27 lipca 2012

Słowniczek mola i babskie czytadła

Słowniczek mola
Co jakiś czas napotykam się na jakieś nadzwyczaj trafne wyrażenie w krótkich słowach opisujące zawiłą okołoksiążkową sprawę. Nie zapisuję ich i one gdzieś przepadają, w otchłaniach niepamięci, a szkoda. Uważam, ze powinniśmy wspólnymi siłami stworzyć słowniczek mola książkowego - co Wy na to?
Mała próbka poniżej:
  • kac książkowy  - niemożność rozpoczęcia nowej książki, bo jeszcze nie opuściło się świata z poprzedniej (znalezione tu - kto się przyznaje do autorstwa?)
  • książka pierwszego kontaktu - książka, od której najlepiej zacząć znajomość z danym pisarzem (odkryte u Zacofanego w lekturze)
  • pieszczoch blogerów - pisarz, którego wszyscy blogerzy lubią i chwalą (dobra, 90%), i wytrwale czekają na kolejną jego książkę (wyrażenie mi się ukuło przy Theorinie)
Babskie czytadła na lato
Krąży ostatnio po blogach jakaś czytadłowa akcja i nabrałam chęci zabrania głosu (co będę czekać, jeszcze mnie nikt nie zaprosi ;) ). Być może nie do końca trafiam w zasady, wybaczcie.
Czytadła babskie - bo o kobietach (ale niekoniecznie "tylko dla pań"), a na lato - bo wakacyjnie mi się kojarzą, a poza tym chętnie bym do nich wróciła, bujając się leniwie w hamaku w pięknych okolicznościach przyrody. Czytadła to dość umowna kategoria - w tym przypadku miałam na myśli książki współczesne, lekkie, od których szare komórki się nie przegrzeją, i krzepiące (żadnego rozdrapywania emocji, to koliduje z bujaniem, hamak się potem zacina ;) )*:

  1. Mary Stewart - Tajemnica zamku Valmy (bo zamek wśród lasów i ten dreszczyk emocji)
  2. Marian Keyes - Sushi dla początkujących (bo deszczowa Irlandia i krzepiąca wiara, że życie coś dobrego chowa w zanadrzu)
  3. Anne Rivers Siddons - Uciekłam na wyspę (bo wyspa i budowanie życia od nowa)
  4. Jaclyn Moriarty - Mam łóżko z racuchów (bo ciepła rodzinna atmosfera + zagadka)
  5. Małgorzata Musierowicz - Nutria i Nerwus (bo wakacje z namiotem - prawie...)
  6. Joanna Chmielewska - Całe zdanie nieboszczyka (bo wyprawa przez pół świata)
  7. Joanna Chmielewska - Większy kawałek świata (bo mazurskie jeziora)
  8. Bodil Malmsten - Cena wody w Finistere (bo leniwe popołudnia w ogrodzie)
  9. Elizabeth Gilbert - Jedz, módl się, kochaj (bo Włochy, Indie, Bali i zaczynanie życie od nowa)
  10. Alexander McCall Smith - Kobieca Agencja Detektywistyczna nr 1 (bo można w Botswanie na werandzie wypić herbatkę z ostrokrzewu w miłym towarzystwie Mma Ramotswe)
Na swój wyjazd zabieram w "papierze": dwa kryminały Marthy Grimes, których jeszcze nie czytałam, oraz książkowe powroty: "Dumę i uprzedzenie", "Jane Eyre" i punkt 9 (a po namyśle jeszcze "Ostatniego takiego Amerykanina" tej samej autorki). Ale na wszelki wypadek zapakuję także wypchanego Kundelka... Bo co, jakby mi zabrakło... ;) Do zobaczenia za 2 tygodnie :)

* Zwykle mianem 'czytadła' określam książkę, która jest łatwa w czytaniu, dostarcza rozrywki i zapomina się o niej po przewróceniu ostatniej strony. Taka literacka pierdółka. Nic ważnego, ale fajne. Niekiedy, pejoratywnie, używam tego epitetu na "dzieła", których poziom językowy nie zasługuje na lepsze określenie.

24 lipca 2012

Literatura na ekrany! - "Emma" Jane Austen

Nie wiem, jak dobrze znane są ekranizacje "Emmy" w Polsce (na pewno ta z Gwyneth Paltrow), ale w Anglii na blogach i forach toczą się spore boje o to, która jest najlepsza. Oczywiście każdy jest przekonany, ze jego wybór jest jedynie słuszny. Tymczasem o gustach się nie dyskutuje i każdy sobie jedną (albo więcej, albo żadną) Emmę wybierze jako tą jedyną. Uwielbiam filmy kostiumowe, jeszcze bardziej ekranizacje XIX-wiecznej literatury, więc wszystkie obejrzałam z zainteresowaniem, ale która spodobała mi się najbardziej, zdradzę na końcu.


"Emma Woodhouse, osóbka przystojna, rozumna i bogata, posiadająca dostatni dom i obdarzona pogodnym usposobieniem, otrzymała, zda się, wszelkie dary, jakie życie ofiarować może; toteż przeżyła na świecie blisko dwadzieścia lat bez większych powodów do zmartwień i niezadowolenia". Młodsza córka zamożnego dżentelmena jest przekonana, że nigdy nie wyjdzie za mąż, bo zbyt lubi życie, jakie wiedzie w domu swego ojca - hipochondryka, ale jakże kochanego. Jest ładna, bystra i bogata, przynależy do najlepszej sfery. Ma dom, wielbiącego ją ojca, zamężną siostrę, gromadkę siostrzeńców, przyjaciół i nic jej więcej nie potrzeba. Jej życie codzienne jest jednak zbyt spokojne, jak dla tak młodej i energicznej osóbki, dlatego panna ubzdurała sobie, że doskonale zna się na ludziach i jest mistrzynią w kojarzeniu par. Na "ofiarę" wybiera pastora Eltona oraz swoją przyjaciółkę, Harriet - dziewczę ładne i naiwne, o nieznanym pochodzeniu (od dzieciństwa ktoś łoży na jej utrzymanie na miejscowej pensji dla dziewcząt i Emma wierzy, że ojciec Harriet jest nie tylko  bogaty, ale i odpowiednio urodzony) . Emma sporo namiesza, zanim uświadomi sobie rozmiar swoich omyłek, ale co ja Wam będę opowiadać... Austen zrobiła to znacznie lepiej.

