30 października 2010

Klucz do Ameryki

Małgorzata Szejnert
Wyspa klucz
Wyd. Znak, 2009
ss. 352


Byłam bardzo ciekawa tej książki pani Szejnert, więc możecie zrozumieć moją radość, kiedy zobaczyłam ją na bibliotecznej półce. Porwałam ją ze sobą, przyniosłam do domu, położyłam przy łóżku... i tak sobie przeleżała dwa miesiące. Niby chciałam czytać, ale ciągle miałam ochotę na coś innego, bardziej "wciągającego", z akcją, emocjami, zagadką, a nie tylko suche historyczne fakty. Wreszcie, kiedy zawisła nade mną wizja przedłużenia jej po raz kolejny, wzięłam ją z westchnieniem do ręki i przepadłam. Pochłonęłam w trzy wieczory i to tylko ze względu na brak czasu, bo gdybym mogła nie odłożyłabym jej aż do ostatniej strony.

Autorce udało się zrobić coś niesamowitego - ożywić świat miniony. Chociaż większość bohaterów książki, imigrantów, znanych jedynie z zapisanych w rejestrach nazwisk lub ze spłowiałych fotografii, tylko przez sekundę miało okazję zaistnieć w historii, to na kartach "Wyspy klucz" znów ożyli. Kolorowi, przez moment znów trójwymiarowi, ruszyli z promu na wyspę, przez punkty kontroli, szeleszcząc spódnicami, potrącając się tobołami, ciągnąc za sobą dzieci, w gwarze wielu języków, z nadzieją na lepszą przyszłość. 


Wyspa Ellis, o której mówi książka, przez pół wieku była bramą wjazdową do Stanów Zjednoczonych, dla tych, którzy chcieli się tam osiedlić. Przez pół wieku funkcjonowania przewinęło się przez nią około 12 milionów ludzi z niemal każdego kraju na świecie. Daje to ciekawy obraz samego USA - dopiero przy lekturze uświadomiłam sobie fakt, dotąd teoretycznie znany, o zdumiewającej multikulturowości tego kraju, prawdziwej współczesnej wieży Babel. Nie wszyscy przyjezdni byli jednak chętnie witani, więc Ellis miała za zadanie zawrócić z drogi tych, którzy mogli stanowić potencjalne zagrożenie dla Nowego Świata, a więc chorych umysłowo lub na choroby zakaźne, niepełnosprawnych, którzy mogli stanowić obciążenie dla amerykańskiego systemu, kryminalistów, prostytutki i o niechętnie widzianych poglądach politycznych (np. komuniści i anarchiści). Wielu na wyspie leczono i po uzdrowieniu wpuszczano do kraju lub - w przypadku niepowodzenia - zawracano do kraju pochodzenia, wielu też tutaj umarło. Sposoby rozróżniania jednostek pożądanych i niepożądanych nieustannie się zmieniały, dużo zależało od aktualnego zarządcy wyspy (którą to funkcję pełnili wielokrotnie ludzie, którzy sami w dzieciństwie przeszli tę samą lub podobną drogę) i wielokrotnie prowadziły do tragedii i rozdzielania rodzin.


Obecnie na wyspie mieści się muzeum, w którym można obejrzeć nie tylko stojące na wyspie budynki, ale także pozostawione przez imigrantów przedmioty, w tym niezwykłą ilość kufrów i tobołków podróżnych, a także kolekcję niezwykle kiedyś popularnego, każdej kobiecie niezbędnego akcesorium, jakim był buttonhook :)

Wydawnictwo Znak zasłużyło na brawa za piękne wydanie książki - przyjemnie trzymać ją w dłoniach, a forma pięknie koresponduje z treścią. Warto też wspomnieć o fantastycznych zdjęciach, którymi ilustrowana jest książka, autorstwa Augustusa Shermana, jednego z urzędników pracujących na wyspie. Gorąco polecam.

28 października 2010

Dom kobiet

Majgull Axelsson
Dom Augusty
tłum. Katarzyna Tubylewicz
WAB, 2006
s. 448


Wreszcie i ja miałam okazje spotkać się z tą wychwalaną na blogach Autorką, dzięki znalezionemu na bibliotecznej półce "Domowi Augusty". Przyznam, że oczekiwania miałam wysoko wywindowane, ale ocena końcowa nie jest jednoznaczna z zachwytem (i zdaję sobie sprawę, że jestem w tej opinii odosobniona). Gdybym miała to krótko podsumować, to powiedziałabym, że to bardzo dobra książka, ale nie całkiem dla mnie.

