29 lipca 2011

Cud w teatrze


Mam spore opory przed dodaniem tej notki. Raz "Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale" Wojciecha Bogusławskiego - to nie książka, tylko libretto opery. Dwa - 90% z nas pewnie była zmuszona do przeczytania/obejrzenia tego dzieła w szkole.
Argumenty za jednak przeważają:
1. Mam to na liście klasyki i przeczytałam, 
2. Ze szkoły nie pamiętam z tego nic a nic,
3. Był pierwszy polski romans, to może być i pierwsza opera,
4. Podobało mi się :)

Rok 1794, w okrojonej przez dwa rozbiory Polsce wrze. 1 marca odbyła się premiera pierwszej polskiej opery narodowej. 12 marca rozpoczęło się powstanie kościuszkowskie. Przypadek? Raczej nie. Rzecz jasna, to nie opera sprowokowała wybuch powstania, raczej powstańcze nastroje ujawniły się w treści przedstawienia.

Libretto opery pod lekką i zabawną treścią zawierało całą masę odwołań do sytuacji Polski - chociaż ani razu nie użyto w nim słowa "niepodległość", które mogłoby rozwścieczyć sąsiadów. Zamiast tego padało "wolność" i "całość", a i tak po trzecim przedstawieniu ambasador rosyjski zabronił dalszych.

Przyznaję, że niepodległościowe podteksty umykały mi przy czytaniu (choć dla współczesnych aluzje musiały być oczywiste), ale "warstwę oficjalną" czytało mi się bardzo przyjemnie, mimo gwarowej stylizacji. Tekst jest ładny, bardzo zgrabny i dowcipny, więc nie dziwię się, że zrobił furorę - zwłaszcza, że zawiera przyśpiewki, które pod koniec XVIII w. musiały być wybitnie nieprzystojne...


"Wyjdźcie do nas Panie Bartku, Pan Paweł was prosi

Bo dzis jesce chciałby urwać rózyckę u Zosi.

Zosia ceka niecierpliwie, rychło wiecór będzie,

Bo dostanie ślicny cepek, choć rózy pozbędzie.

Dziś Pan Paweł pozna Zosię, cy mu zyła wiernie,

Jeśli jesce u rózycki, ma kolące ciernie."

Bohaterowie żyją w podkrakowskiej wsi - mamy tu zakochanych Stasia i Basię oraz młodą macochę Basi, Dorotę, która także za Stasiem się ugania, czyniąc mu bezwstydne propozycje ;) Żeby pozbyć się Basi namawia męża, żeby wydał córkę za górala. Górale przybywają po narzeczoną, ale Basia do zahukanych nie należy, otwarcie odmawia związku. Rozwścieczeni Górale kradną Krakowiakom bydło. Krakowiacy rzucają się je odbijać i następuje totalny burdel. Na szczęście we wsi gości akurat pewien ubogi, ale niegłupi student, który podstępem i "mniemanym cudem" ułagodzi konflikt i doprowadzi do szczęśliwego zakończenia.

Chętnie obejrzałabym "Cud..." w teatrze, ale typowo operowe śpiewy straszliwie mi się gryzą z gwarą. Nic na to nie poradzę, znawcą oper nie jestem, ale jak to czytałam, wyobrażałam sobie raczej typowo ludowy podkład muzyczny.

27 lipca 2011

Romans po polsku

Wyobraźcie sobie, że idziecie do księgarni i nie ma tam  żadnego romansu... Żadnej Grocholi, Szwai, Kalicińskiej, Gutowskiej-Adamczyk... Nic, posucha -
a w ogóle na każdej okładce widnieje tylko męskie nazwisko. W takiej sytuacji musiała być Maria Wirtemberska, kiedy stworzyła pierwszy polski romans Malwinę, czyli domyślność serca. I chociaż wielbicielką romansów nie jestem, to chwała jej za to.

Maria Wirtemberska była bardzo ciekawą postacią, a jej życia wystarczyłoby na kilka powieści - niezbyt wesołych, niestety. Była córką Izabelli z Flemingów Czartoryskiej - jednej z najbardziej fascynujących kobiet w historii Polski. Ojcem Marii oficjalnie był Adam Kazimierz Czartoryski, a naprawdę król Stanisław August Poniatowski. Zresztą rodzeństwo Marii miało każde innego ojca - ślubny małżonek matki był ponoć ojcem tylko pierwszej córki, Teresy (Teresa zginęła tragicznie w wieku lat 15 - jej suknia zapaliła się od ognia w kominku). 

