27 stycznia 2013

Nowa przyjaźń literacka

Zaprzyjaźniłam się właśnie z panią Gaskell, a to nie byle kto, bo bliska znajoma i biografka Charlotty Bronte. Wstrzymywałam się dość długo, bo po pierwsze - dopiero niedawno wyszły w Polsce tłumaczenia jej powieści, po drugie - ich cena mnie blokowała, po trzecie - wszyscy się nimi zachwycali na blogach, i powieściami, i ekranizacjami, więc czułam przesyt. Poza tym, sama "Północ i Południe", mimo zachęcającej rekomendacji: "dla miłośników Jane Austen i sióstr Bronte", odstraszała mnie tematem. Jak słyszałam o rolniczym Południu i przemysłowej Północy, o fabrykach, maszynach, strajkach, nie mogłam jakoś pojąć uniesień. Brzmiało to jak szkolna lektura pozytywistyczna i kusiło umiarkowanie (chociaż ja w sumie pozytywizm lubiłam).

No, ale zakupiłam, przeczytałam i teraz też się już mogę zachwycać. Bo niestety niczego oryginalnego nie powiem - podobało mi się i już. To jest jednak inna proza niż sióstr Bronte czy Austen, bardziej chłodna i elegancka, nie dostrzegłam tu typowych dla tamtych pasji i namiętności. W ogóle nie pasuje mi do kategorii romansów, bo akurat "romans" to była jej najmniej udana część. Para głównych bohaterów, Margaret Hale i John Thornton, pozostali dla mnie dość nijacy - i ani się z nimi nie zaprzyjaźniłam, ani nie bardzo uwierzyłam w uczucie, które miałoby się (lub nie) między nimi rozwijać. To znaczy, owszem - zostali przez pisarkę scharakteryzowani słownie, ale ja nie "czułam" ich charakterów, moim zdaniem nie wynikały one z samej akcji. O wiele lepiej wyszło pani Gaskell tworzenie spójnych bohaterów z dalszych planów. Tak samo to, czy jakieś uczucie między parą głównych bohaterów mogło zakiełkować, pozostało dla mnie sprawa drugorzędną, wręcz nie bardzo mnie to interesowało.

A jednak, mimo tego zastrzeżenia, uważam, że jest to świetna powieść obyczajowa, temat "przemysłowy" nie powinien nikogo odstraszyć. Doskonale mi się mieszkało z rodziną Hale pod jednym dachem, czy był to dach plebanii na Południu, czy domu w robotniczym miasteczku na Północy. Siedziałam z nimi przy posiłkach, wychodziłam na spacery, spotykałam ludzi - chętnie robiłabym to jeszcze przez kolejne pół tysiąca stron.Czułam się całkowicie zadomowiona.

Swoją drogą, kiedy czytałam o robotniczym Milton, przypominały mi się wspomnienia Frances Hodgson Burnett, która jako dziecko też miała umiarkowane szczęście zamieszkiwać w przemysłowych rejonach Anglii. Najbardziej jej opis sadzy, wirującej w powietrzu, osiadającej na wszystkim dookoła, także twarzach i sukniach...

Przede mną teraz serial z 2004 r., podobno doskonały. Jako ciekawostkę dodam, że Thorntona zagrał w nim Richard Armitage, czyli Thorin Dębowa Tarcza z Hobbita :) Druga powieść, "Żony i córki", tez już czeka na półce, ale chwilowo zagłębiłam się w czytaniu cudzej korespondencji, choć to podobno brzydko (ale może mi panowie wybaczą, zarówno Tolkien, jaki i Lem z Mrożkiem), więc pani Gaskell musi chwilkę poczekać.

