26 kwietnia 2011

Tajemnica w ogrodzie

Przykro mi to mówić, ale "Zapomniany ogród" zostanie i przeze  mnie zapomniany szybko. Uwielbiam książki o mrocznych rodzinnych sekretach, odkrywanych po latach, o grzebaniu w papierach i sekretach ukrytych na tajemniczych strychach w zakurzonych kufrach. Liczyłam, że ta powieść będzie w sam raz pasować do tego profilu - i niby pasowała, ale... No, zgrabne czytadło to jest, ale nic ponadto. Zachwyciło moja siostrę i mamę, na blogach tez czytałam pochwały, a ja się wyrodziłam. Trudno.

Akcja książki jest zagmatwana i ciężko ją dokładnie streścić. Zasadniczo bohaterkami są jednak trzy kobiety: Eliza Makepeace, żyjąca na początku XX w. autorka baśni, Nell - która z niewyjaśnionych przyczyn jako czterolatka znalazła się samotnie na statku płynącym do Ameryki i po latach szuka swoich korzeni oraz żyjąca współcześnie wnuczka Nell, Cassandra, która próbuje rozwikłać tajemnicę pochodzenia babki. Akcja toczy się w Australii, Ameryce i Anglii, na zmianę współcześnie, w latach 70. oraz na początku XX wieku.

Główne zarzuty:

Przede wszystkim - papierowe postacie, całkiem jednowymiarowe, albo dobre, albo złe. Na jednej szali mamy więc bezwzględną Adelinę, okrutną panią Swindell i obleśnego brata Georgiany, na drugiej wrażliwą Cassandrę, utalentowaną Elizę i zagubioną Nell. Wszystkie dobre bohaterki są rzecz jasna śliczne jak obrazek. Trochę się odróżnia Rose, kuzynka Elizy, chociaż nie tyle głębią charakteru, co jego brakiem - w budowie tej postaci nie było żadnej spójności, zmieniała się diametralnie w zależności od potrzeb akcji. We współczesnej części historii Cassandra i Nell podczas prób rozwikłania tajemnicy na swojej drodze spotykają wyłącznie dobrych ludzi, którzy kibicują ich poszukiwaniom, a do tego obdarzeni są słoniową pamięcią - zdrowy kornwalijski klimat, jak widać, zapobiega sklerozie wśród staruszków...

Po drugie - zabrakło mi doskonale oddanych realiów i atmosfery, tak jak to miało miejsce w "Domu w Riverton" tej samej Autorki. Z pewnością Kate Morton poparła swoją twórczość badaniami nad epoką, ale jakoś nie było tego widać w książce. Rzeczywistość jak z Harlequina - posiadłość plus damy w kapeluszach albo brudna i niebezpieczna uliczka w londyńskich slumsach to takie dwie "wyspy" całkowicie odizolowane od reszty świata, a wokół nicość. Może przez to, że dopiero co czytałam rewelacyjną "Wojnę wdowy" teraz, przez porównanie, czułam sztuczność tego świata. Początek był jeszcze niezły, ale im dalej, tym słabiej.

Po trzecie - ta sama wada, co w "Domu w Riverton" - rozwlekłość. Ostatnią ćwiartkę książki przelatywałam wzrokiem, byle skończyć, chociaż zakończenia i tak się domyśliłam wcześniej.

Wreszcie po czwarte - cudowne i porywające baśnie Elizy Makepeace, którymi przeplatana jest powieść i nad którymi pieją z zachwytu bohaterowie. Czy tylko ja odniosłam wrażenie, że nic w nich nadzwyczajnego nie ma, zero subtelności, poetyckości, magii? Rozumiem, czemu służyły w powieści, były ukrytym zapisem rzeczywistości itd., ale nie wystarczy powiedzieć, że coś jest cudowne, żeby rzeczywiście takim było.

Ogólnie, była to całkiem niezła książka do przeczytania w nudny dzień, spędzony w łóżku z lekką temperaturą i bolącym gardłem - dzięki jej objętości zagospodarowałam nią wiele godzin. Na tyle niewymagająca umysłowo, że nie męczyła w chorobie, oraz na tyle ciekawa, że chciało mi się dalej przewracać strony. To jednak, co po sobie pozostawiła, to głównie wrażenie zmarnowania dużej ilości czasu.