"Emma" nie jest moją ulubioną powieścią Jane Austen i nie zachwyciła mnie specjalnie, kiedy ją pierwszy raz czytałam. Powrót do lektury po kilku latach okazał się znacznie bardziej udany - już wiem, że nie znajdę tu tej energii i tych emocji, co w "Dumie i uprzedzeniu", więc się ich nie spodziewam. Lubie jednak pospacerować w wolnym rytmie po wiosce Highbury i po ogrodach Hartfield, a nawet poirytować się na Emmę za jej zarozumialstwo wynikłe z młodego wieku, wysokiej pozycji i nieznajomości świata.

Emma z Dianą Fairfax (1960)
Ekranizacji powstało sporo - w latach 1940-1980 było ich sześć. Później nastąpiła 15-letnia przerwa, a od lat 90. Jane Austen znów zaczęła wracać na ekrany. Najstarsza ekranizacja, jaką udało mi się obejrzeć, to serial BBC z 1972 r., dlatego nie opowiem Wam o wcześniejszych. Znalazłam tylko informacje, że były to: "Emma" z 1948 r. z Judy Cambell w roli tytułowej (reż. Michel Barry), "Emma" z 1954 r. z Felicią Montealegre w roli tytułowej, "Emma" z 1957 r. z Sarah Churchill w roli tytułowej  i dwie ekranizacje z 1960 r. - angielska z Dianą Fairfax i amerykańska z Nancy Wickwire.





Emma, reż. John Glenister, miniserial BBC, UK 1972 (240 min, 6 odcinków)

Serial z BBC to właściwie całkiem niezła ekranizacja - zresztą od BBC trudno oczekiwać złej. Scenariusz - mimo kilku zmian w stosunku do oryginału - jest bardzo udany, dzięki czemu film oglądałam z zainteresowaniem (mimo że była to 4.  z oglądanych przeze mnie ekranizacji "Emmy"). Film jest jednak bardzo teatralny i wizualnie dość mocno się zestarzał - ma w końcu te 40 lat. W dodatku dobór głównych aktorów jest dość pechowy i chyba głównie z tego względu serial ten nie ma szans cieszyć się popularnością wśród współczesnych widzów.

Doran Godwin, która gra tytułową bohaterkę, jest - cóż - niedopasowana do obecnych kanonów urody. W ruchu wygląda lepiej niz na zdjęciach, ale kiedy zestawi się ją ze słodziutką jak karmelek Harriet Smith (Debbie Bowe), trudno uwierzyć, by ktokolwiek mógł się szczerze zainteresować Emmą. Charakterek też ma niezbyt pociagający -  nie ma w niej szczerości uczuć, manipuluje innymi raczej z nudów niż dla uszczęśliwienia ich. Pomiata biedną Harriet jak szmacianą lalką. Nie wzbudziła ani krzty mojej sympatii.
 

 Po lewej Emma, po prawej Harriet

Pan Knightley (John Karson) straszliwie mnie irytował - nie dość, że wyglądał na ojca Emmy (aktor miał 45 lat, był więc 7 lat starszy od bohatera, którego grał), to jeszcze właśnie tak się zachowywał. Nieustannie ją strofował i traktował jak głupiutkie dziecko, które trzeba pouczać na każdym kroku. Robił wrażenie obleśnego rozpustnika, który wychowuje młodziutką żonę, raczej z rozsądku niż miłości, a zdecydowanie nie taka była intencja Jane Austen. Ale w rezultacie wyrachowana Emma i przewidujący Knightley byli siebie godni, więc w sumie mogli stworzyć całkiem udany związek :)


Niezbyt spodobał mi się też ojciec Emmy, żywiutki jak młody pasikonik. Skakał to tu, to tam, zamiast przyzwoicie siedzieć w fotelu przy kominku, jak na starego hipochondryka przystało ;). Reszta aktorów była całkiem nieźle obsadzona.

Plus za uroczą staroświecką melodyjkę plumkaną na pianinie w czołówce serialu.


Emma, reż. Diarmuid Lawrence, UK 1996 (107 min.)

Dobra ekranizacja, z jedyną - jak dotąd - ciemnowłosą Emmą. Wierna książce - oczywiście w graniach możliwości, konieczne było przycięcie fabuły, by zmieścić ją w dwóch godzinach. Obejrzałam z przyjemnością, choć nie będzie to moja ulubiona ekranizacja i nie sądzę żebym kiedyś do niej wróciła.

Kate Beckinsale okazała się zaskakująco udana Emmą i moim zdaniem była najlepiej obsadzoną aktorką w tym filmie. Do reszty aktorów nie jestem przekonana - rzecz jasna, wszyscy grali dobrze, ale czegoś mi zabrakło. Po obejrzeniu serialu z 1995 r. na podst. "Dumy i uprzedzenia" nie potrafiłam już wyobrazić sobie Elizabeth Bennet inaczej niż z twarzą grającej ją aktorki. W tym przypadku nic takiego nie nastąpiło, bohaterowie filmu i książki pozostali dla mnie odrębnymi postaciami.

Nie mogłam się przekonać do Marka Stronga w roli Knightleya - to dobry aktor, ale cóż, nie można dogodzić każdemu (w tym wypadku mnie). Cały czas mi się wydawało, że tak powinien wyglądać Robespierre (czasy są zbliżone, w końcu "Emmę" wydano w 1815 r., kilkanaście lat po francuskiej rewolucji, więc może nie ma w tym nic złego, niemniej Robespierre nie wydaje mi się postacią szczególnie romansową ;)). Słodka i całkiem udana była Harriet Smith (Samantha Morton), ale Jane Fairfax (Olivia Williams) miała twarz nie do zapamiętania. Zresztą większość aktorów mogliby podmienić i nie odczułabym z tego powodu najmniejszego żalu.

