Z tej wesołej okazji wrzucam coś ku radości.
Niepoprawna wielbicielka "Alicji w Krainie Czarów", zawyża poziom czytelnictwa, folguje nałogowi, uprawia tsudoku i hoduje dwa małe mole (książkowe). Poprzednia nazwa bloga (Jedz, tańcz i czytaj) zdezaktualizowała się - mam dzieci, nie mam czasu na nic, ale nadal czytam. Zamiast spać.
1 kwietnia 2011
30 marca 2011
Ojciec i syn
Mąż
Peter Karena i jego najstarszy syn, Llewelyn
"What I do for the living? I live for the living"
Peter Karena jest Europejczykiem, ale wychował się w Nowej Zelandii - w dzieciństwie został adoptowany przez Maoryską rodzinę. Jego przybrany ojciec nigdy nie zaakceptował go do końca i stosunki miedzy nim a Peterem są bardzo napięte. Jednak sam Peter jest wspaniałym ojcem dla własnych dzieci - a ma ich sześcioro. Jest dla mnie wręcz encyklopedycznym wzorem ojca - mądrym, silnym, kochającym. Potrafi zapewnić rodzinie byt, dostarczyć pożywienie, zbudować dom, okazać uczucia. Daje dzieciom wolność i miłość, uczy samodzielności.
Film jest dokumentem - twórcy przez cztery lata obserwowali i filmowali losy rodziny. Stworzyli fascynujący portret ludzi, którzy we współczesnym świecie nie zagubili tego co najważniejsze. Żyją w bliskim kontakcie z przyrodą i sobą nawzajem. Przedmioty materialne nie mają dla nich wielkiego znaczenia. Dają sobie radę nawet wtedy, gdy tracą dom (prawdopodobnie wskutek knowań ojca Petera). Kiedy im się przyglądałam czułam tęsknotę za takim życiem - za wypisaniem się z nieustannej gonitwy, która trwa we współczesnym świecie, znalezieniem swojego miejsca na ziemi i życiem według prostych zasad.
Poza tym, przyznaję, szalenie zazdroszczę takiego dzieciństwa dzieciom Petera. Ponieważ czasu się nie cofnie, mam nadzieję, że chociaż uda mi się stworzyć namiastkę takiego świata moim dzieciom.
reż. Thomas Burstyn
11-letni Boy także żyje w Nowej Zelandii, ale jego dzieciństwo różni się znacząco od świata rodziny Karena. Mieszka z młodszym bratem Rockym (który wierzy, że posiada supermoce), babcią, która się nimi opiekuje i rozlicznym kuzynostwem. Matka chłopców nie żyje, ojciec siedzi w więzieniu. Boy właściwie go nie zna, ale wierzy, że tata do niego wróci.
Czasem marzenia się spełniają... I podobno jest to takie chińskie przekleństwo... Alamein, ojciec chłopców, wraca do domu akurat pod nieobecność babci i przewraca życie dzieciaków do góry nogami. Idealizujący go Boy nie potrafi krytycznie ocenić jego poczynań - dla niego tata jest takim samym bożyszczem jak Michael Jackson (czy wspomniałam, że akcja toczy się w latach 80.?). Zresztą chłopiec kłamie tak dobrze, że nawet siebie samego potrafi długo oszukiwać...
The Boy to komedia wyciskająca łzy z oczu albo dramat z przymrużeniem oka - ja szlochałam pod koniec jak głupia. Nie jest to smutny film, ale silnie działa na emocje (Amerykanie mogli by się na tym przykładzie uczyć, jak wywoływać łzy bez choćby grama patosu). Całość jest naprawdę świetna i fenomenalnie zagrana. Dzieciaki zasłużyły na wszystkie filmowe nagrody świata, a Taika Waititi (reżyser, scenarzysta i aktor grający ojca dzieci) jest tak przekonujący w swojej roli, że wręcz nie potrafię go sobie wyobrazić jako dojrzałego odpowiedzialnego człowieka. Gorąco polecam.
Rozwodnik
Pewnego razu piękna Włoszka spotkała nie mniej urodziwego Meksykanina (wyglądającego jak skrzyżowanie latynoskiego Jezusa i pirata z Karaibów). Roberta i Jorge zakochali się w sobie, pobrali, spłodzili syna. I wszystko byłoby pięknie, gdyby wkrótce nie odkryli, że więcej ich dzieli niż łączy, a ich wizja przyszłości znajduje się na przeciwległych biegunach. Po kilku latach separacji zdecydowali się na ostateczne rozstanie. Roberta postanowiła wrócić wraz z synkiem do Rzymu. Jorge, który przekładał życie bliskie naturze nad uroki cywilizacji, zdecydowany był zostać.
