29 czerwca 2011

Uwielbiam Amerykańskie Południe

Do tego entuzjastycznego wniosku doszłam po lekturze Służących. Po wszystkich blogowych recenzjach, pełnych ochów i achów, nie wątpiłam, że będzie to ciekawa lektura. Okazało się, że nie tylko świetnie się czyta opowieść pani Stockett, ale i sam klimat Amerykańskiego Południa niesamowicie mi odpowiada. Cudownie było wrócić do świata znanego z doskonałych lektur poznanych podczas wyzwania: Sekretnego życia pszczół, Koloru Purpury, Boskich sekretów siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya itp. Chcę jeszcze, chcę jeszcze!

Książka opowiada historię kilku kobiet, białych i czarnych, żyjących w latach 60. w miasteczku Jackson w Missisipi. Oczami dwóch czarnych służących, Aibleen i Minny, oraz Skeeter, białej dziewczyny, która marzy o zostaniu dziennikarką (a jej matka marzy, żeby wydać ją szybko za mąż), poznajemy świat, w którym niewolnictwo już od dawna nie istnieje, ale segregacja rasowa jest boleśnie żywa. (Nawiasem mówiąc, czytam teraz Koniec jest moim początkiem Terzaniego - opisuje on swój pobyt w Nowym Jorku pod koniec lat 60. i wspomina, że sytuacja Czarnych była tragiczna. W tym liberalnym multikulturowym Nowym Jorku! To co powiedziałby o głębokim Południu?) 

Zastanawiałam się, czy mam oczekiwać drastycznej historii, bliskiej Kolorowi purpury, czy - sądząc po błękitnej okładce - raczej kobiecego czytadła. Treść okazała się wypośrodkowana. Problemy przedstawione w powieści są bardzo poważne, ale ubrane w zgrabną lekką historię. To książka o kobietach i o słodkim (ale nie dla wszystkich) świecie lat 60. Czyta się znakomicie, daje do myślenia i z pewnością chętnie do wykreowanego w niej świata powrócę.

Kathryn Stockett
Służące
The Help
Media Rodzina 2010
ss. 584

Wydawnictwu oberwie się po uszach za liczne literówki. W innych recenzjach pojawiał się też już zarzut dziwnego potraktowania tytułu - w oryginale powieść ma tytuł The Help i tak samo nazwana jest książka napisana przez Skeeter. W tłumaczeniu książka Skeeter ma tytuł "Pomoc", a powieść - "Służące". Szkoda, ale przeżyję.




Czekam teraz na ekranizację, chociaż filmu się boję - najbardziej tej tony lukru, którą prawdopodobnie oblepią całą historię. Już zdjęcia mnie przerażają, bo:
  • niezbyt urodziwa, patykowata, blada i rozczochrana Skeeter ma słodką buzię i nie można pojąć, dlaczego mężczyźni za nią nie szaleją,

  • tłusta Hilly jest, rzecz jasna, chuda,
  • niska i gruba Minny jest lekko przy kości,
  • nawet mała córeczka Elizabeth, która w ksiażce była niezbyt urodziwym tłuścioszkiem, w filmie jest uroczą blondyneczką,
  • itd.

    W Hollywood mają jakiś gigantyczny kompleks i dlatego starzy zawsze są młodsi i mniej pomarszczeni, grubi są szczupli, brzydcy są ładni i wszyscy mają białe i proste zęby ;) (Amerykańcy twórcy powinni może obejrzeć trochę kina europejskiego,  choćby szwedzkie Millenium - może wtedy odkryją, że kobiety miewają zmarszczki i bywają w różnym wieku. Niektóre nie są zbyt urodziwe, a żadna nie wygląda jak lalka.)

    Biorąc pod uwagę, co filmowcy zrobili ze wspaniałymi Sekretnym życiem pszczół i "Ya-Ya", to nie jestem pewna, czy wybiorę się do kina. Trailer utrzymany jest w kolorach cukierkowo-pastelowych i obawiam się, że może z tego wyjść słodka, pusta i kolorowa historyjka, w której głębsza treść zostanie starannie ukryta pod warstwą kremu waniliowego i kandyzowanych wisienek oraz dokładnie podlana patosem. Mnóstwem patosu. Ale trzymam kciuki, żebym się myliła :)

    28 czerwca 2011

    Przeczytane z szybkością pragnienia

    Cóż, trzeba przyznać, że moje pragnienie, żeby przeczytać kolejną książkę Laury Esquivel, zostało zrealizowane całkiem szybko, co interesująco współgra z tytułem powieści. Niestety, o ile Przepiórki w płatkach róży wzbudziły u mnie zachwyt, o tyle Z szybkością pragnienia zaowocowało dość mieszanymi uczuciami.

    Laura Esquivel
    Z szybkością pragnienia
    Zysk i ska, 2003
    ss. 160

    Zaczęło się ciekawie. Akcja rozgrywa się w gorącym Meksyku - magicznym, dzięki atmosferze typowej dla pisarzy Ameryki Południowej - w pierwszej połowie XX w. Głównym bohaterem jest Jubilo - człowiek, który miał dar przynoszenia ludziom radości oraz odczytywania ich prawdziwych myśli niczym najczulszy odbiornik.

    "Miłosne przesłanie może obyć się bez słów. Potrzebuje tylko czułych odbiorników, a Jubilo z pewnością był takim właśnie odbiornikiem. Urodził się już z owa wrażliwością: od samego początku miał w sercu zainstalowany precyzyjny detektor cudzych uczuć. Potrafił odebrać każdy komunikat, byleby tylko pochodził z czyjegoś serca. Nadawca nie musiał się troszczyć o ubranie go w słowa. Jubilo rozumiał przekaz, zanim ten zdołał przyjąć językowa postać." (s. 25-26)

    Poznajemy jego losy, kiedy sam bohater leży umierający i niezdolny porozumieć się z otoczeniem, pod troskliwą opieką córki. Żona nie chce go widzieć. Jak to możliwe, że człowiek tak obdarzony przez los zniszczył swoje małżeństwo?

    "Umiejętność ta nieraz przysparzała mu kłopotów. Ludzie nie zwykli ujawniać swych prawdziwych intencji. (...) Mówi się jedno, a robi co innego. Prości ludzie, którzy na ogół wierzą słowom, czują się zupełnie zbici z tropu, gdy czyny przeczą deklaracjom. Fałsz wpędza ich w pomieszanie, lecz co najdziwniejsze, wolą być oszukiwani, niż gdy ktoś przed nimi zdemaskuje kłamstwo. Nikt nie chciał wierzyć Jubilowi, kiedy odsłaniał on czyjeś prawdziwe intencje. Jubilo zdążył się już przyzwyczaić, że jeśli mówi prawdę, wszyscy i tak nazywają go kłamcą." (s. 26)

    Życie Jubila poznajemy dzięki wspomnieniom jego samego, jego córki Lluvii, przyjaciół z czasów młodości. Dzieciństwo, poznanie ukochanej Marii Luz, zwanej Luchą, narodziny dzieci. Powoli odkrywamy tajemnice, które pozostawały uśpione przez wiele lat. Chociażby - dlaczego na zdjęciu zrobionym dwa lata przed urodzeniem córki Lucha jest w ciąży?