Emma i Kinghtley
Jane i Frank Churchill


Emma, reż. Douglas McGrath, USA 1996 (121 min.)

Od razu wyznaję, że nie przepadam za tą ekranizacją. Obejrzałam ją po raz pierwszy lata temu, ale wydawała mi się wtedy boleśnie nudna. Teraz zrobiłam sobie powtórkę i również nie wzbudziła we mnie większych emocji.

Gwyneth Paltrow (jaka młodziutka!) bardzo pasuje mi wizualnie do roli Emmy, ale kreowanej przez nią bohaterki nie polubiłam. Irytująca panienka, która uważała się za lepszą i mądrzejszą od wszystkich, pozbawiona wdzięku, który mógłby osłodzić ten charakterek. Nie wiem, czy to wina interpretacji aktorki czy scenariusza.

 Za fatalnie obsadzoną uważam rolę Harriet. Toni Colette ma urodę... specyficzną, a Harriet miała być wdzięcznym dziewczątkiem. W dodatku charakterologicznie z milutkiej naiwnej panienki zrobiła przygłupią dziewuchę i naprawdę nie sposób pojąć, jak Emma mogła znieść dobrowolnie jej towarzystwo. Pełna rezerwy Jane Fairfax w wykonaniu Polly Walker także mnie nie zachwyciła. Wyglądała jakby nie tyle chciała trzymać innych na dystans (z ukrytych pobudek), co jakby gardziła całym towarzystwem i nie zamierzała się z nim pospolitować. Za to bardzo podobał mi się Jeremy Northam w roli Knightleya - był akurat w sam raz dojrzały, w sam raz przystojny i w sam raz sympatyczny - ale nie wystarczył bym nabrała sympatii do filmu.

Na plus należy Amerykanom policzyć, że ich ekranizacja jest wizualnie bardzo ładna. Stroje są zachwycające - w przeciwieństwie do grzybopodobnych czepków Kate Beckinsale.

Emma i Kinghtley
Jane Fairfax i Frank Churchill
(Czy Jane nie wygląda,
jakby mogła złapać Franka za kudły
i zawlec za sobą do domu?)


Emma, reż. Jim O'Hanlon, miniserial BBC, UK 2009 (240 min, 4 odcinki)

Teraz wreszcie będę się zachwycać. Romola Garai dała swojej Emmie ogromny urok osobisty. Aktorka, na zdjęciach piękna jak aniołek, zmienia się w ruchu. Jej twarz jest pełna ekspresji, mimika przebogata (aż do przesady), z jej twarzy można odczytać każdą emocję. Łatwo ją polubić, nawet jeśli ma się ochotę prać ją po głowie za zabawę ludźmi jak lalkami. Jako jedyna odtwórczyni tej roli Garai ożywiła swoją bohaterkę. Wreszcie mogłam zrozumieć, dlaczego Knightley się w niej zakochał...

Cudowna jest też Harriet, śliczna, ale niezbyt bystra - Louise Dylan idealnie pasuje do roli. Miła, uczciwa, naiwna - dobra dziewczyna, o pechowym pochodzeniu, łatwo poddająca się przewodnictwu "ważniejszej" przyjaciółki. Świetny Michael Gambon jako ojciec Emmy, jakby żywcem wyjęty z kart powieści. Zresztą - uważam każdą rolę za doskonale obsadzoną, musiałabym tu wymienić wszystkich aktorów.

Początkowo rozczarował mnie George Knightley - był dobrze zagrany, wiarygodny jako postać, widać było chemię między nim a Emmą, ale jednak był zupełnie inny niż w książce. Była to celowa decyzja twórców - pewne uwspółcześnienie tego romansu*. Dlatego nie mamy już płochej nastolatki i dojrzałego, poważnego dżentelmena, który wychowuje sobie przyszłą żonę, tylko parę przyjaciół. Dzieli ich co prawda spora różnica wieku, ale łączy wieloletnia bliska znajomość oraz bardzo młody sposób bycia Knightleya (przy jednoczesnej większej rozwadze i wiedzy życiowej niż jego uroczej przyjaciółki). Miało to swoje plusy, choć ta zażyłość między nimi, ich swobodne zachowania, nieco mi zgrzytały w kontekście początku XIX wieku. Grający Knightleya Jonny Lee Miller miał jednak tyle uroku, że nie tylko mu wszystko wybaczyłam, ale pod koniec prawie sama się w nim zakochałam.

Wielki plus za uroczą scenę balu. Tańczący wyglądają jakby naprawdę świetnie się bawili, a nie tylko odtwarzali układ choreograficzny. Scena, w której Knightley  pomaga Harriet - bezcenna. Drugi plas za fantastyczną czołówkę - złotawe wzory na szkarłatnym tle przypominały XIX-wieczna tkaninę, a muzyka obiecywała kolejny fantastyczny odcinek.

Scenariusz serialu napisała  Sandy Welch (autorka scenariusza do ekranizacji "Jane Eyre" - miniserialu z 2006 r.), więc wcale się nie dziwię, że wyszedł doskonale. Muszę jednak przyznać, że niektóre sceny i dialogi były niemal identyczne z ekranizacją z Kate Beckinsale. Zaczęłam wręcz szukać powiązań między tymi filmami, ale wersja z 1996 r. ma innego scenarzystę, więc już sama nie wiem, czy autorzy serialu "ściągali" z filmu, czy po prostu oba są aż tak wierne książce.

*W ciekawym dokumencie o kręceniu serialu twórcy przyznają, ze chcieli nakręcić "Emmę" dla współczesnego odbiorcy, stąd odeszli nieco od konwencji, co widać np. w wyraźnej gestykulacji bohaterów i mowie ich ciała (czytaj - aktorzy nie są tak sztywni, jak w pozostałych ekranizacjach). W moim odczuciu ta wzmożona gra mimiką sprawdziła się w przypadku "Emmy" doskonale.