PS. Jeśli chodzi o redakcję, to książka woła o pomstę do nieba - nie wiem, co mnie powaliło bardziej: portrety "olejowe" czy włosy "truskawkowo-blond".

PS2. Moja recenzja "Domu w Riverton" Kate Morton jest tutaj.

23 kwietnia 2011

Kret w Indiach

No, uczucia to mam, szczerze pisząc, mieszane. Swego czasu poniewierał się ten Kret nie tylko po Indiach, ale i po wszystkich blogach, naczytałam się pochwał i spodziewałam się nadzwyczajności. Nadzwyczajności nie było. Było... różnie.

Jeśli chodzi o Indie, to jestem nieco poduczonym laikiem. Tzn. sama nie byłam, ekspertem nie jestem, coś tam wiem, ale nie za dużo. Liczyłam, że relacja osoby, która w Indiach była wielokrotnie, w istotny sposób zwiększy moją wiedzę, ale tak się nie stało. Jakieś 3/4 informacji zawartych w książce jest na tyle podstawowych, że nawet ja je znam. Pozostała ćwiartka jest interesująca.

Poczytałam np. co nieco o Bhutanie, małym, odciętym od cywilizacji zachodniej, ale szczęśliwym kraju. Chętnie będę zgłębiać dalej ten temat. Dowiedziałam się, ile ciekawych rzeczy Hindusi umieją zrobić z - excusez le mot - krowiej kupy. Poznałam parę indyjskich mitów - a o tamtejszej mitologii niewiele wiem. Szczególnie wdzięczna jestem za historię o tysiącu polskich sierot adoptowanych przez maharadżę - kiedyś coś mi się obiło o uszy, ale zdążyłam zapomnieć. A jest to fakt na tyle fascynujący, że jeśli kiedykolwiek napiszę powieść, to będzie bazować na tamtych wydarzeniach.

Z negatywów - drażnił mnie styl Autora, w tym obsesja odwoływania się do Krzyżaków, co chyba miało być zabawne (generalnie w miejscach, które miały być zabawne, zgrzytałam zębami), a także nazbyt łopatologiczny wykład. Brakowało jakiejś głębszej analizy, chociaż w sumie tytuł jej nie sugerował. "Moje Indie", czyli moje subiektywne obserwacje... Gdybym nie czytała wcześniej książki Marzeny Filipczak, z lektury wyciągnęłabym wniosek, że jedyną niedogodnością dla turysty w Indiach jest upał. No, ale Autor mieszkał w prywatnych domach, nie w hotelach, więc zna Indie pod nieco innym kątem. Jednak w takim przypadku chciałabym dowiedzieć się więcej na temat życia codziennego w tymże prywatnym domu, a takie informacje też pojawiały się skąpo.

Dalsze minusy odnoszą się w sumie bardziej do wydawnictwa - w bardzo wielu miejscach informacje się powtarzały - wydaje mi się, że wyeliminowanie takich  niedociągnięć to rola redaktora właśnie. Co gorsze, sporo jest innych typowo redakcyjnych niedoróbek, np. na stronie 90. znajdujemy informację: "o tym więcej w o kobietach w Indiach" - rozumiem, że to odsyłacz do rozdziału dotyczącego kobiet w Indiach, ale nikt mi nie wmówi, że to poprawna składnia (zwłaszcza, że rozdział o kobietach nosi tytuł "Parę zdań o życiu kobiet w Indiach"). Więcej było takich kwiatków, ale dobiło mnie słówko "beszcześcić" (sic!), s. 95. Wstyd, Świecie Książki, wstyd.

Aha, plus jeszcze za zdjęcia, którymi książka jest ilustrowana bogato. Polecam laikom, zainteresowanym Indiami.

