30 czerwca 2012

Weekendowe lenistwo z czytadłem

Czekałam na ten weekend wytrwale i z utęsknieniem, bo czuję się urobiona po pachy, częściowo na własne życzenie, bo nikt mnie nie zmusza, żebym dobrowolnie pakowała się w aktywności pozazawodowe. Ale jakoś tak samo wychodzi. Utęsknienie nie miało nic wspólnego z zakończeniem roku szkolnego. Nie jestem nauczycielką (w sumie z wykształcenia - owszem!) ani studentką, ani tym bardziej uczennicą, po prostu tak się ostatnio składało, że każdy weekend wiązał się z jakimiś zobowiązaniami, a na ten z pełną świadomością nie zaplanowałam nic. Lub może przeciwnie - z pełną premedytacją zaplanowałam jedno wielkie gigantyczne NICnierobienie.


A nicnierobienie, jak wiadomo, najlepiej wychodzi w towarzystwie nieskomplikowanej, odprężającej lektury. Czytadło musi być lekkie, ale jednocześnie nie może drażnić niedostatkiem talentu autora, dlatego mój wybór padł na Mary Stewart, która tak doskonale zaprezentowała mi się "Tajemnicą zamku Valmy". Mary Stewart pisywała książki z gatunku "romantic suspense", czyli mieszanki romansu z dreszczowcem*, przy czym - przynajmniej w przypadku tej autorki - dreszczowca jest procentowo więcej, a romans wynika niejako przy okazji. Ogromną zaletą jej twórczości jest piękny język, talent do plastycznych opisów i umiejscawianie fabuły w ciekawych miejscach. Polskie tytuły nie pozostawiają mi póki co wiele pola dla wyobraźni - "Tajemnica zamku Valmy" rozgrywała się głównie w mrocznych komnatach tegoż (oryg. tytuł: Nine Coaches Waiting), a właśnie przeczytane "Wakacje w Awinionie" - we Francji, w większości w tytułowym mieście (oryg. tytuł: Madame, will you talk?). Szczyt popularności autorka przeżywała w latach 60-80. XX w., jej powieści były tłumaczone na wiele języków. W Polsce została już chyba zapomniana (polskich wznowień brak), a niesłusznie, na szczęście za granicą nadal jest popularna i wydawana.


"Wakacje w Awinionie" to debiut Mary Stewart, powieść wydano w 1955 r. (lub 1954), a akcja rozgrywa się nieco wcześniej, może na początku lat 50., w każdym razie wspomnienie drugiej wojny pozostaje nadal boleśnie żywe. Mąż głównej bohaterki zginął jako pilot RAF, inny bohater wspomina pojmanie przez hitlerowców i transporty Żydów.

Tymczasem jednak mamy urocze słoneczne wakacje, które młoda kobieta, Charity Selborne, postanowiła spędzić we Francji wraz z przyjaciółką. Zaraz na początku pobytu w hotelu w Awinionie Charity spotyka małego chłopca, Davida, który budzi w niej sympatię. Wkrótce poznaje niewesołą sytuację dziecka. Jego ojciec został oskarżony o morderstwo, choć uniewinniono go, prawdopodobnie z braku dowodów. Dzieciak zdany jest na macochę, a obydwoje wydają się przerażeni myślą, że "tatuś" może ich odnaleźć. Charity zżywa się szybko z chłopcem i nie ma pojęcia, że tym samym pakuje się w sam środek niebezpiecznej rozgrywki na śmierć i życie.


Na początku przeraziłam się pojawieniem młodej kobiety i osieroconego chłopca - czyżby ten sam schemat co w "Tajemnicy zamku Valmy"? Na szczęście obawy okazały się płonne, bo historia potoczyła się inaczej. Wydaje mi się, że powieść jest nieco słabsza niż "Tajemnica...", w każdym razie ma dwa momenty mocno, moim zdaniem, naciągane, ale i tak czytałam ją z dużą przyjemnością. Akcja książki obejmuje tylko 6 dni, ale w tym czasie mamy okazję wraz z Charity zwiedzić spory kawałek południowej Francji (całkiem dużo się o niej dowiedziałam, choć to informacje sprzed 60 lat, więc nieco zdezaktualizowane), przeżyć kilka mrożących krew w żyłach pościgów samochodowych (w opisywaniu tychże Stewart nie ma sobie równych) oraz wiele chwil grozy i sporo zaskoczeń. Sześć dni we Francji odmieni życie sympatycznej bohaterki, a nam zapewni co najmniej jedno popołudnie rozrywki.