***

A jeśli chodzi o prywatę, to chaos totalny trwa. Remont posuwa się tempem ślimaczym, a musimy zdążyć do wiosny, optymalnie byłoby skończyć za jakieś 7 tygodni. Na razie szanse marne, zwłaszcza że środki finansowe na wyczerpaniu. Obecnie najgodniej prezentuje się toaleta, pomieszczenie niewielkie, ale jakże istotne ;) Chociaż tak całkiem skończone też nie jest. Nie najlepszy to wynik, zważywszy, że remont zaczął się trzy tygodnie temu. Na szczęście kuchnia też już ruszona, sporo przeróbek instalacyjnych trzeba tam było wykonać, żeby przemienić standardy sprzed 50 lat w dzisiejsze. Wkrótce powinni nam wymieniać okna, czekamy na to z utęsknieniem, ale pozostaję sceptyczna, jeśli chodzi o terminowość firmy - choć może mnie zaskoczą. Ocieplenie idzie, warto byłoby to wykorzystać. Na kolejny ogień pójdzie łazienka - to największe wyzwanie, zupełnie nie wiemy, jak ją ugryźć, a koszt remontu przeraża. Ale zrobienie porządku jest niezbędne, nie da się już czekać dłużej. Wrzuciłabym zdjęcia, ale mnie odrzuca na myśl, że miałabym się do niej publicznie przyznać (chociaż jej stan to nie nasza zasługa, a pozostałość po poprzednich właścicielach). Dodam je, jak już będziemy mieć wersje "przed" i "po"...
Ciężko mi się skupić na czymkolwiek, siedząc w środku tego remontu i kompletnego zagracenia, stosów paczek i mebli, wśród gruzu, pyłu, hałasu wiertarki i kucia. Żałuje, że ten jedyny w życiu czas oczekiwania na pierwsze dziecko upływa w takich okolicznościach - delektowanie się nim jest skazane na niepowodzenie. Fizycznie męczę się zastraszająco szybko, a w głowie mam chaos. Miotanie się między lekarzem a supermarketem budowlanym to taka średnia przyjemność. Ostatnio poszłam nawet dla odprężenia pod lokalną bibliotekę - mam na osiedlu aż dwie filie - czy mnie nogi zaniosą w prawo czy w lewo, zawsze dotrę do książek ;) Obejrzałam ją sobie z wierzchu, pomacałam, powzdychałam, ale nie weszłam. Znoszenie teraz do domu lektur to nie jest dobry pomysł, a nie ma szans, żebym weszła, zarejestrowała się i wyszła z pustymi rękami. To się nigdy nie zdarza...

24 stycznia 2013

Literatura na ekrany! - Śródziemie kontraatakuje


Udało mi się wreszcie dotrzeć do kina na "Hobbita", z dużym opóźnieniem, ale to i tak był nie lada wyczyn, w obliczu remontowego chaosu oraz okoliczności przyrody (parking kinowy był kompletnie zasypany, a i przetoczenie się z domu do kina łatwe nie było). Upodobania mamy proste, więc wybraliśmy wersję bez bajerów, banalne 2D z napisami (3D nas jakoś specjalnie nie kręci, a wersję 48 klatek nam odradzono, jako dającą efekt teatralny). Jak było?

