas musiało ją razić, może niepokoić, ale nie występowała nigdy z żadną krytyką, żadnymi nawet upomnieniami, nigdy jej się też nie zwierzaliśmy; otoczona opieką i szacunkiem, była wyłączona z naszego życia, dążeń i pragnień." (s. 253)
Równie szczerze pisze o swoich porażkach - jej praca pielęgniarki wśród rannych żołnierzy trwała jeden dzień, nie radziłą sobie też jako kierowniczka schroniska dla młodzieży. Odważnie pisze o umieraniu - to temat, który jest obecnie życiowym tabu, bo udajemy, że wszyscy jesteśmy młodzi, piękni, nieśmiertelni. W czasach młodości pisarki umieranie (ten proces ukrywany teraz po szpitalach i hospicjach) było codziennością.
Pisze też o swoich pierwszych niewinnych odkryciach w sferze seksualności - panienki wychowywane we dworze były izolowane od wszelkich informacji na ten temat w sposób wręcz przerażający. Kiedy najstarsza siostra Marii zaszła w ciążę, wyjawiła młodszym siostrom, że dzieci nie znajduje się w kapuście, ale nosi pod sercem. Brzmiało to pięknie, ale dociekliwa Maria próbowała znaleźć odpowiedź na pytanie, jak się dzieciątko stamtąd wydostaje... Nam się to może wydawać zabawne, ale dla tego zdesperowanego dzieczęcia prawda skończyła się traumą.
O latach późniejszych, po zakonczeniu I wojny światowej, niewiele w tej książce, ale w dygresjach tu i ówdzie znajdzie się trochę informacji - dla mnie bardzo ciekawym wątkiem, była znajomość autorki z Januszem Korczakiem.
Wszystkim, którzy lubią literaturę wspomnieniową, bardzo gorąco polecam. Warto.
Maria Czapska, Europa w rodzinie. Czas odmieniony, Wyd. Znak, Kraków 2014
"Europa w rodzinie" zaczęła się średnio, bo początek nie do końca mnie wciągnął. Autorka pochodzi z niezwykłej rodziny, bardzo rozgałęzionej, wielonarodowościowej i wielowyznaniowej. Swoje wspomnienia zaczyna od opowieści o najdawniejszych znanych przodkach, cofając się w czasie nawet do XVII w. Rzecz zrozumiała, jej wiedza o ludziach żyjących w tamtych czasach jest szczątkowa, oparta o zachowane w archiwach rodzinnych dokumenty. Przez pierwsze strony miałam więc wrażenie podróży szaloną kolejką z wesołego miasteczka - migały mi przed oczyma niezliczone nazwiska, nazwy miejsc i daty, w których nie mogłam się połapać. Tu i ówdzie natrafiłam na jakąś zapadającą w pamięć anegdotę, jak ta o pewnej pannie z rodziny, która się kochała w Chopinie (był jej nauczycielem muzyki), czy o guwernantce z Rosji, która jako mała dziewczynka uciekała z Moskwy przed armią Napoleona i na całe życie zapamiętała, że zostawiła w domu swoją ukochaną lalkę.
Kiedy Czapska dociera w opowieści do swoich dziadków tempo zwalnia, a od momentu, kiedy zaczęła opowiadać o swoich rodzicach nie mogłam się już oderwać. Pal licho tych wszystkich utytułowanych przodków, autorka jest mistrzynią opowiadania o codzienności i czytając miałam wrażenie, jakbym sama pod koniec XIX wieku zamieszkała w Przyłukach, z licznymi siostrami i dwoma braćmi, wymodlonymi przez rodziców, z niezywkle religijną matką, ukochaną nianią Babuśką i nauczycielkami. W drugiej części książki, pt. "Czas odmieniony", wraz z młodą Marią przeżywałam I wojnę światową, która pozbawiła Czapskich dotychczasowego domu. Wraz z nią i jej rodzeństwem, potomkami kosmopolitycznj rodziny, którzy wyrośli na gorących polskich patriotów, szukałam swojego miejsca w świecie.
