14 stycznia 2011

Miało być o kryminale

Ale nie będzie, przynajmniej nie dzisiaj. Postaram się zamieścić planowany wpis w weekend.

Wczoraj dowiedziałam się, że zatrzymano mordercę 14-letniej Eweliny, tej o której zaginięciu było ostatnio tak głośno w mediach i której szczątki odkryto w środku lasu. W obliczu takiego koszmaru nie mogę się przemóc, żeby pisać o fikcyjnych zbrodniach, istniejących tylko w wyobraźni pisarza, w dodatku wymyślonych ku uciesze czytelnika.

Optuję za tym, żeby mordercę skazano na powieszenie żywcem za jądra gdzieś w środku lasu, na terenie żerowiska wilków. Chociaż nie wiem, czy to wystarczy dla odpokutowania... Podobno zrozumieć znaczy wybaczyć. Niestety moja umiejętność pojmowania, nie wystarczy do zrozumienia tej zbrodni. Dla niego to była chwila frajdy, dla niej potworna śmierć i stracone całe życie. Mam nadzieję, że jej rodzina znajdzie w sobie siłę,  żeby to przetrwać.

Wybaczcie offtop, ale musiałam dać upust uczuciom, inaczej by mnie rozniosło.

12 stycznia 2011

Przygodowa książka kucharska

Sofia Brandon
Podróżuj, gotuj, bądź zdrowa
The Adventure Cookbook

Świat Książki 2010
s. 208

I znów pozycja o nietrafionym tytule. Rozumiem, że wydawnictwem kierowała chęć wykorzystania szumu wokół "Jedz, módl się, kochaj", ale trochę przegięli - inspiracja jest aż nadto oczywista. Dobrze, że przynajmniej  oryginalny tytuł znalazł się na stronie, chociaż nie w roli głównej.

Książka jest właściwie zbiorem kulinarnych wspomnień  z urozmaiconego życia Autorki, okraszonych przepisami. Pod względem literackim nie powala na kolana, moim zdaniem przydałaby się jej dokładniejsza korekta na etapie oryginalnego wydania. Chaos panujący w tych anegdotach nieco mnie irytował i miałam wrażenie, że życie Sofii Brandon było na tyle ciekawe, że pozwoliłoby na stworzenie znacznie lepszej i spójniejszej historii.

Autorka, z pochodzenia Amerykanka, postanowiła zamieszkać we Włoszech, ponieważ kraj ten kojarzył się jej z totalnym luzem. Okazało się jednak, że praca w korporacji nawet w najpiękniejszym miejscu na ziemi pozostaje taką samą harówką. Po pewnym czasie Sofie zdała sobie sprawę, że jej życie jest całkowicie podporządkowane firmie - kulminacyjny moment nadszedł, kiedy paskudnie złamała rękę. Lekarz zarządził natychmiastową operację, grożąc kalectwem, a ona odmawiała, bo w pracy miała ważne spotkanie. Kiedy dotarło do niej, że priorytety w jej życiu stoją na głowie, postanowiła wszystko zmienić - w bardzo radykalny sposób. Zostawiła pracę i rzuciła się w wir podróży. Między innymi mieszkała w Australii, w totalnej dziczy - na dachu domu gnieździł się pyton, a po każdym spacerze należało dokładnie sprawdzać, czy nie ma się na sobie pijawek. Najbardziej jednak ukochała Prowansję, która nieodłącznie wiąże się z druga poważną zmianą w życiu Sofii - kulinarną. Kiedy okazało się, że lata życia w stresie i wrzucanie w siebie byle jakiego prowiantu dało efekt w postaci poważnych problemów zdrowotnych, Sofia postanowiła całkowicie zmienić swój jadłospis. Zaczęła interesować się tym co zdrowe, a przy tym smaczne - a stąd już tylko krok do kuchni włoskiej, prowansalskiej i tajskiej. Nauczyła się gotować, a w swoich podróżach przestała bezmyślnie gonić za zakupem pamiątek i fotografowaniem się "na tle", a zamiast tego postanowiła poznawać regionalne kuchnie.