Na zakończenie dwa zdjęcia miejsca akcji - więcej na blogu Mary Stewart - born storyteller, założonym przez fankę pisarki.


Awinion

Pont du Gard
Mary Stewart
Wakacje w Awinionie
Madame, will you talk? (1955)
Świat Książki 2000



*Gwoli sprawiedliwości - tak naprawdę Mary Stewart jest najbardziej znana z serii o czarodzieju Merlinie i Królu Arturze, ale jeszcze jej nie czytałam.


PS. Dowód na popularność książki w krajach anglojęzycznych:


 

25 czerwca 2012

Czego nie wiedziałam o Ani...

Myślałam, że o cyklu o Ani Shirley wiem już wszystko.  Znam go od dziecka, posiadam na własność, czytywałam setki razy, w całości albo na wyrywki. Jakież było moje zdumienie, kiedy całkowitym przypadkiem odkryłam, ze istnieją dwie wersje Ani z Szumiących Topoli.

Potrzebowałam coś do szybkiego czytania i złapałam książkę, która akurat leżała z brzegu. Traf chciał, że była to właśnie Ania z Szumiących Topoli w wydaniu Naszej Księgarni z 1981 r. Kupiłam ją niedawno, bo mi się wydawało, że mi tego tomu brakuje. Potem spojrzałam na półkę i okazało się, że jeden, w innym wydaniu, już tam stoi. Odłożyłam więc tę nowozakupioną, żeby ją odsprzedać (dlatego właśnie leżała pod ręka, zamiast przykładnie stać w otoczeniu reszty tomów). W każdym razie zaczęłam czytać i wtedy dostrzegłam uwagę na stronie redakcyjnej "Wydanie skrócone". Zaraz, zaraz, jak to skrócone? Kto śmiał skracać Anię? Przeczytałam w całości (jak zwykle wpadłam w cudny świat wykreowany przez L.M. Montgomery i przypomniałam sobie, że bardzo się za nim stęskniłam, więc pewnie nowości pójdą chwilowo w kąt, a ja odbędę podróż reminiscencyjną na Wyspę Księcia Edwarda), ale trochę mnie to skrócenie dręczyło, więc zaczęłam szukać informacji. Co się okazało?


Cały wpis na blogu 'Klasyka Młodego Czytelnika".

17 czerwca 2012

Szepty, krzyki i głodne stado wilków


Nie oglądam horrorów z założenia, ale Szepty to nie horror, tylko klasyczna gotycka opowieść o duchach, porównywana (słusznie) do Innych. Może nie aż tak dobra, ale nadal bardzo dobra. Mamy tu wielki ponury budynek, opustoszałe komnaty, w których każdy krok odbija się echem, plątaninę ciemnych korytarzy, mgłę nad łąkami, szepty... Atmosfera idealna.

Anglia po I wojnie, ludzie nadal leczą zewnetrzne i wewnętrzne rany po tej światowej katastrofie.
Florence Cathart nie wierzy w duchy. Napisała nawet książkę na ten temat i często zajmuje się demaskowaniem oszustów, którzy zarabiają na fałszowaniu zjawisk nadprzyrodzonych. Może czasem nawet żałuje swojej pewności, bo na wojnie straciła ukochanego... Pewnego dnia zostaje poproszona o przyjazd do szkoły dla chłopców w Rookford i wyjaśnienie podejrzanych wydarzeń. Budynek, w którym mieści się szkoła z internatem, był dawniej prywatnym domem i ponoć przed laty wydarzyła się w nim tragedia, zginęło jakieś dziecko. Nic do końca nie wiadomo, ale niektórzy uczniowie twierdzą, że widzieli ducha chłopca. Tym może by sie nadal nie przejmowano (legenda krąży od dawna), ale dochodzi do tragicznego wypadku - jeden z wychowanków zostaje znaleziony martwy. Florence wyrusza, by odkryć prawdę - o szkole i o sobie samej.

