25 października 2011

Wygnańcy

Mam problem z oceną Półksiężyca. Z jednej strony brnęłam przez niego z mozołem, z drugiej - byłam pod wrażeniem wspaniałego stylu Autorki, pięknego języka, umiejętności doskonałego odtworzenia realiów. Bohaterowie wydawali się żywi, miejsca akcji dawało się "zobaczyć", a od opisów jedzenia szalały ślinianki.

Zaczynając od okładki - znajduje się na niej porównanie do filmu "Czekolada" (tak, wydawcy uwielbiają porównania - jeśli im wierzyć, nikt już nie pisze rzeczy świeżych i oryginalnych, każdy jest "drugim pisarzem X", a jego książka jest "taka, jak książka Y"). Nie mam pojęcia, dlaczego wydawcy postanowili porównać Półksiężyc do filmu "Czekolada", a nie do książki J. Harris (chociaż żywię złośliwe podejrzenie, że ludzie tam pracujący nie czytają i nie wiedzieli, że "Czekolada" jest ekranizacją powieści). Rzeczywiście, film i książka bardzo się różnią, ale tym bardziej twierdzę, że Półksiężyc, jeśli już, to znacznie bardziej przypomina książkową Czekoladę. Film był pozytywną bajką o czekoladowej wróżce, podczas gdy książka była dużo poważniejsza, smutniejsza, o melancholijnej atmosferze, która właśnie bardzo przypominała Półksiężyc.

Moje prywatne skojarzenia to jeszcze Zupa z granatów - ze względu na tematykę imigracji z krajów islamskich na tzw. Zachód (ale u Mehran to była prosta bajka, podczas gdy to, co opisuje Abu-Jaber, wydaje się prawdą), oraz Hakawati - ze względu na opowiadaną przez stryja bohaterki baśń, która przeplata cały watek współczesny (tych, którzy polegli w starciu z nieziemską - nomen omen - liczbą dżinów w Hakawatim mogę pocieszyć, że bajka stryja jest dużo bardziej przystępna i stanowiła moją ulubioną część książki).

Sirine ma trzydzieści dziewięć lat i mieszka ze swoim stryjem w Los Angeles, w arabskiej dzielnicy. Z pochodzenia jest pół-Irakijką, ale wychowała się w Ameryce, a jej rodzice zginęli, kiedy była dzieckiem. Pracuje jako szef kuchni w libańskiej restauracji, ulubionym miejscu wszystkich studentów z Bliskiego Wschodu. Nigdy nie wyszła za mąż, chociaż nigdy też nie była samotna. Teraz jednak na jej drodze staje przystojny Irakijczyk, wykładowca literatury, Hanif...
Nie, to nie będzie książka o problemach romansowych.
Hanif jest imigrantem "przymusowym". Opuścił Irak, bo to była jedyna jego szansa na przeżycie (akcja rozgrywa się w czasach, gdy w Iraku rządził Saddam Husajn). Chociaż od 20 lat mieszka w USA, nie przestał czuć się Arabem. Tu wreszcie dochodzimy do clou.

Półksieżyc to książka o tożsamości narodowej. O jej utracie i szukaniu, świadomie albo nie, o poczuciu przynależności i wykluczenia. To obraz ludzi wychowanych w konkretnej kulturze i religii, którzy - nie zawsze dobrowolnie - trafiają do innego świata i muszą podjąć decyzję o asymilacji, o tworzeniu sobie własnego małego państwa wewnątrz innego państwa, gdzie będą mogli pielęgnować własne tradycje, lub też o życiu w zawieszeniu - czasem aż do końca. Sama Autorka przyznaje w wywiadach, że temat wygnania jest jej literacką obsesją.

Półksiężyc jest niezwykle zmysłowy jako opowieść o miłości (romans w wydaniu bliskowschodnim nie polega na jak najszybszym podrywie), a opisy uczucia są prawdopodobnie najbardziej prawdziwymi, jakie dotąd czytałam. Zmysłowe jest również i jedzenie - kuchnia arabska i perska, której w książce mnóstwo, jako że Sirine pracuje gotując, ma tak wyraziste smaki i aromaty, że wydawały się przenikać nawet papierowe karty książki. Opisy są niepospolite, bliższe obrazom: "A za tym wszystkim Camille znalazła połyskliwego i spoconego, gładkiego i aksamitnego, czarnego jak onyks i tłustego jak niemowlę bakłażana" (s. 208). Opisy życia arabskich i perskich imigrantów są doskonałym źródłem wiedzy, znacznie lepiej rozumiem teraz, jak to jest żyć, będąc wyrzuconym poza nawias własnej kultury.