We wstępie Adam Zagajewski pisze o Marii Czapskiej, że "Wskrzesza (...) na moment, na stronę lub pół, człowieka, który przeżył całe życie gdzieś pod Mińskiem i nie została po nim już nawet mogiła - ale który - żyjąc - było może indywidualnością, uśmiechał się w pewien sposób i miał niepowtarzalny sposób mówienia" (s. 5). Nie potrafię tego ująć lepiej. Bardzo mnie ostatnio ciągnie w kierunku literatury faktu, przeżycia bohaterów fikcyjnych interesują mnie coraz mniej. Swoją drogą - los potrafi być okrutny, o wiele bardziej niż jakikolwiek pisarz-sadysta. Tak wyrafinowanych tortur, jakie życie zafundowało niektórym bohaterom, nie potrafiłby wymyśleć nawet George R.R. Martin. Zagajewski pisze też o tym, że książka ta jest w pewnym sensie opowieścią o upadku rodu - a właściwie wielu arystokratycznych, kosmopolitycznych rodów. Ich potomkowie, przetrzebieni dwiema wojnami, musieli odnaleźć się na nowo w ponurej powojennej rzeczywistości (ponurej zwłaszcza dla tych, którzy znaleźli się za świeżą polską wschodnią granicą po pierwszej wojnie). Nawet ci, którzy mieli szczęście znaleźć się na zachodzie, często kończyli, umierając w nędzy i samotności. Przypomniał mi się "Lampart", który zaczynał się od szelestu sukien w wielkim domu i wąchaniem dojrzałych brzoskwiń, a kończył tylko pielęgnowaniem przykurzonych wspomnień.
Siłą opowieści Marii Czapskiej jest też jej niezwykła szczerość. Nie podbarwia, nie udaje, nie wybiela ani siebie, ani członków rodziny. Pisze na przykład o matce: "Z matką my, średnie, nie miałyśmy bliskiego kontaktu. Rodzice nieraz wyjeżdżali za granicę, w ostatnich latach życia mama chorowała, wyczerpana częstymi połogami; do jej pachnącego saloniku przychodziłyśmy na lekcje religii i rozchodziłyśmy się na dalsze lekcje." (s. 191). Przy całej miłości i szacunku do niej, autorka przyznaje, że śmierć ukochanej niani przeżyła o wiele boleśniej.
O ojcu: "Niczego nam ojciec nie odmawiał, zostawiał nam swobodę, przychylał się do życzeń naszych, pokrywał różne wydatki, pozwalał nam starszym, na rozjazdy - tyle że go prawie nigdy nie było w domu". (s. 230)
O babci: "Jej krótka choroba i cichy zgon nie zostawiły głębszego śladu w mojej pamięci ani żalu po jej zniknięciu (...). Niejedno w nas musiało ją razić, może niepokoić, ale nie występowała nigdy z żadną krytyką, żadnymi nawet upomnieniami, nigdy jej się też nie zwierzaliśmy; otoczona opieką i szacunkiem, była wyłączona z naszego życia, dążeń i pragnień." (s. 253)
Równie szczerze pisze o swoich porażkach - jej praca pielęgniarki wśród rannych żołnierzy trwała jeden dzień, nie radziłą sobie też jako kierowniczka schroniska dla młodzieży. Odważnie pisze o umieraniu - to temat, który jest obecnie życiowym tabu, bo udajemy, że wszyscy jesteśmy młodzi, piękni, nieśmiertelni. W czasach młodości pisarki umieranie (ten proces ukrywany teraz po szpitalach i hospicjach) było codziennością.
Pisze też o swoich pierwszych niewinnych odkryciach w sferze seksualności - panienki wychowywane we dworze były izolowane od wszelkich informacji na ten temat w sposób wręcz przerażający. Kiedy najstarsza siostra Marii zaszła w ciążę, wyjawiła młodszym siostrom, że dzieci nie znajduje się w kapuście, ale nosi pod sercem. Brzmiało to pięknie, ale dociekliwa Maria próbowała znaleźć odpowiedź na pytanie, jak się dzieciątko stamtąd wydostaje... Nam się to może wydawać zabawne, ale dla tego zdesperowanego dzieczęcia prawda skończyła się traumą.
O latach późniejszych, po zakonczeniu I wojny światowej, niewiele w tej książce, ale w dygresjach tu i ówdzie znajdzie się trochę informacji - dla mnie bardzo ciekawym wątkiem, była znajomość autorki z Januszem Korczakiem.
Wszystkim, którzy lubią literaturę wspomnieniową, bardzo gorąco polecam. Warto.
**************
Wydawnictwo Znak - któremu bardzo dziękuję za podarowanie mi tej pozycji - przygotowało dla czytelników mojego bloga specjalny rabat -35%, który znajdziecie TUTAJ.
**************
Maria Czapska, Europa w rodzinie. Czas odmieniony, Wyd. Znak, Kraków 2014
5 maja 2014
Nierasowy angielski detektyw
Przyznaję, że nigdy nie sięgnęłabym po tę powieść, gdyby jej autorem był anonimowy Robert Galbraith. Nic w opisie fabuły nie wydało mi się jakoś szczególnie fascynujące, żadnych przeczuć "o tak, to muszę przeczytać koniecznie". Lubię kryminały, więc może, gdyby wpadła mi przypadkiem w ręce w bibliotece, zawędrowałaby ze mną do domu. Na pewno nie szukałabym specjalnie. Ponieważ jednak dawno już wyszło na jaw, że Robert Galbraith to pseudonim J.K. Rowling, musiałam ją przeczytać z czystej ciekawości - żeby dowiedzieć się, jak twórczyni Pottera poradziła sobie z zupełnie odmiennym gatunkiem.