Maria została wydana za mąż młodo (jako szesnastolatka) i nader nieszczęśliwie, za niemieckiego księcia, Ludwika Wirtemberskiego. Rodzice mieli na uwadze dobro ojczyzny (ten zadłużony awanturnik miał znakomite koligacje - był bratem króla Fryderyka I Wirtemberskiego, siostrzeńcem króla Prus Fryderyka II i bratem przyszłej carycy Marii Fiodorowny). Szczęście Marii było zupełnie drugorzędne, choć trzeba przyznać, że Ludwik dobrze grał zakochanego, padając przed wybranką na kolana na sali balowej. Po ślubie jednak mu przeszło i małżeństwo nie przyniosło korzyści nikomu. Ludwik w czasie wojny polsko-rosyjskiej 1792 r. zdradził Polskę, na co Maria wystąpiła o rozwód. Ceną było pozostawienie mężowi jedynego syna, Adama.

Ludwik nienawidził Polski i w tej nienawiści wychował Adama. W rezultacie syn Marii w czasie powstania listopadowego jako dowódca wojsk rosyjskich ostrzeliwał pałac w Puławach, w którym chroniły się jego matka i babka, a następnie wypędził je stamtąd i na rozkaz cara splądrował pałacową bibliotekę, wysyłając 40 tys. tomów do Petersburga.
Swoją drogą, ciekawe, że kiedyś na wojnie najeźdźcy kradli książki...

Sama Maria po rozwodzie poświęciła się literaturze - prowadziła salon literacki, w którym bywali choćby Niemcewicz i Fredro, poza tym pisała opowiadania i tłumaczyła literaturę francuską. W wieku 48 lat stworzyła swoją najsłynniejszą powieść - pierwszą powieść sentymentalną vel romans Malwina, czyli domyślność serca. Jak sama tłumaczyła we wstępie - powieści tworzą głównie mężczyźni, a to nie pozwala na dobre oddanie realiów: "romanse Krasickiego, Jezierskiego itd. opisują zwyczaje naszych ojców i dziadów, lecz bynajmniej nie malują obrazu teraźniejszego społeczeństwa. Ten obraz w Malwinie nie jest ani doskonałym, ani dokończonym, lecz będąc pierwszym, wzbudzi może ciekawość"

Moją wzbudził i - choć rzeczywiście nie jest "doskonałym" - to jest to jednak uroczy XIX-wieczny obrazek, wart poznania przez wielbicielki powieści Austen i sióstr Bronte. Polacy nie gęsi.. a co!



Malwina współdzieliła losy pisarki - bohaterka została przez rodziców wydana za mąż w wieku lat 14, za mężczyznę starszego i nieczułego. Spędziła z nim dwa lata w odludnym zamku, z dala od bliskich. Mąż na szczęście zginął w wypadku i Malwina została od przykrego związku uwolniona. Odtąd zamieszkiwała w jednej ze swoich posiadłości wraz z młodszą siostrą. Co to były za czasy, kiedy szesnastolatka mogła już być wdową i panią na włościach...

Sam romans zaczyna się na sposób, który od tamtej pory został w literaturze kategorii B powielony miliardy razy - dzielny i przystojny Ludomir ratuje młodą i piękną Malwinę od śmierci w pożarze, a przy okazji wyciąga też z płonącego budynku dziecko. Jane Austen spaliłaby się ze wstydu... Młodzi szybko się zakochują, ale niewyjaśnione tajemnice w przeszłości Ludomira zmuszają go do rozstania z Malwiną. Zrozpaczona dziewczyna wyjeżdża dla podratowania psychiki do Warszawy, ale miasto bynajmniej nie przyniesie jej ukojenia... Od momentu wyjazdu do stolicy robi się ciekawie, bo pobyt w Warszawie pozwala na wprowadzenie ciekawych obyczajowych obserwacji, odmalowanie atmosfery panującej na spotkaniach śmietanki towarzyskiej i na ulicach miasta. Zresztą, naprawdę byłam ciekawa, jak rozwinie się intryga.

Urocze, acz nieznośnie romantyczne perypetie Malwiny zestarzały się jednak znacznie mocniej niż wspomniane powieści sióstr Bronte i Jane Austen. Rozwiązania fabularne są mocno naiwne, zbyt dużą rolę pełni przypadek, a Malwina mdleje przy każdej okazji. Uczucia bohaterki wahające się między miłością a rozczarowaniem odmalowane są sprawnie, ale poza tym Malwina nie jest zbyt wyrazistą bohaterką i trudno się z nią zżyć. Reszta bohaterów jest dość papierowa i tylko niekiedy można wyłapać jakiś promyczek żywszego opisu (jak przy pięknej Dorydzie).

Podsumowując, polecam tylko czytelnikom bardzo zainteresowanym kobiecą literaturą XIX wieku.

Korzystałam z wersji zamieszczonej na stronie projektu "Biblioteka Literatury Polskiej w Internecie".

26 lipca 2011

Na Wyspie Księcia Edwarda

"Jeśli jeszcze raz wspomni o Blythe'ach, rzucę w niego tym dzbankiem", pomyślała Susette. (s. 566)

Ja bym też chętnie rzuciła...

