26 kwietnia 2011

Tajemnica w ogrodzie

Przykro mi to mówić, ale "Zapomniany ogród" zostanie i przeze  mnie zapomniany szybko. Uwielbiam książki o mrocznych rodzinnych sekretach, odkrywanych po latach, o grzebaniu w papierach i sekretach ukrytych na tajemniczych strychach w zakurzonych kufrach. Liczyłam, że ta powieść będzie w sam raz pasować do tego profilu - i niby pasowała, ale... No, zgrabne czytadło to jest, ale nic ponadto. Zachwyciło moja siostrę i mamę, na blogach tez czytałam pochwały, a ja się wyrodziłam. Trudno.

Akcja książki jest zagmatwana i ciężko ją dokładnie streścić. Zasadniczo bohaterkami są jednak trzy kobiety: Eliza Makepeace, żyjąca na początku XX w. autorka baśni, Nell - która z niewyjaśnionych przyczyn jako czterolatka znalazła się samotnie na statku płynącym do Ameryki i po latach szuka swoich korzeni oraz żyjąca współcześnie wnuczka Nell, Cassandra, która próbuje rozwikłać tajemnicę pochodzenia babki. Akcja toczy się w Australii, Ameryce i Anglii, na zmianę współcześnie, w latach 70. oraz na początku XX wieku.

Główne zarzuty:

Przede wszystkim - papierowe postacie, całkiem jednowymiarowe, albo dobre, albo złe. Na jednej szali mamy więc bezwzględną Adelinę, okrutną panią Swindell i obleśnego brata Georgiany, na drugiej wrażliwą Cassandrę, utalentowaną Elizę i zagubioną Nell. Wszystkie dobre bohaterki są rzecz jasna śliczne jak obrazek. Trochę się odróżnia Rose, kuzynka Elizy, chociaż nie tyle głębią charakteru, co jego brakiem - w budowie tej postaci nie było żadnej spójności, zmieniała się diametralnie w zależności od potrzeb akcji. We współczesnej części historii Cassandra i Nell podczas prób rozwikłania tajemnicy na swojej drodze spotykają wyłącznie dobrych ludzi, którzy kibicują ich poszukiwaniom, a do tego obdarzeni są słoniową pamięcią - zdrowy kornwalijski klimat, jak widać, zapobiega sklerozie wśród staruszków...

Po drugie - zabrakło mi doskonale oddanych realiów i atmosfery, tak jak to miało miejsce w "Domu w Riverton" tej samej Autorki. Z pewnością Kate Morton poparła swoją twórczość badaniami nad epoką, ale jakoś nie było tego widać w książce. Rzeczywistość jak z Harlequina - posiadłość plus damy w kapeluszach albo brudna i niebezpieczna uliczka w londyńskich slumsach to takie dwie "wyspy" całkowicie odizolowane od reszty świata, a wokół nicość. Może przez to, że dopiero co czytałam rewelacyjną "Wojnę wdowy" teraz, przez porównanie, czułam sztuczność tego świata. Początek był jeszcze niezły, ale im dalej, tym słabiej.

Po trzecie - ta sama wada, co w "Domu w Riverton" - rozwlekłość. Ostatnią ćwiartkę książki przelatywałam wzrokiem, byle skończyć, chociaż zakończenia i tak się domyśliłam wcześniej.

Wreszcie po czwarte - cudowne i porywające baśnie Elizy Makepeace, którymi przeplatana jest powieść i nad którymi pieją z zachwytu bohaterowie. Czy tylko ja odniosłam wrażenie, że nic w nich nadzwyczajnego nie ma, zero subtelności, poetyckości, magii? Rozumiem, czemu służyły w powieści, były ukrytym zapisem rzeczywistości itd., ale nie wystarczy powiedzieć, że coś jest cudowne, żeby rzeczywiście takim było.

Ogólnie, była to całkiem niezła książka do przeczytania w nudny dzień, spędzony w łóżku z lekką temperaturą i bolącym gardłem - dzięki jej objętości zagospodarowałam nią wiele godzin. Na tyle niewymagająca umysłowo, że nie męczyła w chorobie, oraz na tyle ciekawa, że chciało mi się dalej przewracać strony. To jednak, co po sobie pozostawiła, to głównie wrażenie zmarnowania dużej ilości czasu.

PS. Jeśli chodzi o redakcję, to książka woła o pomstę do nieba - nie wiem, co mnie powaliło bardziej: portrety "olejowe" czy włosy "truskawkowo-blond".

PS2. Moja recenzja "Domu w Riverton" Kate Morton jest tutaj.

23 kwietnia 2011

Kret w Indiach

No, uczucia to mam, szczerze pisząc, mieszane. Swego czasu poniewierał się ten Kret nie tylko po Indiach, ale i po wszystkich blogach, naczytałam się pochwał i spodziewałam się nadzwyczajności. Nadzwyczajności nie było. Było... różnie.

Jeśli chodzi o Indie, to jestem nieco poduczonym laikiem. Tzn. sama nie byłam, ekspertem nie jestem, coś tam wiem, ale nie za dużo. Liczyłam, że relacja osoby, która w Indiach była wielokrotnie, w istotny sposób zwiększy moją wiedzę, ale tak się nie stało. Jakieś 3/4 informacji zawartych w książce jest na tyle podstawowych, że nawet ja je znam. Pozostała ćwiartka jest interesująca.

Poczytałam np. co nieco o Bhutanie, małym, odciętym od cywilizacji zachodniej, ale szczęśliwym kraju. Chętnie będę zgłębiać dalej ten temat. Dowiedziałam się, ile ciekawych rzeczy Hindusi umieją zrobić z - excusez le mot - krowiej kupy. Poznałam parę indyjskich mitów - a o tamtejszej mitologii niewiele wiem. Szczególnie wdzięczna jestem za historię o tysiącu polskich sierot adoptowanych przez maharadżę - kiedyś coś mi się obiło o uszy, ale zdążyłam zapomnieć. A jest to fakt na tyle fascynujący, że jeśli kiedykolwiek napiszę powieść, to będzie bazować na tamtych wydarzeniach.

Z negatywów - drażnił mnie styl Autora, w tym obsesja odwoływania się do Krzyżaków, co chyba miało być zabawne (generalnie w miejscach, które miały być zabawne, zgrzytałam zębami), a także nazbyt łopatologiczny wykład. Brakowało jakiejś głębszej analizy, chociaż w sumie tytuł jej nie sugerował. "Moje Indie", czyli moje subiektywne obserwacje... Gdybym nie czytała wcześniej książki Marzeny Filipczak, z lektury wyciągnęłabym wniosek, że jedyną niedogodnością dla turysty w Indiach jest upał. No, ale Autor mieszkał w prywatnych domach, nie w hotelach, więc zna Indie pod nieco innym kątem. Jednak w takim przypadku chciałabym dowiedzieć się więcej na temat życia codziennego w tymże prywatnym domu, a takie informacje też pojawiały się skąpo.

Dalsze minusy odnoszą się w sumie bardziej do wydawnictwa - w bardzo wielu miejscach informacje się powtarzały - wydaje mi się, że wyeliminowanie takich  niedociągnięć to rola redaktora właśnie. Co gorsze, sporo jest innych typowo redakcyjnych niedoróbek, np. na stronie 90. znajdujemy informację: "o tym więcej w o kobietach w Indiach" - rozumiem, że to odsyłacz do rozdziału dotyczącego kobiet w Indiach, ale nikt mi nie wmówi, że to poprawna składnia (zwłaszcza, że rozdział o kobietach nosi tytuł "Parę zdań o życiu kobiet w Indiach"). Więcej było takich kwiatków, ale dobiło mnie słówko "beszcześcić" (sic!), s. 95. Wstyd, Świecie Książki, wstyd.

