29 lipca 2011

Cud w teatrze


Mam spore opory przed dodaniem tej notki. Raz "Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale" Wojciecha Bogusławskiego - to nie książka, tylko libretto opery. Dwa - 90% z nas pewnie była zmuszona do przeczytania/obejrzenia tego dzieła w szkole.
Argumenty za jednak przeważają:
1. Mam to na liście klasyki i przeczytałam, 
2. Ze szkoły nie pamiętam z tego nic a nic,
3. Był pierwszy polski romans, to może być i pierwsza opera,
4. Podobało mi się :)

Rok 1794, w okrojonej przez dwa rozbiory Polsce wrze. 1 marca odbyła się premiera pierwszej polskiej opery narodowej. 12 marca rozpoczęło się powstanie kościuszkowskie. Przypadek? Raczej nie. Rzecz jasna, to nie opera sprowokowała wybuch powstania, raczej powstańcze nastroje ujawniły się w treści przedstawienia.

Libretto opery pod lekką i zabawną treścią zawierało całą masę odwołań do sytuacji Polski - chociaż ani razu nie użyto w nim słowa "niepodległość", które mogłoby rozwścieczyć sąsiadów. Zamiast tego padało "wolność" i "całość", a i tak po trzecim przedstawieniu ambasador rosyjski zabronił dalszych.

Przyznaję, że niepodległościowe podteksty umykały mi przy czytaniu (choć dla współczesnych aluzje musiały być oczywiste), ale "warstwę oficjalną" czytało mi się bardzo przyjemnie, mimo gwarowej stylizacji. Tekst jest ładny, bardzo zgrabny i dowcipny, więc nie dziwię się, że zrobił furorę - zwłaszcza, że zawiera przyśpiewki, które pod koniec XVIII w. musiały być wybitnie nieprzystojne...


"Wyjdźcie do nas Panie Bartku, Pan Paweł was prosi

Bo dzis jesce chciałby urwać rózyckę u Zosi.

Zosia ceka niecierpliwie, rychło wiecór będzie,

Bo dostanie ślicny cepek, choć rózy pozbędzie.

Dziś Pan Paweł pozna Zosię, cy mu zyła wiernie,

Jeśli jesce u rózycki, ma kolące ciernie."

Bohaterowie żyją w podkrakowskiej wsi - mamy tu zakochanych Stasia i Basię oraz młodą macochę Basi, Dorotę, która także za Stasiem się ugania, czyniąc mu bezwstydne propozycje ;) Żeby pozbyć się Basi namawia męża, żeby wydał córkę za górala. Górale przybywają po narzeczoną, ale Basia do zahukanych nie należy, otwarcie odmawia związku. Rozwścieczeni Górale kradną Krakowiakom bydło. Krakowiacy rzucają się je odbijać i następuje totalny burdel. Na szczęście we wsi gości akurat pewien ubogi, ale niegłupi student, który podstępem i "mniemanym cudem" ułagodzi konflikt i doprowadzi do szczęśliwego zakończenia.

Chętnie obejrzałabym "Cud..." w teatrze, ale typowo operowe śpiewy straszliwie mi się gryzą z gwarą. Nic na to nie poradzę, znawcą oper nie jestem, ale jak to czytałam, wyobrażałam sobie raczej typowo ludowy podkład muzyczny.

27 lipca 2011

Romans po polsku

Wyobraźcie sobie, że idziecie do księgarni i nie ma tam  żadnego romansu... Żadnej Grocholi, Szwai, Kalicińskiej, Gutowskiej-Adamczyk... Nic, posucha -
a w ogóle na każdej okładce widnieje tylko męskie nazwisko. W takiej sytuacji musiała być Maria Wirtemberska, kiedy stworzyła pierwszy polski romans Malwinę, czyli domyślność serca. I chociaż wielbicielką romansów nie jestem, to chwała jej za to.

Maria Wirtemberska była bardzo ciekawą postacią, a jej życia wystarczyłoby na kilka powieści - niezbyt wesołych, niestety. Była córką Izabelli z Flemingów Czartoryskiej - jednej z najbardziej fascynujących kobiet w historii Polski. Ojcem Marii oficjalnie był Adam Kazimierz Czartoryski, a naprawdę król Stanisław August Poniatowski. Zresztą rodzeństwo Marii miało każde innego ojca - ślubny małżonek matki był ponoć ojcem tylko pierwszej córki, Teresy (Teresa zginęła tragicznie w wieku lat 15 - jej suknia zapaliła się od ognia w kominku). 

Maria została wydana za mąż młodo (jako szesnastolatka) i nader nieszczęśliwie, za niemieckiego księcia, Ludwika Wirtemberskiego. Rodzice mieli na uwadze dobro ojczyzny (ten zadłużony awanturnik miał znakomite koligacje - był bratem króla Fryderyka I Wirtemberskiego, siostrzeńcem króla Prus Fryderyka II i bratem przyszłej carycy Marii Fiodorowny). Szczęście Marii było zupełnie drugorzędne, choć trzeba przyznać, że Ludwik dobrze grał zakochanego, padając przed wybranką na kolana na sali balowej. Po ślubie jednak mu przeszło i małżeństwo nie przyniosło korzyści nikomu. Ludwik w czasie wojny polsko-rosyjskiej 1792 r. zdradził Polskę, na co Maria wystąpiła o rozwód. Ceną było pozostawienie mężowi jedynego syna, Adama.

Ludwik nienawidził Polski i w tej nienawiści wychował Adama. W rezultacie syn Marii w czasie powstania listopadowego jako dowódca wojsk rosyjskich ostrzeliwał pałac w Puławach, w którym chroniły się jego matka i babka, a następnie wypędził je stamtąd i na rozkaz cara splądrował pałacową bibliotekę, wysyłając 40 tys. tomów do Petersburga.
Swoją drogą, ciekawe, że kiedyś na wojnie najeźdźcy kradli książki...

Sama Maria po rozwodzie poświęciła się literaturze - prowadziła salon literacki, w którym bywali choćby Niemcewicz i Fredro, poza tym pisała opowiadania i tłumaczyła literaturę francuską. W wieku 48 lat stworzyła swoją najsłynniejszą powieść - pierwszą powieść sentymentalną vel romans Malwina, czyli domyślność serca. Jak sama tłumaczyła we wstępie - powieści tworzą głównie mężczyźni, a to nie pozwala na dobre oddanie realiów: "romanse Krasickiego, Jezierskiego itd. opisują zwyczaje naszych ojców i dziadów, lecz bynajmniej nie malują obrazu teraźniejszego społeczeństwa. Ten obraz w Malwinie nie jest ani doskonałym, ani dokończonym, lecz będąc pierwszym, wzbudzi może ciekawość"

Moją wzbudził i - choć rzeczywiście nie jest "doskonałym" - to jest to jednak uroczy XIX-wieczny obrazek, wart poznania przez wielbicielki powieści Austen i sióstr Bronte. Polacy nie gęsi.. a co!



Malwina współdzieliła losy pisarki - bohaterka została przez rodziców wydana za mąż w wieku lat 14, za mężczyznę starszego i nieczułego. Spędziła z nim dwa lata w odludnym zamku, z dala od bliskich. Mąż na szczęście zginął w wypadku i Malwina została od przykrego związku uwolniona. Odtąd zamieszkiwała w jednej ze swoich posiadłości wraz z młodszą siostrą. Co to były za czasy, kiedy szesnastolatka mogła już być wdową i panią na włościach...

Sam romans zaczyna się na sposób, który od tamtej pory został w literaturze kategorii B powielony miliardy razy - dzielny i przystojny Ludomir ratuje młodą i piękną Malwinę od śmierci w pożarze, a przy okazji wyciąga też z płonącego budynku dziecko. Jane Austen spaliłaby się ze wstydu... Młodzi szybko się zakochują, ale niewyjaśnione tajemnice w przeszłości Ludomira zmuszają go do rozstania z Malwiną. Zrozpaczona dziewczyna wyjeżdża dla podratowania psychiki do Warszawy, ale miasto bynajmniej nie przyniesie jej ukojenia... Od momentu wyjazdu do stolicy robi się ciekawie, bo pobyt w Warszawie pozwala na wprowadzenie ciekawych obyczajowych obserwacji, odmalowanie atmosfery panującej na spotkaniach śmietanki towarzyskiej i na ulicach miasta. Zresztą, naprawdę byłam ciekawa, jak rozwinie się intryga.