Z przyjemnością zawiadamiam, że poradziła sobie przednio. Niech Was przekona fakt, że otworzyłam książkę na chwilkę w okolicach obiadu, a skończyłam ją tegoż dnia w okolicach godziny 23, nie robiąc przerw dłuższych niż kwadrans...
"Wołanie kukułki" to najzupełniej klasyczna powieść detektywistyczna. Nie każdemu musi to odpowiadać. Moja siostra narzeka, podobnie jak przy "Trafnym wyborze", że zaczyna się świetnie, a potem "nic się nie dzieje". Rzeczywiście, brak tu dramatycznych zwrotów akcji czy pościgów. Na początku dowiadujemy się o zbrodni, a potem dostajemy drobiazgowo opisane śledztwo aż do rozwiązania na końcu - styl niemal jak u Agaty Christie. Siłą powieści (i zdecydowanie mocną stroną pisarki) jest umiejętność kreowania świata i bohaterów, w których się wierzy - czy jest to fantastyczny Hogwarth, czy małomiasteczkowa społeczność, czy londyński świat gwiazd. Wierzę w Cormorana Strike'a i czekam na dalsze tomy o nim.
A jeśli mowa o Cormoranie... To detektyw nierasowy, bo "rasowy angielski" powinien mieć arystokratycznych przodków, takież rysy twarzy oraz fajkę, ukończony Oxford, i przynajmniej od czasu do czasu winien zasiadać na fotelu przed kominkiem ;) Tymczasem Cormoran Strike miał przodków raczej kontrowersyjnych - matkę supergroupie, która zmarła z przedawkowania, oraz ojca sławnego rockmana, który do swego bękarta nie żywi żadnej sympatii. Kominka brak, brak nawet domu, bo Cormoran po dramatycznym rozstaniu z kobietą swego życia sypia we własnej agencji detektywistycznej na składanym łózku, kryjąc się z tym dość nieudolnie przed swoją asystentką. (Zresztą asystentka, imieniem Robin, równoprawna bohaterka powieści, trafiła do Cormorana z agencji pracy tymczasowej zaledwie na tydzień, bo jej pracodawca jest spłukany i nie ma możliwości zatrzymania jej na dłużej (początkowo nie ma też ochoty...)). Studia rzucił, został żołnierzem, a jeśli chodzi o arystokratyczny wygląd...cóż... "Strike poczuł się nienormalnie wielki i włochaty; przypominał wełnistego mamuta, który usiłuje wtopić się w tłum kapucynek" (s. 250)
Do tegoż detektywa trafia niejaki John Bristow, brat sławnej modelki Luli Landry. Lula niedawno zginęła, wypadając przez balkon swego apartamentu. Śledztwo prowadzone pod czujnym okiem, a właściwie pod czujnymi aparatami fotograficznymi paparazzich, ujawniło, że w budynku nie znajdował się nikt obcy i Lula prawdopodobnie popełniła samobójstwo, zwłaszcza że od dawna cierpiała na problemy psychiczne. Brat jednak w to nie wierzy i domaga się od Cormorana znalezienia winnych. Jeśli też chcecie poznać prawdę, sięgnijcie po książkę :)
Z przyjemnością zawiadamiam, że poradziła sobie przednio. Niech Was przekona fakt, że otworzyłam książkę na chwilkę w okolicach obiadu, a skończyłam ją tegoż dnia w okolicach godziny 23, nie robiąc przerw dłuższych niż kwadrans...
"Wołanie kukułki" to najzupełniej klasyczna powieść detektywistyczna. Nie każdemu musi to odpowiadać. Moja siostra narzeka, podobnie jak przy "Trafnym wyborze", że zaczyna się świetnie, a potem "nic się nie dzieje". Rzeczywiście, brak tu dramatycznych zwrotów akcji czy pościgów. Na początku dowiadujemy się o zbrodni, a potem dostajemy drobiazgowo opisane śledztwo aż do rozwiązania na końcu - styl niemal jak u Agaty Christie. Siłą powieści (i zdecydowanie mocną stroną pisarki) jest umiejętność kreowania świata i bohaterów, w których się wierzy - czy jest to fantastyczny Hogwarth, czy małomiasteczkowa społeczność, czy londyński świat gwiazd. Wierzę w Cormorana Strike'a i czekam na dalsze tomy o nim.