Po Innych trudno jeszcze nakręcić coś świeżego, uniknąć nawiązań, ale twórcom Szeptów udało się całkiem nieźle. Klimat wyszedł doskonale, a rozwiązanie jest naprawdę zgrabne. Kilka scen uczciwie straszy i krzyki na widowni naprawdę się rozlegały, nie żartuję. Ja nie lubię bać się w kinie i jestem doskonale wyćwiczona w zamykaniu oczu, kiedy tylko wydaje mi się, że za moment nastąpi jakaś "straszna scena", a i tak parę razy podskoczyłam w fotelu.


Film miał dobrych, choć mniej znanych aktorów, m.in. Imeldę Staunton i Dominca Westa, a Florence zagrała Rebecca Hall. Licznych fanów Gry o tron może zaciekawić informacja, że w rolę małego Toma wcielił się Isaac Hempstead-Wright, czyli Bran Stark.


Pech chciał, że film obejrzałam w ramach nocnego maratonu ENEMEF, którego widzowie pozostawiali sporo do życzenia. Obok siebie miałam parę obcokrajowców, którzy z zainteresowaniem komentowali absolutnie KAŻDE zdanie padające z ekranu. Było też sporo osób, które na odgłos cudzych krzyków przestrachu wybuchały histerycznym śmiechem oraz takich, które rechotem witały każdy pocałunek lub też scenę chociaż w nastroju erotyczną na ekranie. Zdaje się, że zapowiedź "nocy horrorów" zgromadziła odbiorców niezbyt dojrzałych - wiekowo lub umysłowo. Odebrało mi to naprawdę wiele przyjemności z seansu i po raz pierwszy żałuję obejrzenia dobrego filmu w kinie.

Wielbicielom opowieści o duchach i klimatów gotyckich szczerze polecam Szepty, tylko uważnie dobierajcie współoglądaczy ;). 


Szepty / The Awakening, reż. Nick Murphy, Wielka Brytania 2011


Drugim z kolei filmem na maratonie było Przetrwanie, którego nie polecam. Film oparty na wyświechtanym schemacie "dziesięciu murzynków", za którym w kinie nie przepadam (łagodnie powiedziane). Oto samolot przewożący robotników rozbija się na Alasce. Kilku mężczyzn, którzy mieli pecha raczej niż szczęście przeżyć, musi poradzić sobie w wyjątkowo niesprzyjającym klimacie. Jakby mało było ran, mrozu i głodu, mieszkające w okolicy stado wilków oblizuje się na widok takich zapasów chodzącej żywności.

Pomysł całkiem niezły, piękne krajobrazy, kilka poruszających scen (w tym zdecydowanie przerażająca katastrofa samolotowa, którą przetrwałam ze szczelnie zamkniętymi oczami), ale całość jednak nie zachwyciła. Rozbitkowie ginęli pojedynczo z częstotliwością co 10 minut, jak w zegarku. Po trzecim zaczęłam z niecierpliwością wyczekiwać, kiedy znów wyskoczy wilk i skonsumuje następnego delikwenta, bo wiedziałam, że dopóki nie zostanie jeden (z góry wiadomo, że główny bohater, czytaj Liam Neeson, wytrwa najdłużej), film się nie skończy. Nie mam krwiożerczego usposobienia, naprawdę, a jednak widok kolejnego trupa witałam niemal z radością... Dawno się tak nie umęczyłam na żadnym filmie, gdybym oglądała go na dvd pewnie darowałabym sobie seans po pierwszym kwadransie. Film tylko dla fanów gatunku, albo tych, co nigdy nie oglądali Cube i licznych pochodnych.


Przetrwanie / The Grey, reż. Joe Carnaham, USA 2011

Kolejne horrory enemefowe to Hell i Dom w głębi lasu, ale ich nie widzieliśmy, bo jako trzydziestoletnie zgredy o godzinie 2 uznaliśmy, że nam się jednak bardzo chce spać. Ja poszłam tam tylko ze względu na Szepty, więc nie żałuję.