Urocze, acz nieznośnie romantyczne perypetie Malwiny zestarzały się jednak znacznie mocniej niż wspomniane powieści sióstr Bronte i Jane Austen. Rozwiązania fabularne są mocno naiwne, zbyt dużą rolę pełni przypadek, a Malwina mdleje przy każdej okazji. Uczucia bohaterki wahające się między miłością a rozczarowaniem odmalowane są sprawnie, ale poza tym Malwina nie jest zbyt wyrazistą bohaterką i trudno się z nią zżyć. Reszta bohaterów jest dość papierowa i tylko niekiedy można wyłapać jakiś promyczek żywszego opisu (jak przy pięknej Dorydzie).

Podsumowując, polecam tylko czytelnikom bardzo zainteresowanym kobiecą literaturą XIX wieku.

Korzystałam z wersji zamieszczonej na stronie projektu "Biblioteka Literatury Polskiej w Internecie".

26 lipca 2011

Na Wyspie Księcia Edwarda

"Jeśli jeszcze raz wspomni o Blythe'ach, rzucę w niego tym dzbankiem", pomyślała Susette. (s. 566)

Ja bym też chętnie rzuciła...

"Ostatni tom serii powieści o Ani Shirley wydany w pełnej, nie okrojonej wersji, w zgodzie z oryginalnym maszynopisem przekazanym przed laty kanadyjskiemu wydawcy przez autorkę. Do tej pory skrócona o około 100 stron książka dostępna była w sprzedaży (również w Polsce – Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009) pod tytułem Spełnione marzenia. Usunięte z poprzednich edycji tytułu strony rzucają nowe światło na historię wielu bohaterów cyklu. To znakomita lektura dla młodych i nieco starszych czytelników." (notka wydawcy)






Niech Was nie zwiedzie tytuł "Ania z Wyspy Księcia Edwarda". Przede wszystkim - to zbiór luźnych opowiadań, a nie kolejny tom powieści. Ania, Gilbert i ich dzieci nie są bohaterami żadnego opowiadania. Pomiędzy opowiadaniami umieszczone są wiersze "autorstwa" Ani i jej syna Waltera (naprawdę L.M. Montgomery) - i przy nich pojawiają się króciutkie dialogi między członkami rodziny Blythe'ów. W rozmowach tych nie pada jednak nic nowego - są to niemal wyłącznie odniesienia do  wydarzeń z wcześniejszych tomów.

Bohaterami opowiadań są  mieszkańcy Glen St. Mary, którzy poza przeżywaniem swoich perypetii (na ogół romasowo-matrymonialno-dziecięcych) mają istną obsesję na punkcie rodziny Blythe. Co drugie zdanie pojawiają się powołania typu "tak mówi doktor Blythe, tak uważa doktorowa, która jest piękną i przemiłą kobietą, to mówiła mi Zuzanna Baker". Bardzo szybko staje się to po prostu irytujące. Gdzieś w jednej czwartej tomu byłam w stanie szczerze znienawidzić Anię, Gilberta, Zuzannę i całą progeniturę. Ratowało mnie tylko to, że niektórzy bohaterowie też mieli dosyć tych inwokacji (patrz cytat na wstępie). Angielski tytuł "The Blythes Are Quoted" jest jak najbardziej na miejscu - bo cytowani są w kółko. Polski nie ma sensu.

Podobno L.M. Montgomery po prostu zebrała różne swoje opowiadania - opublikowane w gazetach i te nigdy nie wydane, powplatała wzmianki o Ani, przełożyła "jej" poezją i zaniosła wydawcy. Rozumiem obecny pęd do wydania ostatniego dzieła pisarki w takiej postaci, w jakiej chciała je widzieć - można to uznać za rodzaj hołdu. Jednak reklamowanie tego jako ostatniego odnalezionego tomu Ani ("niepublikowany wcześniej ostatni tom przygód Ani z Zielonego Wzgórza" - cytat z okładki polskiego wydania) jest bzdurą podyktowaną chyba chęcią wyciągnięcia pieniędzy od fanów cyklu (na "Blythe'ów" mogliby się nie złapać).

"Fabuła powieści jest o tyle zaskakująca, iż w niczym nie przypomina poprzednich części – odpowiada na takie problemy jak zdrada, starość, śmierć, niechęć do kobiet, nieślubne dzieci." (stąd). Rzeczywiście nie przypomina to poprzednich części Ani z Zielonego Wzgórza, ale w innych opowiadaniach te tematy się pojawiały. Tu może rzeczywiście są nieco silniej zaznaczone, ale bez sensacji. Skala mroczności nieco wzrosła w drugiej, krótszej części (tom podzielony jest na dwie części - pierwsza dotyczy czasów sprzed I wojny światowej, druga - po niej). Miałam wrażenie, że po prostu opowiadania te powstały później niż "Ania", kiedy o niektórych sprawach można było mówić i pisać śmielej.

To, co mną wstrząsnęło najbardziej, to nie morderstwa i nieślubne dzieci. W ostatnim opowiadaniu pojawiają się imiona wnuków Ani i Gilberta - w to aż nie chce się wierzyć, bo jak Ania mogłaby być czyjąś babcią! Najdziwniejsze jednak wrażenie robi wspomnienie Holokaustu. Ania Shirley i Holokaust wymienione jednym tchem, to jak zderzenie galaktyk z równoległych światów - niemożliwe.

To, czego zupełnie nie załapałam natomiast, to zapowiadane odarcie Gilberta ze wspaniałości: "The Globe and Mail" zwrócił uwagę, że fani powieściowego męża Ani, dobrego doktora Gilberta Blythe, "mogą teraz chcieć zasłonić oczy". W nowej książce Gilbert to drań i manipulator, ogarnięty chęcią kontrolowania wszystkich. (też stąd). Eee.... że co? Mnie się wydawał taki jak zawsze, pojawiał się jako ten wspaniały doktor Blythe,  kochający maż i doskonały ojciec - jeśli ktoś mógłby mnie naprowadzić na jakiś trop, byłabym wdzięczna.

Wracając jeszcze do praktyk polskiego wydawcy, to poza tytułem i reklamą przyczepię się jeszcze do niedbalstwa w imionach. Dziwna jest ta praktyka tłumaczenia imion, która sprawiła, że Jim Blythe był Kubą, ale Krzyś Ford - oryginalnym Kennethem (w wersji z mojego dzieciństwa było dokładnie na odwrót). Imion poza rodziną Blythe na ogół nie tłumaczono, więc w opowiadaniach występowali George, Dick i Ursula, a nie Jerzy, Ryś i Urszula. Jednak  narzeczona Jima/Kuby Blythe'a, córka pastora Mereditha, występuje czasem pod oryginalnym imieniem Faith, a czasem jako Flora...* Ja wiem, że to ta sama osoba, ale ktoś nie oblatany w twórczość Montgomery chyba się nie połapie. Fakt, jestem przyzwyczajona do starego wydania "Ani..." i do tamtych imion (też swobodnie niekonsekwentnych), ale jeśli już w nowych wydaniach chcieli coś zmienić, to proszę - albo Jim, Kenneth i Faith, albo Kuba, Krzyś i Flora.

Z innych błędów - w posłowiu na końcu książki  jest w przypisie zdanie "W ostatnim opowiadaniu "Spełnione marzenia", którego akcja toczy się w trakcie drugiej wojny światowej, Susette i Dick wspominają dziecięce przygody z wnukami Ani i Gilberta, co jest niemożliwe w świetle książkowej chronologii." Susette i Dick wspominają imiona Jima/Kuby, Nan i Di, więc chodzi o dzieci, a nie wnuki, Ani i Gilberta... (s. 588). Drażnią mnie takie nieścisłości, zwłaszcza że nawet nie czytałam tej książki zbyt wnikliwie (wybaczcie, ale po prostu mnie znudziła) - a wydawnictwo chyba powinno pracować nad nią staranniej.