"Ostatni tom serii powieści o Ani Shirley wydany w pełnej, nie okrojonej wersji, w zgodzie z oryginalnym maszynopisem przekazanym przed laty kanadyjskiemu wydawcy przez autorkę. Do tej pory skrócona o około 100 stron książka dostępna była w sprzedaży (również w Polsce – Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009) pod tytułem Spełnione marzenia. Usunięte z poprzednich edycji tytułu strony rzucają nowe światło na historię wielu bohaterów cyklu. To znakomita lektura dla młodych i nieco starszych czytelników." (notka wydawcy)






Niech Was nie zwiedzie tytuł "Ania z Wyspy Księcia Edwarda". Przede wszystkim - to zbiór luźnych opowiadań, a nie kolejny tom powieści. Ania, Gilbert i ich dzieci nie są bohaterami żadnego opowiadania. Pomiędzy opowiadaniami umieszczone są wiersze "autorstwa" Ani i jej syna Waltera (naprawdę L.M. Montgomery) - i przy nich pojawiają się króciutkie dialogi między członkami rodziny Blythe'ów. W rozmowach tych nie pada jednak nic nowego - są to niemal wyłącznie odniesienia do  wydarzeń z wcześniejszych tomów.

Bohaterami opowiadań są  mieszkańcy Glen St. Mary, którzy poza przeżywaniem swoich perypetii (na ogół romasowo-matrymonialno-dziecięcych) mają istną obsesję na punkcie rodziny Blythe. Co drugie zdanie pojawiają się powołania typu "tak mówi doktor Blythe, tak uważa doktorowa, która jest piękną i przemiłą kobietą, to mówiła mi Zuzanna Baker". Bardzo szybko staje się to po prostu irytujące. Gdzieś w jednej czwartej tomu byłam w stanie szczerze znienawidzić Anię, Gilberta, Zuzannę i całą progeniturę. Ratowało mnie tylko to, że niektórzy bohaterowie też mieli dosyć tych inwokacji (patrz cytat na wstępie). Angielski tytuł "The Blythes Are Quoted" jest jak najbardziej na miejscu - bo cytowani są w kółko. Polski nie ma sensu.

Podobno L.M. Montgomery po prostu zebrała różne swoje opowiadania - opublikowane w gazetach i te nigdy nie wydane, powplatała wzmianki o Ani, przełożyła "jej" poezją i zaniosła wydawcy. Rozumiem obecny pęd do wydania ostatniego dzieła pisarki w takiej postaci, w jakiej chciała je widzieć - można to uznać za rodzaj hołdu. Jednak reklamowanie tego jako ostatniego odnalezionego tomu Ani ("niepublikowany wcześniej ostatni tom przygód Ani z Zielonego Wzgórza" - cytat z okładki polskiego wydania) jest bzdurą podyktowaną chyba chęcią wyciągnięcia pieniędzy od fanów cyklu (na "Blythe'ów" mogliby się nie złapać).

"Fabuła powieści jest o tyle zaskakująca, iż w niczym nie przypomina poprzednich części – odpowiada na takie problemy jak zdrada, starość, śmierć, niechęć do kobiet, nieślubne dzieci." (stąd). Rzeczywiście nie przypomina to poprzednich części Ani z Zielonego Wzgórza, ale w innych opowiadaniach te tematy się pojawiały. Tu może rzeczywiście są nieco silniej zaznaczone, ale bez sensacji. Skala mroczności nieco wzrosła w drugiej, krótszej części (tom podzielony jest na dwie części - pierwsza dotyczy czasów sprzed I wojny światowej, druga - po niej). Miałam wrażenie, że po prostu opowiadania te powstały później niż "Ania", kiedy o niektórych sprawach można było mówić i pisać śmielej.

To, co mną wstrząsnęło najbardziej, to nie morderstwa i nieślubne dzieci. W ostatnim opowiadaniu pojawiają się imiona wnuków Ani i Gilberta - w to aż nie chce się wierzyć, bo jak Ania mogłaby być czyjąś babcią! Najdziwniejsze jednak wrażenie robi wspomnienie Holokaustu. Ania Shirley i Holokaust wymienione jednym tchem, to jak zderzenie galaktyk z równoległych światów - niemożliwe.

To, czego zupełnie nie załapałam natomiast, to zapowiadane odarcie Gilberta ze wspaniałości: "The Globe and Mail" zwrócił uwagę, że fani powieściowego męża Ani, dobrego doktora Gilberta Blythe, "mogą teraz chcieć zasłonić oczy". W nowej książce Gilbert to drań i manipulator, ogarnięty chęcią kontrolowania wszystkich. (też stąd). Eee.... że co? Mnie się wydawał taki jak zawsze, pojawiał się jako ten wspaniały doktor Blythe,  kochający maż i doskonały ojciec - jeśli ktoś mógłby mnie naprowadzić na jakiś trop, byłabym wdzięczna.