"Dom Augusty" to historia o błędach nieubłaganie powtarzanych w rodzinie, o porzuconych, niechcianych dzieciach, złych matkach, niekochanych kobietach i nieszczęśliwych związkach. O mężczyznach, którzy "muszą zaliczać dziewczęta" i kobietach, które muszą sobie radzić ze skutkami tego. Bohaterkami są trzy kobiety: Augusta, Alicja i Andżelika. Augusta to seniorka rodu, która w nieprzyjaznych samotnym kobietom czasach około wojennych, zupełnie pozbawiona bliskich, musiała radzić sobie z nieślubnym dzieckiem na ręku. Alicja - wnuczka Augusty, wychowana w pełnej, ale tylko pozornie szczęśliwej rodzinie, uległa młodzieńczej miłości, czego rezultatem była sroga pokuta za błędy. Andżelika - prawnuczka Augusty, to nieszczęśliwa, samotna szesnastolatka, dla której poszukiwania miłości i ciepła poza domem kończą się tragicznie...

Przyznaję, że tego typu fatalizm dziejowy to nie moja bajka - rodzinna "klątwa", z góry skazująca wszystkich członków rodziny na powielanie tych samych błędów, brzmiała rewelacyjnie u Marqueza, ale w innych dziełach już mnie nie zachwyca. O ile powtarzalność zachowań, przekazywanie określonych, destrukcyjnych w tym przypadku, skłonności  i wzorców wydawały mi się jak najbardziej zrozumiałe i poprawne z genetyczno-socjologicznego punktu widzenia, o tyle dominujący nad tym wszystkim pesymizm, mylony z realizmem, irytował mnie. Tak się już jakoś przyjęło uważać, że jak ktoś dostrzega samo zło, szarość i brud, to jest realistą, a jak ktoś widzi piękno - to jest naiwniakiem, czyli optymistą. Bohaterów spotykają tylko złe rzeczy, jeśli nawet mieli jakiś przyjemny epizod w życiu, to jest on wspomniany zdawkowo. Augusta uważa, że "rzeczy są dane po to, by budzić żal" i to melancholijne podejście dominuje w całej fabule. Takie skupienie się tylko na ciemnej stronie życie wywołało u mnie po pewnym czasie zmęczenie swoją jednostronnością. Wszyscy bohaterowie są "źli", niesympatyczni. Początkowo myślałam, że może Autorka wyjątkowo nie lubi mężczyzn, bo co jeden, to pijak, damski bokser (z wyjątkiem Izaaka, który jest tylko pijakiem i to o złotym sercu) albo chociaż zdradza żonę, ale potem dostrzegłam że i żadna postać kobieca nie da się lubić. Augusta to excusez-le-mot gruba antypatyczna baba, tylko w chwilach ciężkiej młodości nieco bardziej znośna, Alicja -- egoistka skupiona tylko na sobie i swoich problemach, która dramat z młodości przeżywa całe swoje życie, a Andżelika -- bezmyślna nastolatka. Tę ostatnią można zrozumieć, można jej gorąco współczuć, ale lubić też niełatwo.

Drażniła mnie fabularna predestynacja - mężczyźni myślą tylko o jednym, a kobiety muszą przez to cierpieć i tak już po prostu jest, więc bohaterki są z góry skazane na  życiowe niepowodzenie, zwłaszcza że historia lubi się powtarzać. Nie wierzę w całą rodzinę złożoną z jednostek identycznych charakterologicznie, z których nikt się nie wybił ani odrobinę oraz w brak choćby jednego człowieka spoza rodziny, zainteresowanego czymś więcej niż czubkiem własnego nosa (w przypadku bohaterów płci brzydkiej czubkiem innej części ciała). Chociaż wiem, że gdyby znalazł się ktoś, kto potrząsnąłby jedną z bohaterek i powiedział "patrz, kobieto, co robisz ze swoim życiem, świat nie kończy się na facetach, zajmij się czymś innym", to cała fabuła by się rozpadła i książka by nie powstała ;)

Mimo wszystko nie skreślam Axelsson, bo nie uważam, żeby to była "zła" książka. Chociaż  z nielubianego przeze mnie "typu", jest doskonale napisana.  Język bez skazy, bez żadnych potknięć (brawa dla tłumaczki). Bohaterowie wyraziści, prawdziwi. Fabuła świetnie zarysowana, przeszłość nie odsłania się od razu, ale rozwija powoli, ujawniając nowe szczegóły, które pozwalają zrozumieć teraźniejszość. Na półce czeka "Kwietniowa czarownica" i z pewnością dam jej szansę.