Podsumowując, nie była to zła lektura, ale byłaby lepsza, gdybym się nie nastawiała na więcej informacji o losach Blythe'ów. W sumie czytałam przed lekturą recenzje, nieodbiegające wiele od mojej, więc już wiedziałam, czego się spodziewać - ale oczywiście i tak chciałam się przekonać osobiście. Jako zagorzała fanka nie mogłabym nie przeczytać czegoś, co pisarka złożyła do publikacji tuż przed śmiercią. 

Opowiadania są różne, niektóre lepsze, niektóre gorsze - mają przyjemny staroświecki urok, ale zbyt często opierają się na wyeksploatowanych już przez pisarkę motywach. Zaskoczona byłam chyba tylko raz - przy opowiadaniu, w którym pojawiły się: miłość bez szans na ślub, seks, nieślubne dziecko oddane do adopcji, przemoc i wreszcie morderstwo. Wszystko w jednym dziele...

Polecam fanom twórczości L. Maud Montgomery, a sama zamierzam sięgnąć po Dzban ciotki Becky, którego jakoś nigdy nie miałam okazji przeczytać oraz po biografię pisarki Maud z Wyspy Księcia Edwarda.

* Przychodzi mi do głowy, że po prostu użyto tłumaczenia ze "Spełnionych marzeń", a przy uzupełnianiu o niepublikowane wcześniej fragmenty imiona przytaczano w oryginale. A nikt potem widocznie tego nie korygował. Może brakuje im w wydawnictwie moli książkowych, które znają poprzednie części cyklu...

24 lipca 2011

Grając w szachy w Petersburgu

Zugzwang [wym. cukcfank] w grze w szachy - konieczność wykonania ruchu w sytuacji, w której każde posunięcie pogarsza położenie gracza. (ze Słownika wyrazów obcych... W. Kopalińskiego).

Zugzwang to udany kryminał z czasów carskiej Rosji. W 1914 r. życie znanego psychoanalityka, doktora Rubena Spethmanna, zostaje roztarte w pył, chociaż on sam nie zrobił zupełnie nic...
Kto jest temu winny? 
Jego pacjent - znany szachista, Polak żydowskiego pochodzenia, Abram Rosenthal, kandydat do zwycięstwa w rozpoczynającym się turnieju szachowym w Petersburgu?
A może inny - Grigorij Wasiliewicz Pietrow, przedstawiciel Dumy, znienawidzony przez arystokrację orędownik biedoty? 
Albo piękna Anna Pietrowna Ziatdinowa, córka "Góry" Zinnurowa, odpowiedzialnego za pogromy Żydów?
Do wyboru mamy też upartą córkę doktora, Katierinę, która najwyraźniej kryje jakieś tajemnice, oraz jego przyjaciela, sławnego skrzypka ze słabością do płci pięknej, Borisa Kopelsona.
Czy któryś z nich jest tajnym agentem Ochrany? Albo - czy może któryś z nich nie jest?

W tej rozgrywce Spethmann jest tylko pionkiem, a nadrzędnym celem jest zrzucenie z szachownicy króla-cara. Są ludzie, dla których życie pionków nic nie znaczy...

Autor dobrze odmalowuje atmosferę Petersburga, wrzącego od nadciągającej z zewnątrz wojny i wewnętrznych niepokojów społecznych. Bohater zostaje uwikłany w sprawy "dziejowe", które go nie interesują, a jednak mogą zniszczyć życie jego i jego bliskich. Czy uda mu się wydostać z zugzwangu? I jakim kosztem? 
 
Zugzwang znalazł się na liście najlepszych książek Washington Post z 2007 r. i o ile nie twierdzę, że jest to powieść "genialna", to przyznaję, że jest naprawdę dobra, wciągająca, inteligentna i warta przeczytania zarówno przez wielbicieli kryminałów, jak i Rosji (swoje drogą, mam wrażenie, niestety, że w sprawach politycznych niewiele się w tym kraju zmieniło).


Mam słabość do książek o szachach - chociaż nie umiem w nie grać, mają dla mnie w sobie coś magicznego. Zasady niezmienne od lat, nieskończoność możliwości na 64 polach oraz - po prostu - materialne piękno. W powieści szachy odgrywają ogromną rolę, całej akcji towarzyszy rozgrywka między doktorem a jego przyjacielem Kopelsonem - zbieżna z zaplątaną intrygą rozgrywającą się poza szachownicą.

Inne książki z szachami w roli głównej:

Szachownica flamandzka Arturo Pereza-Reverte, czyli jak za pomocą rozgrywki szachowej namalowanej na obrazie z XV wieku rozwiązać zagadkę morderstwa... Bardzo cenię sobie tego autora, zwłaszcza za jego powieści kryminalne. To zdecydowanie powieści z klasą. Polecam!






Ósemka Katherine Neville, czyli sztandarowy przykład przygodowego czytadła. Francuski klasztor w XVIII wieku, specjalistka komputerowa z XX wieku i legendarne średniowieczne szachy - czyli nieprawdopodobnie naciągana fabuła, przy której Kod Leonarda da Vinci to podręcznik historii. Trzeba przyznać, że jednak wciąga, więc przeczytałam do końca, klnąc samą siebie, że czytam takie głupoty ;) Ale dawno to było, nie wiem, czy teraz starczyłoby mi cierpliwości,

23 lipca 2011

Lovely or not

Zostałam zaproszona do zabawy przez Balbinę 64 i Karolinę. Dziękuje, dziewczyny, takie wyrazy uznania są bardzo miłe i podbudowują mnie w chwilach blogowego zwątpienia. 
Zasady gry są takie:

1 - Na swoim blogu stwórz notkę o nominacji, podając przy tym link do osoby, która Cię nominowała.
2 - Napisz o sobie siedem rzeczy, których odwiedzający bloga jeszcze nie wiedzieli.
3 - Nominuj szesnaście innych osób (nie można jednak nominować osoby, która Ciebie nominowała),
4 - Zostaw na ich blogach komentarz, dzięki któremu dowiedzą się o nagrodzie i nominacji.

Punkt 1 wykonany.
Punkt 2 - przewin niżej.
Punkt 3 i 4 -  wybaczcie, nie potrafię nominować 16 blogów. Zaczęłam tworzyć listę, ale wybór akurat szesnastu, nie mniej, nie więcej, byłby całkiem przypadkowy i nie świadczyłby o niczym. Uwielbiam i czytuję wszystkie blogi, które obserwuję i które mam na liście w boczku oraz te nowe, które cały czas odkrywam. Jest ich znacznie więcej niż szesnaście. Poza tym - to duża liczba, więc myślę, że i bez mojego udziału każdy zostanie nominowany ;)

O mnie:

1. Nie mam telewizora. Pozbyłam się go, kiedy zorientowałam się, że przez trzy miesiące nie włączyłam go ani razu. Duży był, czarny, kurzył się jak nawiedzony i nie miałam cierpliwości w kółko go czyścić. Jedyny kontakt z tą maszyną mam u teściów i muszę przyznać, że reklamy oglądane raz na kilka tygodni są całkiem przyjemne - kolorowe, z muzyczką, migają wesoło... ;) 

2. Uwielbiam kuchnię indyjską i sushi, wszystko w wersji wege.

3. Przy jedzeniu nie czytam. Kiedy zamieszkałam z T. i zaczęliśmy wspólnie jeść posiłki, gapienie się w książkę wydało mi się samolubne. Teraz wspólnie przy jedzeniu oglądamy na laptopie seriale (podobno to fatalnie robi na trawienie, ale taką już mamy prywatną tradycję, a zresztą to kwestia wprawy - nawet rozkładające się trupy w Bones nie odbierają nam apetytu).

4. Nie umiem pływać. Ale się właśnie uczę i przed końcem roku będę pływać jak ryba. Zakład? A potem zacznę się uczyć konnej jazdy.

5. Kolekcjonuję hobby. Nie będę wyliczać, co lubię robić, bo to by zajęło dużo miejsca. Ostatnio na tapecie są lalki z modeliny. Takie jak ta z boku.
To jest Czerwony Kapturek, nadal w fazie tworzenia. Wkręciło mnie w postaci z bajek.