Doceniam to wszystko, ale muszę zaznaczyć, że przez pierwszą część (książka podzielona jest na dwie, pierwsza zajmuje ponad połowę objętości) nudziłam się, czytając. Zabrakło w akcji czegoś, co by mnie przyciągało i kazało kontynuować lekturę. Rozmowy o tożsamości i zagubieniu są bardzo interesujące, ale same rozmowy przez prawie 300 stron to nieco za mało, jak na moją cierpliwość. Czytałam dla pięknego języka, dla uroczej postaci stryja Sirine (mój ulubieniec w tej powieści) i w celach poznawczych, ale z mieszanymi uczuciami. Na szczęście druga część znacznie przyspiesza - pochłonęłam ją "na raz". Nie tylko więcej się tu dzieje, ale także to, co się dzieje, wzbudziło u mnie emocje, a nie tylko chłodne zainteresowanie. Przyznaję, że po skończeniu drugiej części moja ocena książki jako całości była znacznie lepsza niż po przeczytaniu tylko pierwszej. Do tego stopnia, że książka zajęła miejsce na półce, bo nie mam się ochoty z nią rozstawać. Dlatego z czystym sumieniem mogę ją polecić jako książkę wartą uwagi.

Autorka ma u mnie plus za cudne imiona psów: Król Babar i Napoleon Tu Był.


Cytaty:

o arabskim imperium:
"Opowieść, w którą nie uwierzysz, brzmi tak: Było kiedyś arabskie imperium, które panowało nad światem. Wspaniałe Imperium Abbasydów władało od ósmego do trzynastego wieku - przez pięćset lat. A Bagdad był jego niebiańską stolicą. Teraz mrugnij: minęło siedem albo osiem stuleci i świat obrócił się do góry nogami, jak to ma  w zwyczaju. Imperium Abbasydów rozpłynęło się. Ale niektórzy Arabowie maja długą, długą pamięć i wierzą, że pewnego dnia zostanie im zwrócony świat razem z całą zawartością. Większość pozostałych Arabów zadowoliłaby się tym, by mieć odrobinę spokoju, mniej walk na podwórku, żeby w ogóle zatrzymać to podwórko i tak dalej. I są jeszcze Arabowie przekonani, że czegokolwiek by pragnęli - czy to jest cały świat, czy trochę spokoju i ciszy - Ameryka robi wszystko, żeby tego nie dostali." (s. 183)

o typowej arabskiej opowieści, snutej przez stryja Sirine:
"To nie jest historia, która sie zaczyna w jednym miejscu i zmierza prosto do drugiego. Ta opowieść wędruje i wędruje. I jest całkowicie pozbawiona morału. To niepouczająca opowieść. Możesz ją na chwilę odwiedzić albo iść wypić kawę na podwórku i popatrzeć na zięby. To też przyjemne" (s. 241)

o jedzeniu i miłości (zdanie Sirine):
"...jedzenie jest lepsze od miłości, pewniejsze, wierniejsze, bardziej satysfakcjonujące i wzbogacające. Póki może się zatracić w rytmie obierania cebuli, jest pełna i całkowita. Póki umie gotować, będzie kochana." (s. 234)

Diana Abu-Jaber
Półksiężyc
Zysk i S-ka, 2005
s. 428

Diana Abu Jaber urodziła się w stanie Nowy Jork i mieszkała tam do siódmego roku życia, gdy wraz z rodziną przeniosła się na dwa lata do Ammanu. Ojciec Diany jest Jordańczykiem, matka Amerykanką. Od tej pory pisarka żyje pomiędzy Ameryką i Jordanią. Obroniła doktorat z literatury angielskiej na uniwersytecie stanowym w Nowym Jorku, nauczała literatury i twórczego pisania na Uniwersytecie Michigan, Uniwersytecie Oregon i UCLA. (biogram stąd)
Jej debiut literacki Arabian Jazz nie został opublikowany w Polsce. W Wydawnictwie Czarne mają się natomiast ukazać wspomnienia Abu-Jaber pt. The Language of Baklava.

21 października 2011

Trzej supermuszkieterowie

Nie miałam dużych wymagań, idąc do kina. Chciałam, żeby było lekko, kolorowo i odprężająco. Z odrobiną wdzięcznych walk na szpady, złym kardynałem Richelieu, wszystko doprawione humorem. Te kryteria film spełnił, dzieje się dużo, dialogi są dowcipne, bitwy na statki powietrzne widowiskowe, a aktorzy naprawdę dobrze dobrani. 