13 czerwca 2012

Nudnawo na Olandii

Tak, tak. Wiem, że Theorin jest pieszczochem bloggerów i należy się nim zachwycać. Ale mnie tym razem nie zachwycił.

Nocna zamieć podobała mi się bardzo. Zmierzch już mniej, ale nadal był dobry. Smugę krwi doczytałam tylko z względu na autora, "bo to przecież Theorin". Dość przeciętny kryminał, do połowy powoli się rozkręca, a od połowy też nie galopuje, choć wciąga nieco bardziej. Zresztą niech się toczy dowolnie ślamazarnie, byle wzbudzał emocje  - a tego nie robił.

Niestety, pojawiły się tym razem u Theorina ograne chwyty w stylu "wiem, ale nie powiem", których bardzo nie lubię. Doceniam, jeśli bohater rozwiązuje zagadkę razem z czytelnikiem, a nie jeśli skrywa jakąś tajemnicę (która jest tajemnicą tylko przed czytelnikiem, bo w powieściowym świecie właściwie wszyscy ją znają) i tak od czasu do czasu bąknie jakąś informację, żeby dopiero na końcu wydusić, o co chodziło. Mam na myśli wątek traumatycznego dzieciństwa Vendeli, które zresztą wcale takie traumatyczne nie było i nie chce mi się wierzyć, żeby przeżywała je przez następne kilkadziesiąt lat. W ogóle była to dla mnie mało wiarygodna postać, robiła wrażenie 60-latki i nie mogłam pojąć, czemu mąż podejrzewa ją o romans ze znacznie młodszym Jerrym.

Drugi wątek też jest ograny do nieprzytomności w skandynawskich kryminałach. Kwestie społeczne to konik tamtejszych powieściopisarzy. Tym razem w programie pojawia się analiza ciemnych stron pornobiznesu. Znacznie bardziej wolałam Nocną zamieć z jej cichą rodzinną tragedią niż omówienie problemów szwedzkiego społeczeństwa.

Miałam wrażenie, że Theorin tworzył tym razem w oparciu o podręcznik twórczego pisania kryminałów. Jak napisać prawdziwy skandynawski kryminał? Weź jedno dziecko pokrzywdzone przez rodziców (tragedia jednostki), domieszaj kwestię społeczną (tragedia ogółu), dawkuj informacje powoli, żeby dociągnąć do końca, a tam machnij scenę finałową z fajerwerkami. Zresztą wątek z polewaniem benzyną i podpalaniem (to nie spojler, tylko pierwsza scena książki) wydaje mi się w kontekście fabuły mocno naciągany i wprowadzony tylko ku widowiskowości, a nie uzasadniony intrygą (naprawdę nie mógł go udusić, zastrzelić, dźgnąć i ewentualnie potem spalić, jeśli już chce koniecznie?), ale to tylko moja opinia. Chyba lepiej nie zakładać z góry, że się napisze "kwartet olandzki", nawet jeśli to tak ładnie brzmi, bo potem wydawcy cisną, czytelnicy się domagają, a wena może nagle okuleć.

No to sobie ponarzekałam, a przecież nie było AŻ TAK źle. Niemniej jednak nie jest to ten Theorin, którego polubiłam.

P.S. Ładne opisy wiosny na Olandii, bardzo chciałabym to miejsce zobaczyć na własne oczy, te opustoszałe letniskowe wioski.

11 czerwca 2012

Los szyty na miarę

Świetna książka, sześćset stron od których nie można się oderwać.

I niech Was nie zwiedzie zapowiedź z okładki, jak zwykle ni w pięć, ni w jedenaście: Tajna miłość w czasach nienawiści, nędzy i zdrady. Jaka znów tajna miłość? Czy redaktorzy w ogóle czytali tę powieść? Miłość, może i nawet tajna, jest, ale na bardzo dalekim planie. Na pierwszym są zamotane losy Siry Quiroga, na drugim nie mniej poplątane dzieje Hiszpanii w latach 30. XX wieku.