6. Reaguję agresywnie na "bynajmniej" używane w znaczeniu "przynajmniej". Resztę błędów potrafię przełknąć.

7. Urodziłam się siódmego i w niedzielę. Może dlatego moje marzenia zwykle się spełniają.

22 lipca 2011

Głos Gilgamesza dobiega z otchłani przeszłości (Czytam klasykę )

Pierwsze koty za płoty (książki za regały?)  ;)  Czytanie klasyki uważam za rozpoczęte.

O czym?
Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o kobietę... Epos o Gilgameszu ma kilka tysięcy lat, w rolach głównych herosi, bogowie co krok, ale problemy zupełnie zrozumiałe. Gilgamesz był władcą miasta Uruk. Piękny, silny, dzielny... Niestety wprowadził prawo pierwszej nocy, czyli zanim mąż mógł przespać się ze swoją żoną, Gilgamesz pierwszy ładował się oblubienicy do łóżka. Mieszkańcy Uruk byli cierpliwi i posłuszni, ale w końcu nie wstrzymali... No, bo naprawdę... Każdy by się zdenerwował...

Mieszkańcy Uruk zwrócili się do bogów o pomoc, a ci stworzyli męża na podobieństwo Gilgameszowi, Enkidu. Enkidu biegał sobie po lasach z dziką zwierzyną, do Uruk się nie wybierał, więc jak go zwabiono do miasta? Podstawiono mu piękną nierządnicę, która zrzuciła przed nim ubranie i Enkidu rzecz jasna złapał się na lep. Z okazji skorzystał, po czym się zakochał i grzecznie podreptał za śliczną Szamhat. W Uruk zamiast się bić, przemówił Gilgameszowi do rozsądku. Chłopcy padli sobie w ramiona i zostali gorącymi przyjaciółmi (Ty mnie pomożesz, ja Tobie pomogę: cóż złego może nas dwóch spotkać), po czym poszli prać trzeciego, niejakiego Humbabę...(no bo jak nie seks z dziewicami, to chociaż trzeba kogoś pobić - rozrywka jakaś musi być):
 "Zęby ma Humbaba jako kły smoka, lwa oblicze, w starciu jest jak potop!  (...) Na czubku ogona swego i członka ma dwa łby wężów jadowitych."

Ubicie Humbaby nie zakończyło przygód - w Gilgameszu zakochała się bogini Isztar, ale ten odrzucił jej zaloty (bo to zła kobieta była). Wściekła Isztar wyprosiła u ojca potwora, bykołaka, który miał ją pomścić...
Niech Was jednak nie zwiedzie to streszczenie. Pod płaszczykiem "wesołych" przygód kryje się odwieczny ludzki, herosom też nie obcy, lęk:
 "Czyż i ja nie umrę (...)?  W łonie mym rozpacz się zalęgła. Jakże mi to zmilczeć? Jak spokój znaleźć? Trwogę przed śmiercią poczułem, bogowie! Raczcie mnie, jak dotąd, wśród żywych zachować!"

Gilgamesz rusza na poszukiwanie wiecznego życia, choć rozsądniejsi odwodzą go od tego pomysłu:
"Gilgameszu! Na co ty się porywasz? Życia, co go szukasz, nigdy nie znajdziesz! Kiedy bogowie stwarzali człowieka, śmierć przeznaczyli człowiekowi, życie zachowali we własnym ręku. Ty, Gilgameszu, napełniaj żołądek, dniem i nocą obyś wciąż był wesół, codziennie sprawiaj sobie święto, dnie i noce spędzaj na grach i pląsach! Niech jasne będą Twoje szaty, włosy czyste, obmywaj się wodą, patrz, jak dziecię twej ręki się trzyma, kobiecą sprawę czyń z chętną niewiastą: tylko takie są sprawy człowieka!"

Ale czy Gilgamesz posłuchał rad, czy nie, tego Wam nie zdradzę. Poczytajcie sami...

Rękopis ;) *
Jak?
Przedstawiłam Wam tę historię w lekki sposób, bo czytanie klasyków nie polega na biciu pokłonów ("bo to takie stare"). To nie szkoła, można z lektur czerpać frajdę ;) Trzeba jednak zaznaczyć, że język utworu, choć  bardzo piękny i melodyjny -  z licznymi powtórzeniami podobnymi do refrenów - jest trudny w odbiorze. Ostatecznie ta proza ma ponad dwa tysiące lat, a i tłumaczenie ze starobabilońskiego łatwe nie było.

* Fragment tablicy jest wystawiony w British Museum (wśród innych łupów wywiezionych z dawnych kolonii). Mogę się pochwalić, że byłam i widziałam.


Skąd?
Gilgamesz (lub Bilgamesz) był (najprawdopodobniej) postacią historyczną, rzeczywistym królem sumeryjskiego miasta Uruk w I. poł. III tys. p.n.e.  Był bohaterem wielu legend, które potem przybrały postać Eposu, składającego się z 12 tablic-rozdziałów. Trzeba przyznać, że zapisał się ludziom w pamięci...
Trudno nam teraz zrozumieć jaką rzeczywiście rolę pełniły opowieści o tym bohaterze - przecież ludzie nie trzymali kamiennych tablic z opowieściami na stoliczkach nocnych, żeby sobie przed snem poczytać - niemniej przygodowa akcja pierwsze połowy nasunęła mi nieodparte skojarzenia ze współczesnymi opowiadaniami o superbohaterach. Taki Indiana Jones z Mezopotamii...  Jego wpływ na kulturę był jednak bez porównania większy niż współczesnych bohaterów o króciutkich żywocikach - o Gilgameszu pamiętano co najmniej przez 2 tysiące lat... (najwcześniejsze wzmianki z 2. połowy III tys. p.n.e., ostatni fragment Eposu z I w. p.n.e.).
Druga część Eposu - znacznie bardziej filozoficzna, odwołująca się do najgłębszych lęków - mimo starożytnej otoczki wydała mi się niezwykle aktualna. Minęły tysiące lat, ludzie zapomnieli o sumeryjskich bóstwach, ale niemożność pogodzenia się kruchością ludzkiego losu pozostała. Może dlatego epos o Gilgameszu nie został zapomniany, bo porusza kwestię wiecznie żywą?


Ciekawostki
W eposie można znaleźć znaną wszystkim opowieść o wielkim potopie - tylko Noe nosi tu imię Utnapiszti.

Współcześnie

Gilgamesz Joan London to nie ponowne opowiedzenie starożytnej historii, to próba odnalezienia jej współczesnych odniesień. Akcja powieści zaczyna się w londyńskim szpitalu i natychmiast przenosi się do Australii. Edith, główna bohaterka, podróżując przez Londyn, Stambuł, Batumi, Tyflis (czyli Tbilisi), Erewań, Tabriz, Aleppo i Aleksandrię tropi swoje przeznaczenie. "Gilgamesz" to wspaniała i oszczędna, a zarazem poruszająca opowieść o spotkaniach i ucieczkach, przyjaźni i miłości, stracie i akceptacji.
Zainteresowało mnie to. Czy ktoś z Was czytał? 




Anna In w grobowcach świata Olgi Tokarczuk to opowiedziany na nowo - po mistrzowsku - mit o bogini Innanie. Starożytne wierzenia i futurystyczne wizje... Mnie książka zachwyciła bezgranicznie, ale uwaga - jeśli ktoś nie lubi czytać mitów, będzie mu ciężko. Język jest bardzo pięknie stylizowany, po Eposie o Gilgameszu widzę i doceniam to jeszcze bardziej, niemniej jeśli odrzucają Was cytaty z Gilgamesza zamieszczone w notce, to i z Anną In nie pójdzie Wam łatwo.







Korzystałam z wersji zamieszczonej tutaj: http://free.of.pl/m/mysticearth/mitologia/su/gilgamesz.pdf. Jakość nie jest niestety idealna.