Aha, plus jeszcze za zdjęcia, którymi książka jest ilustrowana bogato. Polecam laikom, zainteresowanym Indiami.

20 kwietnia 2011

To nie jest kraj dla samotnych kobiet

Sally Gunning
Wojna wdowy
The Widows War
Muza 2007
ss. 204

Połowa XVIII wieku, mała nadmorska osada na Cape Cod. Zadomowieni w Ameryce biali tworzą tu konserwatywną protestancką wspólnotę. Mieszkańcy żyją głównie z połowów wielorybów - tym też zajmuje się Edward, mąż Lydii Berry. Chciałoby się powiedzieć, że świat staje na głowie, kiedy Edward pewnego dnia z połowu nie powraca, ale właściwie tak nie jest. To prawda, że życie Lydii zupełnie się odmienia, ale wszystko dzieje się według przyjętych zasad i zgodnie z prawem. Majątek Berrych przechodzi na jedynego męskiego krewniaka - zięcia Lydii, a jej przysługuje prawo do korzystania z jednej trzeciej tegoż. Powinna zamieszkać z córką, zięciem i wnukami, zdać się na ich opiekę i czekać na śmierć lub ponowny ożenek. 

Dodajmy, że wdowa Berry nie ma nawet 40 lat. Do tej pory żyła w szczęśliwym związku, we własnym domu (oczywiście wszystko było własnością jej męża, ale jako że mąż był kochający, nie musiała się tym przejmować), bardzo samodzielnie - bo Edward spędzał na morzu wiele czasu, a ona wtedy sama troszczyła się o gospodarstwo. Teraz za jednym zamachem traci męża, dom i prawo decydowania o sobie. We wszystkim powinna podporządkować się decyzjom zięcia. Jeśli będzie wystarczająco miła i posłuszna, na pewno o nią zadba.

Czy możecie sobie wyobrazić czasy, kiedy o wartości kobiety świadczy to, czy jest posłuszna? Bo ja już nie. Lydia żyła w takim świecie i nigdy dotąd się nie buntowała, ale teraz coś w niej pęka. Nie chce dużo. Nie jest pierwszą sufrażystką. Jest dorosłą, rozsądną kobietą, która chciałaby, żeby cokolwiek w jej życiu zależało od niej samej. W rezultacie zraża do siebie zięcia (i tak jej nieprzychylnego), córkę, przyjaznego prawnika i całą protestancką wspólnotę. Jak sobie da radę, kiedy znajdzie się na marginesie społeczności?

To świetna książka. Muza powoli wyrasta na moje ulubione wydawnictwo. Sally Gunning jest specjalistką od XVIII w. i drobiazgowo oddała realia ówczesnego codziennego życia. Bohaterowie wydają się tak prawdziwi, że przez całą książkę trzymałam kciuki za Lydię - żeby się nie dała, wbrew wszystkiemu. Bałam się trochę, że Autorka pójdzie na łatwiznę i podsunie idealnego kandydata na męża, co pomoże bohaterce nie tyle się uniezależnić, co uzależnić od kogoś sympatyczniejszego niż zięć, ale na szczęście to nie nastąpiło. Kandydaci się pojawiają, ale ani ich charaktery, ani pobudki nie są jednoznaczne, a Lydia też nie jest zbyt ufna, bo boi się wpadnięcia w pułapkę zależności.


Bardzo gorąco polecam "Wojnę wdowy", a dodam jeszcze, że Gunning napisała dwie kolejne książki, w których postać Lydii pojawia się na dalszym planie: "Bound" i "The Rebellion of Jane Clarke" - w tej drugiej bohaterką jest wnuczka Lydii. Nie wiem, czy Muza planuje je wydać, ale wersje angielskie mają tak śliczne okładki, że chyba się pokuszę i zakupię oryginały.

19 kwietnia 2011

Jadę sobie palcem po mapie

Marzena Filipczak
Jadę sobie. Azja. 
Przewodnik dla podróżujących kobiet
Poradnia K, 2009
audiobook
czyta Maria Peszek

Indie mnie fascynują. Ćwiczę jogę, uwielbiam indyjską kuchnię, czytam o ayurwedzie i w ogóle. Wizualnie też mi się podoba. Filmów z Bollywoodu może nie oglądam, ale muzyki zdarza mi się sporadycznie słuchać, a i pokaz tańca chętnie obejrzę. (Swoją drogą, bharatanatyam to najtrudniejszy taniec EVER, a w każdym razie najtrudniejszy, jakiego próbowałam się uczyć. Balet to drobiazg.) A jednak podróż do Indii nigdy nie była moim marzeniem. Żebym się tak miała spakować, wsiąść w samolot i ruszyć... Eee, nie. Za leniwa jestem na to. Koszmarny klimat, choroby, tłok, robale... Za to uwielbiam czytać o ludziach, którzy się do Indii wybrali. Najlepiej, żeby jeszcze zdjęcia były. Pełnia szczęścia. Oni się umęczyli, a ja mam z tego samą przyjemność oglądania, czytania i podziwiania ;)

Nic dziwnego, że złapałam się za "Jadę sobie" Marzeny Filipczak. Ale nie był to powód jedyny. Autorka napisała książkę o podróży, którą odbyła całkowicie samodzielnie - a ja bardzo lubię podróżować sama. Co prawda na krótszych trasach, niemniej byłam ciekawa, jak wygląda organizacja takiego wyjazdu. Poza tym urzekło mnie to autko na okładce :)

Zaczęło się dobrze, bo od karaluchów wielkości palca, które włażą do plecaka, jak się go nie zamknie i potem podróżują na gapę. Już się ucieszyłam, że to nie ja tam pojechałam, a potem było jeszcze lepiej. Hotele, które mają ściany z desek z takimi szparami, że można sobie przez nie oglądać ulicę, dziury w podłogach w ramach toalety, rajd rozsypującymi się autobusami w upale (jeśli wcześniej uda się jakimś cudem kupić bilet) i jedzonko, które pozwala na nowo zrozumieć znaczenia słowa "ostre". Ale to nie jest tak, że Autorka marudzi - to tylko ja się lubuję w takich opisach ;) 

Książka, jak wskazano w tytule, jest przewodnikiem dla podróżujących kobiet (zresztą podejrzewam, że i mężczyznom się przyda). Składa się z dwóch części - pierwsza to rodzaj dziennika z podróży, jest ułożona chronologicznie, druga - wskazówki praktyczne, są podzielone wedle tematu, np. zdrowie, pieniądze, bezpieczeństwo itp. Autorka postawiła sobie za cel pokazanie, jak można podróżować po Azji samotnie, tzn. niekoniecznie solo, ale na własną rękę, bez biura podróży. Z tego względu skupia się nie na opisach zabytków, zachwytach nad przyrodą albo analizach kulturowych, ale nad praktyczną stroną podróży. Dzięki temu można się dowiedzieć, co zrobić, gdy na dworcu autobusowych obskakuje cię tłum rikszarzy i każdy chce cię zawieźć do własnego hotelu lub jak zamówić posiłek wegetariański, który nie wypala gardła. Rzecz jasna pojawiają się też ciekawostki turystyczne, ale niejako na drugim planie. Żeby nie zmylił Was mój wstęp - Autorka podróżuje nie tylko po Indiach, ale też po Borneo, Malezji, Kambodży, Wietnamie i Tajlandii.

Całość jest napisana lekko i sympatycznie, z ogromną dozą poczucia humoru. Autorka nie uważa się za guru podróżowania, bo była to jej pierwsza tak długa samotna podróż poza Europę i wiele się nauczyła na własnych błędach. Daje jasne, przetestowane na sobie samej wskazówki, pomocne wszystkim mniej zaawansowanym podróżnikom, którzy chcieliby się wybrać na egzotyczną wyprawę. Druga część przyda się nie tylko tym, którzy planują podróż po Azji, ale też w jakikolwiek inny rejon świata. Ale i dla czystej przyjemności czyta/słucha się świetnie. Audiobook czytała Maria Peszek i robiła to doskonale - miałam wrażenie, jakby opowiadała o własnej podróży.