    Początek podobał mi się bardzo: cudowne dziecko, babka z rodu Majów, klimat Meksyku z początku wieku. Potem niestety mój zachwyt oklapł. Po pierwsze - komplikacje w życiu Jubila coraz bardziej przypominały mi południowoamerykańską telenowelę. Po drugie - szalona miłość Jubila i Luchy objawiała się tylko w namiętnym seksie, do którego Autorka z upodobaniem nawracała co trzy akapity (bez szczegółowych opisów). W Przepiórkach w płatkach róży fizyczna namiętność też miała ogromne znaczenie, ale czuło się ją w atmosferze, a tym razem występowała jedynie w irytujących powtórzeniach. Po trzecie, Esquivel nieustannie podkreślała cudowny talent Jubila do odczytywania uczuć, ale jakoś nie widać było, żeby choć odrobinę rozumiał, o co właściwie chodzi jego żonie. Bądźmy konsekwentni - skoro pisarz przypisuje bohaterowi jakąś cechę, to niech się ona przejawia w działaniach, a nie w samych opisach.

    Podsumowując - zachęcam do przeczytania Przepiórek..., a Z szybkością pragnienia polecam tylko bardzo zainteresowanym twórczością Laury Esquivel oraz wielbicielom realizmu magicznego.

    Na zakończenie jeszcze jeden cytat, który mi się spodobał (ostatnio pcha mnie w stronę minimalizmu) - mam wrażenie, że Autorka przemyciła do książki mnóstwo własnych poglądów.

    Jubilo "zawsze uważał, że posiadanie zbyt wielu rzeczy - ubrań albo mebli - nie daje szczęścia, bo jest autentyczną niewolą. Człowiek powinien dobrze pomyśleć, zanim coś sobie kupi, bo posiadane rzeczy wymagają troski i z czasem lubią zmieniać się w tyranów: trzeba je chronić przed amatorami cudzej własności i utrzymywać w należytym stanie. Posiadanie wiąże się z pewnym uzależnieniem, a Jubilo czuł się zbyt wolny, by własnymi pieniędzmi płacić za niewolę." (s. 54)

    23 czerwca 2011

    20 czerwca 2011

    ET z Karaibów


    Nie będę oszukiwać, że uwielbiam zacisza niszowych kin z ambitnym repertuarem (oraz małym ekranem i płaskim dźwiękiem). Ambitne pozycje chętnie obejrzę we własnym domu, a w kinie bywam, żeby nacieszyć się fantastycznymi zdjęciami na obrazie ostrym jak brzytwa, dźwiękiem dobiegającym ze wszystkich stron i możliwością zanurzenia się w innym świecie. (Chociaż gdyby nie kwestie finansowe, to pewnie wszystko oglądałabym w kinie, gdyż niepoprawną fanką tego przybytku jestem.) 
    W związku z tym wielbię multipleksy i zapach popcornu (chociaż nie smak, bo nie lubię słonych rzeczy ) i otwarcie się do tego przyznaję, mimo że to pewnie wstyd ;)
    A jakby tego było mało, to jeszcze bezwstydnie oglądam blockbustery ;)

    SUPER 8, reż. J.J. Abrams, 2011

    Super 8 kusiło po pierwsze intrygującym zwiastunem, po drugie rolą Elle Fanning (sporo już podrośniętą od The Lost Room).

    Nie jest to bardzo oryginalne kino, sporo w nim schematów, ale na tyle umiejętnie wykorzystanych, że nie rażą. Do tego ma ogromy urok starych filmów - akcja osadzona jest w latach 70. i klimatem bardzo przypomina ET. Bohaterowie to także grupka dzieciaków żyjących w czasach, kiedy nieodłącznym atrybutem małolata był rower, a nie komputer. Twórcy zgrabnie przeplatają wątki półsieroctwa, konfliktów między przyjaciółmi, pierwszej miłości z poczuciem zagrożenia w obliczu niewyjaśnionego niebezpieczeństwa. Jak to u Amerykanów bywa - mieszają się: akcja, śmiech i wzruszenie.


    Ogląda się to na tyle dobrze, że mogę nawet wybaczyć twórcom kilka wyraźnych nieprawdopodobieństw fabularnych (ciężarówka, która czołowo wykoleja pędzący pociąg, a jej kierowca pozostaje w jednym kawałku? no kidding). Mali aktorzy są tak rewelacyjni, że choćby dla nich warto obejrzeć ten film.




    Ale o czym film jest, nie powiem Wam - lepiej zobaczcie zwiastun. Twórcy nie zdradzili w nim zbyt wiele i ja też nie będę odbierać Wam przyjemności samodzielnych odkryć :)



    PIRACI Z KARAIBÓW: NA NIEZNANYCH WODACH, reż. R. Marshall, 2011

    Z kolei o czym jest ten film wiedzą chyba wszyscy.


    W czwartej części pirackich przygód nie ma już tandemu Orlando Blooma i Keiry Knightly, być może z korzyścią dla akcji. Jack Sparrow wbrew własnej woli, ale za to w towarzystwie uroczej (z wyglądu, bo jej charakter do najsłodszych nie należy) Angeliki alias Penelopy Cruz, wyprawia się na poszukiwania Fontanny Młodości. Po drodze oczywiście napotka przygód co niemiara oraz paru starych przyjaciół i wielu starych wrogów.


    Jestem umiarkowaną fanką serii, za to gorącą fanką Johnny'ego Deppa w roli. Jacka. Bez niego te filmy straciłyby trzy czwarte uroku, natomiast nawet razem z nim są dobre, ale szału nie czynią. Ta część nie odbiega specjalnie jakością od poprzednich - jest ładnie, kolorowo, zabawnie. Ogląda się bezwysiłkowo i jeszcze łatwiej zapomina. 


    Mimo że tajniki fabuły zupełnie już pogubiły się w mojej pamięci, to z pewnością na długo zapamiętam - rewelacyjne moim zdaniem - syreny. A dla Jacka Sparrowa wybiorę się pewnie i na kolejne części.


    19 czerwca 2011

    Podróż sentymentalna po Europie

    Z okazji Dnia Dziecka był wpis o polskich książkach mojego dzieciństwa. Teraz chciałam Was zabrać w nieco dalszą podróż i wspomnieć o kilku bardzo dla mnie ważnych książkach dla dzieci Autorów z różnych krajów Europy. Wiadomo, że większość z nas czytywała to samo: L.M. Montgomery, F. Hodgson Burnett, E.H. Porter, A. Lindgren, A.A. Milnego, L. Carolla, C.S. Lewisa, M. Twaina, J. Vernego i całą tę cudowną klasykę. Jednak i wśród mniej znanych książek trafiały się prawdziwe perełki, bez których moje dzieciństwo nie byłoby pełne i które z pewnością podsunę własnym (a może i cudzym ;) ) dzieciom.

    NORWEGIA
    Kjersti, Babiis Friis Baastad

    Kjersti czeka niecierpliwie na wielkie i wspaniale wydarzenie - pierwszy dzień w szkole. Równie mocno (no może troszkę mniej) czeka na narodziny siostrzyczki. Ma już co prawda młodszego brata, ale to nieznośny rozrabiaka - siostrzyczka, to co innego.
    Wszystko jednak idzie nie tak.Wredny samochód, który uderza w Kjersti, kiedy ta przebiega przez ulicę, psuje wszystko. Dziewczynka trafia do szpitala, gdzie czeka ja długie leczenie, a kiedy wreszcie idzie do szkoły, pozostałości po wypadku - blizna na twarzy i problemy z wymową - zamieniają marzenie w koszmar.
    Mądra i ciepła książka, przydatna także rodzicom. Pozwala przypomnieć sobie, że mali ludzie mogą mieć bardzo duże kłopoty.