A jeśli mowa o Cormoranie... To detektyw nierasowy, bo "rasowy angielski" powinien mieć arystokratycznych przodków, takież rysy twarzy oraz fajkę, ukończony Oxford, i przynajmniej od czasu do czasu winien zasiadać na fotelu przed kominkiem ;) Tymczasem Cormoran Strike miał przodków raczej kontrowersyjnych - matkę supergroupie, która zmarła z przedawkowania, oraz ojca sławnego rockmana, który do swego bękarta nie żywi żadnej sympatii. Kominka brak, brak nawet domu, bo Cormoran po dramatycznym rozstaniu z kobietą swego życia sypia we własnej agencji detektywistycznej na składanym łózku, kryjąc się z tym dość nieudolnie przed swoją asystentką. (Zresztą asystentka, imieniem Robin, równoprawna bohaterka powieści, trafiła do Cormorana z agencji pracy tymczasowej zaledwie na tydzień, bo jej pracodawca jest spłukany i nie ma możliwości zatrzymania jej na dłużej (początkowo nie ma też ochoty...)). Studia rzucił, został żołnierzem, a jeśli chodzi o arystokratyczny wygląd...cóż... "Strike poczuł się nienormalnie wielki i włochaty; przypominał wełnistego mamuta, który usiłuje wtopić się w tłum kapucynek" (s. 250)
Do tegoż detektywa trafia niejaki John Bristow, brat sławnej modelki Luli Landry. Lula niedawno zginęła, wypadając przez balkon swego apartamentu. Śledztwo prowadzone pod czujnym okiem, a właściwie pod czujnymi aparatami fotograficznymi paparazzich, ujawniło, że w budynku nie znajdował się nikt obcy i Lula prawdopodobnie popełniła samobójstwo, zwłaszcza że od dawna cierpiała na problemy psychiczne. Brat jednak w to nie wierzy i domaga się od Cormorana znalezienia winnych. Jeśli też chcecie poznać prawdę, sięgnijcie po książkę :)
19 kwietnia 2014
Wielkanoc u Czapskich
Na taki okolicznościowy fragment trafiłam we właśnie czytanej (rewelacyjnej) książce:
"Wielkanocne święcone było przeobfite, jak w każdym polskim domu. Pośród bab, placków, tortów i mazurków, pieczeni różnych, szynki, kiełbas tronowało, oczywiście, pieczone prosię, a niekiedy też głuszec, zdobny brodatą głową, wachlarzem ogona i rozpiętymi skrzydłami. (...)
Lud okoliczny, tak katolicki, jak i prawosławny, pościł surowo, nieraz sucho* przez cały Wielki Post, widać to było po wymizerowanych twarzach kobiet, a także po nadzwyczajnym pośpiechu, z jakim furmanki rozjeżdżały się zaraz po rezurekcji, odprawianej o wczesnym świcie, uwożąc kobiałki, naprędce u wrót kościelnych poświęcone, z kilku jajami, kawałkiem kiełbasy i ciasta - aż się kurzyło po drogach."
* Sucho tzn. nie tylko bez mięsa, ale i bez nabiału.
Maria Czapska, Europa w rodzinie. Czas odmieniony. Wydawnictwo Znak, Kraków 2014, s. 173
Wesołej Wielkanocy, słowiańskiego Święta Wiosny lub po prostu wesołego długiego weekendu!
"Wielkanocne święcone było przeobfite, jak w każdym polskim domu. Pośród bab, placków, tortów i mazurków, pieczeni różnych, szynki, kiełbas tronowało, oczywiście, pieczone prosię, a niekiedy też głuszec, zdobny brodatą głową, wachlarzem ogona i rozpiętymi skrzydłami. (...)
Lud okoliczny, tak katolicki, jak i prawosławny, pościł surowo, nieraz sucho* przez cały Wielki Post, widać to było po wymizerowanych twarzach kobiet, a także po nadzwyczajnym pośpiechu, z jakim furmanki rozjeżdżały się zaraz po rezurekcji, odprawianej o wczesnym świcie, uwożąc kobiałki, naprędce u wrót kościelnych poświęcone, z kilku jajami, kawałkiem kiełbasy i ciasta - aż się kurzyło po drogach."
* Sucho tzn. nie tylko bez mięsa, ale i bez nabiału.
Maria Czapska, Europa w rodzinie. Czas odmieniony. Wydawnictwo Znak, Kraków 2014, s. 173
Wesołej Wielkanocy, słowiańskiego Święta Wiosny lub po prostu wesołego długiego weekendu!