Polecam.

17 kwietnia 2011

Literatura na ekrany! - Mężczyzna w kapturze (część 1).


Jedną z moich najukochańszych książek dzieciństwa były "Wesołe przygody Robin Hooda". Posiadałam właśnie tę wersję z obrazka obok, autorstwa Howarda Pyle'a i do dziś jest to dla mnie wersja "najsłuszniejsza". Nie tylko dlatego, że jest najstarsza (1883 r.) i najsłynniejsza - po prostu znałam ją prawie na pamięć i tak się do niej przywiązałam, że nie mogłam się przekonać do wersji innych autorów. To tak, jakby czytać "Dumę i uprzedzenie" autorstwa kogoś innego niż Austen.

Legenda o Robinie ma długie korzenie - pierwsza zachowana wzmianka pochodzi z XV w., a od tej pory powstało kilkaset dzieł na jego temat - nie tylko literackich, ale także filmowych. Do filmów jakoś nie jestem uprzedzona, nie ma dla mnie najlepszej wersji - jest wiele dobrych. Dla inauguracji mojego cyklu chciałam przedstawić Wam najciekawsze, moim zdaniem, ekranizacje. Ponieważ powstało ich sporo, będzie to wpis w odcinkach :) Rzecz jasna wszystkich nie omówię, ale jeśli ktoś jest zainteresowany, to zachęcam do zajrzenia na tę stronę, gdzie wymieniono chyba wszystkie.


1938 - Dawno dawno temu....
Przygody Robin Hooda
(The Adventures of Robin Hood) 


Spotkałam się z opiniami, że ekranizacja z Errolem Flynnem jest najlepszą jaka powstała i w ogóle "jedyną słuszną". Mogłabym się kłócić. Mogłabym się też zgodzić. Wszystko zależy od tego, czego się po ekranizacji oczekuje.

Ta na pewno jest wierna legendzie, stanowi doskonałą ilustrację książki, tak jak ją pamiętam z dzieciństwa. Wesoła kompania Robin Hooda, odziana w kolorowe stroje, pstrokata jak papugi (mowa o wersji podkolorowanej), mieszka sobie bezproblemowo na słonecznej polance, gdzie deszcz nigdy nie pada, a Robin i kamraci mogą spokojnie popijać piwo i zagryzać pieczonym dzikiem, śpiewając wesołe ballady. Szeryf Nottingham, Guy of Gisbourne i książę Jan są źli i głupi aż miło, bogaci pozwalają się łupić do woli, za to biedacy są Robinowi dozgonnie wdzięczni i wychwalają go pod niebiosa. Lady Marion, piękna jak lelija, chętnie porzuca atrakcje zamkowe dla wesołego łucznika, a potem wszyscy żyją długo i szczęśliwie.


Jednocześnie jest to ekranizacja, która nigdy nie leżała obok hasła "prawda historyczna". Średniowiecze z Errolem jest śliczne, kolorowe i czyściutkie, pstrokate stroje stanowią doskonały ubiór maskujący w lesie (zwłaszcza Szkarłatny (dosłownie) Will ukrywa się,  udając prawdopodobnie biedroneczkę), Robin ma ufryzowane loki, zabójczy wąsik i obcisłe zielone rajstopki, a Lady Marian - idealnie umalowany koral ust. Skarby kapią od drogocennych szkiełko-kamieni i wszyscy bogaci przechadzają się z nimi po lesie. Podział na dobrych i złych jest zupełnie jasny i nie ma co analizować.


Miło się to oglądało, ale już mam takie zboczenie po studiach historycznych, że lubię, jak nawet klechdy i podania ekranizuje się w sposób realistyczny. Niemniej, jako sympatyczne kino familijne sprawdza się świetnie, jest dobrą ilustracją legendy, a do tego Errol ma - nie ukrywajmy - ogromną ilość uroku. Cieszę się, że obejrzałam tę  wersję, ale nie godzę się z tezą o jedynym-prawdziwym.


1976 - Tej historii nie znacie...
Powrót Robin Hooda
(Robin and Marian)

To z pewnością jeden z najciekawszych filmów o Robin Hoodzie - nie tylko dzięki doskonałym aktorom (w rolach głównych Sean Connery i Audrey Hepburn), ale i niestandardowemu ujęciu tematu.

Akcja toczy się w 20 lat po "wesołych przygodach" bandy Robin Hooda, kiedy Robin i Marian mają po 40 lat. Robin wraca do kraju po wielu latach walki u boku króla Ryszarda, najpierw w Ziemi Świętej, potem we Francji. Przez ten czas Marian zdążyła na nowo ułożyć sobie życie - zostając przeoryszą w klasztorze. Drużyna Robina rozpadła się po jego wyjeździe, część zmarła, większość zajęła się czym innym, tylko kilku pozostało w lesie. Szeryf Nottingham i książę Jan, nadal mają się świetnie. Czas, jaki upłynął, nie zmniejszył ich niechęci do Robina, więc jeszcze raz będzie musiał stawić im czoło. Nie spodziewajcie się jednak, że będą to "wesołe przygody" w dwadzieścia lat później. To film o tym, że nie ma powrotu do przeszłości.


Bohaterowie legendy nie są tu czarno-biali - mają wyraziste charaktery. Król Ryszard wreszcie nie jest chodzącym wzorem władcy - film zaczyna się od sceny, w której tenże morduje kobiety i dzieci, bez żadnego uzasadnienia. Robin mu służy, bo to "jego król" i  przyjaciel, ale jego poczucie prawości nie pozwala mu pozostać obojętnym w takiej sytuacji. Oprócz swojej prawości, a także typowego dla Robin Hoodów zawadiackiego uroku, ma jednak i inną cechę. Jest uzależniony od adrenaliny, walki, "igraszek ze śmiercią". Nie dla niego spokojny żywot z ukochaną. Z kolei szeryf z Nottingham, odwieczny wróg Robina, należy do kategorii "lepszy stary wróg niż nowy przyjaciel". Stoi po drugiej stronie barykady, ale też jest człowiekiem mężnym, prawym i szlachetnym. Z Robinem dobrze się znają i darzą szacunkiem, chociaż walczą na śmierć i życie. Natomiast Marian to nie śliczna lalka, ale silna kobieta. Kocha Robina, ale już opłakała jego utratę, może śmierć, i zbudowała sobie nowe życie. Broni się jak może przed powrotem do dawnego życia i dawnego uczucia. Audrey Hepburn zagrała ją po mistrzowsku.


W przeciwieństwie do radosnej i kolorowej wersji z 1938 r., ten film jest dobrze osadzony w realiach. Jego klimat jest znacznie poważniejszy, nie brakuje w nim jednak poczucia humoru - inteligentny dowcip w dialogach jest na najwyższym poziomie. Bardzo gorąco polecam, bo to film, o którym myśli się jeszcze długo po seansie.



c.d.n.

15 kwietnia 2011

Niňos de guerra

Tak mnie ta książka zaskoczyła, że aż mam problem z ubraniem myśli w słowa.

