28 grudnia 2012

Rzetelne angielskie kryminały

Kryminał kryminałowi nie jest równy i nie chodzi wcale o jakość, ale o kraj pochodzenia. Od kryminałów angielskich wymagam czegoś zupełnie innego niż od choćby skandynawskich (poza tym, że jedne i drugie maja być po prostu dobre - rzecz jasna). Przykładowo, w dziele szwedzkim wymagany jest lekko wymięty samotny komisarz policji, zagubiony w wielkim mieście, który smutki topi w alkoholu, życie prywatne nie układa mu się za dobrze (w porywach do wcale), chęci do życia ma niewiele, wątpliwości mnóstwo i nawet pogoda mu nie dopisuje. W kryminale z wysp brytyjskich natomiast niezbędne jest małe angielskie miasteczko, jakaś rezydencja, hektolitry gorącej herbaty, grzanki zjadane w fotelu przed kominkiem i co najmniej kilku zblazowanych arystokratów.

Szczęśliwie się złożyło, że oba angielskie kryminały, po które sięgnęłam w święta idealnie spełniły pokładane w nich nadzieje. Oba rozgrywają się mniej więcej w tym samym okresie (lata 80. lub początek 90., co można ustalić dzięki temu, że w obu są wzmianki o panującej pięknej księżnej Di) i oba zostały napisane przez Amerykanki, które akcje swoich powieści lokują w Anglii. Zarówno jedna, jak i druga powieść ma też ten uroczy "alaagathachristieitrochescherlockowski" klimat, do którego mam ogromną słabość.

O serii kryminałów Marthy Grimes z Richardem Jurym już pisałam - serię bardzo lubię, nie wątpiłam, ze mi się spodoba i nie rozczarowałam się. Nadinspektor Jury trafia tym razem do małego i pozornie spokojnego miasteczka Littlebourn. W środku lasu znaleziono zwłoki młodej kobiety - nikt jej nie znał i nie wiadomo skąd wzięła się w nieuczęszczanym miejscu. Wkrótce okazuje się, że także inne nieszczęścia spadły na to pozornie uśpione miejsce - miejscowa dziewczyna została zaatakowana w londyńskim metrze, a z pobliskiej rezydencji skradziono cenny klejnot. Nadinspektor z nieodłącznym Melrosem Placem będą musieli rozwikłac zagadkę, kierując się nie czym innym, lecz prawdziwą mapą skarbów!

Martha Grimes, Pod Anodynowym Naszyjnikiem (The Anodyne Necklace), WAB 2009


Na kryminały Elizabeth George trafiłam niedawno, ale szukałam ich od lat. Jeszcze w liceum czytałam jedną z jej książek - nie zapamiętałam ani tytułu, ani autora, za to doskonale pamiętałam intrygę, rozwiązanie i emocje, z jakimi ją pochłaniałam. Kilka miesięcy temu przypadkiem wpadła mi w ręce powieść "Gdzie jest Józef?" i odkryłam, że to właśnie było to. Nie czytałam ponownie - zbyt dobrze pamiętałam akcję (po około 15 latach od lektury! rzadko się to zdarza), ale postanowiłam sięgnąć po inny kryminał tej autorki - oczywiście biorąc poprawkę na to, że po kilkunastu latach mój odbiór może być zupełnie inny. Okazało się, że Elizabeth George stworzyła całą serię o inspektorze Lynleyu, aż 17 książek (jak dotąd - ostatnia dopiero co się ukazała). Wspomniany Tomasz Lynley jest nie tylko śledczym, ale tez arystokratą, doskonale wykształconym w Eton i Oxfordzie, oszałamiająco przystojnym, obytym w świecie i działającym na kobiety jak magnes. Tworzy zadziwiająco dobrany tandem z panią detektyw Barbarą Havers - która stanowi całkowite jego przeciwieństwo prawie pod każdym względem (IQ maja podobne). Sięgnęłam po pierwszy tom z serii pt. "Wielkie wybawienie" i było to spotkanie nader udane.
Do Scotland Yardu przybywa ksiądz z małego angielskiego miasteczka (oczywiście!), w którym doszło do tragedii.  Młoda dziewczyna została znaleziona obok zwłok swego ojca. Przyznała się do zbrodni, jednak ksiądz jest przekonany o jej niewinności. Para detektywów wyrusza, by rozwiązać zagadkę i dowieść, że w pod sennymi fasadami miasteczka czają się nadzwyczaj mroczne sekrety... 
Chociaż dość szybko zaczęłam podejrzewać motywy zbrodni i tak powieść czytało mi się doskonale - nie oderwałam się, dopóki nie skończyłam. Zagadka sprytna, autorka mnoży tropy, ale i tak najbardziej podobały mi się te rezydencje, tosty, herbatki... Lubię tę staroświeckość w kryminałach. Poza tym bardzo polubiłam bohaterów i z pewnością na pierwszym tomie nie zakończę z nimi znajomości.