24 października 2010

Najpiękniejsza księga

Sekret Księgi z Kells
The Secret of Kells
reż. Tomm Moore
2009

Co za przepiękny film. Na początku, po obejrzeniu zwiastuna, nie byłam do niego przekonana. Treść ciekawa, ale płaska i dziwnie prosta animacja w epoce 3D kojarzyła mi się z Reksiem (przy całym szacunku dla Reksia, na którym się wychowywałam). Wydawało mi się, że lata świetlne dzielą The Secret of Kells także od przepięknych dwuwymiarowych animacji Chometa czy wytwórni Ghibli. 


Byłam w błędzie - w trakcie oglądania zapierało mi dech z wrażenia. Graficzna strona filmu jest bez skazy. Pozornie prosta, oparta na motywie koła, subtelnie zdobiona celtyckimi motywami, urzeka i hipnotyzuje.

 
 

Co więcej, także treść filmu nie pozostawia nic do życzenia - już dawno nie wciągnęła mnie tak żadna bajka. Oto w średniowiecznej Europie, w irlandzkim klasztorze w Kells, pod opieką swego wuja-opata, mieszka młody chłopiec, Brendan. Czasy są niespokojne, kraj zagrożony przez bestialskich Wikingów. Opat opętany jest myślą o budowie wielkiego muru dookoła klasztoru, który ma chronić przed najeźdźcami. W międzyczasie ze zniszczonej przez Wikingów Iony przybywa do Kells brat Aidan, słynny iluminator. Jedyne co udało mu się ocalić z pożogi, to Księga z Iony, nad zdobieniem której pracował. Starość nie pozwala mu dokończyć dzieła, jednak Brendan, zachwycony jej pięknem, decyduje się pomóc Aidanowi. Wuj jest przeciwny temu pomysłowi i Brendan może liczyć jedynie na pomoc spotkanej w lesie tajemniczej Aisling, istoty na wpół tylko rzeczywistej.  Dzięki niej chłopiec, dotąd odizolowany za murami, pozna bogactwo świata na zewnątrz. Tymczasem Wikingowie zbliżają się nieubłaganie. Już nie tylko zdobienia księgi, ale i życie wszystkich mieszkańców Kells znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

 

Fabuła oparta jest na historii i mitologii celtyckiej, dzięki czemu doskonale oddaje przenikanie się sfery doczesnej z duchową w świecie średniowiecznym. Postać Aisling porusza swoim poetyckim pięknem, podczas gdy sceny okrucieństwa Wikingów porażają realizmem (przez co mogą być trudne do zniesienia dla wrażliwszego widza - nie ze względu na dosłowność, ale na mroczną, bolesną atmosferę grozy, jaką twórcom udało się wykreować).
Zachęcam do obejrzenia, zdecydowanie warto.