Historia, którą przedstawia, dotyczy zjawiska "niňos de guerra", czyli dzieci, które w czasie wojny domowej w Hiszpanii, zostały wysłane poza granice kraju z dala od działań wojennych, ale i od rodzin. Dwie siostry, 12-letnia Harmonia i 6-letnia Rosa, to córki komunistycznych bojowników. Rodzice przed udaniem się na pole walki oddają dzieci do sierocińca (tymczasowo). Kiedy konflikt przybiera na sile, dziewczynki wraz z resztą dzieci z sierocińca zostają wysłane do Związku Sowieckiego. Tam żyją w domu dziecka, tęskniąc, ale powoli się aklimatyzując. Po rewolucji przychodzi druga wojna światowa, a po niej zimna wojna i hiszpańscy rodzice z "bloku zachodniego" wydają się być już na zawsze rozdzieleni ze swoimi dziećmi, jednak nie tracą nadziei na połączenie.

Temat bardzo mnie zainteresował, wcześniej nie zetknęłam się w ogóle z informacją o takiej dziecięcej emigracji. Uwielbiam książki pisane z punktu widzenia dziecka. Czytało się ją doskonale. Wydawałoby się więc, ze ocena powinna być entuzjastyczna. Odczuwam jednak potrzebę przyczepienia się.

Z jednej strony mamy wojnę, dramatyczne rozbicie rodziny, traumę dzieci, wywózkę do dalekiego kraju o zupełnie innej kulturze i obyczajach, o języku nie wspominając, represje, śmierć itp., itd. Z drugiej - losy bohaterów są zadziwiająco bezproblemowe, zamiast traumy jest raczej nastrój melancholijno-nostalgiczny, a happy end (w zakresie prawdopodobieństwa, na szczęście) wyskakuje z każdej strony. Brak opisu realiów historycznych, przez co o życiu codziennym hiszpańskich dzieci w Rosji nie dowiedziałam się wiele. Powieść jest króciutka, przeczytałam ją w godzinę, a streszcza praktycznie całe życie dziewczynek, więc nic dziwnego, że raczej prześlizguje się po najważniejszych wydarzeniach niż w nie zagłębia. Zaczęłam się jednak zastanawiać, jaki właściwie cel przyświecał Autorce przy pisaniu, co chciała w ten sposób przekazać i odpowiedzi póki co nie odnalazłam. Może inspirowała się swoimi lub cudzymi wspomnieniami?

Przy tym wszystkim jednak podkreślam, że naprawdę doskonale się tę książkę czytało i nabrałam ogromnej ochoty na kolejne lektury autorstwa Mariny Mayoral. Operuje ślicznym subtelnym językiem, doskonale - w oszczędnych słowach - odmalowuje charaktery i uczucia. Lektura zostawiła mnie w bardzo spokojnym i pogodnym nastroju. Trochę mi się chwilami kojarzyła z filmem "Zaczarowane baletki" (książki niestety nie czytałam), też opowiadającym o dziewczynkach, które muszę odnaleźć własną drogę.

Polecam.

14 kwietnia 2011

Nieświęci święci

Ostatnio "Trzy żywoty świętych" obrodziły na blogach. Mam i ja ;)

Nie przepadam za opowiadaniami, ale uwielbiam Mendozę, więc byłam ciekawa, co wyjdzie z takiego połączenia. Miło mi poinformować, że Mendoza się obronił i przeczytałam książkę z dużym zainteresowaniem. Wolę jednak jego bardziej kpiarskie dzieła, a tu trudno się doszukać przymrużenia oka - to raczej analiza niejednoznacznych postaw moralnych.

Eduardo Mendoza
Trzy żywoty świętych
Tres vidas de santos
Znak literanova 2011
ss. 184

Mam zastrzeżenie do tytułu - niby Autor w przedmowie wyjaśnia, czemu trzy opowiadania o zupełnie różnej tematyce, pisane na przestrzeni wielu lat, wydano pod takim właśnie wspólnym tytułem, ale nie poczułam się przekonana. Najbardziej trafiło do mnie jego zdanie, że nawet jeśli żadnego z bohaterów nie można uznać za świętego, to w każdym razie ma nadzieję, że nie można ich też nazwać złymi ludźmi. Fakt. Kontrowersyjnymi - można, ale złymi - nie. No, a jako że trudno wydać zbiorek pod tytułem "Żywoty trzech nie złych ludzi", to niech już będą "święci", ale moim zdaniem nie bardzo to pasuje.

Z trzech opowiadań najbardziej przypadło mi do gustu trzecie - o więźniu, który odkrywa literaturę na więziennych kursach. Nie tylko ze względu na tematykę, ale i najdojrzalszy styl.

Na drugim miejscu uplasował się "Wieloryb" - historia pewnej hiszpańskiej rodziny, która gości u siebie biskupa z Ameryki Południowej, widziana oczami młodego chłopca. Styl tego opowiadania jest zajmujący, ale mało przypomina Mendozę i niemal zaczęłam go mylić z Zafonem. Taki uniwersalny styl hiszpański ;)

Najmniej polubiłam się z Dubslavem, bohaterem środkowego opowiadania "Finał Dubslava" - bohater, który nie wie, czego chce, wydawał mi się wyłącznie męczący i nie skłonił do żadnych przemyśleń. Nijaki mężczyzna, który podczas nijakiego pobytu w nijakiej wiosce afrykańskiej dowiaduje się, że jego matka (z którą łączyła go nijaka relacja) zmarła, a jednocześnie otrzymała europejską nagrodę za osiągnięcia w dziedzinie okulistyki.

Polecam tę książkę wielbicielom opowiadań oraz fanom Mendozy. Natomiast jeśli ktoś chce dopiero zacząć przygodę z tym pisarzem, to zdecydowanie lepiej sięgnąć najpierw po trylogię o fryzjerze damskim.

Książkę dostałam do recenzji od wydawnictwa Znak, któremu bardzo dziękuję :)

12 kwietnia 2011

Zagubione w rzeczywistości

Skoro nie narzekacie na to, że na blogu książkowym pojawiają się wpisy filmowe, to ja to teraz niecnie wykorzystam. Trzy produkcje (2 filmy i 1 miniserial), które ostatnio zrobiły na mnie spore wrażenie - z motywem przewodnim, jak w tytule posta.


Temple Grandin, reż. Mick Jackson, USA 2010 (6/6)

Temple Grandin to prawdziwa postać, która doskonale pasuje do mojego cyklu "Niezwykłe kobiety". Mimo autyzmu została profesorem na Uniwersytecie stanu Kolorado - specjalizuje się w zachowaniach zwierząt, ale także upowszechnia wiedzę na temat autyzmu.
Temple miała typowe cechy autystyka. Jej funkcjonowanie wśród ludzi było wyraźnie upośledzone -  nie znosiła kontaktu fizycznego, nie potrafiła odczytywać cudzych emocji, miała problemy z odnalezieniem się w świecie niedopowiedzeń i metafor. Rzeczy powiedziane nie wprost były dla niej niezrozumiałe. Jednocześnie potrafiła doskonale wczuć się w sposób myślenia zwierząt - szczególnie upodobała sobie krowy. Do tego miała umysł, który działał jak najlepszy komputer - przeliczał, projektował i zapamiętywał w sposób fotograficzny.


Temple wiele zawdzięczała determinacji swojej matki, która nie posłuchała lekarzy, radzących oddać córkę do zakładu dla psychicznie chorych. Dzięki niej skończyła szkołę, a potem college. Spotkała na swojej drodze wielu ludzi, którzy pomagali jej "przejść przez kolejne drzwi" - czyli przekroczyć bariery, które stawały na drodze (jako osoby chorej, ale także jako kobiety, która wie, czego chce), ale równie wiele takich, które podcinały jej skrzydła. Nie poddała się.

 Ponieważ potrafiła intuicyjnie pojąć funkcjonowanie krów w stadzie, zajęła się poprawą losu tych zwierząt, modernizując hodowle i rzeźnie, tak żeby były środowiskiem zbudowanym zgodnie z naturalnymi odruchami zwierząt (np. chodzenie po kole jest naturalne, a prostym korytarzem już nie) i przysparzały im jak najmniej stresu.



