2 stycznia 2011

Filmowy Nowy Rok - część 1.

The social network
reż. David Fincher
USA 2010

Ten film to wielkie zaskoczenie (powiedziałabym, że największe w tym roku, ale o tym trudno wyrokować 2. stycznia ;) ). Nie jestem fanką Facebooka, mam konto, ale prawie nieużywane, nie wydaje mi się, żeby istnienie tego portalu cokolwiek zmieniało w moim życiu i w jakikolwiek sposób wzbogacało moje życie towarzyskie. Z tych względów film o twórcy Facebooka wydawał mi się dziwnie mało kuszący, mimo znakomitych recenzji. Jak się jednak okazało, zdolni filmowcy nawet najnudniejszą historię potrafią opowiedzieć w zajmujący sposób, a ta historia w dodatku wcale do nudnych nie należy.

Mark Zuckerberg, mając niecałe 20 lat, wpadł na znakomity pomysł przeniesienia życia studenckiego do sieci. Przy pewnej pomocy kolegów, pracując w swoim akademickim pokoju, założył serwis TheFacebook, który w krótkim czasie uczynił ze swojego stwórcy najmłodszego miliardera w historii.

Twórca portalu społecznościowego wykazywał zadziwiająco mało talentów społecznych, można by się pokusić o nazwanie go socjopatą, a już zdecydowanie 'computer nerd' ("maniak komputerowy" nie brzmi tak soczyście). W trakcie swojej błyskawicznej kariery został uznany za dupka, zdrajcę i oszusta, ale czy słusznie?

Film ma znakomity scenariusz - dialogi to mistrzostwo świata. Fantastycznie dobrano aktorów. Zupełnym zaskoczeniem był doskonały Justin Timberlake w roli Seana Parkera. Jesse Eisenberg, grający Marka, był niesamowicie przekonujący. Show skradli mu jednak, moim zdaniem, bracia bliźniacy Tyler i Cameron Winklevoss, wyglądający jak książę William do kwadratu, tylko jeszcze lepiej (swoją drogą bardziej spodobała mi się ich wersja filmowa niż prawdziwa). Specjalna nagroda należy się twórcom filmu za najlepszą w historii scenę wyścigu wioślarskiego.
Polecam.

31 grudnia 2010

Podsumowując i postanawiając

Autor: Andre Martins de Barros
Tyle ostatnio podsumowań na blogach, że aż się poczułam zmobilizowana. 

Nie zamierzam jednak liczyć przeczytanych książek ani zobowiązywać się, że przeczytam więcej w roku kolejnym. Przeczytałam tyle, ile mogłam, na ile pozwala mój tryb życia i ile sprawiło mi przyjemność. Jako że przewidywana długość roku 2011 również wynosi 12 miesięcy, podejrzewam, że przeczytam ich z grubsza tyle samo. Parę zobowiązań  chcialam jednak podjąć. 

Zobowiązuję sie wobec siebie samej, ale robię to publicznie, wdrażając tym samym w życie tzw. metodę de Gaulla (ponoć kiedy de Gaulle chciał rzucić palenie, powiedział o tym wszystkim dookoła i potem musiał rzucić, żeby nie było, że słowo de Gaulla nic nie znaczy). 

A więc, ehem ehem, zaczynam.

W roku pańskim 2011 obiecuję solennie:

 1. 
Nie kupować zbyt wielu książek

Tak jest - to nie żart. Główną przyczyną jest konieczność oszczędzania (nie oszukujmy się, gdybym była bardzo bogata, nic by mnie nie powstrzymało od zakupów - pewnie miałabym osobny pokój do ustawiania stosików). 