Szkoda, że sensu tam za dużo nie ma, a odległość od oryginału jak stąd do Australii. Imiona zostały te same, sposób, w jaki d'Artagnan poznaje Atosa, Portosa i Aramisa też się zgadza, a i jakiś naszyjnik królowej się w tle plącze. To by było na tyle, reszta to swobodna gra w "co by tu jeszcze zrobić, żeby taka ramota się nastolatkom podobała". Stąd latające machiny wojenne, walki na szpady na czubku kościoła (pech reżysera, że wtedy jeszcze nie było wieży Eiffla - na jej czubku, to by dopiero było widowisko) i nurkujący Atos w stroju samurajolordovaderowopodobnym.

Od lewej: D'Artagnan, Aramis, Portos i Atos
Muszkieterowie trzej i Milady
Muszkieterowie na paryskim bruku

Lubię ekranizacje powieści, które dodają coś od siebie - zwłaszcza jeśli chodzi o książki ekranizowane już w przeszłości wielokrotnie. Oglądanie n-tej z kolei wiernej ekranizacji nie ma wielkiego sensu, opowiedzenie historii na nowo - ma. Dlatego bardzo podobał mi się Robin Hood z Russelem Crowe, czyli całkiem nowa interpretacja znanej wszystkim legendy, a właściwie - legenda napisana od początku. Mimo że była to historia zupełnie inna od tej znanej, psychologiczna wiarygodność postaci i umieszczenie akcji w realiach historycznych pozwoliły stworzyć świetną opowieść. W "Trzech muszkieterach", niestety, postawiono wyłącznie na widowiskowość. Postacie są zupełnie jednowymiarowe - każda ma jeden charakterystyczny rys, np. Richelieu chce władzy, król Ludwik XIII chce ładnych strojów i żeby go królowa kochała, Milady zdradza każdego, a książę Buckhingham ma diabelski błysk w oku i coś ciągle knuje. Na realia historyczne nie ma co liczyć, bo twórcy poszli w stronę fantastyki. Tak, Dumas pisał powieści przygodowe, ale przygody muszkieterów były powodowane ich wiernością pewnym ideom. Tu nie ma idei, jest za to 3D.

Buckhingham (Orlando Bloom), a w głębi Richelieu (Christoph Waltz)
Karykatura króla Ludwika (Freddie Fox)
Juno Temple jako królowa Anna

Nie odradzam seansu, zabawa jest dobra, tylko porażająco powierzchowna. Po tygodniu naprawdę niewiele pamiętam. Przeraża mnie to, że każda kolejna ekranizacja jest coraz prostsza i płytsza. Wersja z 1993 r. wydawała się mocno okrojona przy starej ekranizacji z Chamberlainem (1973), ale przy najnowszej to wręcz arcydzieło dramaturgii. Czy to znaczy, że widz jest coraz głupszy? Czy może coraz bardziej się go ogłupia? I jak będzie wyglądać ekranizacja muszkieterów za kolejne 20 lat?

18 października 2011

Popołudnie w tajemniczym ogrodzie

Zanurzyłam się w poetyckich opisach ogrodu Zawrocia, jakbym zanurzała się w chłodnej wodzie podczas upalnego dnia. Co za cudowna odmiana po ostatnich doświadczeniach z polską literaturą dla pań.


Tego lata, w Zawrociu Hanny Kowalewskiej ukazało się pod koniec lat 90., kiedy motyw otrzymania w spadku (lub dobrowolnej wyprowadzki do) domu z ogrodem na wsi nie był jeszcze tak oklepany. Ale nawet teraz, kiedy co druga bohaterka próbuje odbudowywać swoje życie na łonie natury z zapałem godnym Jana Jakuba Rousseau, książka Kowalewskiej nadal pozostaje oryginalna.

Dwudziestokilkuletnia Matylda, warszawianka o mocno nieuporządkowanym życiu osobistym, otrzymuje w spadku po babce Zawrocie, czyli dom z ogrodem, w pobliżu  prowincjonalnego miasteczka. Jest to o tyle zaskakujące, że owa babka wyrzekła się swojej córki i ani z nią, ani z wnuczką Matyldą nie utrzymywała żadnych kontaktów. Zdumiona Matylda przyjmuje dar, ale próbuje odkryć, jakie motywy mogły kierować jej mało sympatyczną przodkinią - bo raczej nie była to skrucha. Jednocześnie próbuje dojść do ładu ze wspomnieniem babki, z własnym poplątanym życiem, mężczyzną, który czeka na nią w mieście (ale możliwe, że długo czekać nie będzie), z uczuciami do niego, ale i tymi nowoobudzonymi - do Zawrocia.