20 kwietnia 2011

To nie jest kraj dla samotnych kobiet

Sally Gunning
Wojna wdowy
The Widows War
Muza 2007
ss. 204

Połowa XVIII wieku, mała nadmorska osada na Cape Cod. Zadomowieni w Ameryce biali tworzą tu konserwatywną protestancką wspólnotę. Mieszkańcy żyją głównie z połowów wielorybów - tym też zajmuje się Edward, mąż Lydii Berry. Chciałoby się powiedzieć, że świat staje na głowie, kiedy Edward pewnego dnia z połowu nie powraca, ale właściwie tak nie jest. To prawda, że życie Lydii zupełnie się odmienia, ale wszystko dzieje się według przyjętych zasad i zgodnie z prawem. Majątek Berrych przechodzi na jedynego męskiego krewniaka - zięcia Lydii, a jej przysługuje prawo do korzystania z jednej trzeciej tegoż. Powinna zamieszkać z córką, zięciem i wnukami, zdać się na ich opiekę i czekać na śmierć lub ponowny ożenek. 

Dodajmy, że wdowa Berry nie ma nawet 40 lat. Do tej pory żyła w szczęśliwym związku, we własnym domu (oczywiście wszystko było własnością jej męża, ale jako że mąż był kochający, nie musiała się tym przejmować), bardzo samodzielnie - bo Edward spędzał na morzu wiele czasu, a ona wtedy sama troszczyła się o gospodarstwo. Teraz za jednym zamachem traci męża, dom i prawo decydowania o sobie. We wszystkim powinna podporządkować się decyzjom zięcia. Jeśli będzie wystarczająco miła i posłuszna, na pewno o nią zadba.

Czy możecie sobie wyobrazić czasy, kiedy o wartości kobiety świadczy to, czy jest posłuszna? Bo ja już nie. Lydia żyła w takim świecie i nigdy dotąd się nie buntowała, ale teraz coś w niej pęka. Nie chce dużo. Nie jest pierwszą sufrażystką. Jest dorosłą, rozsądną kobietą, która chciałaby, żeby cokolwiek w jej życiu zależało od niej samej. W rezultacie zraża do siebie zięcia (i tak jej nieprzychylnego), córkę, przyjaznego prawnika i całą protestancką wspólnotę. Jak sobie da radę, kiedy znajdzie się na marginesie społeczności?

To świetna książka. Muza powoli wyrasta na moje ulubione wydawnictwo. Sally Gunning jest specjalistką od XVIII w. i drobiazgowo oddała realia ówczesnego codziennego życia. Bohaterowie wydają się tak prawdziwi, że przez całą książkę trzymałam kciuki za Lydię - żeby się nie dała, wbrew wszystkiemu. Bałam się trochę, że Autorka pójdzie na łatwiznę i podsunie idealnego kandydata na męża, co pomoże bohaterce nie tyle się uniezależnić, co uzależnić od kogoś sympatyczniejszego niż zięć, ale na szczęście to nie nastąpiło. Kandydaci się pojawiają, ale ani ich charaktery, ani pobudki nie są jednoznaczne, a Lydia też nie jest zbyt ufna, bo boi się wpadnięcia w pułapkę zależności.


Bardzo gorąco polecam "Wojnę wdowy", a dodam jeszcze, że Gunning napisała dwie kolejne książki, w których postać Lydii pojawia się na dalszym planie: "Bound" i "The Rebellion of Jane Clarke" - w tej drugiej bohaterką jest wnuczka Lydii. Nie wiem, czy Muza planuje je wydać, ale wersje angielskie mają tak śliczne okładki, że chyba się pokuszę i zakupię oryginały.

19 kwietnia 2011

Jadę sobie palcem po mapie

Marzena Filipczak
Jadę sobie. Azja. 
Przewodnik dla podróżujących kobiet
Poradnia K, 2009
audiobook
czyta Maria Peszek

Indie mnie fascynują. Ćwiczę jogę, uwielbiam indyjską kuchnię, czytam o ayurwedzie i w ogóle. Wizualnie też mi się podoba. Filmów z Bollywoodu może nie oglądam, ale muzyki zdarza mi się sporadycznie słuchać, a i pokaz tańca chętnie obejrzę. (Swoją drogą, bharatanatyam to najtrudniejszy taniec EVER, a w każdym razie najtrudniejszy, jakiego próbowałam się uczyć. Balet to drobiazg.) A jednak podróż do Indii nigdy nie była moim marzeniem. Żebym się tak miała spakować, wsiąść w samolot i ruszyć... Eee, nie. Za leniwa jestem na to. Koszmarny klimat, choroby, tłok, robale... Za to uwielbiam czytać o ludziach, którzy się do Indii wybrali. Najlepiej, żeby jeszcze zdjęcia były. Pełnia szczęścia. Oni się umęczyli, a ja mam z tego samą przyjemność oglądania, czytania i podziwiania ;)