21 lipca 2011

Podróżować po świecie w poszukiwaniu prawdy

To z pewnością jedna z najważniejszych książek, jakie do tej pory przeczytałam. Może dlatego tak ciężko mi o niej pisać i zbieram się do tego od tygodnia.

W tej książce jest wszystko. Narodziny i śmierć, miłość, rodzina, przygoda, pasja, podróże, wojny i przede wszystkim - życie.
Tiziano Terzani (1938-2004) to włoski reporter, który przez wiele lat był korespondentem w Azji. Przez całe życie robił to, co kochał - podróżował i pisał o tym.
Koniec jest moim początkiem
to jego ostatnie dzieło.

Książka ma formę wywiadu przeprowadzonego ze stojącym nad grobem, chorym na raka Terzanim przez jego syna, Folco.  

 Tak, to jest koniec, ale także początek historii, która jest moim życiem, o którym z przyjemnością z tobą porozmawiam, abyśmy sprawdzili razem, czy summa summarum był w nim jakiś sens. (s. 16)



W przepięknym Orsigna ojciec opowiada synowi swoje życie, od biednego dzieciństwa we Włoszech, przez Afrykę, wojny w Wietnamie i Kambodży (po których nie chciał już dłużej zajmować się polityka, twierdząc, że ludzie i tak nie uczą się na błędach), Chińską Republikę Ludową (był jednym z pierwszych zachodnich dziennikarzy, którego tam wpuszczono... a potem wyrzucono), Japonię (która wywołała u Terzaniego depresję), Tajlandię (mieszkał tam z rodziną w domu na palach, a w wodnym ogrodzie mieszkał mięsożerny żółw) i Indie. Jego opowieść kończy dopiero... śmierć. Terzani zaczynał jako korespondent wojenny, ale fascynowała go raczej kultura i - zwłaszcza pod koniec - życie duchowe. Na starość uczył się medytacji, mieszkając w lesie z pewnym pustelnikiem, ale ostatecznie zdecydował, że może wyrzec się wszystkiego z wyjątkiem rodziny. Wrócił więc z nią do Włoch i w ten sposób jego życie zatoczyło koło - dzięki tej lekturze możemy znaleźć się w samym jego środku.

Przy tak barwnym życiorysie nic dziwnego, że czytelnik ma wrażenie, jakby gnał w szalonej podróży przez pół świata. Są tu jednak nie tylko chronologicznie spisane losy Autora, ale też jego przemyślenia na wiele tematów: wojny, miłości i zwłaszcza, śmierci.  Koniec...  to niemal filozoficzny traktat o sensie życia, spisany przez człowieka, który wyrusza w swoją ostatnią podróż - ze spokojem, którego na razie mogę mu tylko zazdrościć.

O bezsensie konsumpcjonizmu:
Uczciwie trzeba przyznać, że świat jest cudowny, nic na to nie można poradzić, po prostu cudowny. Jeżeli jesteś w stanie poczuć się częścią tego cudu - nie ty, który masz dwie ręce i dwoje oczu, ale jeżeli esencja ciebie samego czuje się częścią cudu - czegóż mógłbyś chcieć więcej? Czego? Nowego samochodu? (s. 459)

O rezygnacji z pracy korespondenta wojennego:
- Już nie chciałeś jeździć i patrzeć?
- Właśnie, nie chciałem. Dlatego, że już widziałem: wszystko jest identyczne, jednakowe. Folco, trzydzieści lat potem jedziesz do Iraku - ja tam nigdy nie byłem, ale czytam, co piszą moi młodsi koledzy, i widzę dokładnie to samo, co działo się w Wietnamie. Przyjeżdża ktoś, robi konferencję prasową i mówi: "Wrogowie. Dziś zabiliśmy ich dwudziestu czterech, byli źli! Znaleźliśmy ukrytą broń. Mieli tez milion dinarów..." (s. 155)

Wypatrzyłam tę książkę w księgarni (nie znałam wtedy nazwiska Terzani), zafascynował mnie jakiś fragment na początku i potem dostałam ją od T. pod choinkę. Bardzo długo leżała na półce,  zaczęłam czytać, pierwsza część o dzieciństwie we Włoszech wydała mi się beznadziejna i Koniec... wrócił na półkę. Na szczęście sięgnęłam po nią kolejny raz i przepadłam. Dawkowałam ją sobie, żeby starczyło na dłużej i żebym miała czas przemyśleć to, co przeczytałam. Śmiech mieszał się ze łzami, a zachwyt z bólem. T. może potwierdzić, że przez kilka tygodni co drugie zdanie zaczynałam od: "W tej książce, którą teraz czytam...".

Lojalnie uprzedzam, że forma jest początkowo dość trudna. Wywiad spisano bardzo dosłownie, z zaznaczeniem wszystkich przerw, westchnień, uwag o jedzeniu itp. Wypowiedzi są - jak to zwykle w prawdziwych opowiadaniach bywa - czasem niespójne, rozłażą się w dygresje, czasem autor ma problemy z przekazaniem tego, co ma na myśli. Jednak, kiedy już się człowiek wciągnie, czyta się świetnie. 

Teraz pozostaje mi tylko poznać wszystkie reportaże Terzaniego, a potem w nieskończoność wracać do Końca, który jest moim początkiem.

Tiziano Terzani
Koniec jest moim początkiem
Zysk i ska 2010
ss. 576

PS. Mam nadzieję, że ostatnia podróż Terzaniego jest równie ciekawa, jak wszystkie poprzednie.






Cytat w tytule posta, s. 159.

EDIT:
W 2010 r. powstał niemiecki film na podstawie tej książki: Das Ende ist mein Anfang (zwiastun)  - nie bardzo wyobrażam sobie jak można zrobić ekranizację wywiadu, ale niech będzie. Zdjęcia ma bardzo ładne, może kiedyś obejrzę (choć nie podejrzewam, żeby pojawił się w Polsce).

20 lipca 2011

Najsłodszy film świata

Nie przepadam za dziećmi. Na ulicy oglądam się za każdym psem i kotem, ale niemal nigdy za wózkiem. Nie żywię do nich szczególnej antypatii, po prostu cudze mnie nie interesują, a własnych jeszcze nie mam.

Na francuski dokument "Bebes" nie skusiła mnie wizja małych rączek, nóżek, paluszków i obślinionych mordek, ale aspekt kulturowy. Film opisuje - bez słów - rok z życia czworga dzieci, od urodzenia do pierwszych kroków: Ponijao z Namibii, Mari z Japonii, Hattie ze Stanów i Bayara z Mongolii.

Po filmie chcę mieć natychmiast gromadkę pociech, najlepiej każde z innym kolorem skóry... To o czymś świadczy prawda?

Pod względem kulturowym film jest fascynujący, pod względem wizualnym przepiękny - uczta dla oczu. No a jeśli chodzi o bohaterów - słodki. Słodszy. Najsłodszy.




Poza tym to kopalnia informacji. Okazuje się na przykład, że:
- papier toaletowy jest bardzo smaczny, jeśli się go dostatecznie długo i z przekonaniem mamle;
- kilkumiesięczne dzieci mogą pełzać na golasa po piachu i kamieniach oraz pić wodę z rzeki;
- wszystkie zwierzęta, włączając w to krowy, kozy i koguta, mają więcej cierpliwości do dzieci niż ja;
- można umyć dziecko za pomocą wylizywania albo własnym mlekiem;
- dwulatek jest w stanie zająć się młodszym rodzeństwem.



Bardzo podobały mi się obrazki z Namibii, uświadamiające, że tak naprawdę nie potrzeba niczego, żadnego przedmiotu, żeby wychować dziecko (no, dobra, zależy to nieco od klimatu) oraz z Mongolii, gdzie dziecko mogło swobodnie wypełznąć z jurty na trawę (i prosto pod krowie kopyta), od początku będąc częścią natury. W porównaniu z nimi, małe Hattie z USA i Mari z Tokio wydawały mi się całkiem odizolowane od świata zewnętrznego i pozbawione towarzystwa rówieśników.


 

Polecam bardzo gorąco, nie tylko wielbicielom szkrabów.

Bobasy/Bebes/Babies, reż. Thomas Balmes, Francja 2011.