    NIEMCY
    Nasza babcia, Ilse Kleberger

    Janek, Brygida, Ingeborga, Henryk, Piotruś i Malec Pieselangowie nie są bogaci, ale mają coś, czego zazdroszczą im wszystkie dzieci w okolicy. A raczej kogoś - cudowną i zwariowana babcię, która jeździ na wrotkach i łyżwach, ma dopinany warkocz, zna się na dobrym wychowaniu, ale jest młoda duchem i rozumie swoje wnuki jak nikt inny.
    Polecam gorąco, wspaniała książka. W dodatku dopiero przy pisaniu tej notki odkryłam, że Nasza babcia, to pierwsza książka z całej serii. Na polskim rynku jest dostępna jeszcze druga - Wakacje z babcią. Ale co z resztą tomów? Chyba będę się musiała nauczyć niemieckiego...

    CZECHY
    Tajemnica wiklinowego koszyka, Marketa Zinnerova

    Nie znalazłam niestety w internecie zdjęcia polskiej okładki (w sensownej rozdzielczości), ale był na niej ten uroczy jamniczek poniżej.
    Bohaterka Tajemnicy... ma na imię Klarka. To kolejne dziecko z radosnymi przygodami i całkiem dorosłymi problemami. Rodzice Klarki i jej młodszy braciszek mieszkają w Pradze, ale w swoim małym mieszkanku nie są w stanie zapewnić opieki córce, dlatego Klarka mieszka na wsi z babcią. Babcia jest wspaniała i Klarka jest u niej bardzo szczęśliwa, ale tęskni za rodziną i czuje się odrzucona. Jej najbliższy przyjaciel, Władek, też nie ma lekko - jego ojciec właśnie wyprowadził się z domu. Wcześniej zdarzyło mu się już wyjeżdżać do pracy, ale Władek czuje, że teraz to co innego. Podobno mieszka z inną panią i będą mieli dziecko. 
    Czechy, wtedy jeszcze Czechosłowacja, to dzięki tej książce żelazna pozycja na liście moich podróży. Do Pragi może nawet dotrę jeszcze w tym roku :)



    WĘGRY
    Tajemnica Abigail, Magda Szabo

    Tej pozycji chyba nie muszę przedstawiać, bo jeszcze - na szczęście - nie została zapomniana. Chociaż obawiam się, czy pamięć o niej nie żyje głównie na blogosferze. Nie ma chyba żadnego wznowienia tej książki, a szkoda.
    Akcja dzieje się w ponurych latach II wojny światowej, w której Węgry walczyły po stronie Niemiec. Gina, córka wojskowego, zostaje przez ojca umieszczona na pensji im. biskupa Matuli. Szkoła prowadzona jest miejscem niemal zupełnie odciętym od świata, a do tego niezwykle konserwatywnym. Gina, która trafia tu ze swojego radosnego, kolorowego świata, wbrew własnej woli, zupełnie nie potrafi się odnaleźć - zwłaszcza że szkolną karierę rozpoczyna od skłócenia się ze swoja klasą. Czy może pomóc jej Abigail, kamienny posąg ze szkolnego ogrodu, który ponoć spełnia życzenia? A nawet jeśli pomoże na szkolne kłopoty, to co z poważną sprawą - wojną, która zaczyna wdzierać się nawet za grube mury Matuli.
    Niezwykła książka - niewiarygodnie prawdziwa, wciągająca, poruszająca. Jeśli nie przeczytałyście za młodu, nadróbcie to koniecznie.

    ANGLIA
    Przygoda przyjeżdża pociągiem, Edith Nesbit

    Edith Nesbit należy w sumie do klasyków, o których wspomniałam we wstępie, ale mam wrażenie, że do najbardziej znanych jej książek należą Pięcioro dzieci i coś oraz Feniks i dywan. Ja natomiast upodobałam sobie Robertę, Phyllis i Petera, rodzeństwo, które z nieznanych im przyczyn musi się wyprowadzić z pięknego domu w Londynie i przenieść się na wieś, do chaty w pobliżu stacji kolejowej. Najwyraźniej nagle stają się biedni. A najgorsze jest to, że ich ojciec wyjechał, nie wiadomo dokąd i dlaczego, a kiedy pytają o to mamę, robi się smutna. W nowych, pozornie nieprzyjaznych warunkach, rodzeństwo przeżyje wiele fantastycznych przygód, nawiąże nowe przyjaźnie i odkryje prawdę.
    Przyznaję bez bicia, że dopiero jako osoba dorosła zrozumiałam, co się stało z ojcem dzieci. Wcześniej zupełnie nie łapałam aluzji ;)


    POLSKA
    Wśród polskich książek jest jeszcze kilka, o których nie wspomniałam w poprzedniej notce, a które znałam niemal na pamięć (i nadal pamiętam) - jak choćby Godzina pąsowej róży. Na szczęście jest to pozycja nadal znana i wznawiana.

    Słoneczko i Kocia mama, Maria Buyno-Arctowa

    Z kolei o cudownych książkach Marii Buyno-Arctowej z okresu międzywojennego pamięć powoli zamiera. Słoneczko tak silnie zapadło mi w pamięć, że pamiętam nawet pierwszy kontakt z ta książką - chyba w drugiej klasie podstawówki koleżanka czytała ja podczas przerwy. Tak mnie zachwycił ten blondwłosy aniołek na błękitnej okładce, że natychmiast ją pożyczyłam, a potem dostałam od rodziców własny egzemplarz. Nie pamiętam, czy przedtem czy potem pojawiła się u mnie Kocia mama, ale miałam inne wydanie niż to na zdjęciu, z pięknymi ilustracjami Anny Stilo-Ginter (Słoneczko też ona ilustrowała).

    Tytułowe Słoneczko to Marysia, przemiłe młode dziewczę, które - osierocone przez matkę - zostaje przygarnięte przez jej przyjaciółkę. Niestety, kobieta ta jest bardzo chora i żyje w nędzy wraz z trójką nie najlepiej wychowanych dzieci. Marysia ma jednak dar ulepszania świata wokół siebie i powoli zamienia zaniedbaną ruinę w przytulny domek. Czy jednak z dziećmi opiekunki pójdzie jej równie łatwo? Najwyraźniej nieco starsza od niej Hanka jest jej zaprzysięgłym wrogiem i nie cofnie się przed niczym, żeby pozbyć się "przybłędy".

    Bohaterka Kociej mamy natomiast wychowuje się w kochającej rodzinie, w całkiem zamożnym domu. Niestety, jej gorąca miłość do kotów nie przez wszystkich domowników jest podzielana. Książka porusza ważne kwestie, ale jest lżejsza i weselsza niż Słoneczko.

    Buyno-Artcowa napisała jeszcze sporo książek i bardzo bym je chciała przeczytać, niestety zdobycie ich graniczy z cudem :( Szkoda, że książki, które oprócz opowiadania ciekawej historii, mówią o wartościach i wskazują właściwą drogę, nie są już popularne.