 
Poza tym jednak przez ostatni rok zgromadziłam na półkach taki zasób nieprzeczytanych książek, że spokojnie starczy mi na cały rok, zwłaszcza, że mam blisko domu trzy nie najgorzej zaopatrzone biblioteki i uwielbiam do nich chodzić. Kupuję książki, które naprawdę chcę przeczytać, nigdy w ciemno, skuszona okładką, dlatego ustawianie tych upragnionych na półce i trzymanie ich tam nieprzeczytanych przez miesiące i lata (podczas których będę kupować kolejne i też je tam dostawiać) jest bez sensu, co właśnie do mnie dotarło. Oznajmiam więc, że wolno mi kupować książki tylko w miesiącach, które mają w nazwie literkę... r. Tak to sobie wymyśliłam :) I, tak, wiem, że będzie ciężko.

2.
Nie zgłaszać się do wyzwań czytelniczych

Wyzwania czytelnicze słuszne są i chwalebne, a do tego jeszcze ciekawe i pouczające. Niestety, ja, primo, i tak się nie wyrabiam w założonym terminie, secundo - na ogół mam wtedy chęć czytać coś zupełnie innego niżby wynikało z wyzwania i tertio - ponieważ książki wyzwaniowe na ogół nie są tymi, które aktualnie mam na półce, kończy się to generowaniem nowych stosików (na starych stosikach).  Rzecz jasna jest to założenie na najbliższy rok - jak już pozbędę się swoich nieprzeczytanych zapasów, mogę znowu szaleć. Dzięki wyzwaniom poznałam m.in. cudowną literaturę amerykańskiego Południa i podejrzewam, że dużo jeszcze takich niespodzianek mogę odkryć w kolejnych wyzwaniach.

3.
Czytać więcej klasyki

Optymalnie byłaby to jedna książka z kanonu na miesiąc, ale bądźmy realistami i nie zakładajmy niczego z góry ;)  Wszystkie te nowości oglądane na Waszych blogach kuszą i mamią, i sprawiają, że nie zostawiam już czasu na książki wydane w poprzednich wiekach. A szkoda, bo kiedy wymieniam książki, które w całej mojej czytelniczej karierze zrobiły na mnie największe wrażenie, to jest to zwykle literatura "z kanonu". Uwzględniam tu też klasykę popularną (to wyzwanie zresztą kusiło mnie specjalnie) - po prostu wszystko, czym zaczytywały się pokolenia od roku 2000 wstecz.


Swoją drogą za komplet klasyki w okładkach autorstwa Coralie Bickford Smith byłabym w stanie popełnić jakąś zbrodnię.

I to by było na tyle... Pomysłów mam jeszcze dużo, ale nie będę przesadzać, bo potem postanowienie sobie, a życie czytelnicze sobie :)

Szczęśliwego roku 2011
zarówno czytelniczo,
jak i na wszystkich innych frontach
 


30 grudnia 2010

Koniec z igrzyskami

Suzanne Collins
Kosogłos/Mockingjay
Trylogia "Igrzyska śmierci" t. 3
Media Rodzina 2010
audiobook
czyta: Anna Dereszowska

Trudno napisać recenzję trzeciego tomu, nie zdradzając zupełnie nic z akcji poprzednich. Uprzedzam więc tych, którzy nie czytali dwóch pierwszych tomów trylogii - ale planują - że może mi się wymknąć jakiś spoiler, chociaż nie będę opisywać akcji, a głównie swoje wrażenia.

Tym, którzy nigdy nie zetknęli się z trylogią, wyjaśniam, że akcja "Igrzysk śmierci" toczy się w bliżej nieokreślonych czasach (przyszłość lub rzeczywistość alternatywna), w państwie Panem, które składa się z Kapitolu i 12 dystryktów. W Kapitolu znajduje się siedziba rządu i mieszkają tam wszyscy uprzywilejowani mieszkańcy. Dystrykty zajmują się przemysłem, rolnictwem itp., dostarczają  towary do Kapitolu, a ich mieszkańcy na ogół klepią biedę. Na pamiątkę buntu dystryktów, który miał miejsce 75 lat wcześniej, corocznie urządzane są tzw. głodowe igrzyska, na których dzieci wybrane z dystryktów (z każdego chłopak i dziewczyna) walczą na śmierć i życie, a wszystko to ma oprawę gigantycznego show i jest na żywo transmitowane w telewizji. W kolejnych igrzyskach pojawia się jednak Katniss Everdeen, dziewczyna która igra z ogniem, i która stanie Kapitolowi kością w gardle, przewracając cały porządek świata do góry nogami.