Wracając jeszcze do praktyk polskiego wydawcy, to poza tytułem i reklamą przyczepię się jeszcze do niedbalstwa w imionach. Dziwna jest ta praktyka tłumaczenia imion, która sprawiła, że Jim Blythe był Kubą, ale Krzyś Ford - oryginalnym Kennethem (w wersji z mojego dzieciństwa było dokładnie na odwrót). Imion poza rodziną Blythe na ogół nie tłumaczono, więc w opowiadaniach występowali George, Dick i Ursula, a nie Jerzy, Ryś i Urszula. Jednak  narzeczona Jima/Kuby Blythe'a, córka pastora Mereditha, występuje czasem pod oryginalnym imieniem Faith, a czasem jako Flora...* Ja wiem, że to ta sama osoba, ale ktoś nie oblatany w twórczość Montgomery chyba się nie połapie. Fakt, jestem przyzwyczajona do starego wydania "Ani..." i do tamtych imion (też swobodnie niekonsekwentnych), ale jeśli już w nowych wydaniach chcieli coś zmienić, to proszę - albo Jim, Kenneth i Faith, albo Kuba, Krzyś i Flora.

Z innych błędów - w posłowiu na końcu książki  jest w przypisie zdanie "W ostatnim opowiadaniu "Spełnione marzenia", którego akcja toczy się w trakcie drugiej wojny światowej, Susette i Dick wspominają dziecięce przygody z wnukami Ani i Gilberta, co jest niemożliwe w świetle książkowej chronologii." Susette i Dick wspominają imiona Jima/Kuby, Nan i Di, więc chodzi o dzieci, a nie wnuki, Ani i Gilberta... (s. 588). Drażnią mnie takie nieścisłości, zwłaszcza że nawet nie czytałam tej książki zbyt wnikliwie (wybaczcie, ale po prostu mnie znudziła) - a wydawnictwo chyba powinno pracować nad nią staranniej.

Podsumowując, nie była to zła lektura, ale byłaby lepsza, gdybym się nie nastawiała na więcej informacji o losach Blythe'ów. W sumie czytałam przed lekturą recenzje, nieodbiegające wiele od mojej, więc już wiedziałam, czego się spodziewać - ale oczywiście i tak chciałam się przekonać osobiście. Jako zagorzała fanka nie mogłabym nie przeczytać czegoś, co pisarka złożyła do publikacji tuż przed śmiercią. 

Opowiadania są różne, niektóre lepsze, niektóre gorsze - mają przyjemny staroświecki urok, ale zbyt często opierają się na wyeksploatowanych już przez pisarkę motywach. Zaskoczona byłam chyba tylko raz - przy opowiadaniu, w którym pojawiły się: miłość bez szans na ślub, seks, nieślubne dziecko oddane do adopcji, przemoc i wreszcie morderstwo. Wszystko w jednym dziele...

Polecam fanom twórczości L. Maud Montgomery, a sama zamierzam sięgnąć po Dzban ciotki Becky, którego jakoś nigdy nie miałam okazji przeczytać oraz po biografię pisarki Maud z Wyspy Księcia Edwarda.

* Przychodzi mi do głowy, że po prostu użyto tłumaczenia ze "Spełnionych marzeń", a przy uzupełnianiu o niepublikowane wcześniej fragmenty imiona przytaczano w oryginale. A nikt potem widocznie tego nie korygował. Może brakuje im w wydawnictwie moli książkowych, które znają poprzednie części cyklu...

24 lipca 2011

Grając w szachy w Petersburgu

Zugzwang [wym. cukcfank] w grze w szachy - konieczność wykonania ruchu w sytuacji, w której każde posunięcie pogarsza położenie gracza. (ze Słownika wyrazów obcych... W. Kopalińskiego).

Zugzwang to udany kryminał z czasów carskiej Rosji. W 1914 r. życie znanego psychoanalityka, doktora Rubena Spethmanna, zostaje roztarte w pył, chociaż on sam nie zrobił zupełnie nic...
Kto jest temu winny? 
Jego pacjent - znany szachista, Polak żydowskiego pochodzenia, Abram Rosenthal, kandydat do zwycięstwa w rozpoczynającym się turnieju szachowym w Petersburgu?
A może inny - Grigorij Wasiliewicz Pietrow, przedstawiciel Dumy, znienawidzony przez arystokrację orędownik biedoty? 
Albo piękna Anna Pietrowna Ziatdinowa, córka "Góry" Zinnurowa, odpowiedzialnego za pogromy Żydów?
Do wyboru mamy też upartą córkę doktora, Katierinę, która najwyraźniej kryje jakieś tajemnice, oraz jego przyjaciela, sławnego skrzypka ze słabością do płci pięknej, Borisa Kopelsona.
Czy któryś z nich jest tajnym agentem Ochrany? Albo - czy może któryś z nich nie jest?

