30 grudnia 2014

Rasowe angielskie zbrodnie

Rasowe angielskie zbrodnie, jak wszyscy wiedzą, są popełniane na wrzosowiskach przy posępnym wyciu wiatru i w strugach zacinającego deszczu. Inaczej się nie liczy.


Martha Grimes ma ogromny talent, jeśli chodzi o odmalowywanie dramatyzmu ukrytego w angielskim klimacie. Kolejna książka z serii o Richardzie Jurym zdecydowanie to potwierdza (o poprzednich pisałam TU i TU, nie czytałam jeszcze, niestety, "Zajazdu Jerozolima"). Czytając książki z tej serii, zawsze czuję się zmarznięta i zmoknięta :) Na szczęście są ciepłe puby, często zaopatrzone w kominki, więc i cieplej tam, i weselej, szkoda że pod murem na ogół jakiś trup się poniewiera.

Klimat klimatem, ale fabularnie jest to moim zdaniem słabsza od poprzedniczek pozycja. Akcja straszliwie się mota, żeby dojść do prostego rozwiązania o niewielkim stopniu prawdopodobieństwa psychologicznego - niestety. Czytało mi się dość przyjemnie nawet, ale po przewróceniu ostatniej strony poczułam się zawiedziona.

Autorka zaczyna z grubej rury, telefonem od małego dziecka, które zgłasza śmierć matki. Morderstwo rzeczonej Rose Mulvanney pozostaje nierozwiązane - przynajmniej zdaniem sierżanta Macalvie. Wsadzono do więzienia pewnego studenta, ale Macalvie nie wierzy w jego winę. Nieodnalezienie winnego staje się zadrą tkwiącą głęboko w duszy policjanta. Na tyle głęboko, że kiedy 20 lat później w okolicy rozpoczyna się seria zbrodni, Macalvie jest pewien, że są one powiązane z dramatem sprzed lat, o czym stara się przekonać inspektora Scotland Yardu, Richarda Jury'ego.
A są to zbrodnie wyjątkowo paskudne, bo popełniane na dzieciach... Pisarka ułatwia sobie sprawę, nie chcąc nadawać książkom aż takiego ciężaru emocjonalnego, więc dzieci te są niezbyt miłe, niespecjalnie lubiane przez rówieśników i nie bardzo kochane przez rodziców, jeśli w ogóle ich mają. Chyba po to, żeby czytelnikom nie było zbyt przykro. Także lady Jessica Mary Alan-Ashcroft, osierocona dziedziczka fortuny, która może być potencjalną kolejną ofiarą, wydała mi się dość antypatyczna i być może dlatego nie byłam w stanie przejąć się zbyt mocno potencjalnie grożącym jej niebezpieczeństwem.

Powieść dla fanów serii, reszcie polecam zacząć od pierwszego tomu, znacznie lepszego.

28 grudnia 2014

Living Next Door To Alice

W książkach Chmielewskiej, w których występuje Alicja Hansen, nie jest ważna fabuła. Alicja jest ważna, li i jedynie. Postać wzorowana na rzeczywistej przyjaciółce pisarki, pełna wad, ale uwielbiana. Gościnna do szaleństwa, bałaganiara do obłędu. W jej domu nieustannie ktoś pomieszkuje, często po kilka osób jednocześnie. Zarówno przyjaciele pani domu, zapraszani, jak i osoby postronne, które pojawiły się przypadkiem, a także chętni do wykorzystania dobrej woli gospodyni. Poza ludźmi dom wypełniony jest też przedmiotami. Górami przedmiotów, zwłaszcza papierów, ceramiki i akcesoriów ogrodniczych. Ogrodnictwo i ceramika to pasje Alicji, a papierów nie pozwala wyrzucać bez przejrzenia, a przejrzeć nie ma czasu - od lat. Wśród tych stert gubi się mnóstwo innych rzeczy i w  rezultacie dom przypomina trochę skarbiec, a trochę śmietnik. Odnaleźć w nim można rzeczy niebywałe, a to skarby po przodkach, a to... ludzkie zwłoki.

Joanna, alter ego autorki, przybywa w gościnę do Alicji, dość szybko okazuje się, że w domu zachodzą niewyjaśnione zjawiska. Jakieś przedmioty znikają, inne się przemieszczają, słychać hałasy. Chyba ktoś niezaproszony buszuje po domu i szuka... tylko czego? Podejrzenia gości (Joanna nie jest jedyna) zaczynają koncentrować się wokół tytułowych kocich worków, które stoją poupychane po kątach, nieotwarte od lat. Co może się w nich kryć?

"Wszystko czerwone" pierwszy kryminał, którego akcja toczy się w duńskim domu Alicji, jest - moim zdaniem - najlepszą książką tej Autorki. "Kocie worki" wyraźnie do niej nawiązują. Książka powstała jednak 30 lat później i jak wszystkie książki, które Chmielewska napisała po 2000 roku, jest już wyraźnie słabsza. Nie jest to kontynuacja, fabuła jest zupełnie odrębna, ale pojawiają się liczne odwołania do wydarzeń sprzed lat, a raczej do faktu, że wydarzenia te rozegrały się tylko w wyobraźni pisarki. Pojawiają się też te same postaci - Pawełek (tam młody chłopak, tu dorosły mężczyzna) i Anita.

Przeczytałam bez zachwytu, ale i bez zgrzytania zębami, bo wiedziałam czego się spodziewać. Przytachałam z biblioteki z pełną świadomością, że nie arcydziełem będę się raczyć. Raczej unikam czytania książek tej Autorki z ostatnich 15 lat, ale skusiła mnie tą Alicją i postanowiłam zaryzykować, mimo że "Byczki w pomidorach", których akcja także rozgrywa się w domu Alicji, uważam za koszmarnego gniota. Alicji było sporo i poczułam się usatysfakcjonowana. Fabuła stanowiła jedynie tło, w sens lepiej nie wnikać zbyt głęboko. Język nie był tak rażący, jak w "Byczkach...", kółko wzajemnego uwielbienia dopiero się zarysowuje (Beatka powtarzająca "ależ wy jesteście cudowne"...). Jeden z pobocznych bohaterów, Marianek to postać żywcem wyrwana z "Harpii" (tam jako Marcinek występował). Podsumowując - dla fanów twórczości Chmielewskiej i charakteru Alicji rzecz nawet dość przyjemna, dla pozostałych nic specjalnego.

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...