30 marca 2014
Klasyka Pięknie Wydana
Obiecywałam jakiś czas temu na blogu Klasyka Młodego Czytelnika, że rozpocznę nową serię wpisów na temat
pięknie wydanych książek z gatunku dziecięcej klasyki. Wreszcie nadszedł
czas realizacji obietnicy. Przyznam, że zmotywowały mnie do tego dwie
sprawy.
Sprawa pierwsza - "Pierwsza książka mojego dziecka", która niedawno dostała kolejną dotację od ministerstwa kultury. Wątpliwej urody strona wizualna dzieła została ostro oprotestowana przez ponad stu wykładowców akademii sztuk pięknych, psychologów, ilustratorów i wydawców książek dla dzieci. Irena Kuźmińska, szefowa Fundacji ABCXXI - Cała Polska Czyta Dzieciom, która przygotowywała rzeczoną książkę, odpowiedziałą na zarzuty, że celem akcji jest dziecko, a nie książka. Przy całym szacunku dla pani Kuźmińskiej, skądinąd mądrej kobiety, zasłużonej dla rozwoju czytelnictwa w Polsce (bardzo ciekawy wywiad TU), nie mogę się z nią zgodzić. Czemu nie można upiec dwu pieczeni przy jednym ogniu i zadbać nie tylko o rozwój mowy malucha, ale i o jego edukację estetyczną. Pal już licho czystą przyjemność obcowania z ładnymi obrazkami, bo zdaniem pani Kuźmińskiej dzieci potrzebują "wyrazistych, kolorowych, najlepiej konturowych rysunków, które dorosłym raczej nie przypadają do gustu"* - czytaj, dzieci lubią brzydkie obrazki. To bardzo ciekawe stwierdzenie, ale nieprawdziwe. Moje roczne dziecko z równym zainteresowaniem ogląda zarówno klasyczne ilustacje Szancera, malarskie impresje Erica Carle, zdjęcia, jak i pseudodisneyowskie bohomazy. Ale staram się, żeby z bohomazami miało jak najmniejszą styczność... Pomijając już kwestię edukacji estetycznej - czytanie książki (dobrej) to przyjemność. Ale czytanie pięknej książki to przyjemność podwójna. A czytanie pięknej książki dziecku to jeszcze w gratisie przyjemność dla rodzica.
Więcej o "Pierwszej książce..." możecie poczytać w świetnym zeszłorocznym wpisie na blogu
Czytanki-Przytulanki.
* Cytat stąd.
Sprawa druga to bolesne poszukiwania książeczek dla mojej rocznej córeczki. Z pięknymi książkami dla starszaków, drukowanymi na zwykłym papierze, nie ma problemu, niestety takie książeczki córka błyskawicznie przerabia na confetti, a nawet gryzetti ;) Książeczki tekturowe natomiast wołają o pomstę do nieba. Większość jest tak potwornie brzydka, że nie chciałabym, żeby moje dziecko kiedykolwiek miało z nimi kontakt. Te ładne też są, ale to często książeczki obrazkowe, do opowiadania, a my poza nimi chcielibyśmy też takie z wierszykami, bo córa uwielbia słuchać rytmicznego tekstu. Jak paskudnie można zilustrować biednego Brzechwę czy Tuwima, to się w głowie nie mieści. Co z tego, że książeczki są tanie? Udaje mi się wyłuskiwać co ładniejsze, a przynajmniej przyzwoite, z księgarnianych stosów, ale nie jest to zadanie łatwe. Odtrutką na zalew tekturowych koszmarków jest dla mnie wyszukiwanie (i gromadzenie) pięknych pozycji, które zainteresują córkę dopiero za kilka lat.
Pewnie sporo osób ma podejście bliskie szefowej Fundacji ABCXXI - dziecko się nie zna, a że jest ciekawe świata, wszystko co kolorowe przyciągnie jego wzrok, więc po co się wysilać. Ja jednak uważam, że świadomy rodzic nie karmi dziecka byle czym, czy chodzi o strawę zwykłą, czy duchową. Nie czytajmy dzieciom książek byle jakich, bo grafomańskie wierszyki nie rozwiną miłości do literatury, a paskudne ilustracje - wrażliwości na piękno.
Przygotowałam dla Was kilka wpisów w ramach tego cyklu - opiszę w nich ukazujące się obecnie w różnych wydawnictwach serie klasyki dziecięcej, które cieszą oko odbiorcy. W późniejszych wpisach znajdzie się także miejsce dla pojedynczych perełek, wydanych w ostatnich latach, a jak się uda, to i tych archiwalnych. Ciekawych zapraszam TUTAJ - wpisy już wkrótce.