Czy to nie brzmi jak kawał dobrej historii? (No, dobra, przyznam się - uwielbiam opowieści z życia typu "rzucił pracę w wielkiej firmie i postanowił odnaleźć siebie", zwłaszcza jeśli wiążą się z jedzeniem, które też uwielbiam, a szczególnie ze zdrowym jedzeniem.) Potencjał nie został jednak wykorzystany, Autorka przeskakuje między krajami i tematami i, szczerze mówiąc, ciężko było mi w tym wszystkim znaleźć myśl przewodnią. Porady dotyczące zdrowia sprowadzają się do "jedz więcej warzyw, używaj ziół i czytaj etykietki", więc są skierowane raczej do ludzi, którzy, podobnie jak Autorka, dopiero uczą się gotować lub zmieniają swój styl życia na zdrowszy. Ci, którzy dłużej interesują się tematem, nie znajdą tu nic odkrywczego. Także informacje o miejscach, które odwiedziła, są bardzo ograniczone. Nie czyta się tego źle, ale oczekiwałam czegoś więcej.

Książka ratuje się jednak w moich oczach przepisami - prostymi, ale bardzo inspirującymi, głównie z rejonu śródziemnomorskiego. Podobnie jak Sofia Brandon należę do SOMOO (Skrajny Odłam Miłośników Oliwy z Oliwek), więc w kuchni odnalazłybyśmy bez wątpienia wspólny język. W dodatku większość jej przepisów jest wegetariańska (kilka zawiera ryby), więc dla mnie szczególnie przydatna. Dzięki temu "Podróżuj, gotuj, bądź zdrowa" znajdzie u mnie na półce stałe miejsce - wśród książek kucharskich.

9 stycznia 2011

Filmowy Nowy Rok - część 3.

To ostatnia część podsumowania filmowego początku roku - zaskakująco zresztą dobrego. Tym razem dwa filmy w jednym wpisie, bo, jak się okazało, oba mają bardzo dużo wspólnego, chociaż nie miałam o tym pojęcia, kiedy wybrałam je do obejrzenia. Oba to filmy jednego aktora - w przypadku Pogrzebanego nawet bardzo dosłownie. W obu niby niewiele się dzieje - więcej w głowie niż na ekranie. Bohaterowie znajdują się w sytuacjach,  z których rozpaczliwie próbują się uwolnić. W obu też wydaje się, że są tylko dwie opcje zakończeń: bohater umrze albo przeżyje. Tymczasem i Cortesowi, i Corbijnowi udało się wybrnąć świetnie z tych pozornych "oczywistości", tworząc zakończenia z naprawdę niezłym podkręceniem.


Pogrzebany / Buried
reż. Rodrigo Cortés,
Francja, Hiszpania, USA 2010.

Bardzo się zastanawiałam przed seansem, jak można nakręcić trzymający w napięciu film, który w całości rozgrywa się w drewnianym pudle zakopanym w ziemi. Otóż można, a żeby się dowiedzieć, jak, wystarczy go obejrzeć :)

Kiedy Paul Conroy (świetny Ryan Reynolds) odzyskuje przytomność, okazuje się, że został zamknięty w trumnie i zakopany pod ziemią. Ma przy sobie tylko kilka akcesoriów, w tym komórkę. Jego przyszłość jest ograniczona zasobem tlenu i trwałością baterii telefonicznej. Nie wiedząc, gdzie dokładnie się znajduje i ile czasu mu pozostało, próbuje sprowadzić pomoc.

Nie zdradzę niczego więcej - ani kim jest Paul, ani gdzie się znajduje (poza tym, że w skrzyni) i dlaczego - bo najlepiej odkrywać to samemu. Przyznam, że historia jeży włos na głowie i poważnie się zastanawiam, jak duża jej część oparta jest na faktach (nie chodzi o samego bohatera czy zakopanie w ziemi, ale o zachowania ludzi i instytucji, w których pomoc Paul ma prawo wierzyć).

Obejrzyjcie koniecznie, jeśli nie cierpicie na klaustrofobię.



Amerykanin / The American
reż. Anton Corbijn, USA 2010

Plakat Amerykanina może wprowadzać w błąd. Sugeruje film bliski produkcjom z agentem 007 -  oto strzelający na prawo i lewo płatny zabójca we Włoszech i piękna kobieta jako jego tło. Tymczasem film jest bardzo statyczny. Więcej w nim milczenia i muzyki niż strzałów i dialogów. Ma bardzo wyraźne ambicje "kina europejskiego" - i chociaż aspiracje twórców chyba nie do końca zostały zrealizowane, to jednak film wyraźnie odstaje od typowych produkcji amerykańskich.