19 lipca 2011

Zbrodnie wojenne

Ja tę serię przyciągam. Nie kupuję, nie wypożyczam, a i tak zawsze ktoś mi przyniesie następny tom...

Tym, którzy z sagą pani Lackberg się nie zetknęli wyjaśniam, że pierwszoplanowymi bohaterami jest para, a obecnie już małżeństwo: Erika i Patrik. Erika jest pisarką, Patrik policjantem.

Patrik właśnie rozpoczyna swój "tacierzyński" urlop, kiedy znalezione zostają zwłoki... Zamordowano starszego pana, historyka - wydaje się, że brak powodu, bo był cichy, spokojny i nikomu nie zagrażał. Oczywiście, Patrik znajdzie jakimś cudem czas, by pomiędzy zmianą pieluszek i spacerami zaangażować się w śledztwo.
Jednocześnie Erika stara się wyjaśnić zagadkę wojennego niemieckiego medalu i zakrwawionego niemowlęcego kaftanika, które znalazła na strychu, wśród pamiątek po matce. Kiedy zaczyna czytać jej pamiętniki z młodości, odkrywa, że ta oschła kobieta, która nie potrafiła przytulić córeczek, za młodu była radosna, ciepła, pełna życia. Co takiego wydarzyło się w jej życiu, że wywołało tak ogromną zmianę? Co więcej, okazuje się, że za młodu matka przyjaźniła się z zamordowanym historykiem...
Wszystkie wątki, rzecz jasna, splatają się w bardzo ciasny węzeł...

Ogólnie będę marudzić na tę książkę, chociaż nie na samą zagadkę, bo ta - muszę przyznać - utrzymała mnie w napięciu aż do końca. Zainteresowała mnie zresztą ta tematyka - z jednej strony kwestia wojny w Szwecji, którą przecież ominęło większość nieszczęść, z drugiej - współcześni neonaziści.

Za to mogę ponarzekać na:
- przeraźliwie rozdętą objętość - naprawdę, ze 100 stron dałoby się wyrzucić z pożytkiem dla akcji, dywagacje na temat parzenia napojów, chrupania ciasteczek, pochłaniania irysków są cokolwiek zbyt drobiazgowe;

- szeroko omawiane życie prywatne wszystkich krewnych i znajomych Królika - poza perypetiami małżeńsko-dziecinnymi Eriki i Patrika, mamy też przygody związkowe Anny, siostry Eriki; policjanta Martina, którego dziewczyna oczekuje dziecka; nową policjantkę, imigrantkę Paulę, której dziewczyna (sic) też oczekuje dziecka; kolejną miłosną przygodę pierdołowatego szefa policjantów, Bertila; sekretarkę Annikę, która tęskni za posiadaniem dzieci; policjanta Gostę, który żałuje, że posiadanie dzieci nie było mu dane....  Tak, dobrze Wam się wydaje, prywatne życie bohaterów tej sagi kręci się tylko i wyłącznie wokół dzieci. Czasem wokół związków. Innych problemów i  zainteresowań brak. Jest też paru nowych bohaterów (w sensie - związanych z tym konkretnym morderstwem) - zgadnijcie wokół posiadania/braku czego toczy się ich życie...;

- Autorka zawsze wybiera jakiś przewodni temat dla każdej części - tym razem jest to ojcostwo. Dobra, rozumiem, fajny pomysł, ale zaczęłam zgrzytać zębami, czytając, jak to czwartoplanowy bohater wspomina, że kiedy córeczki były małe, to im sam z siebie zmieniał pieluszki ...

Jeśli ktoś lubi sagi rodzinno-obyczajowo-kryminalne (kolejność nieprzypadkowa) to polecam, ale za porównywanie do "Millenium" powinno się pozwać wydawnictwo do sądu.

Camilla Lackberg, Niemiecki bękart, Wydawnictwo Czarna Owca, 2011

Wcześniejsze części recenzowałam tu:

17 lipca 2011

Literatura na ekrany! - Jane Eyre

Moje pierwsze zetknięcie z Jane Eyre było całkiem nieświadome. W wieku kilku lat oglądałam z rodzicami jakiś film i jedyne co z niego zapamiętałam, to scena, w której młoda kobieta spotyka szaloną żonę swego narzeczonego. Sporo lat później przeczytałam książkę i skojarzyłam bohaterów powieści z tamtym filmem. Do dziś niestety nie wiem, która to była ekranizacja, bo jest ich sporo.

Początkowo zamierzałam nawet obejrzeć wszystkie ekranizacje, które powstały, ale doszłam do wniosku, że zarżnięcie w ten sposób na amen jednej z ukochanych książek jest złym pomysłem... Poprzestałam więc na trzech dobrych ekranizacjach z ostatnich lat, a po resztę może kiedyś jeszcze sięgnę.

Skrót fabuły (jeśli jest jeszcze ktoś, kto nie zna dziwnych losów Jane):
Mała Jane Eyre to sierota wychowywana przez ciotkę, która jej nie znosi i dość szybko pozbywa się dziewczynki, oddając ją do szkoły z internatem. W szkole panują fatalne warunki, wiele dziewcząt umiera z powodu niezdrowego klimatu i niedożywienia, w tym ukochana przyjaciółka Jane - Helen Burns (to wątek autobiograficzny,  w podobny sposób Charlotte Bronte straciła dwie siostry). Kiedy Jane dorasta, znajduje pracę jako guwernantka w Thornfield Hall. Uczy tam małą Francuzkę Adele, wychowanicę pana domu, Edwarda Rochestera. Mimo jego nietypowego zachowania oraz różnic społecznych między nimi,  Jane i Rochestera powoli zaczyna łączyć nić sympatii,  i nie tylko. Jednak zarówno pan Rochester, jak i stare domostwo Thornfield Hall kryją ponure tajemnice...

Jane Eyre, reż. Franco Zeffirelli, 1996
Charlotte Gainsbourg


















Przez ponad 10 lat była to jedyna ekranizacja Jane Eyre, jaką znałam i uważałam ją za doskonałą, mimo kilku zbyt ckliwych scen. Jej ogromnym plusem jest pierwsza "dziecinna" część z młodziutką Anną Paquine (zdobywczyni Oskara za Fortepian) w tytułowej roli, która dla mnie jest Jane idealną. Dzieckiem milczącym, zamkniętym w sobie, ale niezwykle bystrym i nieprzeciętnym.

Charlotte Gainsbourg (też nie byle kto, bo córka Serge'a Gainsbourga i Jane Birkin) również jest w roli dorosłej Jane doskonale przekonująca. Książkowa Jane nie była pięknością i na szczęście filmowcy nie próbują tego obejść. Charlotte (i aktorki z wersji poniżej)  ma twarz bardzo interesującą i nieprzeniknioną, czasem wydaje się prawie-zupełnie-ładna, dopóki nie zestawi się jej ze śliczną buzią Blanche Ingram, czyli rywalki o względy Rochestera. (Dla dopełnienia plejady gwiazd - Blanche w tej wersji zagrała modelka Elle MacPherson.)

Film trwa 112 minut, więc siłą rzeczy został dość mocno obcięty  z wątków pobocznych. Dość rozbudowana (w porównaniu z innymi) jest część tocząca się w szkole, natomiast "dorosła" ogranicza się do clou, czyli relacji między Jane a Rochesterem.


Jane Eyre, miniserial z 2006 r.
Ruth Wilson















Ten czteroodcinkowy serial obejrzałam, bo nie mogłam się już doczekać nowej wersji z 2011 r. Początki były marne - dzieciństwo Jane zostało maksymalnie skrócone, wyszedł taki błyskawiczny przegląd najważniejszych scen: oglądanie książki, bójka z kuzynostwem, zła ciotka, czerwony pokój, rozmowa z dyrektorem szkoły, niesprawiedliwa kara w szkole, rozmowa z Helen, Helen umiera, cmentarz, koniec. W dodatku małą Jane gra Georgie Henley - czyli słodka, błękitnooka, pucołowata i gadatliwa Łucja z Narni. Nie pasowała mi straszliwie i miałam jak najgorsze przeczucia co do reszty, ale zostałam przyjemnie zaskoczona.