Sprawa pierwsza - "Pierwsza książka mojego dziecka", która niedawno dostała kolejną dotację od ministerstwa kultury. Wątpliwej urody strona wizualna dzieła została ostro oprotestowana przez ponad stu wykładowców akademii sztuk pięknych, psychologów, ilustratorów i wydawców książek dla dzieci. Irena Kuźmińska, szefowa Fundacji ABCXXI - Cała Polska Czyta Dzieciom, która przygotowywała rzeczoną książkę, odpowiedziałą na zarzuty, że celem akcji jest dziecko, a nie książka. Przy całym szacunku dla pani Kuźmińskiej, skądinąd mądrej kobiety, zasłużonej dla rozwoju czytelnictwa w Polsce (bardzo ciekawy wywiad TU), nie mogę się z nią zgodzić. Czemu nie można upiec dwu pieczeni przy jednym ogniu i zadbać nie tylko o rozwój mowy malucha, ale i o jego edukację estetyczną. Pal już licho czystą przyjemność obcowania z ładnymi obrazkami, bo zdaniem pani Kuźmińskiej dzieci potrzebują "wyrazistych, kolorowych, najlepiej konturowych rysunków, które dorosłym raczej nie przypadają do gustu"* - czytaj, dzieci lubią brzydkie obrazki. To bardzo ciekawe stwierdzenie, ale nieprawdziwe. Moje roczne dziecko z równym zainteresowaniem ogląda zarówno klasyczne ilustacje Szancera, malarskie impresje Erica Carle, zdjęcia, jak i pseudodisneyowskie bohomazy. Ale staram się, żeby z bohomazami miało jak najmniejszą styczność... Pomijając już kwestię edukacji estetycznej - czytanie książki (dobrej) to przyjemność. Ale czytanie pięknej książki to przyjemność podwójna. A czytanie pięknej książki dziecku to jeszcze w gratisie przyjemność dla rodzica.
Więcej o "Pierwszej książce..." możecie poczytać w świetnym zeszłorocznym wpisie na blogu
Czytanki-Przytulanki.
![]() |
| Kliknijcie obrazek i obejrzyjcie 20 pięknych okładek książek dla dzieci |
Sprawa druga to bolesne poszukiwania książeczek dla mojej rocznej córeczki. Z pięknymi książkami dla starszaków, drukowanymi na zwykłym papierze, nie ma problemu, niestety takie książeczki córka błyskawicznie przerabia na confetti, a nawet gryzetti ;) Książeczki tekturowe natomiast wołają o pomstę do nieba. Większość jest tak potwornie brzydka, że nie chciałabym, żeby moje dziecko kiedykolwiek miało z nimi kontakt. Te ładne też są, ale to często książeczki obrazkowe, do opowiadania, a my poza nimi chcielibyśmy też takie z wierszykami, bo córa uwielbia słuchać rytmicznego tekstu. Jak paskudnie można zilustrować biednego Brzechwę czy Tuwima, to się w głowie nie mieści. Co z tego, że książeczki są tanie? Udaje mi się wyłuskiwać co ładniejsze, a przynajmniej przyzwoite, z księgarnianych stosów, ale nie jest to zadanie łatwe. Odtrutką na zalew tekturowych koszmarków jest dla mnie wyszukiwanie (i gromadzenie) pięknych pozycji, które zainteresują córkę dopiero za kilka lat.
Pewnie sporo osób ma podejście bliskie szefowej Fundacji ABCXXI - dziecko się nie zna, a że jest ciekawe świata, wszystko co kolorowe przyciągnie jego wzrok, więc po co się wysilać. Ja jednak uważam, że świadomy rodzic nie karmi dziecka byle czym, czy chodzi o strawę zwykłą, czy duchową. Nie czytajmy dzieciom książek byle jakich, bo grafomańskie wierszyki nie rozwiną miłości do literatury, a paskudne ilustracje - wrażliwości na piękno.
Przygotowałam dla Was kilka wpisów w ramach tego cyklu - opiszę w nich ukazujące się obecnie w różnych wydawnictwach serie klasyki dziecięcej, które cieszą oko odbiorcy. W późniejszych wpisach znajdzie się także miejsce dla pojedynczych perełek, wydanych w ostatnich latach, a jak się uda, to i tych archiwalnych. Ciekawych zapraszam TUTAJ - wpisy już wkrótce.
21 marca 2014
Co przeczytałam, jak mnie nie było - część 2.