Jack (George Clooney) jest płatnym zabójcą, świetnym w swoim fachu. Kiedy orientuje się, że ktoś wpadł na jego trop, pracodawca wysyła go do małego miasteczka we Włoszech. Tam Jack poznaje księdza Benedetto i wdaje się w romans z prostytutką. Nie potrafi jednak odnaleźć spokoju - w jego zawodzie przeszłość jest bardzo lepka, nie można zostawić jej poza sobą. Jack otrzymuje kolejne zlecenie, po którym chce zacząć nowe życie, jednak ktoś o wrogich zamiarach odnajduje go w tym pozornie oddalonym od świata miejscu.

Nie do końca uszczęśliwił mnie George Clooney w roli Jacka. Bardzo go lubię, ale raczej w rolach z lekkim przymrużeniem oka, typu Ocean 11. Ten film wymagał subtelnej gry twarzą, tymczasem Clooney utrzymywał statyczną maskę i mimo szalenie męskiego wyglądu nie do końca mnie przekonał (w niektórych scenach nieco bardziej, w innych mniej). Chociaż może to właśnie wina ról w jakich widywałam go do tej pory - cały czas oczekiwałam, że się w końcu kpiąco uśmiechnie. Poza tym, jeśli miałabym się jeszcze do czegoś przyczepić, niepokojąca była jednoznaczna sympatia, jaką widz zaczynał odczuwać dla Jacka, który był bądź co bądź bezwzględnym  zabójcą. Wolałabym, by jego postać została zbudowana bardziej wielowymiarowo.

Film jednak polecam, także wielbicielom Włoch. Ja, oglądając, miałam ochotę rzucić wszystko i natychmiast przeprowadzić się do miasteczka, w którym rozgrywa się akcja.


7 stycznia 2011

Uklęknij

Ann-Marie MacDonald
Zapach cedru /
Fall on your knees

Libros 2001
ss.558


To fantastyczna powieść z zupełnie mylącą okładką (tylko morze w tle ma coś wspólnego z treścią) i niezbyt udanym polskim tytułem. Zapach cedru rzeczywiście się w fabule pojawia, ale czy jego znaczenie jest aż tak istotne, żeby znalazł się on na okładce? Oryginalny tytuł: "Fall on your knees", czyli "Uklęknij", aczkolwiek nie najlepiej brzmi po polsku, to jednak bardziej współgra z treścią.
Przed Autorką sama zresztą jestem gotowa uklęknąć za stworzenie powieści, od której nie sposób się oderwać aż do ostatniej strony. Wypełnionej zapachem libańskich potraw i muzyką Harlemu, rodzinnymi tajemnicami i społecznymi przemianami, szumem oceanu, dziecięcym śmiechem, płaczem, krzykiem i grą na pianinie, wyuzdaniem i religijnością graniczącą z obłędem, przemocą i pożądaniem, rasowymi podziałami w mieniącym się wszystkimi odcieniami skóry świecie kanadyjskich imigrantów. Pięknej i strasznej historii życia czerech kobiet, opowiedzianej na przestrzeni pół wieku.

Akcja toczy się w I poł. XX wieku na wyspie Cape Breton w Nowej Szkocji, bardzo blisko Wyspy Księcia Edwarda, jednak atmosfera tego skalistego, pełnego  kopalń węgla miejsca jest odległa o lata świetlne od rodzinnego ciepła Zielonego Wzgórza.

Na początku wieku młody Jakub Piper, pół Szkot pół Irlandczyk, stroiciel fortepianów, poślubia 13-letnią Materię Mahmoud, Libankę, która dla niego ucieka z domu i zostaje wyklęta przez rodzinę. Zauroczenie młodą żoną, zupełnie nie przygotowaną do małżeństwa, szybko się kończy i Jakub wkrótce wszystkie uczucia przelewa na córkę, Katarzynę, utalentowaną wokalnie piękność. Po dłuższym czasie pojawiają się na świecie także dwie siostry Katarzyny: Mercedes i Franciszka, a na samym końcu mała Lilia (ale nie Tamta Lilia, która umarła...). Ich ojciec szybko zostaje znienawidzony przez całą miejscową społeczność. Matka pogrąża się w dewotyzmie, który chroni ją przed ostateczną katastrofa umysłową. Ich małżeństwo to w mieszanina pożądania, nienawiści i pogardy,  nikt nie jest w nim szczęśliwy. W tej atmosferze - pełnej chorych ambicji i sekretów - wychowują się dziewczęta. Do tego w tle toczą się nieustanne zawirowania społeczne - segregacja rasowa, strajki, prohibicja, epidemia hiszpanki, śmierć tysięcy młodych ludzi wysłanych do Europy na Wielką Wojnę.