Film jest naprawdę doskonale zrealizowany - oglądałam go z ogromnym zachwytem, choć tematyka zarzynania zwierząt do moich ulubionych nie należy. Reżyser doskonale oddał sposób funkcjonowania umysłu Temple i rozumienia przez nią niektórych informacji (np. na wiadomość, że ciocia i wujek chodzą spać z kurami, widziała ich zasypiających na grzędzie). Główna rola została fenomenalnie zagrana przez Claire Danes (pamiętna Julia z "Romea i Julii" i Yvaine z "Gwiezdnego pyłu"), która miała tu szanse pokazać cały swój kunszt i powinna dostać za tę rolę wszystkie nagrody świata (dostała Złoty Glob i parę nominacji).

Gorąco polecam.

Prawdziwa Temple Grandin

*******************************



W Krainie Czarów (Phoebe in Wonderland), reż. Daniel Barnz, USA 2008 (5/6)

Do tej historii przyciągnęła mnie odtwórczyni głównej roli - jedna z sióstr Fanning, genialnych dziecięcych aktorek, Elle (starsza, Dakota, wyrosła już z wieku dziecięcego). Drugim wabikiem był tytuł nawiązujący do Alicji z Krainy Czarów, a wszystko, co się wiąże z Alicją, to ja po prostu muszę...

Dziewięcioletnia Phoebe zaczyna mieć coraz większe problemy z funkcjonowaniem wśród rówieśników. Czasem bywa po prostu nieznośna, choć jednocześnie jest słodką, bystrą dziewczynką. Matka obwinia siebie - za niedostateczną cierpliwość w opiece nad córkami. Siostra jej unika, bo uważa Phoebe za dziwaczkę. Dzieci w szkole nie chcą się z nią bawić. Wizyty u psychologa nie przynoszą rozwiązania. Ratunkiem okazuje się teatr - do szkoły przybywa nowa nauczycielka, która chce z dziećmi wystawić przedstawienie na podstawie "Alicji w Krainie Czarów". Phoebe marzy, żeby zagrać główną rolę, nauczycielka dostrzega jej talent, a jest przy tym osobą nietuzinkową. Wydaje się, że gra może być dla Phoebe wybawieniem... Ale może też doprowadzić do tragedii.






W połowie filmu przeraziłam się, że skręci on w kierunku ulubionym przez Amerykanów, czyli - bo matka nie kochała wystarczająco, wszystkiemu winna trauma wyniesiona z domu. Na szczęście wyjaśnienie okazało się znacznie ciekawsze. Elle Fanning potwierdziła swoją klasę jako aktorka, ale warto zobaczyć film nie tylko z jej powodu.


Polecam!

*******************************


Zagubiony pokój (The Lost Room), miniserial, USA 2006 (6/6)

A teraz coś z zupełnie innej bajki - trzyodcinkowy miniserial dla wielbicieli klimatów "Lost" i "Flashforward". Znalazłam ten film całkowitym przypadkiem, sprawdzając filmografię Elle Fanning po obejrzeniu "Phoebe in Wonderland", potem poczytałam zachwyty nad nim na forach, a potem zaczęłam oglądać... Nie będzie niespodzianką, jeśli powiem, że trzy odcinki nie wystarczyły mi nawet na dwa dni, bo musiałam, ale to MUSIAŁAM się dowiedzieć, co będzie dalej.


Joe Miller to detektyw i ojciec walczący z byłą żoną o prawo do opieki nad córką. W wyniku prowadzonego śledztwa w jego ręce trafia klucz... Klucz okazuje się mieć zadziwiające właściwości. Otwiera każde drzwi, ale za nimi zawsze znajduje się ten sam pusty pokój motelowy. Okazuje się, że takich dziwnych przedmiotów jest więcej, a niektórzy ludzie nie cofną się przed niczym, żeby je zdobyć.  
Kiedy córka Joe, Anna, wchodzi do pokoju i znika, ojciec musi wyjaśnić zagadkę tajemniczego pokoju. A to wiąże się z pewnym opustoszałym motelem, bogatym kolekcjonerem, groźną organizacją i tragedią sprzed kilkudziesięciu lat...


Doskonały film -  świeży pomysł, świetnie zrealizowany, trzyma w napięciu od początku do końca. Jedyne, co mogę mieć twórcom za złe, to  że nie nakręcili tego więcej i więcej. Tak z dziesięć sezonów może by mnie usatysfakcjonowało. Ale może wtedy by to spaprali, tak jak ostatni sezon Lost? W każdym razie jesienią ma się ponoć ukazać komiks twórców serialu z dalszym ciągiem opowieści. Czekam niecierpliwie.

I zazdroszczę tym, którzy oglądanie serialu mają jeszcze przed sobą.

10 kwietnia 2011

Zakurzone kino - seans pierwszy



Dziś w programie "oldskulowe" poprawiacze humoru. 
Trudno powiedzieć, żeby to były filmy mojej młodości, jako że powstały kilkadziesiąt lat przed moimi narodzinami, ale po ich obejrzeniu mam ochotę zakrzyknąć "Ach, gdzie się podziały tamte filmy, piękne kobiety, mężczyźni przystojni jak bogowie, tamto doskonałe aktorstwo i niebanalne scenariusze!" Z tego okrzyku możecie wywnioskować, że mi się podobało. I słusznie.


Dźwięki muzyki / The Sound of Music
musical z 1965 r.


Klasyka musicalu. Czy jest ktoś, kto tego nie widział? Tak - ja. W zeszłym tygodniu obejrzałam po raz pierwszy w życiu, ale bez wątpienia nie ostatni. Film wszedł szturmem do mojego repertuaru antychandrowego.

Rodzeństwo van Trapp melduje się na rozkaz!

Fabuła
Akcja toczy się w Austrii pod koniec lat 30. XX w. Maria chce zostać zakonnicą, jednak mimo swego ogromnego uroku najwyraźniej nie ma do tego predyspozycji - spokój i posłuszeństwo nie leżą w jej naturze. Mądra matka przełożona chce, by dziewczyna poznała świat poza kościelnymi murami i wysyła ją do domu kapitana von Trappa - wdowca z siódemka dzieci. Kapitan wychowuje potomstwo według wojskowego porządku i dopiero dzięki Marii do domu powraca śmiech, zabawa i muzyka. Może powróci tez miłość? Jednak nad głową rodziny zbierają się ciemne chmury, bo oto nazistowskie Niemcy wyciągają swoje ciemne macki po Austrię, starając się podporządkować sobie obywateli tego kraju - a kapitan von Trapp jest przecież wojskowym i obowiązuje go posłuszeństwo wobec prohitlerowskiej władzy. 


Ocena
Nie będę udawać, że jestem jakąś straszną fanką musicali. Jest kilka które lubię (no dobra, jeden -  "Deszczowa piosenka, też klasyk). Na niektórych utworach karygodnie popychałam akcje do przodu, bo nie przypadły mi do gustu. Ale były i wyjątki, np. piosenka, za pomocą której Maria uczy dzieci gamy jest tak chwytliwa, że słyszałam ja w glowie przez kilka następnych dni. A do tego chyba po raz pierwszy zrozumiałam, o co wlaściwie chodzi w tej gamie :) 
Sama akcja bardzo wciągająca - śledziłam ją z niekłamaną ciekawością.

Christopher Plummer
jako kapitan van Trapp
Aktorstwo bez zarzutu - Julie Andrews chwyta uśmiechem i "niepoprawnością" za serce, a Christopher Plummer nie dość, że śpiewa, to jeszcze emanuje męskością na prawo i lewo ;)  I pomyśleć, że ostatnio oglądałam go siwego w "Parnassusie".... Dzieciaki zagrane świetne, jak zawsze w amerykańskim kinie - najstarsza córka von Trappa byla tak sliczna, że aż mi się nie chce wierzyć, że nie robila dalszej kariery w Hollywood. 
W bonusie film ma jeszcze piękne górskie krajobrazy.