    Dolina Klonowego Liścia, Ewa Przybylska

    Ta niezbyt chyba znana książka to naprawdę trzy części wydane w jednym tomie: W Dolinie Klonowego Liścia, Wakacje w Dolinie Klonowego Liścia i Koniec wakacji w Dolinie Klonowego Liscia, czyli Klub Samotnych Detektywów. Opowiada o losach kilkorga dzieci, żyjących w tytułowej Dolinie. Janek ma trzech braci: Mietka, Łukasza zwanego Ino Powoluśku i Bartosza (mamine Sreberko), który miał być dziewczynką. Ku żalowi ojca nie mają żadnej siostry. Z kolei inny mężczyzna ma córkę - Paulinę (oraz syna Mariusza), ale zupełnie tego nie docenia. Żal po stracie żony topi w alkoholu i dzieciom grozi sierociniec. Są jeszcze przyjaciele Janka, nowy ksiądz, który krzyczy basem, ale ma dobre serce, ciotka Rozalia, Pan, czyli nauczyciel, zakochany w Danieli, oraz dwie przyjezdne, matka i córka, obie rude, które wzięły się nie wiadomo skąd. A także mnóstwo innych postaci, które składają się na zbiorowy portret małego miasteczka - czasem wesoły, czasem bardzo smutny, ale niezmiennie ciepły. Bardzo krzepiąca książka, dobra nawet na dorosłą chandrę.

    18 czerwca 2011

    Oddam książkę

    W chętne ręce oddam książkę Deborah Jaffe Niezwykle kobiety. Od nalewki na szafranie do latających maszyn. Recenzję można przeczytać tu

    Wystarczy zgłosić chęć posiadania w komentarzu. Jeśli ktoś nie ma swojego bloga, proszę o zostawienie adresu mailowego. Losowanie w czwartek - do północy w środę można zostawiać komentarze.  Czas start :)

    16 czerwca 2011

    O kryminałach i przedmiotach

    "Czytam niemal wyłącznie kryminały. Nawet zły kryminał coś mi daje. Jestem przekonany, że o rzeczywistości najlepiej piszą autorzy kryminałów. O sprawach społecznych też wiele można znaleźć w tego rodzaju powieściach. O polityce również. Ale i poezja też tam jest.
    U Chandlera jest mnóstwo poezji."

    "Trzeba kochać zwierzęta. Nawet ludzi można odważyć się kochać. Wiele razy w życiu zmieniałem miejsce zamieszkania i te przedmioty, książki, papiery, łyżeczki, cukiernice, kubeczki, które stanowiły punkty odniesienia w życiu, nagle stały się zupełnie nieważne.
    W starym mieszkaniu stoją pudła, w których są bardzo ważne dla mnie kiedyś przedmioty. W ogóle za nimi nie tęsknię."

    Rozmowa z Marcinem Świetlickim, Sztuka życia, Polityka, wydanie specjalne, 2011.

    15 czerwca 2011

    Zapomniane słowo "moralność"

    Mma Ramotswe "była panią tradycyjnej postury i nie musiała się przejmować rozmiarami sukienki, w odróżnieniu od tych biednych neurotyczek, które ciągle oglądają się w lustrze i uważają, że są za grube. Co to w ogóle znaczy "za gruby"? Kto ma prawo narzucać innym kategorie wagową? Mma Ramotswe uznała to za dyktaturę chudych, której nie zamierzała się poddawać. Pomyślała, że jeśli chudzi zrobią się jeszcze bardziej natarczywi, to obszerniej zbudowanym nie zostanie nic innego, jak na nich usiąść. Tak, to byłaby dla nich nauczka. Ha! Ha!" (s. 165)

    Trzeci tom o Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1 nie skupia się jednak (mimo tego pięknego cytatu) na problemach wagowych, ale na zagadnieniu moralności. Mam wrażenie, ze to słowo coraz rzadziej jest używane. Czy w Polsce ktoś jeszcze się zastanawia, czy postępowanie np. polityków jest moralne? Liczy się tylko, czy jest korzystne (i dla kogo) oraz skuteczne, czy nie. Wśród młodych ludzi pojęcie "moralnego prowadzenia się" jest już chyba od dawna martwe. Chyba, że jako synonim wyrażenia "nie umie się bawić". Miło "powrócić" do Botswany, gdzie wielu (choć nie wszyscy!) hołduje jeszcze tradycyjnym wartościom.

    W Gaborone na pierwszy plan wysuwają się dwie sprawy. Pewien wysoko postawiony w rządzie człowiek twierdzi, że bratowa próbuje otruć jego brata, a swego męża - Mma Ramotswe udaje się więc do jego rodzinnego domu, by odkryć prawdę. Z kolei jej asystentka/sekretarka mierzy się w tym czasie z nie lada wyzwaniem - musi w ciągu trzech dni dowiedzieć się, która z czterech zawodniczek konkursu piękności jest wystarczająco moralna, by zdobyć tytuł, a co za tym idzie, stać się reprezentantką kraju. W tle mamy depresję narzeczonego Mmy Ramotswe oraz małego dzikiego chłopca odnalezionego w buszu.

    Nudzić się nie sposób, a do tego można jeszcze pomyśleć ;) Polecam, tak jak i poprzednie części.

    Alexander McCall Smith
    Moralność dla pięknych dziewcząt
    Zysk i Ska 2005
    ss. 188

    14 czerwca 2011

    Niezwykłe kobiety III - Co by tu jeszcze wymyślić?

    Pewnego pochmurnego dnia, w mieście Chicago, pod koniec XIX w., pani Josephine Cochran, wdowa, spojrzała za zlew wyładowany brudnymi naczyniami i doszła do wniosku, że po prostu jej się nie chce. NIE CHCE. Że byłoby cudownie mieć jakąś magiczną maszynę, która weźmie te gary i pozmywa za nią. Wzięła kartkę i zaczęła szkicować - tu byłaby komora, nad nią pojemniki z wodą i mydłem... Od kreski do kreski i maszyna nie tylko była zaprojektowana, ale i opatentowana, a potem wyprodukowana. Automaty pani Cochran zaczęły trafiać do restauracji, a dziś jedna, prapraprawnuczka prototypu stoi nawet w mojej kuchni.

    No, dobra, może to nie było całkiem tak, z tymi brudnymi garami, niemniej pani Cochran rzeczywiście wynalazła zmywarkę do naczyń. Inne panie w dawnych wiekach radziły sobie równie dobrze z pozostałymi uciążliwościami gospodarstwa domowego, wynajdując pralkę, automaty do czyszczenia kominów, sprawniejsze lampy gazowe, ulepszając termę do podgrzewania wody itp. itd. Podczas kiedy mężczyźni majstrowali swoje fordy, kobiety pracowały nad uczynieniem znośniejszym życia codziennego. Co ciekawe - wiele tych wynalazków poczyniły i opatentowały zwykłe gospodynie domowe. Czasem przesadzały (nie była to wcale domena kobiet, panowie tez wynajdowali rzeczy bezużyteczne) projektując np. "maszynę do krojenia chleba i smarowania go masłem", podczas gdy przyrząd zwany nożem jest znany od wieków, spełnia obie te funkcje równie dobrze i wymaga akurat takiego samego zachodu przy użyciu, jak ów automat.