Muszę przyznać, że zupełnie czegoś innego spodziewałam się po tej książce, czegoś bardziej... amerykańskiego w narracji. Tymczasem otrzymałam istny koktajl magicznego realizmu,  typowego dla pisarzy iberoamerykańskich, soczystej prozy Amerykańskiego Południa i namiętności ujętej w chłodne pozory rodem z Wichrowych Wzgórz. Niesamowity język, misterna intryga, splątana, wielowątkowa fabuła, drażniąca atmosfera niepokoju i świetne kobiece portrety. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić to tylko do niezbadanych wyroków genetyki, pozwalającej na istne wybryki natury pod względem karnacji dzieci w związkach mieszanych.

Lektura obowiązkowa - polecam.


4 stycznia 2011

Filmowy Nowy Rok - część 2.

Soren i Kludd to dwaj bracia. Soren żyje w świecie baśni - uwielbia opowieści ojca o mitycznych wojownikach Ga'Hoole i chciałby zostać jednym z nich. Kludd interesuje się tym, co "tu i teraz", nie lubi bajek i naśmiewa się z brata. Pewnego dnia, kiedy ich świat wywróci się do góry nogami, obydwaj staną przed strasznym wyborem, a jedynym dla nich ratunkiem mogą stać się Strażnicy Ga'Hoole - jeśli istnieją...

Aha, czy wspomniałam, że wszyscy bohaterowie to sowy?


Legendy sowiego królestwa: Strażnicy Ga'Hoole 
Legend of the Guardians: The Owls of Ga'Hoole
reż. Zack Snyder, Australia, USA 2010

Fabuła  nie jest specjalnie skomplikowana ani zbyt oryginalna - mówi, jak niemal wszystkie bajki, o odwiecznej walce dobra ze złem. Ogląda się ją bezboleśnie, a nawet, mimo prostoty - przyznaję bez bicia - z przyjemnością. Tempo akcji jest naprawdę szybkie, wydarzenia biegną bez chwili oddechu - aż się zastanawiałam, jakim sposobem nadążają za tym dzieci, ale może ja się nie znam. Ostatecznie wychowałam się na Reksiu i Misiu Uszatku, a nie na grach komputerowych. Prawdopodobnie dzieci nie będą też miały problemu z brutalnością walk (na metalowe pazury, chociaż odbywa sie bez rozlewu krwi). Styl prowadzenia akcji jest ogólnie dość komiksowy, ale czego można oczekiwać po Zacku Snyderze, reżyserze filmu "300".

Pod względem wizualnym jednak "Legendy..." to prawdziwy majstersztyk - animacja oszałamia urodą, ogląda się to to z otwartymi ustami, a jedyne, co przychodzi do głowy, to mało inteligentne "wow".  Co ja wam zresztą będę pisać, zobaczcie sami:

 


Twórcy mieli pewną manierę spowalniania niektórych ujęć, jakby mówili: "ej, patrzcie, ale nam to ładnie wyszło, nie? widzicie, widzicie, jak mu się piórka ruszają i jak te kropelki lecą, i jak ten ogień lśni, i jak...". Ale co tam, rzeczywiście ładnie im wyszło, więc nawet mi to nie przeszkadzało.


 Dużym dzieciom gorąco polecam.

3 stycznia 2011

Nie lubię opowiadań

No, nic na to nie poradzę, nie lubię i już. Zanim zdążę się zaangażować w treść, one już się kończą. To trochę tak, jakby ktoś otwierał przede mną drzwi, pozwalał za nie zajrzeć, a jak się poczuję zaciekawiona - zatrzaskiwał je bezpowrotnie.

Olga Tokarczuk
Gra na wielu bębenkach
Wydawnictwo Ruta, Wałbrzych 2001
ss. 344


Po opowiadania Tokarczuk sięgnęłam powodowana uwielbieniem dla Autorki. Niechęć do gatunku i sympatia do twórczyni dały taki melanż odczuć, że już sama nie wiem, czy mi się podobało czy nie.