Autorka jest poetką i to widać. Powieść ma postać monologu wewnętrznego Matyldy, z nielicznymi dialogami. Język jest piękny, melancholijny, subtelny jak akwarela. Opisy ogrodu pozwalają do niego wejść, usiąść pod jabłonią i napawać się zapachem rozgrzanej trawy lub moknąć razem z bohaterką w ulewie. 

Fabuła wciąga. Niby wiele się nie dzieje - bohaterka prowadzi wewnętrzną rozmowę z babką, trochę szpera po domu, trochę rozmawia ze zgorzkniałą ciotką, przepełnioną nienawiścią kuzynką, kuzynem geniuszem lub szaleńcem. Nic tu nie jest proste, łatwe do odgadnięcia, żadnych schematów.

Jeżeli coś mi przeszkadzało, to właśnie bohaterowie - wszyscy są histeryczni i melodramatyczni,  wewnętrznie rozedrgani, okaleczeni przez przeszłość i często pałający nienawiścią do teraźniejszości. Mężczyźni zbyt emocjonalni, jakby w ich męskich ciałach zamknięto kobiecą psychikę. Artyści. Egoistyczny gatunek, za którym nie przepadam. Niemniej wszystkie postacie były ostre, wyraziste, pełnokrwiste, a to rzadkość, którą doceniam.

Początkowo chyba książka była planowana jako zamknięta całość - wszystkie wątki zostały rozwiązane. Powstał jednak ciąg dalszy i z radością po niego sięgnę, żeby móc znów zajrzeć do Zawrocia.

14 października 2011

Czytam klasykę - W pogoni za diamentem


Pierwsza powieść kryminalna w historii literatury, Kamień księżycowy (The Moonstone), to majstersztyk. Wiedziałam już wcześniej, na co stać Wilkie Collinsa, bo bardzo podobała mi się jego Kobieta w bieli, ale dopiero teraz jestem zupełnie pewna, że chcę przeczytać wszystko, co napisał.

Mimo rozsadzającego mnie entuzjazmu nie będę wszem i wobec zachęcać do czytania Collinsa. Jeśli ktoś ma ochotę na odrobinę lżejszej klasyki, jeśli lubi powieści XIX-wieczne, to gorąco polecam. Tym, którzy lubią czytać kryminały współczesne, wcale nie musi przypaść do gustu. W tej powieści o kradzieży diamentu bowiem będzie co prawda sprytny detektyw, ale taki, który najbardziej zainteresowany będzie hodowlą róż. Będzie trup, ale braknie gorączkowego śledztwa w sprawie wyjaśnienia zbrodni. Będzie tajemnica, ale nie spędzi snu z powiek ani bohaterom, ani czytelnikowi.

Będą też jednak: doskonale sportretowane angielskie społeczeństwo epoki kolonializmu, rozkoszna satyra, inteligentna intryga, doskonałe portrety bohaterów pierwszo- i dalszoplanowych i fascynująca wielowątkowa historia opowiadana na wiele głosów.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od wielkiego żółtego diamentu, który tkwił w posągu bóstwa w pewnej hinduskiej świątyni. Bezcenny dla hindusów, ale z konkretną ceną dla pewnego pazernego Brytyjczyka. Na skutek wydarzeń, których nie będę tu streszczać, diament znalazł się w Anglii. Klejnot miał fatalną reputację, uważano, że hinduscy strażnicy świątyni podążają jego tropem i nie zawahają się przed niczym, by go odzyskać. Wreszcie w spadku otrzymuje go młoda i urocza arystokratka, niejaka panna Rachela. Dziewczyna jest zachwycona jego urodą - jednak tej samej nocy kamień znika. Ponieważ nie było możliwe, by ktokolwiek dostał się z zewnątrz do domu, podejrzani są wszyscy nocujący wewnątrz. Najdziwniejsza jest jednak reakcja samej poszkodowanej - panna Rachela gwałtowanie odmawia współpracy przy poszukiwaniach diamentu...

Powieść ma nietypową, pamiętnikowo-epistolarną budowę. Świadkowie istotnych wydarzeń, związanych z losami diamentu, zostali poproszeni o spisanie dokładnej relacji. Wszystkie te relacje ułożone w porządku chronologicznym pozwalają poznać czytelnikowi burzliwą historię kamienia księżycowego. Książka zaczyna się od krótkiej historii wyjaśniającej, w jaki sposób diament opuścił hinduską świątynię, po czym przenosi się do posiadłości Lady Verinder, gdzie głos otrzymuje stary lokaj, Gabriel Betteredge. Następnie relację przejmuje Drusilla Clack, kuzynka panny Racheli, dewotka i stara panna, a później kolejni bohaterowie, m.in. ukochany Racheli, a także pewien lekarz, prawnik, detektyw...