Było dobrze, ale niestety - nie bardzo dobrze. Ciekawa bajka, miło się oglądało, ale zachwycić się nie zdołałam.
Po pierwsze 
Nie jestem przekonana do sensu rozbijania niezbyt długiej powieści na trzy oddzielne filmy - jeśli nie chciano za mocno przycinać akcji, może należało zrobić dylogię? Wierność książce w szczegółach nie zawsze się sprawdza, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że się zasadniczo nie sprawdza, bo film funkcjonuje na innych zasadach. (Stąd dobrze się czyta np. dialogi na piętnaście stron, ale już oglądanie przegadanego filmu bywa męczące, chyba że reżyser wybitny i potrafi.) Z powodzeniem kilka scen można by wyciąć z pierwszej połowy "Hobbita" bez żadnej straty dla widza, a i drugą przydałoby się okroić. Od razu przyznam, że nie wiem, w jakim stopniu film jest wierny książce, bazuję na opinii innych - że bardzo. Sama czytałam "Hobbita" jakieś 10 lat temu, podobał mi się średnio (za to "Władca pierścieni" mnie zachwycił), a mój egzemplarz spoczywa spakowany gdzieś w środku stosu przeprowadzkowych paczek i nie mam jak sprawdzić, choć chętnie bym to uczyniła.
Po drugie
Przeraźliwa powtarzalność akcji, co jest wynikiem punktu pierwszego. Streszczenie wyglądałoby tak:
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się trolle. Bitwa. Jest bardzo źle, ale w ostatnim momencie wyskakuje Gandalf i ratuje sytuację.
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się orkowie. Bitwa. Jest bardzo źle, ale w ostatnim momencie wyskakuje Gandalf i ratuje sytuację.
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się gobliny. Bitwa. Jest bardzo źle, ale w ostatnim momencie wyskakuje Gandalf i ratuje sytuację.
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się kamienne olbrzymy. Bitwa. Jest bardzo źle, ale wyjątkowo Gandalf nie wyskakuje, pewnie dlatego, że olbrzymy naparzają się między sobą, a krasnoludy znalazły się tam przypadkiem i dadzą radę.
Dalej schemat jest kontynuowany jak wyżej, aż do końca, dającego słabą nadzieję na jakąś odmianę w kolejnej części.
Bardzo widowiskowe było to wszystko, ale jak po raz n-ty zobaczyłam zaplutą gromadę orków, lecącą z wrzaskiem za (swoją drogą niezniszczalnymi) krasnoludami, to poczułam, że już długo nie wytrzymam. Zagęszczanie się akcji z upływem czasu polegało na skracaniu momentów spokojnych (krasnoludy idą), a wydłużaniem aktywnych (krasnoludy się biją).
Po trzecie
Nieznośny patos. Od czasu do czasu któryś z bohaterów, zdaje się, że głównie Bilbo, wygłaszał jakąś Uwagę Mądrą a Światłą i Zapamiętania Godną. Pokazywany był wtedy obowiązkowo na tle nieba, oświetlony przez słońce dramatycznie wschodzące lub zachodzące (te dwie pory dnia dominowały w całym filmie), wszystkie postaci dookoła zamierały, a w tle obowiązkowo leciał kawałek "Old Friends". Nie zwróciłam uwagi, czy mu w tym momencie wietrzyk rozwiewał loki, ale powinien. I brakowało mi już tylko łopoczącej amerykańskiej flagi...
Pomniejsze uwagi:
4. Wtórność w stosunku do "Władcy pierścieni". Jeśli ktoś bardzo chciał powrócić do tamtego świata, będzie usatysfakcjonowany, ale niczego nowego, odświeżającego nie należy si spodziewać. Ten sam sposób filmowania, taka sama muzyka, ten sam typ zdjęć (chwilami ocierający się bardzo blisko o kicz).
5. Efekty specjalne dość nierówne - rewelacyjny Gollum (widać tu rozwój przez te parę lat), a zarazem gumowato-plastelinowy Azog. Najbardziej zaniepokoiły mnie pierwsze sceny pokazujące krasnoludzkie miasto w okresie chwały - szybko przejeżdżająca kamera sprawiała, że na ekranie widać było tylko rozmyte plamy, a jedynym wyraźnym elementem były napisy. Na szczęście potem już takich efektów  nie było.
6. Mnóstwo małych irytacji, na które można przymknąć oko (jak pożar lasu rozprzestrzeniający się tylko w jednym kierunku - z dala od dobrych bohaterów - oraz tylko na poboczach, zostawiając środkiem nietknięte przejście), zwłaszcza że wiele z nich powinno być chyba skierowane do Tolkiena, a nie do Jacksona. Chociaż może Tolkien niektóre dziwne poczynania swoich bohaterów uzasadniał lepiej, a reżyser nie i przez to rażą.