Tom zawiera 19 utworów, z rodzaju, który określiłabym jako obyczajowe dramaty. Najbardziej przydały mi do serca trzy:


"Otwórz oczy, już nie żyjesz" - o czytaniu pewnego niepospolitego kryminału,
"Wyspa" - bo zawsze lubiłam Robinsona Cruzoe, a atmosfera opowiadania jest mu bliska
oraz
"Najbrzydsza kobieta świata" - z nieoczekiwanej perspektywy o fascynującej i przerażającej zarazem Julii Pastranie, tragicznej XIX-wiecznej postaci.

Proza Tokarczuk jest niepodważalnie piękna. Delektowałam się językiem i stylem Autorki, dzięki czemu bezboleśnie przeczytałam cały tom opowiadań, coraz szybciej przewracając kartki. Jak zwykle znalazłam u niej fragmenty, z którymi mogłam się identyfikować:

Jadąc kolejką przez niekończące się przedmieścia, kwartały garaży, podkolorowane smutne blokowiska, powoli zdawałam sobie sprawę, że czuję się szczęśliwa. To był chyba najbardziej naturalny sposób mojego istnienia: nieostra obserwacja z dystansu, nieuczestniczenie w życiu, przyglądanie się tylko jego przejawom, mijanie, rzucanie okiem.

Odkrywam takie perełki i mam ochotę krzyczeć: "To o mnie! To o mnie!". Podobne odczucia miałam dotąd tylko czytając Stachurę. Jeszcze jeden fragment:

Czas stał się bolesny któregoś dnia, gdy w jednym krótkim momencie uświadomiłam sobie nagle, co znaczy "teraz". "Teraz" bowiem znaczy - "już nigdy". "Teraz" znaczy, że to, co jest, właśnie w tym samym momencie być przestaje, obsuwa się jak zmurszały stopień schodów. Jest pojęciem strasznym, porażającym, obnaża całą okrutną prawdę.

Oba cytaty pochodzą z tytułowego opowiadania Gra na wielu bębenkach.

Mimo wszystko jednak opowiadań nadal nie lubię i pewnie już do tej książki nie wrócę, w przeciwieństwie do "Biegunów", których mogłabym czytać co dzień od nowa.

2 stycznia 2011

Filmowy Nowy Rok - część 1.

The social network
reż. David Fincher
USA 2010

Ten film to wielkie zaskoczenie (powiedziałabym, że największe w tym roku, ale o tym trudno wyrokować 2. stycznia ;) ). Nie jestem fanką Facebooka, mam konto, ale prawie nieużywane, nie wydaje mi się, żeby istnienie tego portalu cokolwiek zmieniało w moim życiu i w jakikolwiek sposób wzbogacało moje życie towarzyskie. Z tych względów film o twórcy Facebooka wydawał mi się dziwnie mało kuszący, mimo znakomitych recenzji. Jak się jednak okazało, zdolni filmowcy nawet najnudniejszą historię potrafią opowiedzieć w zajmujący sposób, a ta historia w dodatku wcale do nudnych nie należy.

Mark Zuckerberg, mając niecałe 20 lat, wpadł na znakomity pomysł przeniesienia życia studenckiego do sieci. Przy pewnej pomocy kolegów, pracując w swoim akademickim pokoju, założył serwis TheFacebook, który w krótkim czasie uczynił ze swojego stwórcy najmłodszego miliardera w historii.

Twórca portalu społecznościowego wykazywał zadziwiająco mało talentów społecznych, można by się pokusić o nazwanie go socjopatą, a już zdecydowanie 'computer nerd' ("maniak komputerowy" nie brzmi tak soczyście). W trakcie swojej błyskawicznej kariery został uznany za dupka, zdrajcę i oszusta, ale czy słusznie?

Film ma znakomity scenariusz - dialogi to mistrzostwo świata. Fantastycznie dobrano aktorów. Zupełnym zaskoczeniem był doskonały Justin Timberlake w roli Seana Parkera. Jesse Eisenberg, grający Marka, był niesamowicie przekonujący. Show skradli mu jednak, moim zdaniem, bracia bliźniacy Tyler i Cameron Winklevoss, wyglądający jak książę William do kwadratu, tylko jeszcze lepiej (swoją drogą bardziej spodobała mi się ich wersja filmowa niż prawdziwa). Specjalna nagroda należy się twórcom filmu za najlepszą w historii scenę wyścigu wioślarskiego.
Polecam.

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...