Elizabeth George, Wielkie wybawienie (Great Deliverance), Prószynski i ska 1997

***

A moje mieszkanie wygląda obecnie tak:


Jutro przyjeżdża firma przeprowadzkowa i spróbujemy przenieść się na nowe śmieci. Pewnie i tak zostanie nam część gratów do transportu samodzielnego, bo spakowanie WSZYSTKIEGO jest po prostu niewykonalne. Jak już będziemy na miejscu, zostanie nam "tylko" remont. Ale to już będzie czysta przyjemność, biorąc pod uwagę długą drogę, jaką przeszliśmy od września, kiedy dostaliśmy informację, że musimy się wyprowadzić (w skrócie: wrzesień - ekspresowa organizacja własnego ślubu, październik - ślub i poszukiwania mieszkania, listopad - organizacja kredytu, grudzień - finalizacja kredytu, zakup mieszkania i przeprowadzka). Dotąd o tym nie wspominałam, ale jestem w szóstym miesiącu ciąży. Uwierzcie, że w tym stanie wszystko jest dwa razy trudniejsze (może ciąża to nie choroba, ale jakoś wcześniej nie robiło mi się słabo w komunikacji miejskiej, a gimnastyka przy pakowaniu też jakoś nie bardzo jest wskazana....). 

Zdjęć nowego mieszkania na razie nie pokażę - gniazdko ma spory potencjał, ale na razie tylko potencjał...

23 grudnia 2012

Wesołych!

Wesołych, spokojnych świąt, zabarwionych tą cudowną magią, która działa tylko raz w roku.

Myślałam, że zdążę przed Świętami z jeszcze jedna recenzją, ale zostałam zaskoczona - okazało się, że Wigilia jest już jutro... W chaosie ostatnich wydarzeń jakoś mi to umknęło. Nietypowe to dla mnie święta, spędzone na paczkach i pudłach, w pół drogi między dwoma domami. Opuszczamy mieszkanie dotąd wynajmowane, z którym się zżylismy, przenosimy się do nowego, bardziej naszego, ale tak naprawdę minie jeszcze wiele czasu, zanim naprawdę poczujemy się tam w pełni u siebie. Radość miesza się z niepewnością - jak to będzie. Wiele razy się już przeprowadzałam, ale zawsze do "domów tymczasowych", na rok, najwyżej dwa-trzy, a obecna przeprowadzka jest jakaś taka... na poważnie. Niezbyt szczęśliwie zbiegły się te przenosiny z końcem grudnia - święta przez to ucierpią, nie mamy choinki, nie pachnie pierniczkami, mam nadzieję, że uda mi się choć szczątkowo uchwycić ten niepowtarzalny nastrój i nie poczuje się, jakby przyszedł Grinch i święta wykasował. Mam jednak zamiar nadrobić to w przyszłym roku. W dwójnasób.


18 grudnia 2012

Droga do Wolf Hall

Ta książka miała wszelkie szanse, żeby mi się nie spodobać.

Po pierwsze - temat. Bardzo lubię historię Tudorów, ostatecznie to jeden z bardziej działających na wyobraźnię okresów w historii Anglii. Jednocześnie jednak jest to okres najbardziej wyeksploatowany. Wszyscy wiedzą, jak to szło z żonami Henryka, ile jeszcze interpretacji można znieść.
Po drugie - styl. Książka napisana w czasie teraźniejszym ma u mnie (i jak zauważyłam, wielu innych czytelników) minus na wejściu. Do tego fabuła jest dziwnie niejednolita, poszarpana, duzo dialogów pozbawionych opisów, tak że trzeba się domyślać, który z bohaterów mówi którą kwestię.
Po trzecie - bohater. Tomasz Cromwell, królewski doradca. Czy naprawdę nie było postaci bardziej interesującej?
Po czwarte - oczekiwania. Nagroda Bookera, zachwyty na wielu blogach, od razu można spojrzeć na dzieło podejrzliwie...