    Kobiety nie ograniczały się wcale do usprawniania własnych prac - miały ogromne zasługi w zakresie projektowania sprzętów domowych (od tarki do gałki muszkatołowej po manekina na suknie, który jednocześnie miał słuzyć do... ewakuacji przez okno w czasie pożaru), wystroju wnętrz (łózko, które po złożeniu zmieniało się w biurko), strojów (wygodniejsze gorsety) i opieki nad dziećmi (przedszkole Montessori, akcesoria do nauczania i... pływająca mechaniczna kaczuszka), ale wynalazły też przedmioty o o wiele szerszym zastosowaniu, od wycieraczki do szyb tramwaju przez kamizelkę ratunkową po ulepszoną konstrukcję mostu.

    Z ciekawostek - na początku XX w. po raz pierwszy zaczęto produkować gadżety związane z postaciami literackimi. Było to również zasługą kobiety, a konkretnie Beatrix Potter, która napisała pierwszą niemoralizatorska książeczkę dla dzieci, w dodatku prześlicznie i własnoręcznie ilustrowaną. Podbiła nią serca czytelników do tego stopnia, że w sprzedaży pojawił się wkrótce pluszowy Piotruś Królik, a potem gra planszowa z bohaterami książeczek.

    O tych wszystkich kobietach i ich pomysłach (oraz wielu, wielu innych) możecie poczytać w książce Niezwykłe kobiety. Od nalewki na szafranie do latających maszyn. Lojalnie uprzedzam, ze nie jest to pozycja lekka i łatwa. Deborah Jaffe potraktowała temat poważnie, oparła się na rzetelnych źródłach, jednak ubrała całość w nieco zbyt sztywny naukowy język. Trudno się w tej książce "zatopić", ale ja byłam na tyle zainteresowana tematem, że dałam radę, chociaż podczytywałam ją w odcinkach. Zdecydowanie rola kobiet w budowaniu świata w jego współczesnym kształcie jest mocno niedoceniana i warto to zmienić. Kobiety zajmowały się nie tylko bujaniem dzieci w kołyskach - czasem także te kołyski projektowały :)

    13 czerwca 2011

    Mikołajek z polskiej wsi

    Dostałam wczoraj maila z nietypową prośbą - Autorka prosiła o recenzję swojej książki, załączając plik pdf. Przyznaję, że w pierwszej chwili chciałam odmówić: po pierwsze (z egoistycznych pobudek) - nie znoszę czytać z ekranu, po drugie - głupio byłoby mi w takiej sytuacji skrytykować książkę, a ostatnio co polska pisarka, to jej się na moim blogu obrywa. Z drugiej strony - nawet najlepsza książka wydana w małym wydawnictwie i pozbawiona reklamy może przejść niezauważona, bo po prostu nie wyłuska się jej z zalewu publikacji (z ręką na sercu przyznaję - właściwie nie zdarza mi się kupować książek, o których wcześniej gdzieś nie słyszałam, co najwyżej mogę takie przynieść z biblioteki). Poza tym - trzeba odwagi, żeby wydać swoje dzieło na pastwę publicznej recenzji, która nie musi być przecież pozytywna. Z tym dylematem otworzyłam pdf, żeby sprawdzić, ile też sobie liczy stron i...  zaczytałam się.

    Łukasz ma naście lat, chodzi do gimnazjum i lekkim tonem opowiada o otaczającej go rzeczywistości. Właśnie ten sposób opowiadania skojarzył mi się z Mikołajkiem: krótkie rozdzialiki, scenki z życia. Tyle że świat dookoła Łukasza wygląda z gruntu inaczej: pijący ojciec, chora matka, bieda. Sytuacja, jakich, obawiam się, nadal wiele wokół nas, a których jednak zwykle woli się nie dostrzegać.

    Urzekło mnie to, ze smutna historia nie została napisana w tonie martyrologii. Styl doskonale oddaje sposób myślenia i mówienia nastolatka. Mimo że zwykle nie czytuję książek o takiej tematyce, ta wciągnęła mnie od pierwszej strony. Poza tym - rzecz dosyć rzadka - nadal tkwi w mojej głowie, a niestety wiele pozycji wyparowuje wraz z przewróceniem ostatniej strony.

    Mogłabym się do paru rzeczy przyczepić, głównie do zakończenia, które, jak dla mnie, nastąpiło za szybko. Przez to zamiast dramatycznej puenty wywołało u mnie raczej reakcję: "że co, to już?". Styl nie jest idealny, czasami trochę nierówny, ale świeży. Widać, że Wilczyńska potrafi grać językiem. Była to na tyle dobra lektura, że będę z zainteresowaniem wypatrywać kolejnych książek tej Autorki.

    Lena Wilczyńska
    Obudź mnie we śnie
    Wydawnictwo Skrzat 2011
     ss. 88

    12 czerwca 2011

    Mma Ramotswe powraca

    Z radością wróciłam do Botswany, żeby sprawdzić, co słychać w Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1. Spotkanie z botswańską panią detektyw, Precious Ramotswe, było bardzo udane. Pierwszy tom jej przygód był zbiorem króciutkich opowiadań, małych spraw detektywistycznych. Ten ma bardziej zwarta fabułę. Klamrą spinającą całość jest narzeczeństwo Mma Ramotswe z J.L.B. Matekonim oraz próba wyjaśnienia zniknięcia przed laty białego młodzieńca z botswańskiej farmy. Tak jak poprzednio jednak, i tym razem śledztwo nie jest kluczowe dla fabuły. Stanowi raczej pretekst do ciepłej opowieści o tym niezwykłym afrykańskim państwie i jego mieszkańcach. Po przewróceniu ostatniej strony miałam chęć na natychmiastowe wyruszenie w podróż do Botswany, jednak zamiast ruszyć biegiem na lotnisko, rzuciłam się na półkę z książkami, skąd wyciągnęłam kolejny tom Moralność dla pięknych dziewcząt, o czym Wam niedługo opowiem.

    Alexander McCall Smith
    Mma Ramotswe i łzy żyrafy
    Tears of the Giraffe
    Zysk i Ska 2004
    ss. 178

    11 czerwca 2011

    Hanna Zawodowiec

    W którejś recenzji przeczytałam, że Hanna to drugi Leon Zawodowiec i to mnie ostatecznie (po intrygującym trailerze) zmotywowało do obejrzenia filmu. Leona Zawodowca uważam za arcydzieło w każdym szczególe, chociaż normalnie nie jestem wielbicielką filmów o strzelaniu. Dodatkowo świetna obsada przemawiała za tym, że to będzie kino warte obejrzenia.

    Oczywiście nabrałam się na chwytliwe porównanie, bo wspólne z "Leonem" są tylko dwie rzeczy: nieletnia bohaterka i sporo zabijania.
    Hanna to bardzo dziwny film; bliżej mu do Mission Impossible niż do Leona Zawodowca, ale ma wyraźne ambicje żeby być czymś więcej i tak właśnie go reklamowano. Oprócz młodocianej wytrenowanej zabójczyni, mamy tu jej ojca-byłego agenta z tajemniczą przeszłością oraz wrogą im agentkę z przeszłością jak wyżej. Wszyscy mordują bez głębszej refleksji (i niekiedy bez głębszej konieczności). Na drugim biegunie mamy niekonwencjonalną czteroosobową amerykańską rodzinę podróżująca po świecie minibusem, rodem z kina niskobudżetowego. Filozofujących rodziców, wymalowaną małolatę i jej słodkiego braciszka. Gdzieś pomiędzy tymi bohaterami plasuje się grupa dziwaków (pomocnik agentki, mieszkaniec chatki z Berlina), z okolic braci Coen. W rezultacie wyszedł krzywy patchwork różnych gatunków filmowych, które upchane w jednym filmie co nieco zgrzytają.