Sira, córka niezamożnej krawcowej, mogła wieść całkiem zwyczajne życie. Mogła poślubić swego narzeczonego Ignacia, spokojnego, dobrego, choć może nieco nudnego mężczyznę, urodzić dzieci i dbać o wiązanie końca z końcem, starając się przetrwać burzę hiszpańskiej wojny domowej. Los chciał inaczej. Nie dał jej zaznać spokoju, w zamian oferując jednak sporo emocji. Rzucił z Madrytu do Tetuanu w Maroku, z powrotem do Madrytu, a potem do Lizbony. Postawił jej na drodze pewnego uwodzicielskiego oszusta i angielską kochankę wysokiego komisarza w Maroku, uwikłał w szpiegowską aferę i w intratny, lecz niebezpieczny (sic!) krawiecki biznes. Nie pozwolił jej się nudzić ani przez chwilę. Czytelnikowi też nie.

Powieść na przykładzie losów Siry doskonale opisuje dzieje hiszpańskiej wojny domowej i losy kraju podczas drugiej wojny światowej. Kiedy nagle na czoło powieści zaczęli wysuwać się politycy, zresztą prawdziwe postaci tamtych czasów, pomyślałam sobie "o nie, tak się dobrze zaczęło, a teraz będą przynudzać". Nic podobnego. Dzieje polityki czyta się jak najlepszą sensację, nie tylko dlatego, ze to były ciekawe czasy, ale także dzięki umiejętnej narracji pisarki.

Mogłabym wysunąć jeden zarzut - Sira miała zbyt wielkie szczęście, za często wychodziła z różnych sytuacji bez szwanku. Ale nie będę się czepiać, bo trzymałam za nią kciuki przez bite sześćset stron. Więc musiało się jej udawać ;) A i tak ją przecież los nieźle poobijał. Duży plus za zakończenie oraz za przesłanie - losy państw często zależą od małych, nieznanych, zapomnianych ludzi, którzy nikną w tle wielkiej polityki i nikt o nich później nie pamięta.

Bardzo dobra książka, gorąco polecam.

Tetuan lat 30. XX w.

Madryt lat 30. XX w.
Źródło zdjęć - dla znających hiszpański jest to też fascynujące źródło informacji o tym, co w książce było prawdą, a co fikcją, zdjęć miejsc akcji i bohaterów.

Maria Duenas
Krawcowa z Madrytu
El tiempo entre costuras
Świat Ksiażki 2011
ss. 600

10 czerwca 2012

Z wizytą u Sienkiewicza. Cztery Marie.

Pierwszą mu odebrano.
Druga umarła.
Trzecia go porzuciła.
Czwarta go przeżyła.

Przedziwne życie uczuciowe miał Sienkiewicz. Cztery razy Amor połączył go z kobietą o imieniu Maria. Ponieważ z trzema z nich był żonaty, śmiano się, że w ten sposób powrócił do swojej ulubionej formy literackiej - trylogii. Śmiać się jednak nie wypada, bo słynny pisarz przeżył na tym polu sporo dramatów.

Pierwsza była delikatna panienka, lat 19 - Maria Keller, zwana Milą. Młodzi byli zaręczeni, szykowano ślub, ale przyszłych teściów doszły słuchy o częstych wizytach pisarza w domu Heleny Modrzejewskiej. Podejrzewano romans z aktorką, trudno powiedzieć, czy słusznie. Ojciec narzeczonej zmusił córkę do zerwania zaręczyn, co oboje młodych wpędziło w depresję. Maria nigdy nie wyszła za mąż.








Dopiero 5 lat później Henry oświadczył się kolejnej kobiecie - Marii Szetkiewiczównej - ale nie od razu został przyjęty. Po kolejnych 2 latach odbył się ich ślub. Przeżyli wspólnie cztery wspaniale lata, kochali się do końca, który nastąpił zbyt szybko. Maria zmarła na gruźlicę. Pozostawiła Henrykowi dwoje dzieci.