Collins miał ogromny dar plastycznego odmalowywania postaci i wszyscy bohaterowie Kamienia księżycowego byli dla mnie żywi. Stary Betteredge, od czasu do czasu opętywany przez gorączkę detektywistyczną, ze swoim uwielbieniem dla Robinsona Crusoe - książki, która była jego alfą i omegą. Uzależniony od opium, odrzucany przez wszystkich, Ezra Jennings. Drusilla Clack, sportretowana cudownie złośliwie, z istnymi fajerwerkami humoru (scena podrzucania broszurek religijnych - bezcenna). Żałuję tylko, że z audiobooka nie da się przepisać co trafniejszych cytatów.

Audiobook, nawiasem mówiąc, został fantastycznie nagrany. Każdą relację czyta inny lektor - brawa za ten zabieg. Największe brawa dla lektorki czytającej relację panny Clack za świetną interpretację. Jest niestety jedno ale... Byłoby dobrze, gdyby lektorzy przed nagraniem nauczyli się czytać angielskie nazwiska, a najlepiej jeszcze uzgodnili wymowę między sobą. Ponieważ tego nie zrobili, jeden lektor robił lekko zakamuflowaną przerwę na namysł przed każdym nazwiskiem, a drugi czytał je w sposób autorski, czyniąc z nich twory nie do rozpoznania. Proste w wymowie nazwisko panny Racheli - "Verinder" - odczytywał w taki sposób, że zwątpiłam, czy mowa nadal o tej samej bohaterce...

Wilkie Collins
Kamień księżycowy
czytają: Halina Łabonarska, Henryk Drygalski, Ryszard Nadrowski, Marek Prałat
Długość: 23 godz. 52 min.

11 października 2011

Samsara, czyli nieustanne wędrowanie


Samsara to przyjemna lektura. Lekka, zabawna, bezpretensjonalna - dobra na wakacje. Przyznaję jednak, że spodziewałam się po niej czegoś innego niż otrzymałam. Po niesamowicie entuzjastycznych recenzjach (przytoczonych tu) oczekiwałam trochę reportażu, a trochę traktatu o filozofiach i religiach Wschodu. Tymczasem, jest to po prostu kolejna relacja z podróży. Głównymi bohaterami opowieści są Autor i jego towarzysze - nie tubylcy. Michniewicz opisuje przygody przeżyte podczas wycieczki do Azji, okraszając relację mnóstwem anegdot, dygresjami z poprzednich podróży, ciekawostkami, odrobiną informacji o kulturze i obyczajach.

Czyta się to (a w moim przypadku słucha) znakomicie. Autor ma lekkie pióro i duże poczucie humoru (i potrafi się śmiać z samego siebie, chociaż czasem zwycięża postawa "ja - wielki podróżnik"). Widać, że uwielbia być w drodze i doskonale czuje się w Azji. Zgrabnie opisuje swoje perypetie - przygoda to może za duże słowo, choć parę tych też się trafiło. Słuchając, mogłam się choć przez chwilę poczuć, jakbym siedziała na dachu autobusu (od ośmiu godzin, cała zakurzona, w prażącym słońcu i tłoku, podczas gdy kierowca właśnie bierze ostry wiraż nad przepaścią) i beztrosko jechała w nieznane.

Jeżeli jednak ktoś szuka źródła wiedzy, to może się na Samsarze zawieść.  Ja byłam rozczarowana, kiedy w części o Indiach znalazłam te same informacje, co w Jadę sobie Filipczak i Moich Indiach Kreta (przy czym Jadę sobie zdecydowania dostarczyło mi najwięcej wiedzy). Nigdy w Indiach nie byłam, a kraj "spory", więc miałam nadzieję, że jednak dowiem się czegoś nowego. Na szczęście podroż Michniewicza okazała się zakrojona bardzo szeroko - poza Indiami odwiedził także Nepal (tam zaczęła się cała podróż), Laos, Tajlandię, Malezję, Wietnam... Wszystkich nie pamiętam, a audiobooka nie da się przekartkować ;) Dzięki temu trochę nowej wiedzy udało mi się uzyskać, bo o tych krajach wiem niewiele.