Czekałam na Kosogłosa bardzo niecierpliwie - oba poprzednie tomy skończyły się tak, że po prostu trzeba było się dowiedzieć, co będzie dalej. Cenna umiejętność u pisarza. Zresztą nie da się ukryć, że Autorka doskonale konstruuje swoje powieści - są "zbudowane" ze scen akcji i scen 'psychologicznych" w idealnych jak dla mnie proporcjach. Ostatnio oczekuje od książek przede wszystkim tego, że mnie zabawią - porwą w inny wymiar, wciągną w cudze życie, oderwą od ziemi. Oczywiście, cudownie, jeśli byłaby to jednocześnie literatura głęboka, skłaniająca do przemyśleń i piękna językowo, ale to nie jest priorytet. Takie książki akurat nie na każdej półce rosną, jeśli na takie trafię - wspaniale, jeśli nie - wystarcza mi dobra rozrywka.

Kosogłos - chociaż nie zalicza się do literatury wysokiej - przemówił do mnie psychologiczną prawdą. Wreszcie powieść przygodowa, w której bohaterowie nie przedzierają się przez zastępy wrogów niedraśnięci na ciele i duszy. Nie potrafią sobie filozoficznie wytłumaczyć okropieństw dookoła, otrząsnąć się i "dzielnie" żyć dalej. Koszmar życia w państwie totalitarnym, makabryczna "zabawa" na arenie igrzysk i wreszcie upiory wojny odciskają na nich ślad, którego nigdy nie uda się zmazać. Bohaterowie nie kierują się wrodzoną szlachetnością i odwagą, ujawnioną pod wpływem okoliczności, jak u hobbitów i pochodnych. To, co ich popycha do działania, to strach i nienawiść. Cierpienie ich nie uszlachetnia, ale zmienia na gorsze, wydobywa na wierzch najgorsze cechy charakteru. Okalecza na resztę życia. Nie łudźcie się, że główni bohaterowie wyjdą bez szwanku, dlatego że są "głównymi bohaterami".

Katniss wydawała mi się tu bardzo realna. Siedemnastolatka, która nie miała wcale chęci stać się postacią publiczną ani stawać na czele rewolucji, nie grzeszyła jakimiś nadzwyczajnymi zaletami charakteru, które predestynowałyby ją do roli przywódczyni uciśnionych, a która po prostu dostała się w trybiki historii. Ustawiono ją na polu walki jak figurę szachową, wytyczono sposób poruszania się, a ona miotała się, próbując pozostać sobą, uratować bliskich i po prostu przeżyć.

Kosogłos opowiada o wojnie, która ogarnęła Panem po nagłym końcu ostatnich Igrzysk. Autorka nie waha się przed epatowaniem makabrą, nawet w zwiększonym stopniu niż to czyniła w poprzednim tomie. Z jednej strony jest to usprawiedliwione - w końcu walki toczą się już nie tylko na arenie, nastąpiła ich intensyfikacja, co odbija się w opisach. Z drugiej jednak - ja czasami miałam przesyt i wystarczyłoby mi nieco mniej opisów "żywego mięsa". Czuję się jednak usatysfakcjonowana zakończeniem historii (wątku uczuciowego także) - moim zdaniem cała trylogia utrzymuje równy poziom. Podziękowałabym tylko za Epilog - wydał mi się niepotrzebny, wolę, kiedy mogę sobie sama dopowiedzieć, jak ostatecznie potoczyły się losy postaci.