Podsumowując - nie polecam jakoś szczególnie, ale fanów Tolkiena nie zniechęcam, sama pewnie i tak obejrzę dalsze części. A wkrótce zabieram się za lekturę "Listów" Tolkiena, które udało mi się nabyć po okazyjnej cenie w osiedlowej księgarni. A już się cieszyłam, że mi tak niekupowanie książek dobrze idzie...

21 stycznia 2013

Nagły atak zimy - część 3


Część trzecia i ostatnia opowieści o wielkich mrozach... Tym razem odwiedziłam nie Szwecję,lecz Alaskę. Też zimno - śnieg, mróz, wiatr i przede wszystkim lód. Lód, który więzi trzy wieloryby. Tytuł (polski, oryg. Big Miracle) sugeruje gatunek filmowy "uwolnić orki i inne słodkie zwierzątka", ale tak źle nie jest. Właściwie wcale nie jest źle, to krzepiąca i poprawiająca nastrój historia - przede wszystkim dlatego, że jest prawdziwa. 

 

W październiku 1988 r. oczy Amerykanów zwróciły się w kierunku Barrow na Alasce, gdzie trzy wieloryby zostały uwięzione przez szybko zamarzające wody zatoki. Nie było to zjawisko niezwykłe, takie rzeczy są w przyrodzie normalne, niestety. Na szczęście jednak w tym przypadku znalazło się kilkoro ludzi, którzy nie pozwolili sobie na wzruszenie ramion i postawę "trudno, takie rzeczy się zdarzają". Poruszyli niebo i ziemię - bo jak inaczej nazwać doprowadzenie do współpracy między Amerykanami i Sowietami w tym gorącym (choć zwanym "zimną wojną") okresie - żeby doprowadzić do uwolnienia zwierząt.

Oczywiście, nie jest to dokument, wydarzenia nie są przedstawione idealnie wiernie, ale na szczęście zachowują realistyczny klimat. Nie ma tu disneyowskiej bajkowości, idealizacji prawdziwych bohaterów tych wydarzeń, uczłowieczania zwierząt. Film uczciwie pokazuje, że motywacje postaci były bardzo różne, wielu (większość) pomagało dla osiągnięcia osobistych korzyści, kariery, sławy, dla dobrej opinii publicznej. Niemniej rezultat tych działań był piękny. A że triumf człowieczeństwa rozgrzewa nawet w najcięższe mrozy - zachęcam do obejrzenia. 

Drew Barrymore w roli działaczki Greenpeace'u Cindy Lowry


17 stycznia 2013

Nagły atak zimy - część 2


Pozostając w temacie zimowo-szwedzkim, obejrzałam ostatnio ekranizację pierwszego tomu kryminalnej serii Asy Larsson (o trzecim tomie pisałam w poprzednim wpisie), czyli "Burzy z krańców ziemi" (oryg. Solstorm). Film produkcji szwedzkiej dostaje ode mnie od razu duży plus na początku, bo uwielbiam szwedzki język. (Po cichu powiem, że mam plany, żeby w najbliższym czasie rozpocząć naukę...). Poza możliwością posłuchania tego obłędnego akcentu oraz oglądania Kiruny na żywo, film daje także bonus w postaci Izabelli Scorupco jako prawniczki Rebeki Martinsson i muszę przyznać, że w tej roli wypadła bardzo dobrze.
Izabella Scorupco jako Rebeka Martinsson
 Nie będę już streszczać fabuły, można o tym poczytać we wpisie na temat książki (TU). W skrócie chodzi o to:

Kto zabił charyzmatycznego pastora?
Sam film jest dość przeciętny, ot taki telewizyjny "urozmaiczacz" wieczoru - przyzwoicie opowiedziana historia, przyzwoicie odegrane postaci i nieprzyzwoicie dużo śniegu. Jeżeli jednak ktoś nie jest zagorzałym fanem ekranizacji i/lub kina szwedzkiego, to polecam raczej przeczytać książkę. Jest lepsza.