Parę rzeczy skrzętnie wynotowałam sobie w pamięci. Mianowicie, gdyby kiedyś zagroziła mi podróż do Azji, będę pamiętać, żeby nigdy-przenigdy nie jechać na słoniu i nie wspierać tego bestialskiego procederu (z trudem wybaczyłam przy tym fragmencie Autorowi jego brak reakcji poza wewnętrznym zżymaniem się). Na pewno nie zjem płetwy rekina (mało prawdopodobne, nawet gdybym nie dowiedziała się z książki, jak się ją zdobywa). No i nie będę próbować spontanicznie żywić się w chińskich restauracjach...

Podsumowując, dla rozrywki polecam, sama chętnie przeczytam kolejną relację Michniewicza. Żądnych zaawansowanej wiedzy i głębszej analizy uprzedzam, że to nie ten typ literatury. Książka przyda się za to osobom mającym chęć na "backpackerską" wyprawę. Michniewicz może nie udziela wprost zbyt wielu porad, ale z jego doświadczeń można wyciągnąć wnioski dla siebie. Na końcu zamieszcza zaś dodatek, za który jestem mu bardzo wdzięczna, przedstawiający mroczny wpływ turystyki na Azję. Dobrze, żeby entuzjaści podróży mieli świadomość skutków ubocznych swoich wesołych wypraw.

Bardzo podobał mi się audiobook - naprawdę świetnie przeczytany przez Macieja Orłowskiego (czułam się, jakby sam podróżnik opowiadał o swoich przygodach) i ilustrowany fragmentami autentycznych muzycznych nagrań z podróży (rewelacja). Na oficjalnej stronie książki zamieszczone są bardzo ładne zdjęcia ilustrujące podróż.

Tomek Michniewicz

9 października 2011

Krótka wizyta w cukierni

Wniosek numer 1. Sagi rodzinne najwyraźniej nie są dla mnie.
Wniosek numer 2. Polska literatura kobieca zdecydowanie nie jest dla mnie.
Wniosek numer 3. Same pochwalne recenzje książki nie oznaczają, że mnie też się spodoba.

Przy okazji recenzji Polowania na Perpetuę wspominałam, że mam w planach jeszcze kilka polskich pisarek, z nurtu literatury lżejszej, i liczę, że któraś mnie wreszcie uwiedzie. Jak się domyślacie ze wstępu - Marioli Gutowskiej-Adamczyk i jej Cukierni pod Amorem to się nie udało.

W 1995 roku, w Gutowie, małym miasteczku, podczas wykopalisk archeologicznych na rynku zostają odnalezione zmumifikowane zwłoki kobiety z czasów II wojny światowej ze średniowiecznym pierścieniem na palcu. Rodzina właścicieli miejscowej cukierni rozpoznaje w owym pierścieniu zaginioną pamiątkę rodzinną, ale w jaki sposób znalazł się on w tak upiornym miejscu - nie wiedzą. Studentka Iga podejmuje próbę wyjaśnienia tej zagadki.
Historia ta przeplatana jest opowieścią o dziejach rodu Zajezierskich w XIX wieku - ze szczególnym uwzględnieniem uwodzicielskiego Tomasza (jak można wywnioskować z drzewa genealogicznego, zamieszczonego na końcu książki, jest on przodkiem Igi) oraz mnóstwa szlachcianek na wydaniu.

Nie będę tym razem psioczyć na książkę, bo uważam, że w swoim gatunku jest raczej dobra. Autorka ma lekkie pióro, a do tego wyraźnie napracowała się nad realiami historycznymi, dzięki czemu jej opisy dworków szlacheckich czytałam z dużym zainteresowaniem. Książka jednak do mnie nie przemówiła i zdecydowałam, że przestanę sięgać po powieści tego typu. Przeczytam tylko Kowalewskiej "Tego lata, w Zawrociu", bo mam ją na półce, oraz Cherezińskiej "Sagę Sigrun", też czekającą na stosie, chociaż co do tej drugiej to mam nadzieję, że jest raczej powieścią historyczną niż romansem osadzonym w dawnych czasach.

A co mi się nie podobało w "Cukierni"? Nie wciągnęłam się. Zakończyłam na 300. stronie (całość liczy ok. 450) ze świadomością, że zupełnie nie obchodzi mnie los tabuna kochliwych panien z XIX w., Iga nie wzbudziła nawet krzty mojej sympatii, a i los pierścienia mnie nie ciekawi. Może doczytałabym do końca, gdybym wiedziała, że nastąpi tam jakiś efektowny finisz, ale zostałam uprzedzona, że rozwiązania nie ma, bo akcja przenosi się do drugiego tomu. Drugiego czytać nie zamierzam, więc dojeżdżanie do końca uznałam za stratę czasu.