26 grudnia 2010

Będąc rzymskim patrycjuszem

Eduardo Mendoza
Niezwykła podróż 
Pomponiusza Flatusa

El asombroso viaje
de Pomponio Flato

tłum. Marzena Chrobak
Wyd. Znak 2009
ss. 144


To ziemia obiecana, przyjacielu poganinie. Ziemia Obiecana! 
Problem w tym, że nikt nie wie, na czym polega obietnica i kiedy się spełni.

W I w. n.e. w mieście Nazaret popełniono odrażającą zbrodnię - zamordowany został bogaty obywatel miasta, niejaki Epulon. Podejrzany został już ujęty i skazany na śmierć poprzez ukrzyżowanie. Dowody zbrodni mówią same za siebie, a nawet sam oskarżony nie zaprzecza zarzutom. Jednak jego małoletni syn nie wierzy w winę ojca i stara się za wszelką cenę wyjaśnić zagadkę śmierci Epulona zanim wyrok zostanie wykonany. W tym celu wynajmuje "prywatnego detektywa" - czyli tytułowego Pomponiusza Flatusa, rzymianina stanu ekwickiego, z zamiłowania filozofa, bawiącego przejazdem w mieście. 

Warto wspomnieć, że oskarżony to Józef, cieśla, prawy i rozsądny człowiek, któremu jedyne co można było dotąd zarzucić to pysznienie się nieudowodnionym pochodzeniem z rodu dawidowego. Jego małoletni syn nosi imię Jezus, a mieszkańcy miasta maja pewne wątpliwości co do jego rzeczywistego pokrewieństwa z Józefem. Autor zaś - to Eduardo Mendoza, a to oznacza, że książka nie jest zwykłym kryminałem, tylko lekko szaloną mieszanką historycznych realiów, kryminalnej intrygi, biblijnych przypowieści, greckich i rzymskich mitów oraz - nade wszystko - rubasznego poczucia humoru (patrz: żart o przelatywaniu od tyłu, który przewija się przez powieść jak refren).

Nie wszystkim odpowiada styl Mendozy - ja go uwielbiam. Wielbicielom trylogii o fryzjerze damskim gorąco polecam "Niezwykłą podróż...", ale resztę ostrzegam, że nie każdemu ten typ humoru przypadnie do gustu - niemniej spróbować warto. To nie jest głęboka lektura, cała powieść jest po prostu świetnym żartem, z mnóstwem odniesień do starożytnych i chrześcijańskich wierzeń, ze zdecydowanie nieczołobitnym podejściem do początków chrześcijaństwa i niepoprawnym politycznie podejściem do Żydów (i jeśli już o tym mowa,  także do Greków, Rzymian i wszystkich innych nacji, łącznie z własną), ale i ze sprawnie poprowadzoną intrygą oraz uczciwie oddanymi realiami opisywanych czasów. Podsumowując, dobra zabawa.

24 grudnia 2010

Świątecznie życzę


Aby te święta pozwoliły nam
zatrzymać się na chwilę w biegu
i przypomnieć sobie o tym,
co dla nas najważniejsze.

***

PS. A wszystkim molom, rzecz jasna,
ogromnych stosów książkowych pod choinką :)

14 grudnia 2010

Morderstwo w środku zimy

Asa Larsson
Burza z krańców ziemi
tyt. oryg. Solstorm 
tłum. Beata Walczak-Larsson
Wyd. Otwarte 2008 
  
Z tej lektury na pewno zapamiętam fińskie sanki, którymi poruszała się jedna z bohaterek. To rodzaj hulajnogi na dwóch płozach i podobno powszechny środek komunikacji na północy Szwecji i Finlandii. Jak sobie wyobraziłam siebie mknącą na nich rano do pracy... Biorąc pod uwagę panującą aurę, ktoś naprawdę powinien rozpowszechnić ten środek transportu w Polsce.

Z fińskimi sankami czy bez Burza z krańców ziemi to naprawdę dobry kryminał - w dodatku wyjątkowo aktualny, bo bohaterowie też zmagają się ze śniegiem i mrozem, a uwierzcie, że w porównaniu z ich zimą nasza niegodna jest jednego bałwanka.