Zorza nad Kiruną

15 stycznia 2013

Nagły atak zimy

Nagły atak zimy nastąpił nie tylko w rzeczywistości, ale i w moich lekturach oraz oglądanych filmach. Nic w tym dziwnego, bo ostatnio ciągnie mnie raczej w kierunku północnym.


Pierwszy czytany kryminał pani Larsson pt. "Burza z krańców ziemi" recenzowałam TU - bardzo mi sie podobał i miałam ochotę sięgnąć o kolejną część opowiadającą o przygodach prawniczki Rebeki Martinsson. Wyszło mi niestety niezbyt chronologicznie, bo nie miałam pod ręką drugiego z kolei tomu, "Krew, którą nasiąkła", wiec sięgnęłam po trzeci, zatytułowany "I tylko czarna ścieżka". A jak się okazało, wydarzenia z drugiej części odcisnęły bardzo silne piętno na bohaterce, przez co początek powieści bardzo mnie zadziwił. No i mam wrażenie, że chyba poznałam przy okazji zakończenie drugiego tomu (ale przeczytam i tak - wam radzę czytać po kolei).

Bardzo lubię miejsce, w którym toczy się akcja książek o Rebece Martinsson - Kirunę, miasteczko leżące na bardzo dalekiej północy Szwecji, w krainie Laponii. Dane z wikipedii: "Średnia temperatura powietrza w styczniu wynosi -16,0 °C, a w lipcu wynosi +12,8 °C. Usłonecznienie w styczniu 0 godzin, a w lipcu 24 godzin". Bardziej na północ to już jest chyba tylko śnieg... Chociaż nie - bo 12 km na północ od Kiruny jest wioska Kurravaara, licząca sobie około 50 mieszkańców, z której Rebeka pochodzi i do ktorej powraca ze Sztokholmu.

O ile z "Burzy..." zapamiętałam pojazd, którym można się zimą po okolicy poruszać - fińskie sanki, rodzaj hulajnogi na płozach, to z tego tomu na pewno pozostanie mi wspomnienie domków na płozach ustawionych na zamarzniętej rzece. Taki, nazwijmy to, lapoński odpowiednik domków letniskowych ;) Kopałam w internecie i próbowałam znaleźć jakieś zdjęcie takiego dziwa, ale bez powodzenia. Szkoda, bardzo bym chciała zobaczyć, jak to wygląda.

Kiruna (zdjęcie stąd)

W książce domki te są o tyle ważne, że w jednym z nich, podczas okrutnej zawiei, zostają znalezione zwłoki zamordowanej kobiety. Ofiara okazuje się ważną osobą z zarządu dużej firmy Kallas Mining. Jej śmierć prawdopodobnie związana była z wewnętrznymi machlojkami spółki. W tym miejscu zaczęłam się trochę obawiać, bo podobnie jak u prowadzącej śledztwo komisarz Anny Marii Melli (nietypowa dla skandynawskich kryminałów policjantka, mocno dzieciata i szczęśliwa w małżeństwie), na dźwięk słów: "spółka", "korporacja" lub "konsorcjum" dochodzi u mnie do spięcia w szarych komórkach. Wszystkie te kombinacje na wysokich szczeblach rozmaitych zarządów nie bardzo mnie obchodzą, i jak dla mnie szefowie spółek mogą się wzajemnie wycinać w pień. Czytałam więc sobie, dość sceptycznie, o zawiłościach polityki Kallas Mining, a powieść robiła się dziwniejsza i dziwniejsza. W pewnym momencie akcja oddalona była od kryminału jak Kiruna od Warszawy, a przez karty powieści przewijała się dziwna galeria postaci: szef spółki Mauri Kallis, człowiek z gatunku "od zera do bohatera", jego współpracownicy - nietypowe rodzeństwo, Inna i Diddi Wattrang, różni współmałżonkowie, nastoletnia siostra Mauriego - Ester, i cała plejada bohaterów dalszoplanowych. Każdą postać poznajemy od podszewki i właściwie książce bliżej jest raczej do powieści psychologicznej z wątkiem kryminalnym oraz dodatkiem lokalnego folkloru w nieco magicznym wątku Ester.