Ruth Wilson i Toby Stephens, grający Jane i Rochestera, są w swoich rolach świetni, całkowicie wiarygodni. Bohaterowie, nastrój (ech, te mgły na wrzosowiskach), zdjęcia, muzyka - wszystko pasuje. Historia, którą znam niemal na pamięć,  wciągnęła mnie z głową. Dość powiedzieć, że przy zakończeniu łkałam ze wzruszenia, a to się często nie zdarza.

Dzięki długości filmu część "dorosła" jest wierna oryginałowi - zachowano poboczne wątki z odwiedzinami u umierającej ciotki, Richardem Masonem, ucieczką Jane i pobytem u Riversów. Twórcy dodali nawet co nieco od siebie, np. wśród znajomych Rochestera znajdują się urocze bliźniaczki i zafascynowany nimi naukowiec. Sam Rochester jest dużo przystojniejszy niż w oryginale - ale w mroczny sposób, więc mu wybaczam - i nieco bardziej porywczy. Niektóre jego zachowania wydawały mi się tu nawet bardziej logiczne, niż po lekturze. Jedyne, co mnie nieco drażniło, to zbyt wiele wyrośniętej Adele.

Zdecydowanie ta wersja, mimo słabego początku, awansowała na pozycję najulubieńszej ekranizacji - tej książki i podobnych.

Jane Eyre, reż. Cary Fukunaga, 2011
Mia Wasikowski
















Najnowszej ekranizacji nie udało się przebić serialu omawianego powyżej. Po nieugietej w swym postępowaniu, lecz targanej wewnętrzną pasją Ruth Wilson, Jane Mii Wasikowskiej wydała mi się niestety dość nijaka. Bardzo młoda, nieopierzona osóbka, dość przemądrzała, choć sama jeszcze nie wie, czego chce od życia. Zupełnie mnie nie przekonała. 

Fabuła streszczona do 2 godzin filmu musiała zostać mocno poobcinana- w rezultacie miłość między Jane a Rochesterem zaczęła się nie wiadomo kiedy,  chyba od pierwszej rozmowy, co nie dodało jej wiarygodności. Miałam wrażenie, że Jane zakochała się w swoim chlebodawcy, bo był pierwszym mężczyzną, którego spotkała po opuszczeniu szkoły, a nie dlatego, że była między nimi jakaś szczególna chemia.

Część dziecinna bardzo krótka, ale niezła, nadal nie przebiła jednak  wersji z Anną Paquine.

Zaletą jest nielinearny sposób prowadzenia fabuły. Film zaczyna się sceną ucieczki Jane z Thornfield Hall, kiedy trafia pod opiekę St. Johna i jego sióstr. Jej wcześniejsze losy budują się ze wspomnień i retrospekcji. Film ma też piękne klimatyczne zdjęcia i doskonałą Judi Dench w roli Ms. Fairfax. Mocną stroną filmu jest umiejętne wykorzystanie ponurych korytarzy Thornfield i podejrzanych odgłosów zza ścian do stworzenia atmosfery klaustrofobii i zagrożenia.

**************

Z ciekawostek:
  • wg IMDB powstały 22 anglojęzyczne ekranizacje Jane Eyre, ale spotkałam się też z informacją, że wszystkich jest 27... Reżyser najnowszej wersji żartował, że istnieje niepisane prawo wg którego co pięć lat powinna powstać nowa ekranizacja;
  • w ekranizacji z 1943 r. pomniejszą rolę Helen Burns, przyjaciółki Jane ze szkoły, zagrała mała Elizabeth Taylor,
  • własne wersje nakręcili także Hindusi w 1952 r. (Sangdil) oraz Czesi w 1972 r. (Jana Eyrová);
  • w ekranizacjach z 1996, 2006 i 2011  r. Thornfield Hall "zagrał" ten sam budynek, czyli Haddon Hall w hrabstwie Derby (kręcono tam też mnóstwo innych filmów kostiumowych).

    Na koniec mała galeria z nieomówionych ekranizacji:


    Jane Eyre z 1970 r.

    Jane Eyre z 1973 r.
    Jane Eyre z 1983 r.
    Jane Eyre z 1997

    11 lipca 2011

    Lilybeth czyta klasykę

    W moim wpisie noworoczny wspominałam, że chciałabym w tym roku czytać więcej klasyki. Podsumowanie po pół roku wypada bardziej niż blado - liczba przeczytanych pozycji z kanonu równa się okrąglutkie zero. Niemniej nadal chęć mam, ostatnio nawet bardziej. T. podesłał mi link do serii trzech filmików zatytułowanych Everything is a remix. W skrócie chodziło tam o to, że większość obecnych dzieł jest kompilacją i przeróbką motywów, które pojawiły się już wcześniej. Mowa była o muzyce, filmach i ogólnym procesie tworzenia, niemniej doskonale można by to odnieść także i do książek. Wystarczy przypomnieć sobie mity - mają parę tysięcy lat i nieustannie przewijają się w literaturze. Można czytać książki, nie znając mitów, ale wtedy wiele treści nas omija.

    Drugi argument za czytaniem jest pewnie dość dyskusyjny, ale do mnie przemawia. Przeszłość jest stała, jest czymś co już się wydarzyło i nie da się tego zmienić. W obliczu teraźniejszości, nad którą nie mamy kontroli, i nieznanej przyszłości stanowi bezpieczny constans. Obecnie publikuje się masy książek, nie do opanowania i przyswojenia, w przyszłości mamy szansę potopić się w tym morzu literatury. Liczba książek napisanych w przeszłości jest zamknięta, np. do końca XX w. Jasne, też jest ich ogrom, ale te naprawdę dobre, ważne, te które miały duży wpływ na kulturę i światopogląd, wybiły się. Większość książek współczesnych zostanie zapomniana po roku, podczas gdy taki Hamlet po ok. 400 latach,  Kubuś Fatalista po 235 latach, Niebezpieczne związki po 229, Trzech muszkieterów po 167 są nadal czytane i doceniane (wymieniam akurat te książki, bo je lubię), nie wspominając już o nieustannych powołaniach na nie, o czym było w pierwszym akapicie.

    Mogłabym wystąpić jeszcze z trzecim argumentem, że człowiekowi, który chce się nazywać kulturalnym i oczytanym, niektóre rzeczy wypada znać, ale tu bym sobie strzeliła samobója, więc po prostu przejdźmy dalej ;)
    Wiadomo, każdy coś tam z zabytków literackich, kanonu i jak go zwał, liznął w szkole, a niektórzy i na własną rękę. Ja wszystkie lektury grzecznie czytałam, lubiłam czytać, więc do głowy by mi nie przyszło, żeby nie, nawet jeśli nie wszystko mnie zachwycało. Znielubiłam Żeromskiego i Nałkowską, polubiłam Prusa, Sienkiewicza i Orzeszkową. Na własną rękę czytywałam mnóstwo Szekspira, bo go uwielbiałam i nadal wielbię, niestety jeszcze mi kilka sztuk zostało do nadrobienia. Wciąż jednak jest całe mnóstwo "klasyki", którą zaledwie liznęłam lub znam tylko ze słyszenia.