Na początku marudziłam: a bo kryminały mi się przejadły, a bo ciągle ta Skandynawia, a bo znów trup na początku, a bo następna policjantka w ciąży... Po kilkunastu stronach zapomniałam, ze miałam narzekać, bo wsiąkłam bez reszty. Może składniki są już znane, ale po zmieszaniu znowu wyszła całość znakomita.

W małym miasteczku w północnej Szwecji zamordowany zostaje pastor zboru Źródło Mocy. Jego okaleczone ciało porzucono przed ołtarzem. Śledztwo toczy się dwutorowo - prowadzone jednocześnie przez policję oraz przez prawniczkę Rebekę, dawną znajomą ofiary. Wyznawcy Źródła Mocy tworzą społeczność zamkniętą na ingerencję z zewnątrz (nie jest to sekta, ale lokalnie powstały odłam chrześcijaństwa), więc tylko ktoś, kto dawniej do nich przynależał ma szanse uzyskać jakiekolwiek odpowiedzi. Tak naprawdę jednak najbardziej frapujące nie jest pytanie "kto zamordował"?, ale - "co ukrywają ci ludzie"? To mnie właśnie trzymało w napięciu i nie pozwalało oderwać się od lektury - każdy ma tu jakąś tajemnicę - wyznawcy i pastorowie kościoła, pozornie nieskazitelne żony pastorów. Przeszłość Rebeki jest wielką zagadką, odsłanianą powoli w retrospekcjach. Jej dawna przyjaciółka i siostra ofiary, Sanna, to chodząca niewiadoma. A jej dzieci? Czy dzieci też mają swoje sekrety? 

Plus za nieidealistyczne zakończenie. Doskonała lektura do czytania przy oknie z widokiem na śnieżycę...

PS. Powstała szwedzka ekranizacja książki z Izabelą Scorupco, ale nie oglądałam, więc nie wypowiem się na temat jakości filmu.

12 grudnia 2010

I że Cię prawdopodobnie nie opuszczę...

Elizabeth Gilbert
I że Cię nie opuszczę...
czyli Love Story
tłum. Marta Jabłońska-Majchrzak 
Rebis 2010
audiobook
czyt. Anna Dereszowska



W pewnej rzymskiej dzielnicy istnieje następująca tradycja związana z oświadczynami: 
Kiedy mężczyzna chce poślubić swoją wybrankę, udaje się pod jej okno i zaczyna śpiewać pieśń o dźwięcznym tytule: Roma Nun Fa la Stupida Stasera, w której błaga Rzym o pomoc w realizacji swoich pragnień, czyli w uzyskaniu zgody ukochanej. Jego towarzysze i mężczyźni z okolicy wspomagają go śpiewając "Rzymie nie bądź głupi tej nocy, pomóż mu trochę". Na to ukochana podchodzi do okna i zaczyna śpiewać swoją partię, o całkiem przeciwnej wymowie - błaga w niej Rzym, żeby pomógł jej odrzucić prośby mężczyzny. Bo jak wiadomo małżeństwo to koniec wolności dla kobiety - dzieci, kuchnia - nie ma się do czego spieszyć. Kobiety z okolicy wychylają się z okien i wtórują jej - "Rzymie nie bądź głupi tej nocy, pomóż jej trochę".