Piknik na Box Hill


 ***************************

Kolejny raz sprawdziła się zasada, że nie da się zrobić naprawdę dobrej ekranizacji w postaci filmu - wymagane jest kilka odcinków, żeby uwypuklić wszystkie te cudowne detale, składające się na urok powieści. "Emma" z Romolą Garai trafia na półkę moich kostiumowo-ekranizacyjnych ulubieńców obok "Dumy i uprzedzenia" z 1995 r., "Jane Eyre" z 2006 r. i "Tajemnic domu na wzgórzu" z 1996 r.

23 lipca 2012

Droga do Putte

Wacław Holewiński
Droga do Putte
Wydawnictwo Dolnośląskie 2007
ss. 266

Wszyscy słyszeli o Rubensie, większość o Van Dycku, ale trzeci z flamandzkich malarzy, tworzących wielką "trójcę" w XVII-wiecznej Antwerpii, jest słabiej znany. A przecież Jacob Jordaens przeżył swoich konkurentów. 

Holewiński bierze na warsztat biografię malarza. Pokazuje jego życie od momentu największej sławy Jordaensa, kiedy konkurenci już nie mogli mu zagrozić (Rubens zmarł w 1640, van Dyck w 1641 r.). Malarz, w pełni sił życiowych, był nie tylko słynnym twórcą, o którego obrazach marzyli ówcześni możni, mistrzem dla licznych uczniów, ale też mężem ukochanej Cathariny i ojcem trójki dorastających dzieci. Pisarz wiedzie nas od tego momentu aż po samotną śmierć - w zapomnieniu i odosobnieniu - od zarazy szalejącej w mieście, która tego samego dnia zabrała także mieszkającą z nim niezamężną córkę.


Książka jest bardzo dobrze napisana, przenosi czytelnika w sam środek XVII-wiecznej Flandrii, doskonale odmalowuje atmosferę tamtych czasów, życie codzienne. Można z niej wynieść naprawdę sporą wiedzę na temat ówczesnego świata, flamandzkiego malarstwa - aż dziw, w jak drobnych szczegółach udało się odmalować Holewińskiemu tamte czasy. Powieść ma jednak także spory minus - nie oferuje nic czytelnikowi niezainteresowanemu biografią Jordaensa. Nasuwa się oczywiste skojarzenie z "Dziewczyną perłą" (w końcu Vermeer to zbliżone czasy i niewielka odległość geograficzna), w którym intrygowała zagadka tytułowego obrazu. U Holewińskiego nie ma żadnego motywu przewodniego, nic nie skłania do poznawania życiorysu pisarza. Czyta się, żeby czytać. 


To dobra powieść - na tyle dobra, że nie odłożyłam jej, choć malarstwo flamandzkie nie jest tematyką, która frapuje mnie najbardziej (jeśli już miałabym wybierać, wolałabym biografię van Dycka, genialnie malował). Na tyle jednak nudna, że czytałam ją tylko wtedy, kiedy akurat wpadła mi w rękę - nie czekałam na moment, kiedy znów będę mogła po nią sięgnąć. Polecam tylko zainteresowanym.


Jeden z ulubionych motywów Jordaensa - pijący król.

A poniżej "wielka trójka" - od lewej: "Autoportret z żoną i córką Elżbietą" Jakuba Jordaensa (1621-22), "Autoportret ze słonecznikiem" van Dycka (1633) i "Autoportret  z Isabelą Brant" Rubensa (1609-10).


19 lipca 2012

Strasznie, boleśnie i niesamowicie trudno

Rany, jak mi się ciężko czytało tę książkę. Musiałam ją sobie dawkować, bo na raz to by było automaltretowanie. Masochizm znaczy. Wiem, że temat tragedii z 11 września łatwy nie jest, nie spodziewałam się rozrywkowej historii, ale autor dołożył gratis II wojnę światową z przerażającym opisem bombardowania Drezna i dziw, że nie mam jeszcze koszmarów po nocach.

Jonathan Safran Foer
Strasznie głośno, niesamowicie blisko
Extremely Loud and Incredibly Close
WAB 2007

Oskar Schell ma 9 lat, ale nie jest zwykłym dzieckiem.  Zaprojektował gugolpleks wynalazków, o jakich dorosłym nawet się nie śniło, wytwarza zindywidualizowane bransoletki i pisuje do Stephena Hawkinga (i nie tylko).
Oskar Shell ma matkę, która ma przyjaciela - Rona, i ukochaną babcię. Nie ma dziadka, bo ten porzucił swoją żonę, kiedy zaszła w ciążę. Nie ma ojca. Ale miał - najlepszego, jakiego można sobie wymarzyć. Ojciec Oskara zginął w World Trade Center.

Banałem byłoby napisać, że Oskar nie może się z jego śmiercią pogodzić. Kto by mógł? Chłopiec stawia sobie bardzo niedziecięce pytania: jak to możliwe, żeby powiedzieć komuś bajkę, pójść spać, wyjść rano do pracy i już nigdy nie wrócić. Gardzi swoim psychoterapeutą, który zadaje mu pytania w stylu: co dobrego wynikło ze śmierci ojca (co dobrego? nic dobrego). Drapie się do krwi. Ukrywa przed matką pewien bolesny sekret.

Pewnego dnia odkrywa w pokoju ojca kopertę z tajemniczym kluczem. Na kopercie jest tylko jedno słowo "Black". Aby rozwiązać zagadkę ( i przez chwilę pobyć blisko taty), Oskar podejmuje się karkołomnego zadania - zamierza odwiedzić wszystkich nowojorczyków o nazwisku Black (ich liczba go nie zraża, choć oczywiście liczy się z tym, że zajmie mu to mnóstwo czasu), żeby zapytać ich o klucz (i ojca)...