    W połowie seansu darowałam sobie poszukiwanie głębi i oglądałam już tylko zwykły film akcji, a w tej kategorii jest zupełnie przyzwoity, chociaż bez rewelacji. Tak naprawdę powody przemawiające za obejrzeniem Hanny są dwa: 1. Saoirse Ronan; 2. muzyka. Odtwórczyni głównej roli, mała Briony z Pokuty i ofiara z Nostalgii Anioła, jest po prostu fantastyczna. Ze swoją odrealnioną (również dzięki charakteryzacji) urodą przypomina istotę nie z tego świata. Dzięki niej postać Hanny wydawała się całkiem wiarygodna.


    Muzyka odgrywa bardzo ważną rolę w filmie - Hanna, wychowywana bez muzyki, kiedy wreszcie ją odkrywa, jest zauroczona. Podróż przez różne kultury, którą odbywa, pozwala twórcom wpleść w narrację muzykę z zupełnie różnych światów. Sam podkład muzyczny (za który odpowiada The Chemical Brothers) jest doskonale dopasowany do akcji; dopracowane są nawet takie szczegóły, jak chwytliwa melodyjka gwizdana przez jednego z bohaterów.


    Zdjęcia są bardzo malownicze - dla mnie aż za bardzo. Forma nie powinna przerastać treści, a w tym przypadku niekiedy piękne ujęcie usiłuje zatuszować kompletną nielogiczność fabularną. Takie: "Ok, ok, to nie ma sensu, ale za to jak cudownie wygląda". Do tego montaż obrazu w postaci krótkich urywanych scen u mnie osobiście skutkował oczopląsem. W sumie, gdyby wyrzucić dialogi, a zostawić tylko zdjęcia i muzykę, wyszedłby z tego naprawdę dobry teledysk.


    A o czym to jest? Najlepiej obejrzeć zwiastun, bo film ciężko opowiedzieć. Zaczyna się na śnieżnym pustkowiu, gdzie ojciec wychowuje swoja nastoletnią córkę na wykwalifikowaną zabójczynię. Kiedy jest już gotowa, rozdzielają się - Hanna ma misję do wykonania, po której planują spotkać się w Berlinie, czyli tak z pół świata dalej. Dziewczyna wychowywana na odludziu będzie musiała poradzić sobie nie tylko z czyhającymi na nią agentami służb specjalnych, ale i z pierwszym zetknięciem z cywilizacją.

    Na marginesie - jakoś tak się dzieje, że filmy, w których morduje się zwierzęta na ogół nie są arcydziełami. Ten zaczyna się sceną, w której Hanna zabija i patroszy jelenia. To mi powinno było od razu dać do myślenia...

    10 czerwca 2011

    Nie igraj z pamięcią

    Książki Pablo de Santisa mają w sobie TO COŚ. Prosty, chłodny styl, doskonale budujący napięcie. Trudno zdefiniować ich gatunek - można by je uplasować na pograniczu thrillera, ale primo - nie odda to ich sedna, secundo - skojarzenia z thrillerami amerykańskimi, a nawet skandynawskimi, które Wam się mogą nasunąć, będą zdecydowanie błędne. Pisarz pochodzi z Argentyny, ale jego twórczość leży na zupełnie innym biegunie niż kojarzony z południową Ameryką realizm magiczny - gorący, kolorowy, intensywny. Film nakręcony na podstawie powieści de Santisa powinien być czarno-biały, z dominującą atmosferą niepokoju, ale nie dusznego, raczej takiego, od którego ma się zimne dreszcze. Jeśliby posłużyć się metaforą, to "potwory" de Santisa nie wyskakują znienacka z szaf, wywołując tym palpitacje serca. Ale kiedy siedzimy na werandzie w piękny słoneczny dzień, możemy nagle poczuć na karku ich chłodny oddech.

    Przechodząc do sedna - w Teatrze Pamięci pojawia się znany motyw człowieka pozbawionego pamięci, ale też całkiem nowy - pamięci pozbawionej człowieka... Główny bohater, dr Martin Nigro, pracował przez pewien czas w Fundacji Fabrizia, zajmującej się badaniami nad pamięcią. Kiedy został znienacka zwolniony, trafił na etat do szpitala. Tam pewnego dnia trafia pacjent z amnezją. Nigro próbuje mu pomóc, wikłając się jednocześnie w romans z jego byłą żoną. Powoli odkrywa, że jego pacjent ma pewne powiązania z Fundacją Fabrizia, a do tego ktoś próbuje go zabić. Co się naprawdę dzieje w Fundacji? Chcecie wiedzieć? Przeczytajcie.

    Na razie uplasowałabym Teatr pamięci na drugim miejscu po Przekładzie tego Autora. Tutaj nie do końca usatysfakcjonowało mnie zakończenie, chociaż trzeba przyznać, że daje do myślenia. Nie można de Santisowi zarzucić banału i grania schematami - na szczęście. Przede mną jeszcze Kaligraf Woltera, który już czeka na półce, oraz Tajemnica Paryża, którą pewnie nabędę w oryginale, jak tylko przebrnę przez Zafona i udowodnię sobie, że potrafię.

    Pablo de Santis
    Teatr pamięci
    Muza 2007
    ss. 134

    9 czerwca 2011

    Stało się

    Stało się. Kilka dni temu skończyłam 30 lat. Minie jeszcze trochę czasu zanim się przyzwyczaję do myśli, że nie należę już do grupy młodych i prężnych "dwudziestek" ;) Jak to mówila Joanna Stirling z Błękitnego zamku (kończąc wiosen 29)- jeszcze młoda, ale nie po prostu młoda.  

    Ale, hej, wiecie co? Trzydzieści lat to jest piękny wiek. Jestem dużo szczęśliwsza niż wtedy, kiedy kończyłam 20. Zmądrzałam, zyskałam spory dystans do wszystkiego, wyrobiłam sobie własny pogląd na życie. Zaakceptowałam swój wygląd (szkoda czasu na zamartwianie się, czemu nos ma akurat taki kształt, a stopy taki rozmiar, serio - głupio mi, kiedy pomyślę, ile energii zmarnowałam na nielubienie siebie). Poznałam siebie w stopniu, który kiedyś wydawał mi się nieosiągalny. Aż strach pomyśleć, jak życiowo mądra będę, kiedy skończę 40 ;)

    Urodziny świętowałam, dzięki T., pod Giewontem, w dniu urodzin popełniając kondycyjne seppuku na tatrzańskich szlakach (kondycja przez zimę siadła mocno). Prezenty książkowe były, jakżeby nie, a przy okazji uzbierało się też parę uroczych drobiazgów ze straganów. Wracając, zahaczyliśmy o Kraków i wyjechałam stamtąd bogatsza o dwie lektury upolowane po 5 zł sztuka. Do tego jeszcze zakupiłam trzy książki o kwiatach balkonowych, bo to moje ostatnie hobby ( ostatnio rozwinięte, bo na pewno nie ostatnie w życiu - ciągle odkrywam nowe).