Tak mogłaby się zaczynać opowieść o ostrej walce o dziecko toczonej przez rodziców, ze wszystkim obrzydliwymi zagrywkami... Na szczęście, mimo rozczarowania wspólnym życiem, Jorge i Roberta nie znienawidzili się i nie postanowili walczyć ze sobą. Uznali filozoficznie, że widocznie przeznaczone im było się spotkać właśnie po to, żeby stworzyć tak cudowne dziecko, jak ich synek Natan.
Przed wyjazdem Natana z matką do Europy, Jorge zabrał małego na wyprawę, by pokazać mu część jego dziedzictwa. Na rafie koralowej, w drewnianym domu na palach wyrastających wprost z Morza Karaibskiego, z krokodylem przepływającym obok - to chyba najbardziej niezwykłe wakacje na jakie może liczyć kilkulatek.
Kolejny magiczny dokument, pokazujący życie w symbiozie z dziką przyrodą, a jednocześnie hymn na cześć miłości ojcowskiej. Możemy obserwować ją w dwóch przejawach - relacji Jorge ze swoim ojcem i jego relacji z Natanem.
![]() |
| To białe to dziki ptak, którego Jorge i Natan oswajają |
Ten film najmocniej uzmysłowił mi rolę, jaka może odegrać ojciec w życiu dziecka - pokazując mu świat, oswajając z niebezpieczeństwem. Moja kobieca natura podczas oglądania podszeptywała mi nieustannie - przecież coś go ugryzie w te bose stópki, ukąsi go jakiś wąż, pożre krokodyl, wypadnie z tej łodzi, ten ptak go zaraz dziobnie, ten dom nie ma żadnej barierki, on zleci do wody itp. itd. (Ile znacie kobiet, które uczyłyby dziecko pływać na środku morza? I jakbyście się zachowały, gdyby podpływał do niego krokodyl? Taka już chyba natura matki, żeby we wszystkim wypatrywać najpierw ewentualnego zagrożenia dla potomstwa.)
Nie muszę chyba dodawać, że dzieciak przeżył, cały, zdrowy i szczęśliwy.
Piękny film, spokojny, wręcz medytacyjny, a jednak nie sposób się od niego oderwać.
reż. Pedro González-Rubio
W obu dokumentach bardzo podobał mi się sposób wychowywania dzieci. Nikt z dorosłych nie organizował im czasu - dzieciaki zajmowały się same sobą, bawiły z innymi dziećmi i pomagały dorosłym. I nie marudziły, że muszą im pomagać - raczej były z tego dumne, uznając to za wyróżnienie. Stare, dobre zapomniane relacje. Może to klucz do tego, by dziecko czuło się kochane i zadbane, nie uważając zarazem, że jest pępkiem wszechświata.
29 marca 2011
Wordless... tuesday
28 marca 2011
Niemożebnie dobra powieść łotrzykowska
Kacper Ryx - sierota i podrzutek, student medycyny, dzięki swem rozlicznym talentom zostaje pierwszym w dziejach Inwestygatorem Jego Królewskiej Mości. Szczęście, że się taki mędrek trafił, bo zagadki mnożą się niemożebnie. Najsampierw skradziona zostaje pieczęć królewska, potem odnajdują się zwłoki młodej kobiety, zasztyletowanej, a jakby tego było mało - imć Twardowski, alchemik królewski, któren ważną informację posiada, znika, a jego tropem podąża okrutna postać w czerni. Ergo - Ryx ma pełne ręce roboty.*
Czego tu nie ma - przygody, poezja, konne pościgi i ścinane głowy, gospody i królewskie komnaty, kostnice i lupanary, romanse, ukryte skarby i zasadzki w lasach, skorumpowane władze miasta i bunt żaków. Jednym słowem - powieść łotrzykowska idealna. Akcja nie ustaje ani na chwilę i trudno się oderwać od czytania. Doskonale został oddany świat XVI-wiecznego Krakowa z jego wyglądem, obyczajami i językiem. Postaci fikcyjne i historyczne przeplatają się bardzo zgrabnie. Jeśli komuś nazwiska Jana Kochanowskiego i Mikołaja Sępa Szarzyńskiego kojarzą się wyłącznie z boleśnie nudną lekcją, a analizowana na historii Unia Lubelska przyprawia o mdłości, powinien sięgnąć po Kacpra Ryxa. Autorowi należą się oklaski, bo pokazał, że "Polacy nie gęsi" i historię mają taką, że tylko brać i opisywać - nie trzeba muszkieterów, żeby stworzyć pasjonującą powieść przygodową.