22 października 2010

Słodko-gorzka czekolada


 Joanne Harris
Czekolada
org. Chocolat
Prószyński i S-ka, 2001
ss. 368


Film "Czekolada" nie należy może do moich najnajulubieńszych, niemniej podobał mi się i obejrzałam go więcej niż raz. Po książkę sięgnęłam dopiero teraz i przyznaję, że okazała się ogromnym zaskoczeniem. Pamiętając akcję filmu, spodziewałam się miłej, słodkiej (ZWŁASZCZA słodkiej) opowieści o czekoladowej wróżce, którą wiatr przywiewa do małego miasteczka, gdzie ludzie są szarzy, spięci i nieszczęśliwi. Wróżka wprowadza ferment, ludziom otwierają się oczy, zaczynają się uśmiechać i dalej wszyscy żyją długo, szczęśliwie i czekoladowo. Nic z tych rzeczy, no, prawie nic, bo ferment się zgadza. Jednak o ile film był czekoladą mleczną z nadzieniem truskawkowym, to literacki pierwowzór jest raczej czekoladą gorzką i mocną, parzoną jak espresso, o aromacie odurzającym, a smaku niekiedy trudnym do przełknięcia.
Vianne przybywa do Lansquenet nie wiadomo skąd. Pewnego dnia po prostu się pojawia, kobieta o tajemniczej przeszłości, panna z sześcioletnią córeczką, tajemnicza, czarnowłosa, niezależna. W dawnej piekarni otwiera chocolaterie - sklep z czekoladą, w której sprzedaje oszałamiające smakiem własnoręczne wyroby. Szybko zdobywa sympatię początkowo nieufnych mieszkańców - choć nie wszystkich. Wielu nie może jej przebaczyć jej tolerancji dla Cyganów, przyjaźni z dręczoną przez męża kleptomanką, a szczególnie tego, że nie chodzi do kościoła.  Vianne staje kościstą czekoladką w gardle miejscowemu księdzu, który jest na równi z nią bohaterem książki. Powoli, z mglistych wspomnień Vianne oraz z monologów księdza wyłania się zagmatwana przeszłość ich obojga, wyjaśniając łączące ich więzy, na które składają się: lęk, nienawiść i cudze grzechy.
Tymczasem pod wpływem czarodziejskiego smaku czekoladek Vianne życie wielu mieszkańców ulega niespodziewanym zmianom. Ale czy ona sama znajdzie szczęście? Dla fanów filmu zakończenie może być zaskoczeniem.
Jestem bardzo ciekawa innych książek Harris. Bardzo mi się spodobał piękny poetycki język i subtelny sposób rysowania narracji. Możecie się spodziewać recenzji drugiej części "Czekolady", czyli "Rubinowych czółenek".

16 października 2010

Dziewczęta, wracajcie na pensje!


Żywię potajemnie fascynację szkołami żeńskimi. Wychowana na "Tajemnicy Abigail" i "Małej księżniczce" zawsze chciałam uczęszczać na pensję, ale nie było mi dane. I tak, wiem, można długo dyskutować o sensie rozdziału płci i wyższości lub niższości koedukacji, ale nie o to chodzi. Pensje mają taki staroświecki urok, który mnie szalenie pociąga i wcale nie przeszkadza mi to, że w obejrzanym właśnie filmie wcale nie była ona przedstawiona jako raj na ziemi, a może bliżej przeciwległego bieguna. Książki i filmy o tej tematyce zawsze mnie przyciągną.

Akcja filmu rozgrywa się w latach 30. XX w. w angielskiej szkole dla dziewcząt. Pensja jak się patrzy, ma grube kamienne mury, sztywne nauczycielki-stare panny, spartańskie warunki, surowe reguły i stosuje tzw. zimy wychów. Sypialnie są ubogie, na szafkach nocnych można trzymać tylko pięć prywatnych przedmiotów, smakołyków brak, a w listach do rodziców nie wolno się skarżyć -- korespondencja musi być zaakceptowana odgórnie.

Na tym tle wybija się jedna tylko nauczycielka -- Panna G. Młoda, piękna (w tej roli wielkooka Eve Green), zawsze modnie ubrana, o tajemniczej przeszłości wypełnionej przygodami i zamorskimi podróżami, pełna pasji, uczy dziewczęta o sile pragnień w życiu i konieczności dążenia do celu, a po lekcjach zaprasza je do swego fascynującego pokoju, pełnego bibelotów ze świata poza murami i tam, zamiast nadzorować naukę, opowiada im niezwykłe historie.


Panna G. uczy wychowania fizycznego, a przynajmniej -- z tego, czego dowiadujemy się w filmie -- prowadzi grupę wysportowanych dziewcząt, które trenuje w skokach do wody (co jest ideą niezwykle postępową w szkole i nie budzącą zbyt wielkiego entuzjazmu przełożonych). Drużynie przewodzi najlepsza -- śliczna, bystra i pewna siebie Di. Jest charyzmatyczna, podporządkowuje sobie resztę, ale ma słaby punkt - jest nim dziewczęca fascynacja nauczycielką. Przy swoim zadurzeniu ma szczęście być na szczęśliwej pozycji pupilki, jako najbardziej utalentowana uczennica. 