Po siedmiu latach 46-letni wdowiec wpakował się w aferę sercową, która długo potem bawiła arystokracje na salonach. Pewna zaradna dama, Helena Wołodkowicz, podsunęła mu swoja młodziutką, 18-letnią przybraną córkę, Marię Romanowską. Marynuszka była zdaje się w tym romansie dość bierna, a pierwsze skrzypce grała jej matka. Sienkiewicz początkowo się bronił, twierdząc, że jest za stary na męża młodej dziewczyny, ale w końcu uległ i po roku nastąpił ślub. Małżeństwo przetrwało około 6 tygodni. Żona opuściła męża w trakcie podróży poślubnej. Dlaczego odeszła i czemu właściwie go poślubiła nie wiadomo - tej informacji nie udało się zdobyć nawet synowi Marynuszki (z drugiego małżeństwa, też zresztą niedługiego). Skandal w każdym razie był ogromny. "Podczas podróży poślubnej Sienkiewicz tak przestraszył albo, co gorsza, nie przestraszył niewinnej panienki, że ta zwiała mu wprost w objęcia zdumionej matki" (to relacja Magdaleny Samozwaniec).


W wieku 58 lat wreszcie Henrykowi się poszczęściło. Poślubił swą cioteczną siostrzenicę, 42-letnią Marię Babską, którą nazywał Markiem. Ślub odbył się w tajemnicy, tylko w gronie najbliższych. Chyba Henryk zraził się do hucznych fet po ośmieszającej historii z Romanówną. Od przyjaciół otrzymał życzenia takiej treści:  "Obyś był taki męski jak ona babska".

Tak naprawdę miał szansę stworzyć z nią udany związek 15 lat wcześniej. Panna Maria bowiem oświadczyła się wujowi i nawet została przyjęta, ale zaręczyny zerwano. Być może było dla Henryka zbyt wcześnie po śmierci pierwszej żony. Mówi się jednak, że wina leżała po stronie szwagierki Henryka, siostry jego pierwszej żony, która w domu Sienkiewicza miała ogromne wpływy, dbając o wychowanie jego dzieci. Tak czy inaczej, w 1904 r. związek wreszcie stał się faktem i państwo Sienkiewiczowie przeżyli wspólnie 12 szczęśliwych lat, aż do śmierci pisarza.


Jeśli mamy być skrupulatni, to była także piąta Maria - Radziejewska, trzydzieści lat młodsza od pisarza dziennikarka. Romans roku 1899 trwał jednak krótko, wymienili ze sobą kilkanaście listów, na ostatnie Henryk nie odpowiedział. Ponoć z zachowanego pamiętnika Marii wynika, że była w nim naprawdę zakochana.








Ten wpis to pokłosie mojego weekendowo-urodzinowego wyjazdu w Góry Świętokrzyskie, przy okazji którego odwiedziłam dworek Sienkiewicza w Oblęgorku. To urocze miejsce pisarz otrzymał w prezencie od polskiego społeczeństwa jako wyraz uznania za zasługi na polu literatury. Wielu przypina obecnie Sienkiewiczowi łatkę pisarza klasy B, zapominając jak niezwykle ważną postacią był dla swoich współczesnych rodaków. Wystarczy zerknąć do dworkowych wnętrz, żeby uświadomić sobie, że był prawdziwym "celebrytą" swoich czasów. Ściany, półki i biurka uginają się od prezentów nadsyłanych mu ze wszystkich stron, także spoza granic Polski. Od rycin i obrazów z ilustracjami do jego powieści, przez pamiątkowe rzeźby (na jednej jest nawet sam Sienkiewicz w złotym wieńcu laurowym) po drewnianą malowaną skrzynię wypełnioną pierwotnie głowami cukru i z życzeniami, by jego życie zawsze było słodkie. Ale otrzymywał nie tylko takie "drobiazgi" - od nieznajomego, który podpisał się jako Pan Wołodyjowski, dostał kilkanaście tysięcy rubli. Odmówił przyjęcia, a ostatecznie przeznaczył je na fundusz pomocy. Odmówił także przyjęcia pewnej posiadłości od wielbiciela swoich powieści, który zapisał mu ją kosztem własnych dzieci.