Wątek dziewiętnastowieczny wydawał mi się ciekawszy niż współczesny,  ale wolałabym, gdyby autorka skupiła się na jednej-dwóch postaciach. Przeskakiwanie między kilkunastoma bohaterkami sprawiło, że do żadnej nie byłam w stanie się przywiązać i ich szczęście małżeńskie lub pozamałżeńskie było mi doskonale obojętne. Na moment zaciekawił mnie wątek Wandy, która z własnej winy, a wbrew chęciom, ląduje w klasztorze, ale szybko został tak trywialnie spłaszczony (dobry seks lekarstwem na wszystko), że straciłam resztki zapału. Inne bohaterki były tak do siebie podobne, że z trudem zapamiętywałam imiona. Ogólnie, ładnie było to wszystko osadzone w realiach, ale czytało mi się raczej jak anegdotki z przeszłości niż powieść.

Wątek współczesny nie podobał mi się wcale - mimo ciekawego rozpoczęcia. Postaci niby mniej, ale znajdująca się w centrum wydarzeń Iga była nijaka, może z wyjątkiem scen rozmów z mężczyznami, kiedy robiła się narwana. Zagadka pierścienia rozwiązywana była bardzo niemrawo - rozumiem, ze ma jej starczyć na kilka tomów, ale moje początkowe zainteresowanie szybko przez to oklapło. No i ta cukiernia, opisywana jako cudne, ciepłe miejsce, do którego wszyscy się garną. Jakoś nie poczułam tej atmosfery. Oczekiwałam drugiej Cukierni pod Pierożkiem z Wiśniami, a to tylko sklep z ciastkami.

Podsumowując, do Cukierni w Gutowie zaglądać już nie będę.

4 października 2011

Zapomniana siostra

Jak to możliwe, że polskie wydawnictwa tak po macoszemu traktują siostry Bronte?! "Jane Eyre" i "Wichrowe wzgórza" to nie wszystko. "Vilette" była bardzo trudno dostępna, wreszcie w 2008 r. wznowienie wydał Świat Książki (nie wiem, ile było wcześniejszych wydań, ale ja "Vilette" czytałam po polsku przed 2008, więc jakieś być musiało). "Shirley" szczęśliwie właśnie się ukazała w Wydawnictwie MG, co budzi u mnie nieśmiałą nadzieję, że tej łaski doczeka się także "Professor". Co jednak z najmłodszą z sióstr, Anną? Stworzyła tylko dwie książki, a jednak nadal żadna nie została przetłumaczona.

Kilka lat temu czytałam po angielsku pierwszą powieść Anny Bronte "Agnes Grey" - i pamiętam to jako drogę przez mękę. Nie ze względu na treść, tylko stopień trudności przy czytaniu oryginału przekroczył moje zdolności. Współczesne mogę czytać bez problemu, ale przy dziełach XIX wiecznych to orka, znacznie zmniejszająca przyjemność. Tak, wiem, że to kwestia praktyki, ale naprawdę nie obraziłabym się, gdybym miała możliwość sięgnięcia po tłumaczenie.

Wspomnienia męczarni przy "Agnes Grey" jakoś zniechęcały mnie do sięgnięcia po oryginał drugiej i ostatniej powieści tej Autorki "The Tenant of Wildfell Hall". Niby oryginalna wersja jest bez problemu dostępna online, ale czytanie po obcemu i to jeszcze z ekranu... Lenistwo zwyciężyło. Ale powieść kusiła, bo okrzyknięto ją najbardziej szokującą w dorobku sióstr. Po śmierci Anny jej siostra, Charlotte, powstrzymała wznowienie książki, ponieważ Anna opisała w niej ich jedynego brata, Branwella. W bardzo realistyczny sposób.

No i skończyło się na działaniu, którego zwykle się wystrzegam, czyli na obejrzeniu ekranizacji. Jeżeli powieść jest w połowie tak dobra jak film (a podejrzewam, ze jest lepsza - wnioskując z ekranizacji innych powieści sióstr Bronte), to ja muszę, po prostu muszę ją przeczytać. I spróbujcie mnie powstrzymać ;)

 

Ponoć Anna była obdarzona najmniejszą fantazją - jej książki najmocniej są oparte na rzeczywistych wydarzeniach. Żyła tylko 29 lat, a większość życia spędziła zamknięta na plebanii, a jednak ze swych skromnych przeżyć potrafiła zbudować aż dwie świetne powieści. W przeciwieństwie do romantycznych i emocjonalnych tworów swoich sióstr, były one nie tylko realistyczne, ale też bardzo krytyczne wobec rzeczywistości. "Agnes Grey" powstała na podstawie niezbyt przyjemnych doświadczeń Anny jako guwernantki. "The Tenant of Wildfell Hall" został niechlubnie zainspirowany przez Branwella, jedynego brata sióstr Bronte, które nie spełniając pokładanych w nim ufnie przez rodzinę oczekiwań, pod koniec życia pokazowo stoczył się w pijaństwo i rozpustę.