Nic dziwnego, że złapałam się za "Jadę sobie" Marzeny Filipczak. Ale nie był to powód jedyny. Autorka napisała książkę o podróży, którą odbyła całkowicie samodzielnie - a ja bardzo lubię podróżować sama. Co prawda na krótszych trasach, niemniej byłam ciekawa, jak wygląda organizacja takiego wyjazdu. Poza tym urzekło mnie to autko na okładce :)

Zaczęło się dobrze, bo od karaluchów wielkości palca, które włażą do plecaka, jak się go nie zamknie i potem podróżują na gapę. Już się ucieszyłam, że to nie ja tam pojechałam, a potem było jeszcze lepiej. Hotele, które mają ściany z desek z takimi szparami, że można sobie przez nie oglądać ulicę, dziury w podłogach w ramach toalety, rajd rozsypującymi się autobusami w upale (jeśli wcześniej uda się jakimś cudem kupić bilet) i jedzonko, które pozwala na nowo zrozumieć znaczenia słowa "ostre". Ale to nie jest tak, że Autorka marudzi - to tylko ja się lubuję w takich opisach ;) 

Książka, jak wskazano w tytule, jest przewodnikiem dla podróżujących kobiet (zresztą podejrzewam, że i mężczyznom się przyda). Składa się z dwóch części - pierwsza to rodzaj dziennika z podróży, jest ułożona chronologicznie, druga - wskazówki praktyczne, są podzielone wedle tematu, np. zdrowie, pieniądze, bezpieczeństwo itp. Autorka postawiła sobie za cel pokazanie, jak można podróżować po Azji samotnie, tzn. niekoniecznie solo, ale na własną rękę, bez biura podróży. Z tego względu skupia się nie na opisach zabytków, zachwytach nad przyrodą albo analizach kulturowych, ale nad praktyczną stroną podróży. Dzięki temu można się dowiedzieć, co zrobić, gdy na dworcu autobusowych obskakuje cię tłum rikszarzy i każdy chce cię zawieźć do własnego hotelu lub jak zamówić posiłek wegetariański, który nie wypala gardła. Rzecz jasna pojawiają się też ciekawostki turystyczne, ale niejako na drugim planie. Żeby nie zmylił Was mój wstęp - Autorka podróżuje nie tylko po Indiach, ale też po Borneo, Malezji, Kambodży, Wietnamie i Tajlandii.

Całość jest napisana lekko i sympatycznie, z ogromną dozą poczucia humoru. Autorka nie uważa się za guru podróżowania, bo była to jej pierwsza tak długa samotna podróż poza Europę i wiele się nauczyła na własnych błędach. Daje jasne, przetestowane na sobie samej wskazówki, pomocne wszystkim mniej zaawansowanym podróżnikom, którzy chcieliby się wybrać na egzotyczną wyprawę. Druga część przyda się nie tylko tym, którzy planują podróż po Azji, ale też w jakikolwiek inny rejon świata. Ale i dla czystej przyjemności czyta/słucha się świetnie. Audiobook czytała Maria Peszek i robiła to doskonale - miałam wrażenie, jakby opowiadała o własnej podróży.

Polecam.

17 kwietnia 2011

Literatura na ekrany! - Mężczyzna w kapturze (część 1).


Jedną z moich najukochańszych książek dzieciństwa były "Wesołe przygody Robin Hooda". Posiadałam właśnie tę wersję z obrazka obok, autorstwa Howarda Pyle'a i do dziś jest to dla mnie wersja "najsłuszniejsza". Nie tylko dlatego, że jest najstarsza (1883 r.) i najsłynniejsza - po prostu znałam ją prawie na pamięć i tak się do niej przywiązałam, że nie mogłam się przekonać do wersji innych autorów. To tak, jakby czytać "Dumę i uprzedzenie" autorstwa kogoś innego niż Austen.