Pewnego dnia do szkoły przybywa "nowa", i to nie byle kto, ale prawdziwa hiszpańska księżniczka. Jej przeszłość jest podejrzana -- najwyraźniej szkoła ma być dla niej karą. Osobowość i tajemnicza historia Fiammy zaczynają spychać Di na dalszą pozycję, a to się dziewczynie zupełnie nie podoba. Jak daleko jest w stanie się posunąć, żeby nie dopuścić do zmian w grupie? W dodatku panna G., która na początku robi wrażenie najbardziej "ludzkiej" z nauczycielek, okazuje się mieć własne sekrety. Szczera jest przynajmniej w jednym - dążeniu do celu, tak jak tego uczyła wychowanki, tylko w o wiele bardziej bezwzględny sposób.



To jeden z tych przedziwnych filmów, które przy oglądaniu jednocześnie drażnią i nęcą, jak cudze sekrety podglądane przez dziurkę od klucza. Czujesz, że nie chcesz patrzeć dalej, ale nie możesz przestać. Fabuła jest tak naprawdę prosta, można ją streścić w kilku zdaniach, ale wywiera dziwnie hipnotyzujący wpływ na widza (a przynajmniej na mnie). Zimny angielski klimat w połączeniu z duszną atmosferą dojrzewającej kobiecości i skrywanych emocji, sfotografowany w nastrojowy sposób (piękne zdjęcia!), dał mieszankę zapadająca w pamięć. Po kilku dniach od obejrzenia podoba mi się jeszcze bardziej. Polecam!


Cracks
reż. Jordan Scott
Irlandia, Wielka Brytania, 2009

12 października 2010

Unikaj angielskich pubów!

Strzeż się! Jeśli ktoś ma do Ciebie zadawnione urazy, bez wątpienia dopadnie Cię właśnie tam.

Martha Grimes
Pod Huncwotem
The Man with a Load of Mischief
tłum. Agnieszka Andrzejewska
WAB 2008
Pod Przechytrzonym Lisem
The Old Fox Deceiv'd
tłum. Anna Bartkowicz
WAB 2008
Pod Zawianym Kaczorem
The Dirty Duck
WAB 2010


Martha Grimes, Amerykanka rodem z Maryland, stworzyła kryminały angielskie do szpiku kości. Ta angielskość sączy się z każdej strony i stanowi główną, choć nie jedyną, zaletę książek. Ach, te małe miasteczka, kufle wychylane w pubach, kamienne murki, zabytkowe kościółki i kapryśna arystokracja. Ach, mgła i mżawka albo kręte uliczki zasypane śniegiem, polowania na lisy i kolacje przy kominku. Czytając, bardzo długo nie mogłam ulokować akcji w czasie, bo ten klimat pasował mi równie dobrze do czasów Sherlocka Holmesa, co panny Marple, aż w końcu jakiś drobiazg dopiero utwierdził mnie w przekonaniu, że akcja rozgrywa się współcześnie. Oczywiście, mam na myśli czasy, kiedy książki były  pisane, czyli lata 80., stąd niezbyt szybkie samochody, łatwość unikania telefonów (ech, marzenie) i przenośny komputer jako cud cywilizacyjny, w postaci wielkiej machinerii noszonej w torbie na ramieniu, pod ciężarem której uginał się jeden z bohaterów. 

Tak, klimat zdecydowanie rządzi i to on najdłużej pozostał w mojej pamięci, bo szczegóły po kilku tygodniach, które minęły od przeczytania książek, zaczęły się już zacierać. Przekażę Wam jednak to, co pamiętam (nie mam litości ;) ).

Bohater, inspektor policji Scotland Yardu Richard Jury, którego mimo zasług i zdolności niesympatyczny przełożony nie zamierza awansować, dziwnym przypadkiem wciąż trafia w sam środek śledztw, które wydarzyły się daleko od Londynu, a za to blisko miejscowych pubów albo wręcz w nich (stąd, rzecz jasna,  łatwo już wydedukować, że tytuły książek to nazwy pubów :) ). W trakcie pierwszego z nich poznaje pewnego lorda, który zrzekł się tytułu, nazwiskiem Melrose Plant, który dysponuje inteligencją i przenikliwością, a także nieznośną ciotką. (Tu mała dygresja - ciotka jest naprawdę nie do wytrzymania, miałam jej dość chyba bardziej niż bohaterowie i byłam gorąco wdzięczna autorce, za utrzymanie jej z dala od akcji w kolejnej części. Z drugiej strony - to jednak sztuka, wymyślić bohatera wzbudzającego w czytelniku tak żywiołowe emocje.) Melrose szczęśliwie od początku dysponuje alibi, dzięki czemu zaprzyjaźnia się z inspektorem i towarzyszy mu w rozwiązywaniu zagadki w tym i w kolejnych tomach. A czego dotyczą zagadki, zapytacie? (Prawda że zapytacie? Nie mówcie, że wszyscy już to czytaliście przede mną.)