Mary Poppins
musical z 1964 r.

Seria o Mary Poppins to jedna z moich najukochańszych lektur z dzieciństwa. Przy dzisiejszych efektach specjalnych można by bez problemu wyprodukować ekranizację w postaci porządnego długiego serialu - tylko filmowców chyba nie interesuje opowieść o dzieciach sprzed prawie 100 lat i ich niezwykłej guwernantce. W końcu ani jednego wampira tam nie ma - nudy.


Fabuła
Kto czytał, ten wie. A kto nie czytał, niech czym prędzej nadrobi :)
Rodzice dwojga rozbrykanych dzieci - Janeczki i Michasia - nie mogą znaleźć żadnej guwernantki, która wytrzymałaby z ich pociechami. Pewnego dnia wiatr przywiewa jednak (dosłownie) niezwykłą damę, pewną siebie i gustownie ubraną, która potrafi jeździć po poręczy w górę oraz ma dywanikową torbę, do której zmieści się wszystko, nawet stojak na płaszcze. Potrafi też poradzić sobie z każdym dzieckiem (i dorosłym), za pomocą sprytu, uśmiechu i odrobinki czarów :)



Ocena
Film odbiega znacznie od książki, pod wieloma względami. W oryginale dzieci była czwórka w porywach do piątki (jedno przybyło w trakcie serii), Mary Poppins była zdecydowanie mniej uśmiechnięta, mniej czuła i mniej rozśpiewana (ale to musical, więc to ostatnie wybaczam), przedstawiono tylko kilka z niezwykłych przygód opisanych w książce (dlatego optuję za serialem), ale za to dodano osobowość niemal nieobecnym w książce rodzicom dzieci. Tutaj ojciec to sztywny brytyjski konserwatysta, a mama - zwariowana sufrażystka (ta postać ma zresztą mnóstwo uroku).


Rozczulają animowane "efekty specjalne", w postaci disneyowskich zwierzątek i postaci. Ja już jestem zmanierowana rożnymi avatarami, ale przypuszczam, że młodszym dzieciom nie będzie to przeszkadzać. W ogóle produkcję polecałabym raczej dzieciom, niemniej jest pełna uroku i dorosłym też przyjemnie ją obejrzeć.





Dzwony Najświętszej Marii Panny
 / The Bells of St. Mary's
komedia z 1945 r.
 

Tematyka dziecięca zdominowała ten seans. Tytułowa Najświętsza Maria Panna (St. Mary's) to szkoła prowadzona przez zakonnice i księdza. 
Trochę musical, trochę dramat, ale najbardziej komedia. Uroczy film z przepiękną Ingrid Bergman (Złoty Glob) i pełnym uroku Bingiem Crosbym (nominacja do Oskara).

Fabuła
Poglądy siostry Benedict i ojca O'Malleya na prowadzenie szkoły mogą się różnić, ale obojgu leży na sercach dobro dzieci, nawet jeśli czasem używają skrajnie różnych metod. Niestety wisi nad nimi groźba zamknięcia szkoły


Ocena
Doskonały. Bawi zgrabnymi dialogami, krzepi staroświeckim optymizmem, a na koniec wzrusza. Wciąga i poprawia humor. Cieszę się, że odnalazłam tę perełkę.

8 kwietnia 2011

Salonik odrzuconych

Aż wstyd się przyznawać, że się nie przeczytało takich książek. Dzieła są znane i wychwalane, a Autorzy to Ktosie przez duże K. Ale nie po drodze mi z nimi i nie wiem, w imię czego miałabym się zmuszać.

Obie książki mają podobną wadę (rzecz jasna, to wada subiektywna, dla innych może to być zaleta) - są przegadane. Tematyka obu jest fascynująca i liczyłam, że je pochłonę, niestety zamiast chłonięcia nastąpiło zatonięcie w potoku słów.

Ian McEwan to pisarz-instytucja, z którym, po doskonałej "Pokucie", bardzo chciałam kontynuować znajomość. Trafiło mi się akurat "Dziecko w czasie", powieść o młodym małżeństwie, których mała córeczka pewnego dnia znika. Temat poruszający, początek książki wielce obiecujący - McEwan doskonale odmalował szok i niedowierzanie rodziców, a później powolną destrukcję związku po stracie. Potem jednak fabuła zaczęła się rozłazić w nieskoordynowanych kierunkach, które prawdopodobnie dokądś prowadziły, ale ja się nie dowiem dokąd, bo porzuciłam lekturę, kiedy poczułam, że nie odczuwam nawet śladowej przyjemności, a ostatecznie czytanie nie ma być wyrafinowaną formą masochizmu.

Nie oznacza to jednak póki co definitywnego zerwania z McEwanem, bo nadal mam ogromną ochotę na jego "Betonowy ogród".

***

Claude Levi-Strauss to podróżnik i etnograf, człowiek-ikona. W "Smutku tropików" opowiada o swoich badaniach z lat 30. i 40. XX w. prowadzonych wśród brazylijskich Indian, ale nie ogranicza się do tej tematyki ani pod względem geograficznym, ani filozoficznym. Buduje swoją teorię o przewadze dzikich, pierwotnych cywilizacji nad tymi współczesnymi oraz opowiada o relacjach Wschodu i Zachodu.

Levi-Strauss zraził mnie na samym początku kąśliwą uwagą na temat przeciętnych podróżników wydających książki. Nawet jeśli ma rację i nie każda literatura podróżnicza powala odkrywczością, to jednak strasznie nie lubię postawy "bo ja to jestem lepszy niż wszyscy". Cenię skromność - zwłaszcza u wielkich.

Następnie zatonęłam w powodzi luźno powiązanych akapitów, w których Autor opisywał początki swoich podróży, przeplatając je uwagami natury ogólnej i skacząc dość dowolnie po chronologii. Przyznam, że zarzuciłam czytanie zanim jeszcze dobrnęłam do części bardziej merytorycznej. Z tej przyczyny pewnie kiedyś wrócę do tej lektury, bo nadal jestem ciekawa jej treści, ale dopiero kiedy będę miała sporo wolnego czasu i możliwość kultywowania "slow reading". Pospieszne czytanie z doskoku w tym przypadku zdecydowanie nie działa. Poza tym, życzyłabym sobie posiadać egzemplarz z większymi interliniami. Wersja wydana przez Wydawnictwo Aletheia jest bardzo ładna, ale w moim odczuciu mało czytelna - takie zagęszczenie na stronie nie przeszkadza w odbiorze lekkiej powieści, ale w przypadku pozycji bardziej naukowej przydałby się "luźniejszy" tekst.

6 kwietnia 2011

Wygrzana w afrykańskim słońcu

Mimo, ze wiosna ostatnio nieco oklapła, przez kilka ostatnich popołudni mogłam do woli wygrzewać się w gorącym słońcu Botswany. Siedziałam na werandzie domu z mma Precious Ramotswe, kobietą słusznej postury, o bolesnej przeszłości, ale dobrym sercu i dużej dozie zdrowego rozsądku, niezależnej, ciekawej świata i ludzi, zakochanej w swoim kontynencie. W wolnych chwilach popijałyśmy herbatkę z czerwonokrzewu, a kiedy zjawiał się klient Agencji Detektywistycznej Nr 1 przesiadałyśmy się do lekko zdezelowanej białej furgonetki i ruszałyśmy w poszukiwaniu rozwiązania zagadki.