"Gdzie żyją tygrysy" Jean Maria Blas de Robles, Wydawnictwo Sonia Draga 2010
Prawdopodobnie moja ostatnia największa pomyłka. Bardzo chciałam tę książkę przeczytać, opis brzmiał dla mnie niezwykle kusząco, współczesna intryga przeplatana pamiętnikiem z XVII wieku. Współcześnie rzecz dzieje się w Brazylii, mamy tu mężczyznę imieniem Eleazar, który pracuje jako korespondent wojenny, choć słowo "pracuje" nie bardzo do niego pasuje. Lepiej - wegetuje. Poza przesiadywaniem w barze zajmuje się też opracowaniem starego manuskryptu, biografii Atanazego Kirchera, jezuity, podróżnika, odkrywcy i wynalazcy. Równolegle poznajemy losy byłej żony Eleazara, Elaine, która udaje się z wyprawą badawczą (poszukiwania skamielin) w sam środek dżungli, gdzie od dzikich zwierząt bardziej niebezpieczni okazują się ludzie. Jest też ich córka, Moema, studentka etnologii, studiująca raczej w teorii niż w praktyce, która wiedzie ekscentryczny żywot lesbijki-narkomanki i stara się jak może doprowadzić się do kompletnego upadku. Te rozdziały przeplatane są fragmentami (długimi) owego rzekomego XVII wiecznego manuskryptu.
Rozczarowałam się bardzo, chociaż to nie jest zła książka, wprost przeciwna, była nagradzana i na pewno znajdzie swoich zwolenników. Jest dopracowana fabularnie, przemyślana, napisana z talentem, łatwo uwierzyć w realność współczesnych bohaterów, a nad wszystkim unosi się wzorcowy smutek tropików. Mimo wszystko, zupełnie nie mogłam się wciągnąć, nie bardzo mnie obchodziło, co stanie się z bohaterami, a fragmenty XVII-wiecznej biografii nudziły nieziemsko - mnie, wielbicielkę historii, pamiętników i biografii - toż to powinien być dla mnie rarytas. Ale nie był. W ddatku choć napisany stylizowanym językiem, manuskrypt wydał mi się zupełnie niewiarygodny.
Powieść liczy sobie 700 stron. Przeczytałam może 1/5, potem trochę przekartkowałam z nadzieją, że dalej będzie fragment, w który się lepiej wciągnę. Nie było, przekartkowałam dalej, podczytałam, przekartkowałam do zakończenia, sprawdziłam co stanie się finalnie z bohaterami. Zakończenie było ciekawe, ale zupełnie nie brakowało mi do szczęścia wiedzy, co działo się z bohaterami przez te przekartkowane kilkaset stron. Z ulgą zamknęłam książkę. No i najgorsze - zanim jeszcze przeszłam do kartkowania natrafiłam na jedne z najbardziej obrzydliwych opisów gwałtu, jaki miałam nieprzyjemność czytać. Przyznaję, że bardzo mi to zohydziło powieść, straciłam do niej serce, ale niestety obrazu z głowy nadal ciężko mi się pozbyć. Może to świadczy o kunsztcie autora, że potrafił to tak plastycznie oddać, ale na co mi taki kunszt...
Prawdopodobnie moja ostatnia największa pomyłka. Bardzo chciałam tę książkę przeczytać, opis brzmiał dla mnie niezwykle kusząco, współczesna intryga przeplatana pamiętnikiem z XVII wieku. Współcześnie rzecz dzieje się w Brazylii, mamy tu mężczyznę imieniem Eleazar, który pracuje jako korespondent wojenny, choć słowo "pracuje" nie bardzo do niego pasuje. Lepiej - wegetuje. Poza przesiadywaniem w barze zajmuje się też opracowaniem starego manuskryptu, biografii Atanazego Kirchera, jezuity, podróżnika, odkrywcy i wynalazcy. Równolegle poznajemy losy byłej żony Eleazara, Elaine, która udaje się z wyprawą badawczą (poszukiwania skamielin) w sam środek dżungli, gdzie od dzikich zwierząt bardziej niebezpieczni okazują się ludzie. Jest też ich córka, Moema, studentka etnologii, studiująca raczej w teorii niż w praktyce, która wiedzie ekscentryczny żywot lesbijki-narkomanki i stara się jak może doprowadzić się do kompletnego upadku. Te rozdziały przeplatane są fragmentami (długimi) owego rzekomego XVII wiecznego manuskryptu.
Rozczarowałam się bardzo, chociaż to nie jest zła książka, wprost przeciwna, była nagradzana i na pewno znajdzie swoich zwolenników. Jest dopracowana fabularnie, przemyślana, napisana z talentem, łatwo uwierzyć w realność współczesnych bohaterów, a nad wszystkim unosi się wzorcowy smutek tropików. Mimo wszystko, zupełnie nie mogłam się wciągnąć, nie bardzo mnie obchodziło, co stanie się z bohaterami, a fragmenty XVII-wiecznej biografii nudziły nieziemsko - mnie, wielbicielkę historii, pamiętników i biografii - toż to powinien być dla mnie rarytas. Ale nie był. W ddatku choć napisany stylizowanym językiem, manuskrypt wydał mi się zupełnie niewiarygodny.