W tej rozgrywce Spethmann jest tylko pionkiem, a nadrzędnym celem jest zrzucenie z szachownicy króla-cara. Są ludzie, dla których życie pionków nic nie znaczy...

Autor dobrze odmalowuje atmosferę Petersburga, wrzącego od nadciągającej z zewnątrz wojny i wewnętrznych niepokojów społecznych. Bohater zostaje uwikłany w sprawy "dziejowe", które go nie interesują, a jednak mogą zniszczyć życie jego i jego bliskich. Czy uda mu się wydostać z zugzwangu? I jakim kosztem? 
 
Zugzwang znalazł się na liście najlepszych książek Washington Post z 2007 r. i o ile nie twierdzę, że jest to powieść "genialna", to przyznaję, że jest naprawdę dobra, wciągająca, inteligentna i warta przeczytania zarówno przez wielbicieli kryminałów, jak i Rosji (swoje drogą, mam wrażenie, niestety, że w sprawach politycznych niewiele się w tym kraju zmieniło).


Mam słabość do książek o szachach - chociaż nie umiem w nie grać, mają dla mnie w sobie coś magicznego. Zasady niezmienne od lat, nieskończoność możliwości na 64 polach oraz - po prostu - materialne piękno. W powieści szachy odgrywają ogromną rolę, całej akcji towarzyszy rozgrywka między doktorem a jego przyjacielem Kopelsonem - zbieżna z zaplątaną intrygą rozgrywającą się poza szachownicą.

Inne książki z szachami w roli głównej:

Szachownica flamandzka Arturo Pereza-Reverte, czyli jak za pomocą rozgrywki szachowej namalowanej na obrazie z XV wieku rozwiązać zagadkę morderstwa... Bardzo cenię sobie tego autora, zwłaszcza za jego powieści kryminalne. To zdecydowanie powieści z klasą. Polecam!






Ósemka Katherine Neville, czyli sztandarowy przykład przygodowego czytadła. Francuski klasztor w XVIII wieku, specjalistka komputerowa z XX wieku i legendarne średniowieczne szachy - czyli nieprawdopodobnie naciągana fabuła, przy której Kod Leonarda da Vinci to podręcznik historii. Trzeba przyznać, że jednak wciąga, więc przeczytałam do końca, klnąc samą siebie, że czytam takie głupoty ;) Ale dawno to było, nie wiem, czy teraz starczyłoby mi cierpliwości,

23 lipca 2011

Lovely or not

Zostałam zaproszona do zabawy przez Balbinę 64 i Karolinę. Dziękuje, dziewczyny, takie wyrazy uznania są bardzo miłe i podbudowują mnie w chwilach blogowego zwątpienia. 
Zasady gry są takie:

1 - Na swoim blogu stwórz notkę o nominacji, podając przy tym link do osoby, która Cię nominowała.
2 - Napisz o sobie siedem rzeczy, których odwiedzający bloga jeszcze nie wiedzieli.
3 - Nominuj szesnaście innych osób (nie można jednak nominować osoby, która Ciebie nominowała),
4 - Zostaw na ich blogach komentarz, dzięki któremu dowiedzą się o nagrodzie i nominacji.

Punkt 1 wykonany.
Punkt 2 - przewin niżej.
Punkt 3 i 4 -  wybaczcie, nie potrafię nominować 16 blogów. Zaczęłam tworzyć listę, ale wybór akurat szesnastu, nie mniej, nie więcej, byłby całkiem przypadkowy i nie świadczyłby o niczym. Uwielbiam i czytuję wszystkie blogi, które obserwuję i które mam na liście w boczku oraz te nowe, które cały czas odkrywam. Jest ich znacznie więcej niż szesnaście. Poza tym - to duża liczba, więc myślę, że i bez mojego udziału każdy zostanie nominowany ;)

O mnie:

1. Nie mam telewizora. Pozbyłam się go, kiedy zorientowałam się, że przez trzy miesiące nie włączyłam go ani razu. Duży był, czarny, kurzył się jak nawiedzony i nie miałam cierpliwości w kółko go czyścić. Jedyny kontakt z tą maszyną mam u teściów i muszę przyznać, że reklamy oglądane raz na kilka tygodni są całkiem przyjemne - kolorowe, z muzyczką, migają wesoło... ;) 

2. Uwielbiam kuchnię indyjską i sushi, wszystko w wersji wege.

3. Przy jedzeniu nie czytam. Kiedy zamieszkałam z T. i zaczęliśmy wspólnie jeść posiłki, gapienie się w książkę wydało mi się samolubne. Teraz wspólnie przy jedzeniu oglądamy na laptopie seriale (podobno to fatalnie robi na trawienie, ale taką już mamy prywatną tradycję, a zresztą to kwestia wprawy - nawet rozkładające się trupy w Bones nie odbierają nam apetytu).