Równocześnie poznajemy historię dziadków Oskara, pochodzących z Niemiec, na których bolesne piętno odcisnęła druga wojna światowa.

Bardzo podobała mi się historia Oskara, sposób przedstawienia tego bohatera, jego myśli - to postać jednocześnie bardzo dziecinna i zaskakująco dojrzała (dorośli wcale nie podejrzewają, jakie myśli kłębią się w jego głowie). Nieco mniej wciągnęła mnie historia jego dziadków. Jeśli chodzi o moje gusta literackie, to są one proste - lubię dobre proste historie. Nie przepadam za literackimi eksperymentami. Foer pisze w bardzo nietypowy sposób. W historii dziadków zdarzało się czasem jedno zdanie na stronie, czasem zdjęcie zastępujące tekst, czasem kompletnie nieczytelne, zamazane litery. Opowieść ma postać listów do syna i do wnuka, często jest to rodzaj strumienia świadomości, który trzeba przefiltrować, żeby wyciągnąć informacje, które uzupełniają pozostałe relacje. Łączyło się to wszystko spójnie z treścią, ale trochę mi się wzrok ślizgał i podejrzewam, że ta część historii poruszyłaby mnie bardziej, gdyby była opowiedziana w prostszy sposób. Wstrząsającym historiom wystarcza minimum środków, a ich nadmiar czasem rozmywa sens.

Polecam powieść, warto, zwłaszcza dla historii Oskara. Bardzo jestem ciekawa ekranizacji.

Jonathan Safran Foer  ma 35 lat i na koncie trzy poruszające książki. Oprócz "Strasznie głośno..." także "Wszystko jest iluminacją", której nie czytałam, ale oglądałam jej ekranizację  i bardzo mi się podobała. Ta powieść także nie jest napisana w "zwykły" sposób, bo narrator jest Ukraińcem i mówi dość szczególnym angielskim... Trzecia książka "Eating animals" ma się ukazać w tym roku w Polsce (może już się ukazała?) pt. "Jedzenie zwierząt" - nazwa wskazuje sama, o czym mowa (autor jest wegetarianinem niemal od dziecka).
Z ciekawostek - babka Foera jest polską Żydówką, przeżyła Holocaust. Żona, Nicole Krauss, także jest pisarką.

17 lipca 2012

Literatura na ekrany! - Cykl o Ani z Zielonego Wzgórza (cz. 2)

Od połowy lat 80. na scenę wskakuje Kevin Sullivan, kanadyjski reżyser i producent, który przejmuje w swoje ręce ekranizacje powieści L.M. Montgomery. Wszystkie filmy o Ani powstałe od 1985 roku mają z nim coś wspólnego. W Polsce znany jest przed wszystkim z "trylogii" o Ani, w której rolę główną zagrała Megan Follows.


Megan Follows pokonała na castingu ponad 3 tysiące dziewcząt marzących, by zagrać Anię. Początkowo twórcy obawiali się, że jest za stara (miała około 17 lat, a Ania na początku filmu - 11), jednak ostatecznie otrzymała rolę i okazała się strzałem w dziesiątkę. Oczywiście - nie można zadowolić wszystkich, ale większość widzów uznaje ją za idealną Anię.

Ania z Zielonego Wzgórza / Anne of Green Gables (1985) - K. Sullivan jako scenarzysta, reżyser i producent

Szczodrze nagrodzony (Gemini i Emma) dwuodcinkowy film z Megan Follows w roli Ani to jak dotąd najlepsza ekranizacja powieści. Bardzo dobra obsada, świetnie oddany klimat powieści i dość wierna oryginałowi fabuła złożyły się na ogromny sukces jaki film odniósł daleko poza granicami Kanady. O ile nie udało się w 200 minut zapakować wszystkich przygód Ani, to przynajmniej twórcy ograniczyli inwencję własną i nie próbowali dopisywać przygód Ani na siłę.



Niestety, z biegiem czasu ekranizacje stawały się coraz luźniej związane z pierwowzorem.

Ania z Avonlea (Ania z Zielonego Wzgórza. Kontynuacja) / Anne of Avonlea (Anne of Green Gables. The Sequel, 1987) - K. Sullivan jako scenarzysta, reżyser i producent

Już w dwa lata po pierwszej części pojawiła się kolejna - nakręcona na podstawie "Ani z Avonlea", "Ani na Uniwersytecie" i "Ani z Szumiących Topoli". Trzy tomy zostały mocno skondensowane i wymiksowane.

Ania zaczyna pracę jako nauczycielka w Avonlea (Ania z Avonlea). Diana zaręcza się z Fredem, Ania odrzuca oświadczyny Gilberta. Zaczyna naukę w collegu. Na ślubie Diany Gilbert pojawia się z niejaką Christiną , chociaż wiadomo, kogo woli ;) (Ania na Uniwersytecie). Ania kończy college i podejmuje pracę nauczycielki w Kingsport, gdzie zmaga się z rodziną Pringle'ów i niesympatyczną panną Brooke (Ania z Szumiących Topoli). Kiedy powraca na Zielone Wzgórze, okazuje się, ze Gilbert jest chory, a wtedy Ania uświadamia sobie swoje prawdziwe uczucia i wszystko kończy się jak powinno (Ania na Uniwersytecie). Jak widać, twórcy całkiem swobodnie wymieszali wątki, sporo pozmieniali (zniknął Robert Gardner, a zamiast niego Ani oświadcza się ojciec Bietki; podczas zmagań z Pringlami Ania i Gilbert byli już zaręczeni itp.) ale całość jest  - mimo zmian - przyjemna i klimatyczna.



Gdyby też Sullivan na tym poprzestał, zachowałabym go w czułej pamięci. Niestety, postanowił powrócić na telewizyjne ekrany 13 lat później z trzecią częścią przygód Ani. Sama chęć ekranizacji jest słuszna i chwalebna, niestety oryginalne fabuły powieści nie wydały się chyba twórcom wystarczająco ciekawe i postanowili dodać co nieco od siebie. A właściwie - zmienić wszystko.