Dworek od frontu

Zwiedzanie Oblęgorka gorąco polecam - nie dość, że miejsce piękne i zadbane, wstęp niedrogi, a pracownicy mili, to jeszcze każdy zwiedzający otrzymuje audioprzewodnik. Ten rzadko spotykany w polskich muzeach gadżet zdecydowanie poprawia jakość zwiedzania. Wyszłam ze świadomością, że rzeczywiście czegoś się dowiedziałam, a nie tylko pogapiłam na ładne przedmioty :)

I od strony ogrodu

4 czerwca 2012

Smutek w raju

Dobry przykład na to, jak wydawca może spaprać robotę, jeśli koniecznie chce zdążyć z wydaniem książki przed kinową ekranizacją. Mogę wybaczyć literówki, nawet błąd gramatyczny, ale na kolana rzuciła mnie "grupa hula-hoop", w której jakoby uczestniczyła bohaterka. Hula-hoop to takie plastikowe kółeczko, a taniec hawajski (akcja książki rozgrywa się na Hawajach), wyraźnie opisany w tym miejscu książki, nazywa się hula. Bose stopy uderzające o podłogę, wzrok podążając za łagodnym ruchem dłoni - rzeczywiście opis kręcenia hula-hoop jak w pysk strzelił. Rozumiem, że może nie każdy słyszał o tańcu hula, większość czytelników pewnie nie zwróci uwagi, ale to nie usprawiedliwia wydawcy. Ostatecznie od poprawiania błędów tłumacza są redaktorzy i korektorzy, którzy takie bzdury powinni prostować.

Przeczytałam tę powieść głównie dla miejsca akcji - Hawajów, bo kultura hawajska bardzo mnie interesuje i miałam ochotę podejrzeć, jak współcześnie wygląda to miejsce. Ze względu na koszty podróży osobiste odwiedziny raczej nie nastąpią w najbliższym czasie. Trochę uroków, ale i niedostatków, tego wyspiarskiego raju można dojrzeć pod warstwą fabularną i poczułam się usatysfakcjonowana. Zresztą mam jeszcze w planach obejrzenie ekranizacji - z tych samych przyczyn.

A jeśli chodzi o fabułę? Nie było źle, ale i bez fajerwerków.  Matt King, spadkobierca bogatej hawajskiej rodziny, ojciec dwóch córek, traci w wypadku żonę. Dokładniej - kobieta nadal żyje, ale znajduje się w stanie głębokiej śpiączki, z której się nie wybudzi. Matt musi się uporać nie tylko z bólem po stracie, ale także z rolą ojca, która dotąd pełnił tylko z nazwy, a także z informacją, że jego żona prawdopodobnie nie była mu wierna.

Głównym minusem był dla mnie mało wiarygodny bohater. Często miałam wrażenie, że czytam monolog kobiety, która tylko udaje mężczyznę - sposób rozumowania po prostu mi nie pasował. Autorka jest młodą kobietą i myślę, że nie poradziła sobie z zadaniem, jakim jest wczucie się w psychikę mężczyzny w średnim wieku. Chociaż może wina znów leży po stronie tłumacza?
Po drugie - dziwny związek, jaki Matt tworzył z Joanie, także do mnie nie przemówił. Pisarka bardzo próbowała, ale nie przekonała mnie, że taka relacja rzeczywiście mogłaby istnieć. Może gdyby Matt był zupełną ciapą, trwałby w związku z kobietą, którą określiłabym mianem nie szalonej (to ma nawet taki pozytywnie-uwodzicielski posmak), tylko irytująco niezrównoważonej, płytkiej i niezbyt bystrej, która od życia chce tylko zabawy, jest fatalną matka i raczej marną żoną. Tymczasem Matt jawi się jako przystojny, inteligentny i bogaty, bardziej przyzwyczajony do żony, niż jakoś szaleńczo zakochany. Tu znów widzę w nim jakies typowo kobiece zachowania. (Pisarka przekonuje, że był zakochany, ale w żadnych scenkach z ich wspólnego życia tego nie dostrzegłam. Niektóre emocje powinny wynikać spomiędzy wierszy, a nie być wyraźnie napisane "on ją kochał kropka a ona taka niewdzięcznica kropka").
Po trzecie - jeśli współczesne dzieci są rzeczywiście takie, jak opisane w książce, to ja chyba podziękuję za własne. Podjęcie roli ojca wobec zwykłych dzieci byłoby już wyzwaniem, a te się chyba wdały w matkę...