Bohaterka książki, Helen Huntingdon, jako niedoświadczona panienka wybrała sobie za męża uroczego bawidamka. Jej małżeństwo okazało się piekłem przemocy, zdrad i alkoholizmu. Żeby ratować małego synka przed zgubnym wpływem ojca, Helen decyduje się potajemnie uciec z domu wraz dzieckiem. Wynajmuje tytułowe Wildfell Hall, gdzie żyje stroniąc od ludzi. To, że żyje samotnie i wyraźnie nie chce zaprzyjaźnić się z sąsiadami, wystarcza, by obudzić wśród nich wrogie uczucia. Znajdzie obrońcę w przystojnym Gilbercie Markhamie, jednak i on nie znając przeszłości Helen, gotów jest dać wiarę zacieśniającemu się wokół niej kręgowi podejrzeń.


Teraz nie wydaje się to oczywiste, ale kiedy "The Tenant of Wildfell Hall" ukazał się w roku 1848, odejście bohaterki powieści od męża było gigantycznym skandalem. Nieistotne, jak zły był mąż, przysięga małżeńska wiązała na zawsze. Ucieczka Helen była nie tylko obrazą moralności, ale wykroczeniem przeciw prawu. Mąż miał prawo zażądać powrotu żony, jeśli ta próbowała zamieszkać oddzielnie. Zabranie ze sobą dziecka było równoznaczne z porwaniem. Cały majątek żony należał do męża - po ucieczce Helen utrzymywała się ze sprzedaży malowanych przez siebie obrazów, jednak według prawa ten zarobek był również własnością męża, więc można powiedzieć, że go w ten sposób okradała*.  Anna nie przedstawiła jednak swojej bohaterki jako jawnogrzesznicy, a jakby tego było mało, z ust postaci drugoplanowej padają hasła, że powołaniem kobiety nie jest służenie mężczyźnie.

O ile "Agnes Grey", wydana równocześnie z napisanymi przez Emilię "Wichrowymi wzgórzami", została przez nie zepchnięta w cień, o tyle "The Tenant of Wildfell Hall" okazał się oszałamiającym sukcesem - w 6 tygodni wyprzedano nakład. Rok po ukazaniu się powieści Anna zmarła na gruźlicę. Charlotte, jak wspomniałam, nie zezwoliła na wznowienie książki. Usprawiedliwiała się, że "wybór tematu tej książki nie jest właściwy i nie odpowiada gustom skromnych i łagodnych czytelników", niemniej swoją decyzją zepchnęła siostrę w cień zapomnienia na długie lata.

Rzecz jasna, nie jestem w stanie porównać ekranizacji do pierwowzoru (na razie). Oceniając ją jednak jako film, przyznaję wysoką notę. Nakręcono trzyodcinkowy miniserial, co pozwoliło dość dobrze oddać bogactwo wątków (chociaż motywacje działań niektórych bohaterów, np. brata Helen, podane są dość skrótowo). Świetnie dobrani zostali aktorzy, zwłaszcza Rupert Graves, który przy całej swej urodzie był szczerze odrażający jako mąż-alkoholik. Sama Helen grana przez Tarę Fitzgerald, chociaż wiarygodna w swej przemianie z radosnego podlotka w oszukaną żonę, a potem oschłą, zniechęconą kobietę, nie wzbudziła jednak mojej sympatii (może to kwestia interpretacji tej aktorki?). Podziwiałam ją, kibicowałam jej, ale nie polubiłam.

Polecam film wszystkim wielbicielom talentu sióstr Bronte i proponuję ogólnoblogową akcję, celem zmuszenia polskich wydawnictw do wydania brakujących powieści ;) Szturmem ich weźmiemy...

Tajemnice domu na wzgórzu / The Tenant of Wildfell Hall, reż. Michael Barker, UK 1996

* Źródło: Alexander, Christine; Margaret Smith (2003). The Oxford Companion to the Brontes. Oxford: Oxford University Press. Za wikipedią.

1 października 2011

Wyniki losowania

Dziś był długi dzień, więc dla równowagi relacja z losowania będzie krótka.

W roli sierotki wystąpił T.



And the winner is...




Gratulacje dla Milvanny! Adres do wysyłki prześlij na mój adres mailowy edytamo@gmail.com.

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...