    Książki przyczaiły się skromnie w rogu


    Z boczku wyglądają tak...
    ...a tak od frontu.

    W górnym rządku pierwsza z prawej prezentowa książka Williama Darlymple'a Nine Lives: In Search of the Sacred in Modern India - o różnych przejawach religijności w Indiach, podobno świetna.  Dwie z lewej to te upolowane w Krakowie: Sprawiedliwe wyroki sędziego Baogonga - dwadzieścia chińskich opowiadań detektywistycznych z XVI wieku (sic!) - oraz Mnisi-czarnoksiężnicy, czyli niesamowite historie o dziwnych ludziach autorstwa Pu Songling - też chińskie opowiadania z XVI wieku, tym razem o świecie wierzeń i magii. Ciągnie mnie i pcha ostatnio w stronę Azji.

    Na dole wymarzona trylogia Zafona w oryginale (El Principe de la Niebla, El Palacio de la Medianoche, Las Luces de Septiembre), czyli mój ambitny plan wejścia na następny poziom znajomości języka hiszpańskiego. Plan będę realizować w wakacje, przeplatając lekturę seansami serialu El Internado, też w oryginale (będzie o nim jeszcze wpis).

    A na koniec, też w ramach prezentów, zaczątek balkonowego ogródka. Prawda, że cudny?



    3 czerwca 2011

    Szumią wierzby, szumią

    Nigdy wcześniej nie czytałam żadnej książki tej Autorki, piszącej po francusku Chinki. Jednak opisy mnie tak zainteresowały, że zakupiłam hurtem trzy - zwykle mi się to nie zdarza. Na pierwszy ogień poszedł zbiór czterech opowiadań, chociaż zasadniczo wielbicielką krótkiej formy nie jestem.

    Shan Sa
    Cztery życia wierzby
    Muza 2004
    ss. 176

    Urzeczona. Tak właśnie czułam się po lekturze. Jakbym wynurzyła się z rysowanego subtelną kreską chińskiego pejzażu. Cztery opowiadania, złączone motywem wierzby, to najkrótsza z możliwych podróż przez  historię Chin.

    Najbardziej spodobały mi się dwa pierwsze utwory, dziejące się w najdalszej przeszłości. Pierwszy za Cesarstwa, drugi na początku XX w. Zafascynowały mnie swoją delikatną bajkowością, jakbym czytała azjatyckich braci Grimm. A jednocześnie, przy całej magii, dawały duże pojęcie o kulturze i obyczajach tamtych czasów.

    Trzecie opowiadanie to czasy rewolucji kulturalnej. Pierwszy raz "widziałam" ją z tak bliska. Jedyne, co mogę zarzucić temu utworowi, to odrobinę schematyczności - od połowy domyślałam się, jak potoczą się losy bohatera. Było to jednak dość zrozumiałe, bo miało ilustrować los jednostki zaplątanej w tryby wielkiej historii.

    Rozczarowało mnie tylko ostatnie opowiadanie - współczesne, ale dziejące się właściwie we śnie/bajce. Było króciutkie i wyglądało jak dopisane na siłę, żeby zamknąć cykl, bez pomysłu. Ale zajmowało jakieś 3% całości, więc wybaczam. Z drugiej strony, w tym opowiadaniu najłatwiej było mi, człowiekowi Zachodu, dojrzeć symbolikę wierzby, która w Chinach oznacza śmierć i odrodzenie.

    Subtelny, chłodny i oszczędny styl nie każdemu musi przypaść do gustu, niemniej polecam tym, którzy interesują się Dalekim Wschodem, a sama rzucam się na kolejne dzieła Shan Sa.

    2 czerwca 2011

    Jak przestać zabijać ludzi. Poradnik.

    Drogi Czytelniku!
    Jeśli chciałbyś przestać zabijać ludzi... albo przynajmniej jeśli jesteś do tego zmuszony, bo właśnie wpakowałeś się w konflikt z FBI... oto co powinieneś zrobić:
    - wyprowadź się (choćby omyłkowo), do kraju, w którym ludzi jest tak mało, że żal ich zabijać, broni nie sposób kupić, a o morderstwach piszą tylko w książkach;
    - przybądź tam w przebraniu księdza, 
    - na lotnisku wpadnij w łapy małżeństwa kaznodziejów prowadzących własną telewizję religijną oraz posiadających grzeszną, ale piękną córkę.

    Powodzenie murowane.
    No, prawie.

    Hallgrímur Helgason
    Poradnik domowy kilera

    The Hitman's Guide
    to House Cleaning
    How to Stop Killing People
    and Start Doing the Dishes

    Słowo/obraz terytoria
    seria: Książki do czytania

    ss. 248

     






     


    Lekka, błyskotliwa i zabawna książka - polecam zwłaszcza fanom Mendozy (a także jego antyfanom, bo u Helgasona nie ma tej rubaszności, która niektórych razi), wielbicielom Islandii, czytelnikom z poczuciem humoru, przeciwnikom poprawności politycznej oraz macho obu płci, którzy lubią bohaterów z bronią w kieszeni (a niekiedy w bucie) i piękną kobietą (niejedną) przy boku. Ja uwielbiam zabawne książki (ta jest z kategorii "obchichotanych", a nie "obśmianych w głos") oraz Islandię - ta przedziwną pustą, zimną i nieprzyjazną (przyrodniczo) wyspę. Doceniłam też głębsze tło - główny bohater jest Chorwatem i wspomnienia wojny w dawnej Jugosławii nie dają mu spać po nocach, a dzięki temu powieść nie jest tylko pustą komedyjką. 

    Nie jest to książka, do której będę wracać, ale doskonale się przy niej bawiłam i na pewno podetknę ją jeszcze T. Jestem bardzo ciekawa pozostałych pozycji wydanych w tej serii (Książki do czytania). Chociaż - mała uwaga do wydawnictwa - do czytania to się jednak nadaje większy font. Ta była dobra do postradania wzroku, dlatego waham się, czy kupować następne. Chętnie za to przeczytam poprzednią książkę tego Autora, czyli 101 Reykjavik.

    1 czerwca 2011

    Wpis dzieckowo-książkowy

    Dzieci nie posiadam, ale Dzień Dziecka nieodmiennie od lat obchodzę i nie przeszkadza mi nawet fakt, że już prawie przestałam mieć dwójkę z przodu (o wiek chodzi, nie o zęby). Tak patriotycznie postanowiłam dziś wspomnieć o moich ukochanych polskich książkach z dzieciństwa (wśród zagranicznych rządziła klasyka: Montgomery, Burnett, Lindgren itp.).

    Od dziecka czytałam wszystko, co mi wpadło w ręce, a tak się złożyło, że u mojej babci stał wielki regał z książkami wśród których kryły się skarby pamiętające dzieciństwo mojego taty i jego sióstr. W ten sposób stałam się fanką czytanek z języka polskiego z przełomu lat 50. - bo rzecz jasna nawet podręczników nie oszczędziłam - o pięknym prosocjalistycznym wydźwięku. Pamiętam, że było tam o budowniczych nowej Polski, prostych robotnikach, oraz o dzieciach wiejskich, co to dzielnie przez pola, zimą, na boso i pod górkę szły. Uwielbiałam je :)
    Na szczęście znalazło się tam także sporo dobrej literatury i dzięki niej moje dzieciństwo czytelnicze, na początku lat 90., upłynęło pod hasłem Polski Ludowej. Oto pozycje, w których się zaczytywałam i które nadal uważam za doskonałe (a dzięki nim żywię także sentyment do lat 60., w których żyć nie miałam okazji).