Mimo wszystko nie czytało się źle, szybko poszło, chociaż te z założenia dramatyczne wątki jakoś nie wzbudziły u mnie głębszych emocji. Ale może ja taka zmanierowana jestem. W każdym razie nie potrafię zgodzić się z Sofią Coppolą, której rekomendacja widnieje na okładce, jakoby był to jakiś książkowy "namberłan". Pozycja dla chętnych.

2 czerwca 2012

Królewna w zbroi

Kto by pomyślał, że można bajkę o Królewnie Śnieżce oglądać z zapartym tchem? Rewelacyjna adaptacja. Tyle chciałam powiedzieć.


No dobra, nie będę taka, powiem więcej.

Podczas szczególnie ciężkiej zimy mała królewna Śnieżka traci ukochaną matkę. Wkrótce potem tajemnicza armia atakuje królestwo. Ojciec Śnieżki pokonuje wroga, ale jednocześnie spotyka tajemniczą piękność, która oszałamia go do tego stopnia, że natychmiast czyni ją swoją drugą żoną. Tym samym podpisuje na siebie wyrok śmierci. Jego córka znajdzie się w szponach macochy, okrutnej i nieszczęśliwej zarazem kobiety, opętanej myślą o wiecznej młodości i przekonanej, że tylko nieskazitelna uroda da jej szczęście. Przez wiele lat więziona, królewna ucieka. Jej tropem, do Mrocznego Lasu, zostaje wysłany znający tamte okolice łowca (nader przystojny). Jednocześnie pewien książę, przyjaciel Śnieżki z dzieciństwa, wyrusza jej na pomoc.


Mamy złą macochę, piękną niewinną królewnę, przystojnego i szlachetnego księcia, zaczarowane lustro, siedmiu krasnoludków oraz bonus w postaci Chrisa Hemswortha. Z wyjątkiem tego ostatniego wszystkie elementy zgodne są ze starą baśnią, a jednak twórcom udało się uzyskać całkiem nową, świeżą jakość. Film utrzymany jest w konwencji mrocznego fantasy, zdecydowanie nie nadaje się dla dzieci. Śnieżka nie jest już bierną dzieweczką, która pierze krasnoludkom gatki i czeka na wybawienie. Czuje się odpowiedzialna za swój lud, gnębiony przez złą Królową, i jest dla niego gotowa poświęcić życie. Szczęśliwie, w tej bajce nie chodzi o to, z kim się Śnieżka chajtnie na końcu. A mamy dwóch przystojniaków, więc żywiłam pewne obawy co do intensyfikacji romansowych dramatów. Na szczęście niesłusznie.

Charlize Theron, grająca macochę, jest fantastyczna - piękna i zła, właśnie taka, jaka powinna być. Miłym zaskoczeniem była Kristen Stewart. Przyznaję, że po obejrzeniu "Zmierzchu" miałam jak najgorsze przeczucia do obsadzenia jej w roli Śnieżki. Na szczęście okazało się, że panna Bella ma cały arsenał min, a ponieważ rola nie wymagała rozdawania uśmiechów na prawo i lewo*, pasowała do niej doskonale. Sama się dziwię, że to piszę, ale nie zamieniłabym jej na inną. O Chrisie Hemsworthie nawet nie będę wspominać, bo po "Thorze" jestem gotowa oglądać go we wszystkim. Poza tym - doskonała i dopracowana scenografia, przepiękne plenery, nieprzesadzone efekty specjalne, świetna muzyka. Po obejrzeniu zwiastuna obawiałam się, że wszystkie najlepsze momenty zostały już w nim pokazane - jak to często się zdarza w średnich filmach. Okazało się jednak, że był to tylko niewielki ułamek. Z nielicznych minusów - uważam, że mogli sobie darować słodkookie elfy i milusie zwierzaczki o futrzanych pupkach w zaczarowanym lesie, ale malutko ich, więc nie razi to jakoś bardzo.


Chyba już zgadujecie, że uważam ten film za najlepsza filmową bajkę ever. Gorąco zachęcam do obejrzenia.

 
 
* Ta aktorka z założenia się nie uśmiecha. Czasem jej trochę kąciki warg drgną. Ale tylko trochę.

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...