4. Nie umiem pływać. Ale się właśnie uczę i przed końcem roku będę pływać jak ryba. Zakład? A potem zacznę się uczyć konnej jazdy.

5. Kolekcjonuję hobby. Nie będę wyliczać, co lubię robić, bo to by zajęło dużo miejsca. Ostatnio na tapecie są lalki z modeliny. Takie jak ta z boku.
To jest Czerwony Kapturek, nadal w fazie tworzenia. Wkręciło mnie w postaci z bajek.








6. Reaguję agresywnie na "bynajmniej" używane w znaczeniu "przynajmniej". Resztę błędów potrafię przełknąć.

7. Urodziłam się siódmego i w niedzielę. Może dlatego moje marzenia zwykle się spełniają.

22 lipca 2011

Głos Gilgamesza dobiega z otchłani przeszłości (Czytam klasykę )

Pierwsze koty za płoty (książki za regały?)  ;)  Czytanie klasyki uważam za rozpoczęte.

O czym?
Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o kobietę... Epos o Gilgameszu ma kilka tysięcy lat, w rolach głównych herosi, bogowie co krok, ale problemy zupełnie zrozumiałe. Gilgamesz był władcą miasta Uruk. Piękny, silny, dzielny... Niestety wprowadził prawo pierwszej nocy, czyli zanim mąż mógł przespać się ze swoją żoną, Gilgamesz pierwszy ładował się oblubienicy do łóżka. Mieszkańcy Uruk byli cierpliwi i posłuszni, ale w końcu nie wstrzymali... No, bo naprawdę... Każdy by się zdenerwował...

Mieszkańcy Uruk zwrócili się do bogów o pomoc, a ci stworzyli męża na podobieństwo Gilgameszowi, Enkidu. Enkidu biegał sobie po lasach z dziką zwierzyną, do Uruk się nie wybierał, więc jak go zwabiono do miasta? Podstawiono mu piękną nierządnicę, która zrzuciła przed nim ubranie i Enkidu rzecz jasna złapał się na lep. Z okazji skorzystał, po czym się zakochał i grzecznie podreptał za śliczną Szamhat. W Uruk zamiast się bić, przemówił Gilgameszowi do rozsądku. Chłopcy padli sobie w ramiona i zostali gorącymi przyjaciółmi (Ty mnie pomożesz, ja Tobie pomogę: cóż złego może nas dwóch spotkać), po czym poszli prać trzeciego, niejakiego Humbabę...(no bo jak nie seks z dziewicami, to chociaż trzeba kogoś pobić - rozrywka jakaś musi być):
 "Zęby ma Humbaba jako kły smoka, lwa oblicze, w starciu jest jak potop!  (...) Na czubku ogona swego i członka ma dwa łby wężów jadowitych."

Ubicie Humbaby nie zakończyło przygód - w Gilgameszu zakochała się bogini Isztar, ale ten odrzucił jej zaloty (bo to zła kobieta była). Wściekła Isztar wyprosiła u ojca potwora, bykołaka, który miał ją pomścić...
Niech Was jednak nie zwiedzie to streszczenie. Pod płaszczykiem "wesołych" przygód kryje się odwieczny ludzki, herosom też nie obcy, lęk:
 "Czyż i ja nie umrę (...)?  W łonie mym rozpacz się zalęgła. Jakże mi to zmilczeć? Jak spokój znaleźć? Trwogę przed śmiercią poczułem, bogowie! Raczcie mnie, jak dotąd, wśród żywych zachować!"

Gilgamesz rusza na poszukiwanie wiecznego życia, choć rozsądniejsi odwodzą go od tego pomysłu:
"Gilgameszu! Na co ty się porywasz? Życia, co go szukasz, nigdy nie znajdziesz! Kiedy bogowie stwarzali człowieka, śmierć przeznaczyli człowiekowi, życie zachowali we własnym ręku. Ty, Gilgameszu, napełniaj żołądek, dniem i nocą obyś wciąż był wesół, codziennie sprawiaj sobie święto, dnie i noce spędzaj na grach i pląsach! Niech jasne będą Twoje szaty, włosy czyste, obmywaj się wodą, patrz, jak dziecię twej ręki się trzyma, kobiecą sprawę czyń z chętną niewiastą: tylko takie są sprawy człowieka!"

Ale czy Gilgamesz posłuchał rad, czy nie, tego Wam nie zdradzę. Poczytajcie sami...

Rękopis ;) *
Jak?
Przedstawiłam Wam tę historię w lekki sposób, bo czytanie klasyków nie polega na biciu pokłonów ("bo to takie stare"). To nie szkoła, można z lektur czerpać frajdę ;) Trzeba jednak zaznaczyć, że język utworu, choć  bardzo piękny i melodyjny -  z licznymi powtórzeniami podobnymi do refrenów - jest trudny w odbiorze. Ostatecznie ta proza ma ponad dwa tysiące lat, a i tłumaczenie ze starobabilońskiego łatwe nie było.