A najdziwniejsze było to, że chociaż w połowie książki uznałam, że dostałam zupełnie nie to, czego się spodziewałam, to nie mogłam się oderwać. A po skończeniu  - byłam zachwycona. Ale nie każdemu polecam, bo Asa Larsson tworzy powieści dość specyficzne i muszą trafić na właściwego odbiorcę. Trzeba się przekonać na własnej skórze. Ja znów mam ochotę powrócić do Kiruny.

Cykl o Rebece Martinsson:
Burza z krańców ziemi, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2008
Krew, którą nasiąkła, przeł. B. Walczak-Larsson, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011
I tylko czarna ścieżka, przeł. B. Walczak-Larsson, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011
Aż gniew twój przeminie, przeł. B. Walczak-Larsson, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012
W ofierze Molochowi, przeł. B. Walczak-Larsson, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013

*****

Właśnie sobie uświadomiłam, że dziś 15 stycznia! A to oznacza, że:
 mój blog skończył 
3 latka!
Można powiedzieć - wyszedł już z pieluch ;)
 Postanowienia niedawno były, rozdawnictwo książkowo-rocznicowe uniemożliwione przez remont, więc chyba tylko czczenie minutą ciszy pozostało ;)

9 stycznia 2013

W nowym roku

Hurra, mam internet! Można powiedzieć, że to nasz pierwszy sukces remontowy. Od czasu poprzedniego wpisu byłam odcięta od sieci. Stan wirtualnej nieobecności jest bardzo przyjemny, ale niestety przy przeprowadzce i początkach remontu jest zatrzęsienie potrzebnych informacji, które łatwo znaleźć w sieci, a zdecydowanie niełatwo poza nią, dlatego cieszę się, że znów jestem połączona. Za blogiem tęskniłam, przeczytałam całkiem sporo (chwała Kindlowi, bo książki nadal w paczkach i długo w nich pozostaną), a jeszcze więcej obejrzałam, więc wpisów powinno się niedługo pojawić dużo. Nie wiem niestety, jak z ich jakością, bo z tego co na razie udało mi się zaobserwować - odgłosy kucia w ścianach niespecjalnie sprzyjają myśleniu, a ja siedzę pośrodku tego hałasu. Siedzę lekko przykurzona i posypana tynkiem, ale szczęśliwa - przeprowadzka poszła dość sprawnie, choć w pewnym momencie mieliśmy wrażenie, że stare mieszkanie generuje nieskończoność gratów - wywoziliśmy, wywoziliśmy, a one nadal tam były. Pod koniec woleliśmy je wyrzucać niż pakować... Podjęliśmy też przy okazji solenne postanowienie przejrzenia dokładnie stanu posiadania przed rozmieszczeniem go na półkach (co nastąpi dopiero za czas jakiś, bliżej nieokreślony) i pozbycia się wszystkiego, czego się da. Rozmiar nowego gniazdka sprzyja temu postanowieniu - wiele rzeczy nas w nim urzekło, ale akurat nie rozmiar i nie zapas miejsc na szafy (kiedy blok stawiano u progu lat 60. ludzie mieli zdecydowanie mniej wszystkiego, mam wrażenie*). Pozbyliśmy się już kluczy do starego mieszkania, więc ten etap mamy definitywnie zamknięty. Remont dopiero rozpoczęliśmy, więc w najbliższym czasie czeka nas mnóstwo spacerów po malowniczych alejkach marketów budowlanych i długie wieczorne Polaków rozmowy nad kolankami rur i innymi akcesoriami, których przeznaczenia nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, a muszę je nabywać.