    Adam Bahdaj rządzi

    To pisarz instytucja, biada tym, którzy nie znają - choć na szczęście nadal się go wznawia. Zaczytywałam się w dwóch mrożących krew w żyłach kryminałach "Uwaga! Czarny parasol!" i "Kapelusz za sto tysięcy". Na Tolka Banana stawiam do dzisiaj - chociaż filmu nie lubię, bo za bardzo różnił się od książki (ach ten skrzypiący dom i ukryty skarb, i duszne lato w Warszawie). Dla odmiany uwielbiam Dudusia zarówna w filmie/serialu "Podróż za jeden uśmiech", jak i w książce. Trzeba też wspomnieć o "Wakacjach z duchami" i "Do przerwy 0:1", a nieco starszym poleciłabym też dwuczęściową książkę o szukającym nieznanego ojca Maćku/Telemachu,  wpisaną na listę honorową IBBY.

    Szukając skarbów z Panem Samochodzikiem

    Pan Samochodzik jest moim idolem do dziś i nadal żałuję, że nie poszłam w jego ślady. W końcu kto by nie chciał zawodowo szukać skarbów. 
    Ach, ten polski James Bond, detektyw-muzealnik-dżentelmen, który używał intelektu, a bronią się brzydził, i potrafił rozwikłać najbardziej tajemniczą z tajemnic w Polsce i zagranicą. Ach, samochód-amfibia, brzydki jak odrapane czółno, na którym ktoś postawił namiot. Ach, te wszystkie piękne panny, które brały udział w przygodach, ale w głębi duszy marzyły tylko o domku z ogródkiem i gotowaniu obiadków dla męża i dzieci (i jako takie były ideałem pana Tomasza). 
    Wolę się przyznać (zanim mnie T. wyda), że Pan Samochodzik nadal jest dla mnie lekiem na depresję  i aktualnie nawet słucham audiobooka "Księgi Strachów".
    PS. Uznaję tylko Pana Samochodzika autorstwa Zbigniewa Nienackiego, pochodnych nie czytałam i nie planuję.

    Szaleństwa z Majką Skowron

    Chociaż jeśli mam być szczera, to moją ukochaną, znaną niemal na pamięć książką  Autora "Majki" jest "Nasturcja i Lew". Mądry portret nastolatka u progu pierwszej miłości, odrobina przygody, odrobina historii, szczypta fantastyki. Majka była dla mnie zbyt mało odpowiedzialna.
    Aleksander Minkowski napisał całe mnóstwo książek dla młodzieży i nadal nie tracę nadziei, że przeczytam wszystkie. Wyróżniały się doskonałymi plastycznymi portretami bohaterów i  psychologiczną głębią (wartość zapomniana w czasach pamiętników wampirzych księżniczek i ich ukochanych upadłych aniołów).


    Lilybeth lubi Krystynę Boglar jak Klementyna kolor czerwony

    Nie czytałam debiutanckiego "Wiercipiętka", ale od drugiej książki tej Autorki "Klementyna lubi kolor czerwony" (znakomicie ilustrowanej przez Butenkę) poczynając, wszystko było doskonałe. Kojarzycie bliźniaki z "Każdy pies ma dwa końce" i "Nie głaskać kota pod włos"? Jak upychały zapasy jedzenia na później w wielkim miśku oraz wyczarowywały pogodę tańcząc nad rosołem w środku nocy? Z poważniejszych pozycji głęboko poruszyły mnie "Brent" i "Kolacja na Titaniku" - do dziś pamiętam to uczucie ściśniętego gardła, z którym je czytałam.

    Którędy do Eldorado?

    Marta Tomaszewska to kolejna cudowna pisarka, w ulubionych też musiałabym wymienić wszystkie jej utwory. "Zorro, załóż okulary" wyniesioną od babci nadal mam na półce (i nie oddam). Najbardziej kochałam jednak "Tajemnicę białego pokoju" - wypożyczałam ją z biblioteki średnio co trzecią wizytę ;)

    Zabawa z rodem Sawanów

    Ewa Lach - ech, zapomniałam nazwiska tej Autorki, a nie tak łatwo ją teraz znaleźć. Trafiłam przez forum z imionami dla dzieci :) A to dlatego, że bohaterowie kilku jej książek to rodzeństwo Sawanów o  nietypowych imionach: Kastor i Pola, Marek i Roma, Cyprian, Seweryn i Berenika. Świetne były też inne książki, choćby"Pępek węża" czy "Romeo, Julia i błąd Szeryfa" o amatorskiej próbie wystawienia Szekspira przez siostry bliźniaczki i o ich owdowiałym ojcu. Chyba poszukam starych egzemplarzy na allegro, bo za parę lat słuch o nich całkiem zaginie, a szkoda by była wielka. Na marginesie - Autorka zadebiutowała chyba jako czternastolatka i pamiętam, że gorąco wierzyłam, że uda mi się ją przebić i wydać pierwszą powieść jeszcze wcześniej ;)

    Mądrze o życiu

    "Życie za życie" Zofii Chądzyńskiej to dla mnie majstersztyk, jeśli nie czytaliście w dzieciństwie, przeczytajcie teraz. Osierocony przez ojca Marek żyje ze zgorzkniałą oschłą matką w małym domku przy śluzie, a kłopoty w szkole sprawiają, że traci ostatnią rzecz, na której mu zależy. Wtedy pojawia się mała dziewczynka, jeszcze dziecko, która chce dla niego wyprostować świat, poświęcając samą siebie. Znakomicie oddane realia i fantastyczna gra językowa. Lubiłam też równie dobrą, choć już bardziej "dla dzieci", "Przez Ciebie, Drabie!" (Drab to imię psa, a nie młodociany chuligan ;) ).

    *********************************************************

    No to sobie zrobiłam Dzień Dziecka, pisząc o tym, o czym lubię najbardziej :) Resztę Wam już daruję (bo mogłabym tak długo), wspomnę tylko jeszcze o "W pustyni i w puszczy", którą uwielbiałam i czytałam rytualnie raz do roku oraz o zwariowanych panienkach z twórczości Makuszyńskiego. I o doskonałych opowiadaniach Zofii Żurakowskiej z okresu 20-lecia międzywojennego. I jeszcze o serii Chmielewskiej o Janeczce i Pawełku.... I jeszcze o... i jeszcze...

    Na marginesie - dostępność książek w czasach mojego dzieciństwa była zdecydowanie mniejsza. Te, które miałam, czytałam na okrągło, bibliotekę też miałam przerobioną w całości kilkakrotnie. Ale nie byłam nieszczęśliwa z tego powodu, przeciwnie, dzięki temu mogłam wracać do ukochanych światów po wielokroć. Aż szkoda, że wśród "dorosłych" książek nie mam tylu, które chciałabym przeczytać ponownie... pięć razy ;)

    Japońska sztuka walki z chorobami

    Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...