    Prywatne zobowiązanie, żeby nadrobić braki zaowocowało prywatną listą "lektur obowiązkowych". Nie chciałam wykorzystywać żadnej z gotowych list "100 najważniejszych", bo listy tworzone przez Anglików zawierają 95/100 pozycji anglojęzycznych, przez Francuzów - francuskich itp. Wykorzystałam przegląd chronologiczny literatury z Wikipedii, nieco go uzupełniając. Do stówy nie udało mi się zejść, jest ich zdaje się 150, podzielonych na literaturę do końca XIX w. i od 1900 do 1990 r. Dobór książek był dość swobodny, ograniczyłam się do pozycji, które mają polskie przekłady (za wyjątkiem jednej pozycji Anny Bronte, haniebnie nie przetłumaczonej), wycięłam oczywiście to, co już czytałam (stąd np. brak Stu lat samotności, Wichrowych wzgórz, Wielkich nadziei itp., ale zostawiłam kilka, do których chcę wrócić), dorzuciłam trochę lektur bardziej popularnych, np. powieści gotyckie z XIX w. Pominęłam poezję i klasykę dziecięcą. Najgorsze, że za każdym razem, kiedy lista wydaje mi się skończona, przypomina mi się kolejna pozycja, którą bardzo-bardzo chciałabym poznać. Pewnie więc będzie uzupełniana i tylko mam nadzieję, że nie przekroczę tysiąca ;)

    Plan jest długofalowy, nie ustawiam żadnej daty granicznej. Może trwać nawet całe moje życie, bo równolegle rzecz jasna planuję czytać książki współczesne. Zastanawiam się nad kolejnością. Wydaje mi się, że lepiej byłoby czytać chronologicznie od najdawniejszych, ale zależy to w dużej mierze od dostępności pozycji w bibliotekach (to postanowienie nie ma być pretekstem do kupowania większej liczby książek ;) ). Zresztą, nie obiecuję, że przeczytam KAŻDĄ pozycję z listy. Jeśli mi się nie spodoba, rzucę w kąt, ale przynajmniej będę potrafiła powiedzieć, co mi się nie spodobało.

    Listę lektur zamieszczam w osobnej zakładce "Czytam klasykę" - może komuś też się przyda.
    Trzymajcie za mnie kciuki :)

    8 lipca 2011

    Dobranocki dla dorosłych - część 1, czyli kobiety w opałach

    Bajki nie są dla dzieci i tego się trzymajmy. Mała syrenka Andersena, którą każdy krok (na wyczarowanych nóżkach) bolał jakby stąpała po ostrzach, obcinane pięty i palce sióstr Kopciuszka, wredne macochy obtaczane nago w smole i pierzu. Można z tego zrobić słodką disneyowską wersję, ale ja wolę historię mroczną i pełnokrwistą. I - na szczęście - niektórzy filmowcy też.

    Uprzedzam, że wybór filmów, który prezentuję, jest dość subiektywny - nie uwzględniłam "Ever after" z Drew Barrymore, czyli alternatywnej historii Kopciuszka, która mnie jakoś specjalnie nie zaciekawiła, ani "Alicji w Krainie Czarów" Tima Burtona, która mi się nie spodobała (recenzowałam ją już wcześniej - jako rozczarowanie sezonu zresztą). Za to w drugiej części tej notki pojawią się mroczne historie oparte na legendach raczej niż bajkach.

     A teraz usiądźcie wygodnie i posłuchajcie. Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami żyła sobie...


    ~śnieżka dla dorosłych~
    snow white: a tale of terror

    ...mała dziewczynka imieniem Lilian. Jej matka zmarła w tragicznych okolicznościach, ale mała ma kochającego ojca i czułą piastunkę. Cały jej świat wywraca się jednak do góry nogami, kiedy ojciec decyduje się ożenić po raz drugi. Do zamku Lilian przybywa Lady Claudia  i jej niemy brat. Macocha jest piękna i utalentowana, ale dziewczynka nie chce jej zaakceptować. Kiedy Lilian zaczyna dorastać, Claudia zaczyna być zazdrosna o urodę pasierbicy i czuje, że traci uwagę męża. Podjudzana przez magiczne lustro,  powoli popada na tym tle w obłęd. Dramatyczne wydarzenia (których nie chcę wam zdradzać) sprawiają, że decyduje się pozbyć się Lilian. Dziewczyna ratuje się ucieczką do lasu, gdzie natyka się na siedzibę siedmiu...nie, wcale nie krasnoludków...


    Jeśli chcecie się dowiedzieć, czy Śnieżka ugryzła zatrute jabłko, czy jej ukochany stanął na wysokości zadania i czy ktokolwiek wyszedł z tego żywy, obejrzyjcie :) Nie polecam tego filmu dzieciom, jego klimat jest zdecydowanie zbyt mroczny, a Lady Claudia przerażająca. Sigourney Weaver jest naprawdę dokonała w roli macochy - zresztą to chyba jedyna wersja bajki, w której macocha nie jest tylko złą wiedźmą, ale też kobietą głęboko nieszczęśliwą i powoli popadającą w obłęd.


    Śnieżka dla dorosłych / Snow white: a tale of terror, reż. Michael Cohn, USA 1997



     ~baśnie tysiąca i jednej nocy~
    arabian nights

    ...córka wezyra, Szeherezada. Jej ojciec był doradcą Sułtana, a sułtan miał...cóż... poważne problemy emocjonalne. Jego ukochana żona zdradziła go z jego bratem i próbowała zabić - w rezultacie sama zginęła, a sułtan uznał, że wszystkie kobiety są takie same. Ponieważ według wymogów prawa musiał się ożenić, żeby nie stracić tronu, postanowił zabić oblubienicę w noc poślubną. Szeherezada wiedziała o tym planie, ale sama zaoferowała siebie jako małżonkę sułtana - znała go jako małego chłopca, od tamtego czasu kochała i miała nadzieję, że uda  jej się mu pomóc. Widziała w sułtanie nie okrutnego tyrana, ale człowieka nieszczęśliwego.

    Oczywiście nie pozwoliła się udusić pierwszej nocy. Zaczęła opowiadać swemu niechętnemu mężowi historię Ali Baby i bezwzględnego rozbójnika Czarnego Kody (oraz jego czterdziestu pomocników). O świcie przerwała... a sułtan, który chciał się dowiedzieć dalszego ciągu, musiał czekać do następnej nocy...


    Jeśli chcecie się dowiedzieć, co zrobił Sułtan, kiedy odkrył podstęp Szeherezdy i jakie jeszcze historie od niej usłyszał, obejrzyjcie. To moja ulubiona filmowa wersja tych baśni. Mili Avital ma urzekający głos i akcent, który sprawia, że rzeczywiście wspaniale się jej słucha. To doskonała opowieść o hipnotyzującej mocy słowa. Cała historia nadaje się w sumie i dla młodego widza, ale wątek miłości brata sułtana do pierwszej żony sułtana (którego tu nie rozwinę, żeby Wam nie odbierać przyjemności oglądania) jest raczej upiorny, a sam sułtan - bardzo prawdziwy w swoim obłędzie.

    Vanessa May jako ukochana Alladyna
    Jason Scott Lee jako Alladyn

    Baśnie tysiąca i jednej nocy / Arabian nights, reż. Steve Barron, USA 2000

    ~dziewczyna w czerwonej pelerynie~
    red riding hood


    ...śliczna, młoda dziewczyna, imieniem Valerie, której babcia podarowała czerwoną pelerynę. Z kapturem ;) Valerie miała ukochanego w swojej wiosce, ale matka postanowiła wydać ją za lepszą partię. Zanim jednak będzie można myśleć o ślubie, mieszkańcy wioski muszą uporać się z okrutnym wilkiem, który po dwudziestu latach przerwy znów zaczął zabijać. Pierwszą ofiarą staje się siostra Valerie. Wkrótce w wiosce pojawi się tajemniczy Ojciec Salomon, wraz ze swoimi egzotycznymi pomocnikami, który wyjawi, że za zabójstwa wcale nie odpowiada wilk, lecz wilkołak - a jest nim prawdopodobnie ktoś z mieszkańców wioski.



    Film utrzymany jest w klimatach bajkowo-średniowiecznych, a jego największym atutem są piękne zdjęcia. Z fabułą nieco gorzej - historia Valerie i jej dwóch ukochanych nieodparcie kojarzyła mi się ze Zmierzchem, a wyjaśnienie zagadki było niestety dość słabe. Z minusów wymieniłabym jeszcze nader współczesną fryzurę ukochanego Valerie (żelowaną chyba specjalnie pod nastolatki) oraz stale uchylone usta, skądinąd ślicznej, Amandy Seyfried (to jakaś nowa moda - obejrzyjcie sobie Sucker Punch - tam główna bohaterka nie zamyka ust nawet na sekundę). Mimo wszystko, jeśli ktoś lubi bajki, to - dla urokliwej strony wizualnej -  spróbować warto.


    Dziewczyna w czerwonej pelerynie / Red riding hood, reż. Catherine Hardwicke, USA 2011
    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...