Szanse może i miała, ale rezultat był całkiem przeciwny. Łyknęłam tę niemal siedmiusetstronicową cegłę jak młody pelikan i chcę więcej. Chcę rozpaczliwie. Czuję się, jakbym została znienacka i bezprawnie usunięta z dworu Henryka VIII (nie dziwię się już Katarzynie Aragońskiej) i nie mogę się odnaleźć w fabule żadnej innej powieści. Gdzie są "moje" czasy i "moi" ludzie? Muszę wrócić, muszę się dowiedzieć, co będzie dalej (no dobra, wiem, co będzie dalej, wszyscy wiedzą, ale ciiiiii...), chcę śledzić nieubłagany upadek Anny Boleyn (z bezsensowną nadzieją, że tym razem jej się uda) i nieoczekiwane wyniesienie tej niepozornej dziewczyny Seymourów...

Czas teraźniejszy szybko przestał mi przeszkadzać, dosłownie po kilku stronach już go nie zauważałam. Doceniłam ten zabieg stylistyczny, bo dzięki niemu miałam wrażenie, jakbym obserwowała historię, która rozgrywa się na moich oczach, a nie tą co to "dawno dawno temu, za siedmioma górami...". Trochę przeszkadzało mi "poszarpanie" fabularne, nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, aleczasem miałam wrażenie, jakby jeden akapit nijak się nie wiązał z następnym. Chętnie bym porównała z oryginałem.

Tomasz Cromwell wg Hansa Holbeina
Dużo już pisano o fabule tej powieści, wiec tylko pokrótce dla tych, których ominęło: głównym bohaterem jest rzeczywiście Tomasz Cromwell, człowiek, który nieoczekiwanie dla samego siebie stał się królewskim doradcą. Możemy śledzić losy tej postaci od chwili, gdy jako pobity przez ojca-kowala-brutala nastolatek ucieka z domu, do momentu największej chwały na dworze Tudorów. Dzięki Tomaszowi poznajemy codzienne życie zamożnych warstw, gościmy w jego domu w Austin Friars, który na przemian zaludnia się i wyludnia (podczas gdy zarazy wędrują po Londynie w te i nazad), spotykamy ważne postacie tamtych czasów, choćby kontrowersyjnego (bardzo nieświętego) Tomasza Morusa i jego rodzinę, kardynała Wolseya, Norfolków i Boleynów, prorokinię Elizę Barton. Wiele postaci mamy okazje odprowadzać do grobu - takie to były czasy. Wreszcie - poznajemy osobiście Henryka, wzgardzoną Katarzynę i upragnioną (do czasu) Annę.

Bohaterów drugoplanowych jest co niemiara, początkowo gubiłam się nieustannie i musiałam pomagać sobie zamieszczonym na początku spisem. Szybko jednak każda postać zaczyna wydawać się żywa, znajoma i sama wskakuje we właściwą rubryczkę pamięci. Trudno mi wręcz uwierzyć, że Hilary Mantel wcale nie znała swoich bohaterów i mogła się co do nich pomylić. Oni po prostu MUSIELI być tacy, jak na kartach książki. Cromwell zaś bardzo szybko przeszedł drogę od postaci, która (dotychczas) w całej tej tragicznej historii ani mnie ziębiła, ani grzała, do człowieka bliskiego, budzącego żywe emocje, współczucie, z którym żal się rozstawać.



Dramatis personae: Katarzyna Aragońska, Henryk VIII, Anna Boleyn

Jedyne co mi się nie podobało, to tłumaczenie tytułu. Wolf Hall to siedziba Seymourów, która nie odgrywa w tekście żadnej ważniejszej roli, akcja nie rozgrywa się w niej nawet przez chwilę. Jeśli chcemy interpretować "Wolf Hall" jako właśnie to konkretne miejsce, to wskazane byłoby raczej coś w stylu "W drodze do Wolf Hall". W pewien sposób wszystkie wydarzenia opisane w książce prowadzą czytelnika i jeszcze nieświadomych bohaterów do tego miejsca (co zresztą sugeruje zakończenie). Można odczytać tytuł metaforycznie, jako "gniazdo wilków", którym dwór angielski zaiste był, ale wówczas lepiej pasowałby - moim zdaniem - oryginalny "Wolf Hall", bez żadnych komnat. Trudno jednak zakładać, że każdy czytelnik zna angielski i sam sobie tytuł przetłumaczy.