Niesamowicie przyjemna książka. "Przyjemna" to najwłaściwsze  słowo - nie oczekujcie thrillera, mrożących krew w żyłach morderstw i szaleńczych pościgów. Wszystko tutaj toczy się w spokojnym afrykańskim tempie. Sama mma Ramotswe przypominała mi Murzynki widywane na ulicach w Anglii - rozłożyste w biodrach, we wzorzystych sukienkach, z dziećmi w chustach zamotanych na plecach, poruszały się ze stoickim spokojem i wydawało się, że nic nie może wyprowadzić ich z równowagi. Rozwiązywanie zagadek nie oznacza dla pani detektyw zarywania nocy, ślęczenia nad papierami czy przedzierania się z pistoletem przez dżunglę - bez problemu znajduje czas na wypicie herbaty, a broni palnej nie posiada.

Tak naprawdę "Kobieca agencja..." nie jest kryminałem sensu stricte. Zagadki detektywistyczne są tylko pretekstem, pozwalającym czytelnikowi odkrywać Afrykę. Sprawy mma Ramotswe bywają różne - czasem bardzo poważne, czasem dość zabawne. A to córka znika po lekcjach nie wiadomo gdzie, a to trwale znika czyjś mąż, inny mąż chyba zdradza, a pewien człowiek nie jest tym, za kogo się podaje. McCall Smith nie idealizuje jednak Afryki i spod lekkiego tomu przebijają bardzo poważne problemy tego kontynentu i społeczeństwa - korupcja, narkotyki, fatalna sytuacja kobiet, śmiertelnie niebezpieczna przyroda itp.

Podsumowując - mądra i relaksująca lektura, taka do której na pewno będę chciała wracać.

A jeszcze bardziej niż słońce Botswany rozgrzewa mnie fakt, że powstało aż dwanaście tomów o agencji mma Ramotswe (co prawda  skromnych objętościowo- wystarczają na jedno popołudnie, jak się ma całe wolne popołudnie, rzecz jasna),  a do tego ekranizacja w postaci serialu, którego nie omieszkam obejrzeć.


Alexander McCall Smith
Kobieca Agencja Detektywistyczna nr 1
The No.1 Ladies' Detective Agency
Zysk i Ska 2004
ss. 186

5 kwietnia 2011

Literatura pokrojona, czyli dziwne zjawisko Książek Wybranych

Nie będzie wcale o krojeniu książek piłą (chociaż zjawisko jest, moim zdaniem, pokrewne), tylko o zbiorkach książek wydawanych przez Reader's Digest. Niby wiedziałam do tej pory, że coś takiego istnieje, ale bliżej się nie zetknęłam, a świadomość, że książki opublikowane w tych zbiorach są "skrócone" kazała mi je omijać szerokim łukiem.

Ostatnio jednak moja siostra przyniosła mi taki zbiorek, który od kogoś pożyczyła, z poleceniem przeczytania jednej z książek. Ona czytała ją kiedyś w oryginale i bardzo jej się podobała - mowa o "Białej ciemności" Jamesa Vance'a Marshalla. Pomyślałam, że nie ma głupich, po prostu poszukam normalnej wersji. Okazało się jednak, że w Polsce w ogóle nie wyszło tłumaczenie całości, a że nie zależało mi aż tak, żeby zdobywać wersję oryginalną, poddałam się i przeczytałam.

Może bym się nie skusiła, gdyby nie tematyka, która przyciąga mnie jak magnes - zagubiona jednostka pośrodku Antarktydy. Przyznaję się do tej grzesznej słabości, datowanej odkąd wpadła mi w ręce książka Alistaire'a MacLeana "Noc bez brzasku". To moje ukochane przygodowe czytadło. Nie ma to jak leżeć pod kocykiem z gorącą  herbatką i obserwować bohaterów przedzierających się przez piekielną lodową pustynię... 

W 1942 r. dziesięcioosobowa brytyjska ekspedycja została wysłana z tajną misją na Antarktydę. Po ponad roku statek odnalazł tylko jednego członka załogi, w stanie skrajnego wycieńczenia. Co stało się z pozostałymi? Jakim cudem James Lockwood przeżył niewyobrażalnie koszmarną zimę praktycznie pozbawiony zapasów żywności? Porucznik wydaje się cierpieć na amnezję i odmawia wyjaśnień, a tymczasem brytyjska admiralicja koniecznie chce uzyskać odpowiedzi.

Niesamowite opisy krajobrazów koła podbiegunowego i tamtejszej fauny sugerują mi, że to była prawdopodobnie dobra książka. Prawdopodobnie - bo co można powiedzieć o pozycji, która oryginalnie miała 250 stron, a w zbiorku RD tylko 130? Tematyka przeciekawa, ale całość robiła wrażenie bryku, notatek na temat - nie da się na dobrą sprawę ocenić ani fabuły, ani języka, co najwyżej pomysł.

Abstrahując już od kwestii, czemu ta praktyka ma właściwie służyć  (nie mogę znaleźć żadnego uzasadnienia), zastanawiam się, na czym polega skracanie:   wycinają fragmenty ich zdaniem "niepotrzebne"? przeredagowują całość, upraszczając język? Naprawdę ktoś chce mieć coś takiego na półce? Chyba tak, skoro zbiorki wydaje się regularnie od 1950 r. W jednym zbiorku mieszczą się cztery książki, więc może chodzi o oszczędność miejsca...

James Vance Marshall
Biała ciemność /Whiteout 
Przegląd Reader's DigestWarszawa 2000, ss. 319-449

4 kwietnia 2011

Kwiecień cykliczny

Ostatnio jakoś dobrze mi się pisze notki 'z cyklu'. Niepostrzeżenie zaczęłam prowadzić nieregularny cykl wpisów (regularność nie jest moją mocną stroną) "Niezwykłe kobiety", w którym omawiam książki i filmy dotyczące ciekawych, a często zapomnianych postaci kobiecych.

Mam jednak pomysł jeszcze na dwa kolejne cykle filmowe. Tak, wiem, że to zasadniczo blog o książkach, ale od kina jestem uzależniona w podobnym stopniu. Kiedy brak mi czasu, oglądam więcej niż czytam, a jak już zobaczę coś ciekawego, bardzo chcę się tym z Wami podzielić. W związku z tym prawdopodobnie pojawią się u mnie dwie filmowe serie:

1. "Przykurzone kino", czyli klasyka filmowa od początku XX w. - wszystko to, co warto zobaczyć, a dotąd nie miałam okazji. Przyznaję się, że mam duże braki w tym zakresie, ale jeszcze większe chęci. Ostatnio zauważyłam, że "starocie" relaksują mnie lepiej niż współczesne komedie.

2. "Literatura na ekrany!" - czyli jak łatwo się domyślić, ekranizacje książek. Pojawiają się u mnie tak czy inaczej,  więc teraz po prostu będą występować pod nową banderą ;)

Nie wyznaczam żadnych terminów, typu - w każdy poniedziałek 'Niezwykłe kobiety", bo wiem, że dużo zależy od mojego rozkładu zajęć i czasem nie mam czasu na nic, ale chciałabym, żeby w każdym miesiącu ukazała się przynajmniej jedna notka z każdego cyklu.

Jak się zapatrujecie na taki pomysł?

2 kwietnia 2011

OkRRRopny stosik maRRRcowy

Stosik pionowo-poziomy ;)
Oczywiście okrrrropne są tylko rozmiary, bo w ogóle to jest cudowny ;) 

W ramach postanowień noworocznych obiecałam sobie, że będę kupować książki tylko w miesiącach z literką R. Wnioski z realizacji: 
1. Oj, ciężko było.
2. Skończyło się kompletnym szaleństwem zakupowym.
3. Ograniczenie ogólnie jest słuszne, bo przez styczeń i luty i tak nie przeczytałam żadnej własnej książki, tylko "wykańczałam" pożyczone, a zakupy i prezenty zeszłoroczne pokrywały się kurzem.
Jeszcze mi dwie z biblioteki zostały, potem zamierzam przeczytać pożyczone od ludzi, żeby je wreszcie móc oddać, więc tak w okolicach września ;) zabiorę się za własne...