Legenda o Robinie ma długie korzenie - pierwsza zachowana wzmianka pochodzi z XV w., a od tej pory powstało kilkaset dzieł na jego temat - nie tylko literackich, ale także filmowych. Do filmów jakoś nie jestem uprzedzona, nie ma dla mnie najlepszej wersji - jest wiele dobrych. Dla inauguracji mojego cyklu chciałam przedstawić Wam najciekawsze, moim zdaniem, ekranizacje. Ponieważ powstało ich sporo, będzie to wpis w odcinkach :) Rzecz jasna wszystkich nie omówię, ale jeśli ktoś jest zainteresowany, to zachęcam do zajrzenia na tę stronę, gdzie wymieniono chyba wszystkie.


1938 - Dawno dawno temu....
Przygody Robin Hooda
(The Adventures of Robin Hood) 


Spotkałam się z opiniami, że ekranizacja z Errolem Flynnem jest najlepszą jaka powstała i w ogóle "jedyną słuszną". Mogłabym się kłócić. Mogłabym się też zgodzić. Wszystko zależy od tego, czego się po ekranizacji oczekuje.

Ta na pewno jest wierna legendzie, stanowi doskonałą ilustrację książki, tak jak ją pamiętam z dzieciństwa. Wesoła kompania Robin Hooda, odziana w kolorowe stroje, pstrokata jak papugi (mowa o wersji podkolorowanej), mieszka sobie bezproblemowo na słonecznej polance, gdzie deszcz nigdy nie pada, a Robin i kamraci mogą spokojnie popijać piwo i zagryzać pieczonym dzikiem, śpiewając wesołe ballady. Szeryf Nottingham, Guy of Gisbourne i książę Jan są źli i głupi aż miło, bogaci pozwalają się łupić do woli, za to biedacy są Robinowi dozgonnie wdzięczni i wychwalają go pod niebiosa. Lady Marion, piękna jak lelija, chętnie porzuca atrakcje zamkowe dla wesołego łucznika, a potem wszyscy żyją długo i szczęśliwie.


Jednocześnie jest to ekranizacja, która nigdy nie leżała obok hasła "prawda historyczna". Średniowiecze z Errolem jest śliczne, kolorowe i czyściutkie, pstrokate stroje stanowią doskonały ubiór maskujący w lesie (zwłaszcza Szkarłatny (dosłownie) Will ukrywa się,  udając prawdopodobnie biedroneczkę), Robin ma ufryzowane loki, zabójczy wąsik i obcisłe zielone rajstopki, a Lady Marian - idealnie umalowany koral ust. Skarby kapią od drogocennych szkiełko-kamieni i wszyscy bogaci przechadzają się z nimi po lesie. Podział na dobrych i złych jest zupełnie jasny i nie ma co analizować.


Miło się to oglądało, ale już mam takie zboczenie po studiach historycznych, że lubię, jak nawet klechdy i podania ekranizuje się w sposób realistyczny. Niemniej, jako sympatyczne kino familijne sprawdza się świetnie, jest dobrą ilustracją legendy, a do tego Errol ma - nie ukrywajmy - ogromną ilość uroku. Cieszę się, że obejrzałam tę  wersję, ale nie godzę się z tezą o jedynym-prawdziwym.


1976 - Tej historii nie znacie...
Powrót Robin Hooda
(Robin and Marian)

To z pewnością jeden z najciekawszych filmów o Robin Hoodzie - nie tylko dzięki doskonałym aktorom (w rolach głównych Sean Connery i Audrey Hepburn), ale i niestandardowemu ujęciu tematu.

Akcja toczy się w 20 lat po "wesołych przygodach" bandy Robin Hooda, kiedy Robin i Marian mają po 40 lat. Robin wraca do kraju po wielu latach walki u boku króla Ryszarda, najpierw w Ziemi Świętej, potem we Francji. Przez ten czas Marian zdążyła na nowo ułożyć sobie życie - zostając przeoryszą w klasztorze. Drużyna Robina rozpadła się po jego wyjeździe, część zmarła, większość zajęła się czym innym, tylko kilku pozostało w lesie. Szeryf Nottingham i książę Jan, nadal mają się świetnie. Czas, jaki upłynął, nie zmniejszył ich niechęci do Robina, więc jeszcze raz będzie musiał stawić im czoło. Nie spodziewajcie się jednak, że będą to "wesołe przygody" w dwadzieścia lat później. To film o tym, że nie ma powrotu do przeszłości.