Liz, Autorka i narratorka książki, nie uważa, żeby małżeństwo było szczególnym nieszczęściem akurat dla kobiety, ale sama nie ma ochoty wiązać się ponownie. Ma za sobą jedną przysięgę małżeńska oraz długi bolesny rozwód (o tym można poczytać w Jedz, módl się, kochaj), co wystarcza, żeby była sceptycznie ustosunkowana do tej instytucji. W dodatku jej wybranek, Felipe, także jest rozwodnikiem i nie czuje potrzeby ponownego składania przysięgi, która, jak widać, niewiele znaczy. Liz i Felipe zamierzają pozostać ze sobą na zawsze, ale w związku nieformalnym. Los jednak płata tej parze dość okrutnego figla. Felipe, który jest Brazylijczykiem, zostaje zatrzymany na amerykańskim lotnisku i otrzymuje zakaz wjazdu do kraju - mimo że jest stosunkowo bogatym biznesmenem i wcześniej wielokrotnie odwiedzał Stany (amerykańscy urzędnicy nigdy nie przestaną mnie zadziwiać) i mimo że jest uczuciowo związany z Amerykanką. Para staje przed dylematem - albo związek nieformalny i mieszkanie poza granicami USA, albo ślub. Liz nie wyobraża sobie życia na stałe poza ojczyzną, ma tam  wszystkich bliskich, więc decyzja jest oczywista, chociaż podjęta bez entuzjazmu. Aby przekonać samą siebie, że małżeństwo nie jest z góry skazane na porażkę, Liz wykorzystuje te kilka miesięcy, które para spędza włócząc się po tanich hotelach Azji Południowej i czekając na decyzję władz amerykańskich, na poznanie historii i obyczajów związanych z tym sakramentem.

Pomimo tego, że pierwsza książka Gilbert Jedz, módl się, kochaj bardzo mi się spodobała, nie byłam przekonana do kontynuacji, bo oceniając po tytule, rzeczywiście spodziewałam się Love Story. Na szczęście myliłam się. Historię uczucia Liz i Felipe, okraszoną wszelkimi ich osobistymi perypetiami, dałoby się bez problemu streścić w jednym niedługim rozdziale. Reszta książki to tak naprawdę ciekawy felieton o sensie małżeństwa. Liz swobodnie podróżuje w czasie i przestrzeni. Pisze o początkach małżeństwa w czasach przedchrześcijańskich, o jego stopniowym "przejęciu" przez Kościół, o jego pojmowaniu jako instytucji religijnej i państwowej, która pozwala "zapanować" nad społeczeństwem. Przywołuje historie małżeństw swojej babki, matki, przyjaciół. Rozmawia z mieszkankami Tajlandii, w której przebywa, o ich zaskakująco odmiennym sposobie pojmowania damsko-męskiego związku. Próbuje dojść do tego, co przesądza o trwałości związku, a co o szczęściu współmałżonków (jak się okazuje, trwałe nie oznacza szczęśliwe, a tak jedno, jak i drugie nie musi być wcale wynikiem ślubu z wielkiej miłości). Ponieważ ani ona, ani Felipe, nie pragną dzieci, porusza też tematykę obecności potomstwa w związku.

Ponieważ należę do osób, które muszą wysłuchiwać pytań "kiedy ślub?" i "kiedy dzieci?" (odpowiedzi: "nie zastanawiałam się" i "pewnie kiedyś"), lektura szczególnie mi odpowiadała. Nie należę do ludzi, którzy uważają, że ślub trzeba wziąć, bo "tak się robi", a dzieci trzeba mieć "bo wszyscy mają", a w ogóle to "co ludzie powiedzą". Nie jestem przeciwniczką formalizacji związku. Po prostu, podobnie jak Autorce, wydaje mi się zadziwiające, że powiedzenie ukochanej osobie, że chce się z nią być do końca życia (i vice versa) ma w społeczeństwie różną wartość, w zależności od tego, kto się temu przysłuchuje. Sama ceremonia to przyjemna rzecz, ale czy rzeczywiście niezbędna? I że Cię nie opuszczę... pozwoliło mi spojrzeć na tę kwestię z różnych perspektyw. Zainteresowanym tematyką polecam.

Jeszcze kilka słów o jakości audiobooka. Annę Dereszowską poznałam w czasie słuchania "Igrzysk śmierci" i przyznaję, że ma bardzo przyjemny głos. Jak dla mnie jednak zbyt lubi przyjmować łzawe tony, co niekiedy naprawdę irytuje. Ogólnie jednak słucha się dobrze.


Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...