Szaleństwo zakupowe zostało sprowokowane przez księgarnię Matras. Prawie wszystkie są z ich promocji, a większość kosztowała ok. 4,90 zł - takiej cenie, przyznacie, nie można się oprzeć. 
Najdroższa była książka "Kwiaty śliwy w złotym wazonie" upolowana na Allegro za 20 zł, ale dla równowagi Mendoza jest egzemplarzem recenzenckim (za który zresztą wydawnictwu Znak serdecznie dziękuje, bo uwielbiam tego autora i recenzja na pewno wkrótce się pojawi).
Podsumowując, jestem usprawiedliwiona, si?

1. Niezwykłe kobiety Deborah Jaffe - do mojego cyklu "Niezwykłe kobiety" ;) O wynalazkach i odkryciach dokonanych przez kobiety "od nalewki na szafranie do latających maszyn".

2. Z szybkością pragnienia Laury Esquivel - po cudnych Przepiórkach w płatkach róży bardzo chciałam przeczytać coś więcej tej autorki. 

3, 4, 5. Kobieca agencja detektywistyczna nr 1, Mma Ramotswe i łzy żyrafy oraz Moralność dla pięknych dziewcząt Alexandra McCalla Smitha, czyli trzy tomy o agencji detektywistycznej założonej w Botswanie przez mma Precious Ramotswe. Najpierw kupiłam pierwszy tom, przeczytałam kawałek i popędziłam dokupić dalsze. Zakochałam się w bohaterce i już wiem, że to będzie jedna z moich ulubionych postaci literackich.

6. Strasznie głośno, niesamowicie blisko Jonathana Safrana Foera - bardzo podobał mi się film "Wszystko jest iluminacją" nakręcony na podstawie książki tego Autora i bardzo chciałam poznać bliżej jego twórczość. "Oskar Schell jest wynalazcą, frankofilem, muzykiem, aktorem szekspirowskim, jubilerem i pacyfistą. Ma dziewięć lat i tajną misję. Przemierza ulice Nowego Jorku w poszukiwaniu zamka pasującego do tajemniczego klucza, który Oskar znalazł w rzeczach zmarłego podczas ataku na WTC ojca, w kopercie z napisem "Black". Chłopiec postanawia odnaleźć wszystkie osoby o tym nazwisku. Podczas swojej podróży poznaje wielu ekscentrycznych nowojorczyków, zaprzyjaźnia się m.in. ze stuletnim korespondentem wojennym oraz kobietą przewodnikiem, która nigdy nie opuszcza Empire State Building." 

7. Chińska cena Alexandry Harney - bardzo interesująca pozycja w świecie, w którym wszystko jest Made in China.  Alexandra Harney " przeplata teoretyczną refleksję (...) z reportażami dotyczącymi losów konkretnych osób, których dotykają skutki omawianych trendów czy decyzji. Książka nie jest dzięki temu suchą analizą, ale opowieścią o ludziach, żyjących w przysłowiowych chińskich 'ciekawych czasach'."

8. Wojna wdowy Sally Gunning - Akcja rozgrywa się w Ameryce, w XVIII w. "Po tragicznej śmierci męża Lyddie zostaje usunięta na margines życia społeczności. Najbliższy krewny płci męskiej, czyli mąż córki, może dysponować jej majątkiem i decydować o dalszym losie Lyddie. Kobieta odmawia podporządkowania się zarówno swojemu "opiekunowi", jak i dyskryminującym ją przepisom prawa."

9. Bogini Haase-Hindenberg Gerhard - egzotyczny świat Nepalu, historia Amity, która jako trzylatka została uznana za wcielenie bogini Taledżu.

10. Dziewczyna z Botany Bay Erickson Carolly - kolejna pozycja do cyklu "Niezwykle kobiety". Historia Mary Bryant, żyjacej na przełomie XVIII i XIX w., uciekinierki z kolonii karnej w Australii.

11. Smutny to oręż, co nie broni się słowem Mariny Mayoral - w czasie hiszpańskiej wojny domowej dwie siostry, Rosa i Harmonia, trafiają do sierocińca, a następnie zostają wysłane do Rosji. 

12. Faktoria jedwabiu Tash Aw - "Historia Johnny’ego Lima, kupca tekstylnego, drobnego oszusta i wynalazcy Cudownej Maszyny do Grogu oraz jego małżeństwa z piękną Snow Soong. W roku 1940, tuż przed napaścią Japończyków na Malaje, Johnny i Snow wyruszają w podróż poślubną na tajemnicze wyspy znane jako Siedem Dziewic. Towarzyszą im podejrzany japoński profesor i Peter Wormwood, zbłąkany Anglik. Wiele lat później Wormwood wspomina ową decydującą podróż, podczas gdy syn Snow poszukuje prawdy o swojej matce i słynnym Chińczyku, którego poślubiła."

13. Pustynia Carol Franz - nagradzana powieść południowoamerykańska, która porusza temat bardzo mnie interesujący, a mianowicie dyktaturę Pinocheta w Chile. (Zainteresowanie zaczęło się zresztą od Domu duchów Isabelle Allende).

14. Gdzie żyją tygrysy Jeana-Marie Blas de Roblésa - "Eleazard von Wogau jest korespondentem prasowym w Brazylii. (...) Na prośbę przyjaciela podejmuje się opracowania manuskryptu odnalezionego w bibliotece w Palermo. To biografia Atanazego Kirchera, siedemnastowiecznego podróżnika, odkrywcy i wynalazcy(...). Zafascynowany odkryciem Eleazard przystępuje do swoistego śledztwa, które zaczyna wywierać coraz większy wpływ na niego i osoby z jego otoczenia... "

15. Którędy droga Iana Pearsa - książka recenzowana i chwalona na wielu blogach, choćby tutaj. Powieść kryminalno-historyczna to coś, co Tygrysy lubią pasjami :)

16. Trzy żywoty świętych Eduardo Mendozy - czyli współcześni święci według Mendozy w trzech opowiadaniach

17. Kwiaty śliwy w złotym wazonie - nieznanego autorstwa. Skandalizująca powieść z XVI w., klasyka chińskiej literatury i ponoć niezmiennie (mimo upływu wieków) wciągająca lektura. 

18. Pan Dick i dziesiąta książka Jean-Pierre'a Ohla - kryminał o ostatniej nieukończonej powieści Dickensa. "Kryminał literacki" brzmi bardzo pociągająco.

19. Kompleks sędziego Di Dai Sijie - współczesne Chiny, wędrowny psychoanalityk, który próbuje wyciągnąć z więzienia swoją ukochaną plus sędzia z kompleksem, czyli koktajl dalekowschodni ;)

20. Opowieść o kobiecie spod znaku Ognistego Konia Jeanne Wakatsuki Houston - saga o japońskich imigrantkach w Ameryce w I poł. XX w. Powieść częściowo autobiograficzna, bo Autorka także była internowana w amerykańskich obozach w czasie II wojny światowej.

21, 22, 23. Konspiratorzy, Cztery życia wierzby, Aleksander i Alestria Shan Sa. Nie czytałam wcześniej niczego tej autorki, ale ciagnie mnie ostatnio na wschód (jak dało się zauważyć powyżej ;) )

Swoja drogą, nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się kupić 23 książek w ciągu jednego miesiąca... Szkoda tylko, że te moje upragnione kosztuja po 50 zł sztuka i dlugo sobie jeszcze na nie poczekam. No chyba, żeby jakaś promocja ;)

A następny stosik zobaczycie dopiero w czerrrwcu :) Mam wtedy urodziny, więc też może być obficie ;)

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...