Powieść liczy sobie 700 stron. Przeczytałam może 1/5, potem trochę przekartkowałam z nadzieją, że dalej będzie fragment, w który się lepiej wciągnę. Nie było, przekartkowałam dalej, podczytałam, przekartkowałam do zakończenia, sprawdziłam co stanie się finalnie z bohaterami. Zakończenie było ciekawe, ale zupełnie nie brakowało mi do szczęścia wiedzy, co działo się z bohaterami przez te przekartkowane kilkaset stron. Z ulgą zamknęłam książkę. No i najgorsze - zanim jeszcze przeszłam do kartkowania natrafiłam na jedne z najbardziej obrzydliwych opisów gwałtu, jaki miałam nieprzyjemność czytać. Przyznaję, że bardzo mi to zohydziło powieść, straciłam do niej serce, ale niestety obrazu z głowy nadal ciężko mi się pozbyć. Może to świadczy o kunsztcie autora, że potrafił to tak plastycznie oddać, ale na co mi taki kunszt...
15 marca 2014
Ja Tarzan, ty... Janina (Czytam klasykę)
Tarzan to jeden z tych niezwykłych bohaterów literackich, który jest
rozpoznawany przez wszystkich*. Wszystkich, a nie - wszystkich
czytelników. Ręka w górę, kto nigdy nie słyszał jego imienia. Czy
widzicie oczyma wyobraźni półnagiego mężczyznę, człowieka-małpę,
huśtającego się na lianach? Brawo! To on! Tkwić wyraźnie w ludzkich
umysłach w sto lat po narodzinach to jest coś.
Jednocześnie jednak książka Burroughsa dogorywa gdzieś w mrokach bibliotecznych półek, od 15 lat nie wznawiana, na allegro do nabycia już od złotówki. Pocieszam się, że być może wkrótce doczekamy się reaktywacji Tarzana, bo w roku 2016 ma się w kinach pojawić nowa ekranizacja, a wiadomo, co się przy tej okazji dzieje. Zapomniane książki wracają na sklepowe półki w lśniących filmowych szatach. Trudno zliczyć, która to będzie ekranizacja, Tarzan bowiem, jako postać niesłychanie plastyczna, nader szybko i sprawnie wyskoczył z kart powieści, ruszając na podbój Hollywood. Pierwsza ekranizacja powstała 6 lat po ukazaniu się książki - w 1918 r.:
Potem nastąpił prawdziwy wysyp filmów, kontynuacji, seriali, filmów animowanych oraz adaptacji, które rzucały Tarzana w czasy nam współczesne, a także sztuk teatralnych i słuchowisk. My odkopmy jednak prawdziwego Tarzana spod zwojów filmowej taśmy.
Cały wpis na blogu Klasyka Młodego Czytelnika.
Jednocześnie jednak książka Burroughsa dogorywa gdzieś w mrokach bibliotecznych półek, od 15 lat nie wznawiana, na allegro do nabycia już od złotówki. Pocieszam się, że być może wkrótce doczekamy się reaktywacji Tarzana, bo w roku 2016 ma się w kinach pojawić nowa ekranizacja, a wiadomo, co się przy tej okazji dzieje. Zapomniane książki wracają na sklepowe półki w lśniących filmowych szatach. Trudno zliczyć, która to będzie ekranizacja, Tarzan bowiem, jako postać niesłychanie plastyczna, nader szybko i sprawnie wyskoczył z kart powieści, ruszając na podbój Hollywood. Pierwsza ekranizacja powstała 6 lat po ukazaniu się książki - w 1918 r.:
Potem nastąpił prawdziwy wysyp filmów, kontynuacji, seriali, filmów animowanych oraz adaptacji, które rzucały Tarzana w czasy nam współczesne, a także sztuk teatralnych i słuchowisk. My odkopmy jednak prawdziwego Tarzana spod zwojów filmowej taśmy.
Cały wpis na blogu Klasyka Młodego Czytelnika.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Winter is coming... Tym razem w komiksie.
Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...
-
Cztery lata wierni czytelnicy Jeżycjady odczekali się na przyjazd Magdusi do Poznania. Ja też czekałam. Oczekiwanie dłużyło mi się niemi...
-
Moje pierwsze zetknięcie z Jane Eyre było całkiem nieświadome. W wieku kilku lat oglądałam z rodzicami jakiś film i jedyne co z niego zapami...
-
Kryminał kryminałowi nie jest równy i nie chodzi wcale o jakość, ale o kraj pochodzenia. Od kryminałów angielskich wymagam czegoś zupełnie i...