Bohaterowie legendy nie są tu czarno-biali - mają wyraziste charaktery. Król Ryszard wreszcie nie jest chodzącym wzorem władcy - film zaczyna się od sceny, w której tenże morduje kobiety i dzieci, bez żadnego uzasadnienia. Robin mu służy, bo to "jego król" i  przyjaciel, ale jego poczucie prawości nie pozwala mu pozostać obojętnym w takiej sytuacji. Oprócz swojej prawości, a także typowego dla Robin Hoodów zawadiackiego uroku, ma jednak i inną cechę. Jest uzależniony od adrenaliny, walki, "igraszek ze śmiercią". Nie dla niego spokojny żywot z ukochaną. Z kolei szeryf z Nottingham, odwieczny wróg Robina, należy do kategorii "lepszy stary wróg niż nowy przyjaciel". Stoi po drugiej stronie barykady, ale też jest człowiekiem mężnym, prawym i szlachetnym. Z Robinem dobrze się znają i darzą szacunkiem, chociaż walczą na śmierć i życie. Natomiast Marian to nie śliczna lalka, ale silna kobieta. Kocha Robina, ale już opłakała jego utratę, może śmierć, i zbudowała sobie nowe życie. Broni się jak może przed powrotem do dawnego życia i dawnego uczucia. Audrey Hepburn zagrała ją po mistrzowsku.


W przeciwieństwie do radosnej i kolorowej wersji z 1938 r., ten film jest dobrze osadzony w realiach. Jego klimat jest znacznie poważniejszy, nie brakuje w nim jednak poczucia humoru - inteligentny dowcip w dialogach jest na najwyższym poziomie. Bardzo gorąco polecam, bo to film, o którym myśli się jeszcze długo po seansie.



c.d.n.

15 kwietnia 2011

Niňos de guerra

Tak mnie ta książka zaskoczyła, że aż mam problem z ubraniem myśli w słowa.

Historia, którą przedstawia, dotyczy zjawiska "niňos de guerra", czyli dzieci, które w czasie wojny domowej w Hiszpanii, zostały wysłane poza granice kraju z dala od działań wojennych, ale i od rodzin. Dwie siostry, 12-letnia Harmonia i 6-letnia Rosa, to córki komunistycznych bojowników. Rodzice przed udaniem się na pole walki oddają dzieci do sierocińca (tymczasowo). Kiedy konflikt przybiera na sile, dziewczynki wraz z resztą dzieci z sierocińca zostają wysłane do Związku Sowieckiego. Tam żyją w domu dziecka, tęskniąc, ale powoli się aklimatyzując. Po rewolucji przychodzi druga wojna światowa, a po niej zimna wojna i hiszpańscy rodzice z "bloku zachodniego" wydają się być już na zawsze rozdzieleni ze swoimi dziećmi, jednak nie tracą nadziei na połączenie.

Temat bardzo mnie zainteresował, wcześniej nie zetknęłam się w ogóle z informacją o takiej dziecięcej emigracji. Uwielbiam książki pisane z punktu widzenia dziecka. Czytało się ją doskonale. Wydawałoby się więc, ze ocena powinna być entuzjastyczna. Odczuwam jednak potrzebę przyczepienia się.