Bardzo gorąco polecam i obowiązkowo siegnę po dwa kolejne tomy.
Mariusz Wollny
Kacper Ryx
Otwarte 2007
ss. 584
Kacper Ryx
Otwarte 2007
ss. 584
* To miał być język stylizowany na czasy Kacpra Ryxa, ale wyszedł mi raczej pan Muldgaard ;)
26 marca 2011
Najdziwniejszy oddział w Świecie Dysku
To najsmutniejsza książka Pratchetta, jaką dotąd czytałam. Tak, tak, wiem - Pratchett to wesołek, jakże by on mógł napisać smutną książkę. Cóż, żeby się dowiedzieć, wystarczy zajrzeć pod podszewkę, zebrać gęsta pianę kpin i odsunąć fantastyczną zasłonkę. Pod spodem, jak zawsze u tego Autora, znajdzie się gorzka prawda o bezsensie ludzkiego postępowania.
Potworny regiment mówi o wojnie. Wojnie bezsensownej, toczonej nie wiadomo z jakiej przyczyny i w jakim celu. Szans na pokój nie widać, bo sytuacja jest patowa, a po obu stronach cierpią najbardziej zwykli ludzie. Mamy tu wioski, w których nie został już ani jeden młody mężczyzna, cywilów uciekających z domów z całym dobytkiem, wlokące się po drogach kolumny kalek i rannych.
Drugim ważnym tematem jest skostniała religia, w której liczne zakazy i nakazy same się nakręcają, nie mając już praktycznie żadnych podstaw w oryginalnej wierze. Obostrzenia są często tak absurdalne, że nie da się ich przestrzegać, więc wszyscy tylko udają, ale zachowują pozory - bo przecież tak należy, co z tego, że to bez sensu. A największą Obrzydliwością według tej religii (i wielu rzeczywistych w naszym swiecie) jest kobieta, która chciałaby byc samodzielna, uciec od garów i dzieci, a nie daj (tu wpisz imię dowolnego boga), chciałaby mieć te same przywileje, co mężczyzna.
No, a poza tym, uciekając od tonu minorowego, mamy też dzielną Polly, która zaciąga się do wojska, żeby odnaleźć brata i odkrywa, że w przedziwnym regimencie, którego jest częścią, nikt nie jest tym, za kogo się podaje. Nawet Maladict - wampir, który należy do Towarzystwa Wstrzemięźliwości (nie pije ludzkiej krwi), ale za to jest uzależniony od kawy. Nawet Karborund - gigantyczny troll o wyglądzie omszałego głazu i z trawą pod paznokciami. Nawet Igor - chociaż on akurat pozszywany jest z tylu osób, ze w sumie trudno powiedzieć. Każdy, ale to każdy mundur skrywa niespodziankę.
Świetna książka, polecam - zabawna, mądra, z lekką nutą goryczy.
Monstrous regiment
tłum. Piotr W. Cholewa
Prószynski i S-ka 2003
ss. 336
A jeśli mogę Wam coś poradzić - czytujcie Pratchetta w oryginale. Większość jego dowcipów jest trudna lub niemożliwa do przełożenia. Podziwiam tłumacza za podjęcie się tak katorżniczego zadania, ale wielu miejscach dało się wyczuć, że chyba czegoś się jednak przełożyć nie dało.
Przeczytaj dziś, zanim nadejdzie Jutro
Notkę poniżej zamieszczam na prośbę Wydawnictwa Znak.
Ja uwielbiałam czytać i miałam swoje książki już w przedszkolu, ale zaczynałam od książeczek "Poczytaj mi mamo", a mękę brnięcia przez pierwsze szkolne lektury pamiętam do dziś (i do dziś np. mam odruch wymiotny na hasło "Sierotka Marysia" i "Porwanie w Tiutiurlistanie" - a w tym samym czasie z radością czytywałam na własną rękę "Dzieci Kapitana Granta" i "W pustyni i w puszczy", bo to były dla mnie książki przygodowe).