* Fragment tablicy jest wystawiony w British Museum (wśród innych łupów wywiezionych z dawnych kolonii). Mogę się pochwalić, że byłam i widziałam.


Skąd?
Gilgamesz (lub Bilgamesz) był (najprawdopodobniej) postacią historyczną, rzeczywistym królem sumeryjskiego miasta Uruk w I. poł. III tys. p.n.e.  Był bohaterem wielu legend, które potem przybrały postać Eposu, składającego się z 12 tablic-rozdziałów. Trzeba przyznać, że zapisał się ludziom w pamięci...
Trudno nam teraz zrozumieć jaką rzeczywiście rolę pełniły opowieści o tym bohaterze - przecież ludzie nie trzymali kamiennych tablic z opowieściami na stoliczkach nocnych, żeby sobie przed snem poczytać - niemniej przygodowa akcja pierwsze połowy nasunęła mi nieodparte skojarzenia ze współczesnymi opowiadaniami o superbohaterach. Taki Indiana Jones z Mezopotamii...  Jego wpływ na kulturę był jednak bez porównania większy niż współczesnych bohaterów o króciutkich żywocikach - o Gilgameszu pamiętano co najmniej przez 2 tysiące lat... (najwcześniejsze wzmianki z 2. połowy III tys. p.n.e., ostatni fragment Eposu z I w. p.n.e.).
Druga część Eposu - znacznie bardziej filozoficzna, odwołująca się do najgłębszych lęków - mimo starożytnej otoczki wydała mi się niezwykle aktualna. Minęły tysiące lat, ludzie zapomnieli o sumeryjskich bóstwach, ale niemożność pogodzenia się kruchością ludzkiego losu pozostała. Może dlatego epos o Gilgameszu nie został zapomniany, bo porusza kwestię wiecznie żywą?


Ciekawostki
W eposie można znaleźć znaną wszystkim opowieść o wielkim potopie - tylko Noe nosi tu imię Utnapiszti.

Współcześnie

Gilgamesz Joan London to nie ponowne opowiedzenie starożytnej historii, to próba odnalezienia jej współczesnych odniesień. Akcja powieści zaczyna się w londyńskim szpitalu i natychmiast przenosi się do Australii. Edith, główna bohaterka, podróżując przez Londyn, Stambuł, Batumi, Tyflis (czyli Tbilisi), Erewań, Tabriz, Aleppo i Aleksandrię tropi swoje przeznaczenie. "Gilgamesz" to wspaniała i oszczędna, a zarazem poruszająca opowieść o spotkaniach i ucieczkach, przyjaźni i miłości, stracie i akceptacji.
Zainteresowało mnie to. Czy ktoś z Was czytał? 




Anna In w grobowcach świata Olgi Tokarczuk to opowiedziany na nowo - po mistrzowsku - mit o bogini Innanie. Starożytne wierzenia i futurystyczne wizje... Mnie książka zachwyciła bezgranicznie, ale uwaga - jeśli ktoś nie lubi czytać mitów, będzie mu ciężko. Język jest bardzo pięknie stylizowany, po Eposie o Gilgameszu widzę i doceniam to jeszcze bardziej, niemniej jeśli odrzucają Was cytaty z Gilgamesza zamieszczone w notce, to i z Anną In nie pójdzie Wam łatwo.







Korzystałam z wersji zamieszczonej tutaj: http://free.of.pl/m/mysticearth/mitologia/su/gilgamesz.pdf. Jakość nie jest niestety idealna.

21 lipca 2011

Podróżować po świecie w poszukiwaniu prawdy

To z pewnością jedna z najważniejszych książek, jakie do tej pory przeczytałam. Może dlatego tak ciężko mi o niej pisać i zbieram się do tego od tygodnia.

W tej książce jest wszystko. Narodziny i śmierć, miłość, rodzina, przygoda, pasja, podróże, wojny i przede wszystkim - życie.
Tiziano Terzani (1938-2004) to włoski reporter, który przez wiele lat był korespondentem w Azji. Przez całe życie robił to, co kochał - podróżował i pisał o tym.
Koniec jest moim początkiem
to jego ostatnie dzieło.

Książka ma formę wywiadu przeprowadzonego ze stojącym nad grobem, chorym na raka Terzanim przez jego syna, Folco.  