Ania z Zielonego Wzgórza: Dalsze losy / Anne of Green Gables. The Continuing Story (2000) - K. Sullivan jako scenarzysta i producent, S. Scaini jako reżyser

Dalsze losy Ani zostały przez twórców wymyślone. Zachowano tylko imiona niektórych bohaterów, ale fabuła nie ma nic wspólnego z powieściami L.M. Montgomery. Dlaczego nie zdecydowano się nakręcić tego filmu bez nawiązywania do Ani? Wystarczyłoby zmienić imiona bohaterów i nikt by go z cyklem nie powiązał. Niestety oznaczałoby to również znacznie mniejsze zainteresowanie widzów, których przed ekrany przyciągała właśnie Ania. Nie ukrywam, że bardzo mi się nie podoba takie żerowanie na czyjejś sławie oraz przekonanie twórców, że potrafią "poprawić" L.M. Montgomery.

Mamy tu więc Anię i Gilberta, którzy po 5-letnim rozstaniu (on studiował medycynę, ona uczyła w sierocińcu w Nowej Szkocji), wracają do Avonlea. Nie jest to jednak dawne Zielone Wzgórze - Maryla już nie żyje, gospodarstwo się rozpada. Nasza para postanawia przenieść się do... Nowego Jorku, gdzie Gilbert ma medyczny staż, a Ania dostaje pracę w wydawnictwie. Po pewnym czasie znów wracają do Avonlea, ale niestety okazuje się, że film przeniósł bohaterów nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie - wybucha I wojna światowa. Gilbert się zaciąga, następnie okazuje się być zaginionym w akcji, Ania wyrusza jego tropem, pojawiają się jacyś całkiem nowi bohaterowie, Ania zostaje sanitariuszką. W końcu odnajduje Gilberta, wracają (po raz trzeci) do Avonlea i wreszcie mogą żyć długo i szczęśliwie z adoptowanym synkiem Dominikiem...

Przyznam, ze korzystałam z omówienia fabuły na Wikipedii. Nie byłam w stanie obejrzeć tego dzieła w całości, bo mi zęby zgrzytały i zagłuszały dialogi. Może to nie jest zły film, ale ja nie chcę Ani sanitariuszki, chcę Wymarzony Domek, Złoty Brzeg, Zuzannę, Jima, bliźniaczki, Waltera, Shirleya, Rillę...


Częściowo można Sullivana wytłumaczyć tym, że przeniósł w czasie akcję już pierwszego swojego filmu. Książkowa Ania przybyła na Zielone Wzgórze w latach 80. XIX wieku, a filmowa - na początku XX wieku, tak więc całe jej życie toczyło się w zmienionych warunkach. W ten sposób rzeczywiście jej filmowa młodość przypadła na czasy wojny (w książkach były to czasy młodości dzieci Ani).


Trylogia Sullivana odniosła sukces, ale dla głównego twórcy wynikiem tego był... proces. Spadkobiercy L.M. Montgomery pozwali Sullivana, który odmówił wypłacenia im niebagatelnej sumy za prawo do adaptacji "Ani" oraz procentu od dochodu, czego domagali się na podstawie wcześniejszego kontraktu. Sprawę ostatecznie wygrał, ponieważ sąd oświadczył, ze nie ma podstaw, by spadkobiercy musieli wyrażać zgodę (zwłaszcza odpłatnie) na ekranizację powieści.
Moim zdaniem spadkobiercy nie mogli po prostu znieść trzeciego filmu i sumienie ich ruszyło... Może prababka ich zza grobu straszyła. Sullivan zemścił się w każdym razie swoim kolejnym dziełem.

Ania z Zielonego Wzgórza - nowy początek / Anne of Green Gables: A New Beginning (2008) - reżyseria i scenariusz K. Sullivan, produkcja K. Sullivan i T. Grant


Film opowiada losy Ani przed przybyciem na Zielone Wzgórze, wspominane przez Anię ok. 50-letnią (jest już babcią), ale jak to sugeruje tytuł - jest to całkowicie nowy początek.

Powieściowa Ania została osierocona jako 3-miesięczne niemowlę. Opiekę nad nią przejęła najpierw pani Thomas, a kiedy i ta zmarła - pani Hammond. W domu Hammondów Anię traktowano jak służącą do niańczenia dzieci. Ostatecznie oddano Anie do sierocińca, skąd trafiła na Zielone Wzgórze.

W filmie przeszłość Ani okazała się o wiele bardziej zawikłana. Uwaga - dalej są spojlery. Ponieważ film nie ma właściwie nic wspólnego z książką (nawiązuje jednak do poprzednich filmów), naprawdę nie wiecie czego się tu spodziewać... Przyznaję, że nie obejrzałam tego dzieła, przebrnęłam jakieś 20 minut i uznałam, że ten stek absurdów i banałów nie zasługuje, by na niego tracić cenny czas.

Dojrzała Ania, pisarka, której mąż Gilbert zginął w czasie II wojny światowej (sic!), wraca myślami do swojej przeszłości.  Wcześniej bardzo chciała pamiętać rodziców jako zgodne małżeństwo, dlatego sporo o nich wymyśliła, m.in. to, że szybko oboje zmarli. Naprawdę nie tworzyli zbyt udanego związku. Matka była nauczycielką, ojciec nieokrzesanym farmerem (jakim cudem spłodził uduchowioną Anię?), który nieumyślnie zabił swą małżonkę nieostrożnie powożąc wozem konnym. Ania miała wówczas na oko ok. 8 lat. Jej ojciec zbiegł*, a ona trafiła pod opiekę przyjaciółki matki, pani Thomas. Przyjaciółka miała jednak własne kłopoty, jej mąż pił. Kiedy stracił prawo do wykonywania zawodu, rodzina musiała wyjechać. Oddają Anię do miejskiego przytułku, a przeżycia Ani w tym miejscu zostały żywcem ściągnięte z pierwszego tomu Jane Eyre... Następnie trafia do domu teściowej pani Thomas - pani Amelii. I nawet jeśli ta postać jest grana przez Shirley MacLaine, to ja już i tak przestałam być zainteresowana.