Jasne, o edukację literacką powinni dbać rodzice, ale nie oszukujmy się - większość z nich (jak wskazało badanie) sama nie czyta. Niech więc chociaż w szkołach nauczyciele pokażą im, jak wielką przygoda może byc czytanie, a potem mogą kierunkować uczniów na bardziej ambitne lektury i kształtować gusta.
Tak, wiem, to utopia. Ale spróbować nie zaszkodzi ;)
Ostanie badania czytelnictwa potwierdzają tezę, że Polacy przestają czytać. Szkoła – najbardziej naturalne miejsce – nie wyrabia nawyków czytelniczych – co trzeci uczeń i student nie sięgnął w ubiegłym roku po książkę.
Musimy to zmienić! Znak, jako wydawnictwo gromadzące wokół siebie środowisko wybitnych pisarzy, filozofów i naukowców, czuje się szczególnie zobowiązany do promocji kultury czytania. Dlatego przed zbliżającym się Światowym Dniem Książki rozpoczniemy akcję wspierającą czytelnictwo wśród młodzieży Przeczytaj dziś, zanim nadejdzie Jutro.
Zainspirowały nas działania, jakie przeprowadzono w Szwecji w ramach Läsrörelsen [Ruch Czytelnictwa]. Jego twórcy uznali, że wysoki poziom kultury czytania jest niezbędnym warunkiem istnienia demokracji. Początkowo była to inicjatywa intelektualistów i edukatorów, jednak z czasem akcja nabrała rozpędu i włączyły się w nią kolejne instytucje, ministerstwa i rząd Szwecji.
Dzieci i młodzież poproszono o wybranie książek, które mają największe szanse, by zachęcić ich rówieśników do czytania. Jutro Johna Marsdena znalazła się w tym zestawieniu jako jedyna książka spoza Szwecji. Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się rozpocząć akcję w momencie wydania tej książki w Polsce.
Akcję przeprowadzono także w miejscach niekojarzonych dotąd z czytaniem – wybrane tytuły były między innymi dołączane w McDonald's do zestawów Happy Meal. Łącznie rozdano 1,2 mln egzemplarzy książek.
Przedstawiliśmy nasz projekt uczniom i nauczycielom. Rozmawialiśmy z młodzieżą o tym, co podoba im się w książkach. Dyskutowaliśmy z pedagogami o tym, jak mogą wykorzystać Jutro do rozmowy o uniwersalnych wartościach. Chcemy pokazać, że można o tych wartościach mówić współczesnym, przystępnym językiem. Że lektury szkolne nie muszą być nudne, a czytanie może być po prostu fajne.
W ramach akcji chcemy przekazać każdemu gimnazjum i szkole ponadgimnazjalnej zestaw materiałów edukacyjnych, egzemplarz powieści Johna Marsdena Jutro oraz materiały informujące o konkursie dla uczniów – przesłane materiały stanowić będą komplet narzędzi potrzebnych do przeprowadzenia lekcji.
Kontaktujemy się już ze szkołami, które bezpośrednio zapraszamy do wzięcia udziału akcji – skontaktowaliśmy się już z ponad dwoma tysiącami gimnazjów.
Wszystkie osoby, które chciałyby zgłosić swoją szkołę do udziału w akcji, prosimy o kontakt mailowy: jutro@znak.com.pl
Wkrótce ruszy również oficjalna strona www.seriajutro.pl
25 marca 2011
Niezwykłe kobiety II - Idealna księżniczka
Historia zaczyna się tak, jak powinna się zaczynać każda porządna baśń. Daleko stąd, na magicznej wyspie, żyła księżniczka cudnej urody. Była nie tylko piękna, ale także mądra, silna i wszechstronnie utalentowana. A wszystko to działo się dawno dawno temu, zanim jeszcze USA postanowiły, że Hawaje powinny należeć do nich. Szkoda tylko, że ta baśń należy do tych tragicznych, pozbawionych happy endu.
Pełne nazwisko księżniczki Ka'iulani brzmiało Victoria Ka‘iulani Kawekio I Lunalilo Kalaninuiahilapalapa Cleghorn - pierwsze imię otrzymała na cześć brytyjskiej królowej Wiktorii. Urodziła się jako siostrzenica rządzącego króla, z matki Hawajki (utalentowanej kompozytorki) i ojca Szkota. Jej dzieciństwo było w istocie bajkowe, kształcona przez brytyjskie guwernantki była jednak wolna jak ptak na rajskiej wyspie - tańczyła, śpiewała, malowała i ku przerażeniu opiekunek wypływała wpław daleko w morze. Jej dom był otwarty dla międzynarodowych gości, więc nie była bynajmniej odcięta ani od zachodniej, ani dalekowschodniej cywilizacji (planowano jej zaręczyny z japońskim księciem).