Hilary Mantel
W komnatach Wolf Hall
tyt. oryg. Wolf Hall
Sonia Draga 2010


Wydawnictwo Sonia Draga poinformowało mnie, że drugi tom "Bring up the bodies" zostanie wydany wiosną. Nie wiem, czy dam radę tak długo czekać, czy sięgnę po oryginał. Nawiasem mówiąc, Hilary Mantel dostała za tę powieść drugą nagrodę Bookera - chyba wcześniej nie zdarzyło się, by nagrodzony został cykl. Ciekawe, czy Autorka czuje teraz presję pracując nad trzecią częścią trylogii, "The Mirror and the Light"...

16 grudnia 2012

Biblioteka przeprowadzkowa


Aktualny stan mojej domowej biblioteczki... Przeprowadzka zbliża się wielkimi krokami. Jeśli ktoś się zastanawia - nie, okres około świąteczny to nie jest najlepszy moment na takie przedsięwzięcia, ale termin nie zależał od nas - musimy zwolnic dotychczas zajmowane mieszkanie do końca roku. Ostatecznie własne mieszkanie to nie jest taki zły prezent pod choinkę (nawet jeśli zorganizowanie tego prezentu kosztowało nas parę nowych siwych włosów). Nowy rok rozpoczniemy od remontu naszego nowego, a zarazem dość wiekowego gniazdka, co pewnie się przeciągnie, więc nie wiem, kiedy książkowe paczuszki zostaną rozpakowane i znów ustawione na półkach. Chwała niebiosom za kindla - dzięki niemu nie zostanę całkiem odcięta od lektury.

7 grudnia 2012

Salon Ciekawej Książki na gorąco

Targi książki w Łodzi, czyli moim mieście, odbywają się dopiero po raz drugi i wyglądają dość skromnie w porównaniu z imprezą warszawską, którą też miałam okazję w tym roku odwiedzić.Cieszę się jednak, że są i mam nadzieję, że z każdym rokiem będą się rozrastać.

Zdecydowanie najciekawsza była oferta wydawnictw dziecięcych. Trzeba przyznać, że w ostatnich latach pojawiło się naprawdę wiele przepięknych publikacji. Wierzę, że są one również ciekawe pod względem treści, ale zapoznać się nie miałam okazji, natomiast wizualnie zachwycają bez wątpienia. Z radością wykupiłabym całe półki, żeby się nimi napawać w domu. Moim faworytem jest "Pinokio" z ilustracjami Roberta Innocentiego, wydany przez wyd. Media Rodzina.


Chociaż nigdy nie lubiłam tej historii, kupiłabym książkę dla samych ilustracji. Ceny książek dla dzieci niestety odstraszają. Rozumiem, że pięknie wydana książka musi kosztować, niemniej chwilowo pozostaje poza moim zasięgiem.

Zresztą potwierdziło się moje poprzednie spostrzeżenie, że kupowanie książkę nie sprawia mi już takiej frajdy jak dawniej. Na targach było trochę promocji, zniżek o kilkadziesiąt procent, ale ostatecznie wyszłam tylko z jedną pozycją, która swój czas na blogach miała kilka lat temu - mowa o "Ostrygojadach" Susan Fletcher, które znalazłam na stoisku z tanią książką  (o ile dobrze pamiętam księgarni drops.pl). Gdybym dysponowała większymi funduszami, nie oparłabym się pewnie także nowej książce Dominique Loreau "Sztuka minimalizmu w codziennym życiu" (w przeciwieństwie do poprzednich pozycji autorki, tę Czarna Owca wydała nader ekskluzywnie) i jeszcze droższej pozycji "Bracia Grimm Wszystkie baśnie i legendy" wydawnictwa Rea.



Oferta wydawnictw "dorosłych" była w sumie dość skromna, więc na pokuszenie nie byłam zbyt mocno wodzona. Zabrakło mi natomiast bogatszej oferty wykładów, warsztatów i spotkań z Autorami. Na tym polu targi wypadły słabo, a przecież jest wielu Autorów, których chętnie bym poznała, mnóstwo zagadnień książkowych, o których bym posłuchała... I chyba nie tylko ja. Łódź jest pod względem zaludnienia trzecim miastem w Polsce, wierze, że zapaleni czytelnicy też są tu licznie reprezentowani.

Salon Ciekawej Książki potrwa do niedzieli, więc jeśli ktoś jest zainteresowany, zachęcam do odwiedzin. Najciekawsza, z mojego punktu widzenia, impreza, czyli wymiana książek, odbywa się właśnie w niedzielę, niestety w tym roku pewnie nie uda mi się dotrzeć.