* Kiedy Ania trafiła na Zielone Wzgórza, Walter Shirley pisał do Maryli, próbując odzyskać córkę, ale Maryla ukryła jego listy.

Film można obejrzeć na youtube, tylko po co...


W roli małej Ani wystąpiła 14-letnia debiutantka Hannah Endicott-Douglas, a w roli Ani dorosłej - Barbara Hershey

***************

Poza tą po części udaną, a po części nieszczęsną tetralogią Kevin Sullivan stworzył także (tradycyjnie jako reżyser/scenarzysta/producent) animowany serial, emitowany w Kanadzie w latach 2000-2002. Oprócz popularyzowania fabuły "Ani" dołożono mu także aspekt edukacyjny. Dzieciom może się spodobać - ja nie oglądałam i nie planuję, bo niestety wizualnie kreskówka wydaje mi się brzydka i już.


15 lipca 2012

Literatura na ekrany! - Cykl o Ani z Zielonego Wzgórza (cz. 1)

Przez długi czas byłam przekonana, że wersja z lat 80. z Megan Follows to jedyna ekranizacja Ani z Zielonego Wzgórza. Myliłam się - trzy pierwsze (ale nie jedyne) adaptacje  powstały jeszcze za życia L.M. Montgomery


Mary Miles Minter
Pierwsza ekranizacja Ani z Zielonego Wzgórza powstała 11 lat po opublikowaniu powieści, czyli w 1919 r.. Główną rolę zagrała Mary Miles Minter, 17 letnia aktorka, nastoletnia gwiazdka niemego kina. Występowała w 54 filmach, choć jej kariera nie trwała długo (11 lat), zrezygnowała z niej w wieku 23 lat. Miało to związek ze skandalem, w który została uwikłana rok wcześniej. Zamordowany został wówczas 49-letni reżyser, podejrzewano Mary o romans z nim, a jej matkę - o zabicie absztyfikanta córki. Złośliwe plotki w prasie spowodowały, że ex-Anna Shirley zrezygnowała z kariery, ale za zarobione do tego czasu pieniądze żyła w dostatku aż do śmierci w 1984 r.


Ekranizacja nie spodobał się Lucy Maud Montgomery - Ania była w nim inna niż pisarka ją sobie wyobrażała. Niestety nie możemy tego ocenić, gdyż film zaginął. Kanadyjscy pasjonaci "Ani" - Jack and Linda Hutton - poświecili prawie 7 lat, szukając informacji o owym utraconym filmie. Na podstawie odnalezionych klatek filmowych, stworzyli prezentację - z granym na żywo podkładem muzycznym i czytanym z offu tekstem dialogów - która pozwala zapoznać się choć częściowo ze starym dziełem (fragment dostępny na youtube).

Pokaz "Ani" w 1920 r. Po prawej stronie ekranu akompaniatorka.
Źródło
****************


Druga ekranizacja powstała w roku 1934 i tym razem zyskała aprobatę pisarki. Dwugodzinny czarno-biały film (później podkolorowany) nie tylko mocno streszczał, ale i zmieniał fabułę książki. Postać Małgorzaty/Rachel Linde zniknęła, a jej cechy przejęła matka Diany Barry (ją przepraszała Ania na początku pobytu u Cuthbertów). Sama Diana była okrąglutką blondyną, zresztą prawie niewidoczną w filmie. Istotą fabuły stał się właściwie romans (tak, tak!) Ani i Gilberta, którego wzbraniała im Maryla. Samą Anię nieco postarzono - w książce ma 11-lat, a w filmie 14, kiedy przybywa do Cuthbertów (co jest trochę ryzykowne, bo o ile można impulsywne zachowania wybaczyć 11-letniemu dziecku, to niepokoją one u 14-letniej panienki i aż dziw, że Maryla nie zapakowała jej z powrotem do pociągu - ale podyktowane to było pewnie dość dorosłym wyglądem aktorki).

W rolę Ani wcieliła się 17-letnia Dawn Evelyeen Paris, która przyjęła pseudonim... Anne Shirley (wcześniej występowała jako Dawn O'Day) i pod tym mianem była później znana. Sześć lat później wystąpiła w ekranizacji "Ani z Szumiących Topoli".









Film ogląda się miło, choć należy przymknąć oko (najlepiej zamknąć) na niezgodność z oryginałem. Budżet był raczej niewielki, obsada skromna (stąd wielu bohaterów powieści zniknęło z filmu), a i tak ekranizacja stała się nieoczekiwanym hitem, kiedy tylko weszła na ekrany. Ja daję zdecydowany plus za uroczego Mateusza Cuthberta. Film jest obecnie w całości dostępny na youtube.


****************

Po ogromnym sukcesie wersji z 1934 r. kilka wytwórni z Hollywood wyraziło chęć zekranizowania dalszych losów Ani.  Rozważano nakręcenie "Doliny Tęczy", "Rilli ze Złotego Brzegu", "Czarodziejskiego świata Marigold" i "Jane ze Wzgórza Latarni", mówiono o zaangażowaniu Shirley Temple. Ostatecznie powstał tylko dalszy ciąg losów Ani - "Ania z Szumiących Topoli", ponownie z Anne Shirley w roli Ani Shirley. Film wszedł na ekrany w czasie II wojny światowej - w roku 1940.

Niestety nie udało mi się tej wersji obejrzeć - nie mam nawet pojęcia, gdzie jej szukać. DVD brak. W internecie można znaleźć króciutkie fragmenty filmu (np. TU i TU). W recenzjach znalazłam sporo zachwytów, więc naprawdę chętnie przekonałabym się sama, jak też filmowcom wyszła pierwsza ekranizacja tego tomu.