Pierwszym cieniem na tym słodkim obrazku była śmierć ukochanej matki. Później wydarzenia potoczyły się już lawinowo - w wieku 13 lat Ka'iulani została wysłana (wraz z przyrodnią siostrą) na rok do Anglii. Jednocześnie na Hawajach doszło do przewrotu - król został zmuszony do podpisania konstytucji znacznie ograniczającej jego władzę.
Ka'iulani w Anglii chodziła do szkół, podróżowała, poznawała świat - po roku jej siostra została odesłana na Hawaje, ale Ka'iulani (w Anglii używała imienia Wiktoria) musiała pozostać. Rok zamienił się w cztery niełatwe, ale owocne lata. Tymczasem jej wuj, król Hawajów, zmarł, władza przeszła w ręce jego żony, która na swoją następczynię wyznaczyła właśnie Ka'iulani. Jednak wtedy właśnie doszło do kolejnego przewrotu - królowa została obalona i zamknięta w domowym areszcie, a Hawaje stały się częścią Stanów Zjednoczonych. Według nowej konstytucji prawo głosowania, a więc władza, należało do właścicieli ziemskich. Czy należy tłumaczyć, że rodowici Hawajczycy na ogół nie posiadali ziemi, a większość znajdowała się w rękach białych osadników?Zaledwie 17-letnia Ka'iulani nie pozostała obojętną na krzywdę swoich ludzi. Jej odezwę zamieściła brytyjska prasa, a sama księżniczka popłynęła do Ameryki, by spotkać się z prezydentem Clevelandem. Następnie powróciła na Hawaje, gdzie nie była już uznawana (przez rządzących) za osobę mającą jakiekolwiek prawa do decydowania o losie Hawajczyków. Mimo to, dzięki ogromnej determinacji, udało jej się płynąć na poprawę losu swoich poddanych - prawo głosu zostało przyznane wszystkim mieszkańcom Hawajów.
Księżniczka nie cieszyła się długo tym sukcesem. Zmarła w wieku 23 lat z niewyjaśnionych przyczyn. Mówiono, że sytuacja jej narodu złamała jej serce.
To aż nie do wiary, że tak romantyczne losy zostały na 100 lat zapomniane. Na szczęście ostatnio przywołano je na światło dzienne w filmie "Princess Ka'iulani". Cieszę się, że mogłam je poznać, zwłaszcza że bardzo interesuję się kulturą Hawajów (ale tą prawdziwą, niezamerykanizowaną kulturą, która jest mało znana, ale głęboka i fascynująca.)
Sam film jest dość przyzwoitą biografią, o walorach głównie poznawczych, chociaż wydaje mi się, że pominięto zbyt wiele - choćby fakt istnienia trzech przyrodnich sióstr Ka'iulani - a skupiono się na jej romansie podczas pobytu w Wielkiej Brytanii (nie wiem nawet, czy jest prawdziwy).
Jeszcze w ramach ciekawostek - aktorka grająca główną rolę, Q'Orinka Kilcher, jest przykładem współczesnego pomieszania kulturowego. Urodzona w Niemczech z ojca Peruwiańczyka i matki Szwajcarki, wychowywała się na Hawajach, ale nie jest rodaczką Ka'iulani. Jako aktorka dała się poznać w filmie o innej egzotycznej postaci kobiecej - Pocahontas (The New World, 2005).


Princess Ka'iulani, reż. Marc Forby, USA, UK 2009.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Winter is coming... Tym razem w komiksie.
Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...
-
Moje pierwsze zetknięcie z Jane Eyre było całkiem nieświadome. W wieku kilku lat oglądałam z rodzicami jakiś film i jedyne co z niego zapami...
-
Cztery lata wierni czytelnicy Jeżycjady odczekali się na przyjazd Magdusi do Poznania. Ja też czekałam. Oczekiwanie dłużyło mi się niemi...
-
Moja kilkuletnia córka uwielbia wszystko, co związane z kosmosem. Chociaż mnie też ten temat zawsze interesował, odczuwam boleśnie fakt, jak...

