A chwilowo znikam w tych pięknych i mroźnych okolicznościach przyrody, żeby w towarzystwie koca i herbaty zanurkować w skomplikowany świat intryg dworskich z czasów Tudorów. Ale nie zazdrośćcie mi za mocno. Jestem właśnie w samym środku zabiegów, mających na celu przeprowadzkę do prawie-już-własnego mieszkania przed końcem roku i taka chwila błogostanu z książką jest naprawdę wyjątkowa.

3 grudnia 2012

Poe. Zbrodnia literacka.

"A ma dusza z tego cienia, co komnatę zaległ wzdłuż,
Nie powstanie - Nigdy Już

("Kruk" E.A. Poe, tłum. Z. Przesmycki)

Mroczne i kręte ścieżki wyobraźni Edgara Allana Poego i zagadkowy koniec jego życia zainspirowały Jamesa McTeiguego do nakręcenia "Kruka". Film nazwano tytułem najsłynniejszego dzieła poety, a motyw czarnego ptaszyska przewija się w nim bardzo często.

"Kruk" oparty jest na faktach w sposób nader luźny, czerpie raczej z twórczości pisarza. Oto w ciągu ostatnich kilku dni jego życia (zapowiedź śmierci mamy już we wstępie, więc niczego nie zdradzam) Baltimore zostaje zaatakowane przez wyrafinowanego mordercę. Popełniane przez niego odrażające zbrodnie wyciągnięte są żywcem z opowiadań Poego. W rozwiązanie zagadki uwikłany zostaje nie tylko bystry inspektor, ale i sam pisarz. Zabawa w kotka i myszkę trwa na całego, jeden trup wskazuje (za pomocą literackich tropów) na innego, ale kiedy zbrodniarz porywa ukochaną Poego - śliczną Emily - rozpoczyna się szalony wyścig z czasem. 


Film nie jest zły, ale nie jest też dobry, ot, taki przeciętniaczek. Ma ładne zdjęcia, udany mroczny klimat, John Cusack wiarygodnie wciela się w Poego. Jeśli ktoś dobrze zna jego twórczość, bedzie mógł zabawiać się wyszukiwaniem nawiązań. Poza tym widzę głównie minusy. Szalony, ale ponadprzeciętnie inteligentny psychopata, który rozrzuca po mieście ofiary, zostawiając przy każdej wskazówkę dotyczącą następnej zbrodni, to jeden z najbardziej oklepanych motywów współczesnego amerykańskiego kina. Młoda i piękna kobieta (żona, córka, ukochana głównego bohatera), którą trzeba w pośpiechu ratować - motyw numer dwa, jak wyżej. Inspektor policji jest zdecydowanie zbyt współczesny w swoim sposobie myślenia. Sporo też drobnych nielogiczności, na które jednak można przymknąć oko. Dla mnie największą wadą była drastyczność niektórych scen - musiałam bardzo pilnować zamykania oczu w odpowiednich momentach.  
 


Jeśli chodzi o odniesienia do życiorysu poety - w 1849 r. Poe rzeczywiście został odnaleziony na ulicach Baltimore w stanie delirium, a przed śmiercią wykrzykiwał pewne nazwisko. Od długiego czasu staczał się w objęcia alkoholizmu (choć w filmie jest pijakiem nadzwyczaj trzeźwym i przytomnym). Jego żona Virginia w istocie umarła bardzo młodo na gruźlicę, choć w filmie pominięto pewne fakty. Na przykład to, że była kuzynką Poego, kiedy ją poślubił miała tylko 13 lat, a gdy pojawiły się u niej objawy choroby, pisarz wdał się w romans z dwoma amerykańskimi poetkami: Frances Sargent Osgood i Elizabeth F. Ellet, co jego żonie z pewnością nie pomogło. Virginia zmarła w roku 1847 (w wieku 24 lat). W rok później Poe nawiązał romans ze swoją ukochaną z czasów młodości, Sarah, która jest o tyle podobna do filmowej Emily, że na przeszkodzie miłości jej i Poego rzeczywiście stawał jej ojciec. W czasach kiedy rozgrywa się film, nie była jednak niewinną blond pięknością, ale dobiegającą czterdziestki wdową z dwójką dzieci (musiała niezbyt pasować filmowcom do porywania...).


Podsumowując, nie polecam, ale i nie zniechęcam. Gratka głównie dla wielbicieli pisarza.


Kruk. Zagadka zbrodni (The Raven), reż. James McTeigue, Hiszpania, USA, Węgry 2012

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...