Podobnie jak w książce - dorosła już Ania, zaręczona z Gilbertem Blythem, wyjeżdża na rok (w powieści na trzy lata), by objąć posadę wicedyrektorki szkoły. Przybytek ów mieści się w małym miasteczku, w którym prym wiedzie potężna rodzina Pringle'ów, na czele z wiekową damą Hester Pringle. Rod ów żywi zdecydowaną niechęć do Ani (mieli własnego kandydata na objęte przez nią stanowisko) i stara się jej zatruć życie. Film kończy się inaczej niż książka, więcej tu także dramatycznych wydarzeń i gotyckich klimatów.

****************

W latach 50. powstały aż trzy telewizyjne wersje "Ani z Zielonego Wzgórza" - dwie kanadyjskie i jedna francuska ("Anne de Green Gables", 1957). Pierwsza kanadyjska wersja - z 1956 r. - to musical z Toby Tarnow. Na jego podstawie powstał musical sceniczny, wystawiany w Charlottetown od 1965 r. Dwa i pół roku później powstał drugi film, tym razem z Kathy Willard, oceniany raczej nisko.


Musical z 1956 r.
****************

Kolejne filmy powstały w latach 70. BBC zekranizowało "Anię z Zielonego Wzgórza" oraz "Anię z Avonlea", a Japończycy stworzyli wersję animowaną.

Ania z Zielonego Wzgórza z 1972 r., produkcji BBC, została - o zgrozo - zagubiona. Może się kiedyś odnajdzie, a może taśma została omyłkowo zniszczona, nie wiadomo. Wielka szkoda, bo ludzie, którzy mieli dawniej okazję oglądać film w telewizji, wspominają go bardzo dobrze.


Na szczęście zachowała się druga część - nakręcony trzy lata później 4-odcinkowy miniserial pt. "Ania z Avonlea", który jest ekranizacją zarówno "Ani z Avonlea", jak i "Ani na Uniwersytecie". Oglądałam go początkowo z rezerwą (Kim Braden jakoś mi nie pasuje do roli Anne, a sama produkcja jest bardziej teatralna niż filmowa), a później z rosnącą sympatią. Chociaż nie jest to ekranizacja idealna, dobrze oddaje ducha oryginału. Zdecydowanie wolę ją niż "dalsze ciągi" zekranizowane w latach 80. przez Sullivana, które wysłały Anię na pierwszą wojnę światową, tracąc zupełnie kontakt z pierwowzorem - ale o tym w kolejnym wpisie. Serial dostępny jest na youtube.


Kim Braden jako Ania Shirley
****************

Paradoksalnie najwierniejszą oryginalowi wersją "Ani z Zielonego Wzgórza" jest animowany japoński serial "Akage no An" z 1979 r., składający się z 50 odcinków (każdy trwa 23 minuty). Tworzyli go ludzie, ktorzy obecnie wchodzą w skład Studia Ghibli - co jest dobrą rekomendacją. Reżyserem był Isao Takahata, a grafikiem pierwszych 15 odcinków Hayao Miyazaki.


 CDN

9 lipca 2012

Filmy na podium

...czyli trzy najlepsze filmy, które obejrzałam w pierwszej połowie 2012 r. Kolejność przypadkowa.


Jestem miłością / Io sono l'amore, reż.  Luca Guadagnino, Włochy 2009

Bajeczne zdjęcia - nie tylko Włoch, w których rozgrywa się akcja, ale nawet najdrobniejszych przedmiotów codziennego użytku. Subtelna gra oszczędna w środki wyrazu. Rewelacyjni aktorzy. Poruszająca fabuła. Film typowo europejski - niby nic się nie dzieje, a namiętności kipią, aż w końcu się przeleją. Tilda Swinton w roli Emmy Recchi, żony i matki dorosłych dzieci, która nagle odkrywa, że udane, zamożne życie, które dotąd prowadziła, przestało jej wystarczać. Czy to już czas, żeby zacząć żyć życiem własnych dzieci i wnuków, czy może - żeby wreszcie zacząć własne?

Polski plakat niestety zepsuto zmienionym fontem i kolorystyką.

Jak spędziłem koniec lata / Kak ya provel etim letom, reż. Aleksei Popogrebsky, Rosja 2010

Pora, żeby polscy aktorzy, zamiast szczycić się studiami aktorskimi w Ameryce i raczkującą karierą w Hollywood, zapakowali się grupowo w autobus i udali na wschód. Rosyjskie kino nie ma sobie równych. Dobrygin i Puskepalis nie grali - oni się zmienili w bohaterów. W ich twarzach nawet przez sekundę nie wyczułam drgnienia fałszu. Coś niesamowitego.

Film dwóch aktorów (i trzech głosów), kompletne pustkowie (kamienie i zimne morze), znów niby nic, a jednak wszystko. Stacja meteorologiczna na biegunie, wokół żywej duszy, tylko białe niedźwiedzie. Młody Pavel trafia tu, żeby napisać wypracowanie (jakieś praktyki?) o tym, jak spędził koniec lata. Wraz z pracownikiem stacji Siergiejem codziennie spisuje odczyty urządzeń, wklepuje do komputera, drogą radiową przekazuje dalej. Dzień za dniem, dzień za dniem. Niemal dosłownie, bo tu nocy latem nie ma. Jedna nadesłana wiadomość zmienia wszystko.

Nic więcej nie zdradzę. Włączyłam go "na chwilkę", oderwałam się po dwóch godzinach. Obowiązkowy.

Nietykalni / Intouchables, reż. Olivier Nakache, Eric Toledano, Francja 2010

Potężna dawka optymizmu, tym skuteczniejsza, ze oparta na faktach. Do sparaliżowanego milionera, który poszukuje asystenta, trafia - właściwie przypadkiem - młody chłopak z ubogiej dzielnicy, który świeżo wyszedł z więzienia. Czy to wygląda na początek wspaniałej przyjaźni? Śmiech do łez. Polecam gorąco.
Na polskim plakacie tradycyjnie przesadzono z zachętami. Z drugiej strony - nieamerykańskie filmy na ogół trzeba reklamować mocniej, więc wybaczam.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...