* Zwłaszcza sprzętu elektrycznego - przypadają po dwa gniazdka elektryczne na pomieszczenie, nie mniej, nie więcej, a w łazience nie ma ich wcale. Mieszkanie nie było remontowane od czasu wybudowania (z raz je może pomalowano), więc prezentuje stan sprzed pół wieku.

****

Nie było okazji zamieścić ani noworocznych podsumowań, ani postanowień, a w szale zajęć o mało co mi nie umknęło, że się numerek w roku zmienił ;) Teraz pokrótce:

Podsumowania:
Liczyć przeczytanych nie będę, zwłaszcza że przez ostatnie intensywne miesiące nie udało mi się zapisywać dokładnie, co przeczytałam (w zakładce "Przeczytane") - ale i bez tego uważam, że nie ilość w lekturze jest najważniejsza. Poza tym liczba książek w moim przypadku jest mniej więcej stała - w roku 2012 więcej było klasyki, co mnie cieszy (choć nie tak dużo, jak bym chciała, a dominowała klasyka dziecięca).
Najlepsze książki przeczytane w 2012 r.:
Literatura współczesna - "Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olgi Tokarczuk. Uwielbiam tę Autorkę, więc wybór oczywisty, a do tego książka porusza tematy bardzo mi bliskie. Odradzam tym, którzy szukają po prostu kryminału, bo nie o intrygę kryminalną w tej powieści chodzi.
Nawiasem mówiąc, po raz trzeci z rzędu książką roku zostaje u mnie książka polskiej pisarki (poprzednio Przedpełska-Trzeciakowska i Szejnert).
Klasyka - "Stryj Silas" Josepha Sheridana Le Fanu. Może to nie najbardziej ambitny wybór (powieść gotycka), ale za to jak porywający.
Najlepszy film obejrzany w 2012 r. (niekoniecznie w tym roku nakręcony):
ex aequo Jak spędziłem koniec lata / Kak ya provel etim letom, reż. Aleksei Popogrebsky, Rosja 2010 i Jestem miłością / Io sono l'amore, reż.  Luca Guadagnino, Włochy 2009

Postanowienia są proste i oczywiste:
1. Czytać swoje książki, oczekujące wiernie w kolejce.
2. Korzystać z lokalnej biblioteki (mam taką, tuż za rogiem, nie mogę się doczekać, aż do niej wejdę i chyba celowo odwlekam tę przyjemność).
3. Kupować jak najmniej i tylko sprawdzone pozycje, do których na pewno wrócę (ostatnio niestety poległam na promocji weltbildu i nabyłam dwie pozycje pani Gaskell, ale po pierwsze - to było jeszcze w grudniu, po drugie - to przyjaciółka Charlotty Bronte, więc chyba sami rozumiecie, że musiałam).
4. Nie marnować czasu na czytadła, chyba że są to naprawdę wyjątkowo dobre czytadła (tzn. odprężają zamiast irytować - ostatnio dość szybko rozprawiłam się z "Natalii 5" Rudnickiej, uznając że szkoda mi czasu, choć wiem, że nieco fanek na blogach jest).

Życzenia
Jak zawsze - wszystkim molom książkowym życzę odkryć literackich, które rzucają na kolana

****

Obiecuję w najbliższym czasie dodać wpisy bardziej na temat książek niż remontów, odpowiedzieć na zaległe komentarze, a na razie uciekam i znikam w oparach opalarki do drewna (do niedawna żyłam w blogiej nieświadomości istnienia takiego przyrządu).
Na prośbę Audeo dodam tylko, że przygotował on do nieodpłatnego pobrania audiobooka (TUTAJ) "Pies Baskervillów" Sherlocka Holmesa, a jako że to w moim mniemaniu lektura obowiązkowa, zachęcam do skorzystania.


Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...