 Tak, to jest koniec, ale także początek historii, która jest moim życiem, o którym z przyjemnością z tobą porozmawiam, abyśmy sprawdzili razem, czy summa summarum był w nim jakiś sens. (s. 16)



W przepięknym Orsigna ojciec opowiada synowi swoje życie, od biednego dzieciństwa we Włoszech, przez Afrykę, wojny w Wietnamie i Kambodży (po których nie chciał już dłużej zajmować się polityka, twierdząc, że ludzie i tak nie uczą się na błędach), Chińską Republikę Ludową (był jednym z pierwszych zachodnich dziennikarzy, którego tam wpuszczono... a potem wyrzucono), Japonię (która wywołała u Terzaniego depresję), Tajlandię (mieszkał tam z rodziną w domu na palach, a w wodnym ogrodzie mieszkał mięsożerny żółw) i Indie. Jego opowieść kończy dopiero... śmierć. Terzani zaczynał jako korespondent wojenny, ale fascynowała go raczej kultura i - zwłaszcza pod koniec - życie duchowe. Na starość uczył się medytacji, mieszkając w lesie z pewnym pustelnikiem, ale ostatecznie zdecydował, że może wyrzec się wszystkiego z wyjątkiem rodziny. Wrócił więc z nią do Włoch i w ten sposób jego życie zatoczyło koło - dzięki tej lekturze możemy znaleźć się w samym jego środku.

Przy tak barwnym życiorysie nic dziwnego, że czytelnik ma wrażenie, jakby gnał w szalonej podróży przez pół świata. Są tu jednak nie tylko chronologicznie spisane losy Autora, ale też jego przemyślenia na wiele tematów: wojny, miłości i zwłaszcza, śmierci.  Koniec...  to niemal filozoficzny traktat o sensie życia, spisany przez człowieka, który wyrusza w swoją ostatnią podróż - ze spokojem, którego na razie mogę mu tylko zazdrościć.

O bezsensie konsumpcjonizmu:
Uczciwie trzeba przyznać, że świat jest cudowny, nic na to nie można poradzić, po prostu cudowny. Jeżeli jesteś w stanie poczuć się częścią tego cudu - nie ty, który masz dwie ręce i dwoje oczu, ale jeżeli esencja ciebie samego czuje się częścią cudu - czegóż mógłbyś chcieć więcej? Czego? Nowego samochodu? (s. 459)

O rezygnacji z pracy korespondenta wojennego:
- Już nie chciałeś jeździć i patrzeć?
- Właśnie, nie chciałem. Dlatego, że już widziałem: wszystko jest identyczne, jednakowe. Folco, trzydzieści lat potem jedziesz do Iraku - ja tam nigdy nie byłem, ale czytam, co piszą moi młodsi koledzy, i widzę dokładnie to samo, co działo się w Wietnamie. Przyjeżdża ktoś, robi konferencję prasową i mówi: "Wrogowie. Dziś zabiliśmy ich dwudziestu czterech, byli źli! Znaleźliśmy ukrytą broń. Mieli tez milion dinarów..." (s. 155)

Wypatrzyłam tę książkę w księgarni (nie znałam wtedy nazwiska Terzani), zafascynował mnie jakiś fragment na początku i potem dostałam ją od T. pod choinkę. Bardzo długo leżała na półce,  zaczęłam czytać, pierwsza część o dzieciństwie we Włoszech wydała mi się beznadziejna i Koniec... wrócił na półkę. Na szczęście sięgnęłam po nią kolejny raz i przepadłam. Dawkowałam ją sobie, żeby starczyło na dłużej i żebym miała czas przemyśleć to, co przeczytałam. Śmiech mieszał się ze łzami, a zachwyt z bólem. T. może potwierdzić, że przez kilka tygodni co drugie zdanie zaczynałam od: "W tej książce, którą teraz czytam...".

Lojalnie uprzedzam, że forma jest początkowo dość trudna. Wywiad spisano bardzo dosłownie, z zaznaczeniem wszystkich przerw, westchnień, uwag o jedzeniu itp. Wypowiedzi są - jak to zwykle w prawdziwych opowiadaniach bywa - czasem niespójne, rozłażą się w dygresje, czasem autor ma problemy z przekazaniem tego, co ma na myśli. Jednak, kiedy już się człowiek wciągnie, czyta się świetnie. 

Teraz pozostaje mi tylko poznać wszystkie reportaże Terzaniego, a potem w nieskończoność wracać do Końca, który jest moim początkiem.

Tiziano Terzani
Koniec jest moim początkiem
Zysk i ska 2010
ss. 576

PS. Mam nadzieję, że ostatnia podróż Terzaniego jest równie ciekawa, jak wszystkie poprzednie.






Cytat w tytule posta, s. 159.

EDIT:
W 2010 r. powstał niemiecki film na podstawie tej książki: Das Ende ist mein Anfang (zwiastun)  - nie bardzo wyobrażam sobie jak można zrobić ekranizację wywiadu, ale niech będzie. Zdjęcia ma bardzo ładne, może kiedyś obejrzę (choć nie podejrzewam, żeby pojawił się w Polsce).

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...