Z jednej strony mamy wojnę, dramatyczne rozbicie rodziny, traumę dzieci, wywózkę do dalekiego kraju o zupełnie innej kulturze i obyczajach, o języku nie wspominając, represje, śmierć itp., itd. Z drugiej - losy bohaterów są zadziwiająco bezproblemowe, zamiast traumy jest raczej nastrój melancholijno-nostalgiczny, a happy end (w zakresie prawdopodobieństwa, na szczęście) wyskakuje z każdej strony. Brak opisu realiów historycznych, przez co o życiu codziennym hiszpańskich dzieci w Rosji nie dowiedziałam się wiele. Powieść jest króciutka, przeczytałam ją w godzinę, a streszcza praktycznie całe życie dziewczynek, więc nic dziwnego, że raczej prześlizguje się po najważniejszych wydarzeniach niż w nie zagłębia. Zaczęłam się jednak zastanawiać, jaki właściwie cel przyświecał Autorce przy pisaniu, co chciała w ten sposób przekazać i odpowiedzi póki co nie odnalazłam. Może inspirowała się swoimi lub cudzymi wspomnieniami?

Przy tym wszystkim jednak podkreślam, że naprawdę doskonale się tę książkę czytało i nabrałam ogromnej ochoty na kolejne lektury autorstwa Mariny Mayoral. Operuje ślicznym subtelnym językiem, doskonale - w oszczędnych słowach - odmalowuje charaktery i uczucia. Lektura zostawiła mnie w bardzo spokojnym i pogodnym nastroju. Trochę mi się chwilami kojarzyła z filmem "Zaczarowane baletki" (książki niestety nie czytałam), też opowiadającym o dziewczynkach, które muszę odnaleźć własną drogę.

Polecam.

14 kwietnia 2011

Nieświęci święci

Ostatnio "Trzy żywoty świętych" obrodziły na blogach. Mam i ja ;)

Nie przepadam za opowiadaniami, ale uwielbiam Mendozę, więc byłam ciekawa, co wyjdzie z takiego połączenia. Miło mi poinformować, że Mendoza się obronił i przeczytałam książkę z dużym zainteresowaniem. Wolę jednak jego bardziej kpiarskie dzieła, a tu trudno się doszukać przymrużenia oka - to raczej analiza niejednoznacznych postaw moralnych.

Eduardo Mendoza
Trzy żywoty świętych
Tres vidas de santos
Znak literanova 2011
ss. 184

Mam zastrzeżenie do tytułu - niby Autor w przedmowie wyjaśnia, czemu trzy opowiadania o zupełnie różnej tematyce, pisane na przestrzeni wielu lat, wydano pod takim właśnie wspólnym tytułem, ale nie poczułam się przekonana. Najbardziej trafiło do mnie jego zdanie, że nawet jeśli żadnego z bohaterów nie można uznać za świętego, to w każdym razie ma nadzieję, że nie można ich też nazwać złymi ludźmi. Fakt. Kontrowersyjnymi - można, ale złymi - nie. No, a jako że trudno wydać zbiorek pod tytułem "Żywoty trzech nie złych ludzi", to niech już będą "święci", ale moim zdaniem nie bardzo to pasuje.

Z trzech opowiadań najbardziej przypadło mi do gustu trzecie - o więźniu, który odkrywa literaturę na więziennych kursach. Nie tylko ze względu na tematykę, ale i najdojrzalszy styl.

Na drugim miejscu uplasował się "Wieloryb" - historia pewnej hiszpańskiej rodziny, która gości u siebie biskupa z Ameryki Południowej, widziana oczami młodego chłopca. Styl tego opowiadania jest zajmujący, ale mało przypomina Mendozę i niemal zaczęłam go mylić z Zafonem. Taki uniwersalny styl hiszpański ;)

Najmniej polubiłam się z Dubslavem, bohaterem środkowego opowiadania "Finał Dubslava" - bohater, który nie wie, czego chce, wydawał mi się wyłącznie męczący i nie skłonił do żadnych przemyśleń. Nijaki mężczyzna, który podczas nijakiego pobytu w nijakiej wiosce afrykańskiej dowiaduje się, że jego matka (z którą łączyła go nijaka relacja) zmarła, a jednocześnie otrzymała europejską nagrodę za osiągnięcia w dziedzinie okulistyki.

Polecam tę książkę wielbicielom opowiadań oraz fanom Mendozy. Natomiast jeśli ktoś chce dopiero zacząć przygodę z tym pisarzem, to zdecydowanie lepiej sięgnąć najpierw po trylogię o fryzjerze damskim.

Książkę dostałam do recenzji od wydawnictwa Znak, któremu bardzo dziękuję :)

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...