W pierwszym tomie mężczyzna, który zatrzymał się w małym miasteczku, i którego najwyraźniej nikt z mieszkańców nie znał, zostaje znaleziony martwy w tytułowym pubie. Nie jest to pierwsze morderstwo tego typu i niestety nie ostatnie, jednak ofiar wydaje się nic nie łączyć, a mieszkańcom miasteczka motywu brak...

W tomie drugim ofiarą jest młoda kobieta, zadźgana w ciemnym zaułku (tak! w pobliżu pubu!). Kobieta jest postacią bardzo tajemniczą a jej tożsamość wydaje się niemożliwa do ustalenia. Czy jest tym, za kogo się podawała? I kto mógł skorzystać na jej śmierci? Jaką tajemnicę kryje szacowna arystokratyczna rodzina miejscowych bogaczy?

W tomie czwartym (trzeciego, "Pod Anodynowym Naszyjnikiem", jeszcze nie dostałam) do Stratford, miasta Szekspira, przybywa niewielka grupa amerykańskich turystów na ekskluzywnej wycieczce. Jeden z nich, mały chłopiec, znika bez śladu, a kolejna uczestniczka ginie zamordowana (dla odmiany zostawiając za sobą mnóstwo śladów, w krwistym kolorze). Gdy Richard Jury stara się znaleźć powiązanie między tymi faktami, okazuje się, że morderca nie zamierza poprzestać na jednej ofierze. 

Podsumowując: porządne kryminały, z intrygującymi zagadkami, które trzymały mnie w napięciu do końca, z cudowną atmosferą tajemnicy z przeszłości  i angielskim klimatem. "Pod Zawianym Kaczorem" jest określana w recenzjach jako bardzo słaba, ale szczerze mówiąc, ja tego nie zauważyłam. Rzeczywiście, ze względu na liczny udział Amerykanów (których to zresztą swoich rodaków Autorka sportretowała bardzo ironicznie) kuleje nieco ta właśnie angielskość, niemniej przeczytałam ją z równym zainteresowaniem, co pozostałe. Pozostaje mi tylko polować na tom trzeci oraz żałować, że tak niewiele ukazało się w Polsce z tak obfitej serii o inspektorze Jurym.


9 października 2010

Bon apetit!

Julia Child, Alex Prud'homme*
Moje życie we Francji
tłum. Anna Sak
Wydawnictwo Literackie
Kraków, 2010

Przepis:
Weźcie jedną nadzwyczajnej postury Amerykankę. Wymieszajcie z zapałem do życia, energią i pasją. Dorzućcie jednego gorąco kochanego męża. Całość przelejcie do Francji i zostawcie tam na wiele lat, aż dobrze nasiąknie. Aha, jeszcze mocno doprawcie wyrafinowaną francuską kuchnią. I voila! Potrawa gotowa, pozostaje życzyć wam bon apetit!

Urzekła mnie ta książka niezwykle. Jako przeciętna Polka, nie słyszałam o Julii Child, dopóki w kinie nie pojawił się film Julie and Julia. Postać grana przez Meryl Streep była tak cudowna, ze zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Potem poznałam książkę-pierwowzór, która bardzo mi się spodobała, ale zabrakło mi tam pełnokrwistej Julii Child, bo pojawiała się tylko w głowie bohaterki. Jak tylko zobaczyłam więc, że wydano wspomnienia samej Julii, poczułam że już są moje :) 


No i wsiąkłam. Chociaż nie jestem fanką kuchni francuskiej, a jako wegetarianka i fanka zdrowego żywienia 90% serwowanych dań, mocno mięsnych i śmietanowo-maślanych, nie wzięłabym do ust, to Julia opisuje je z taką pasją, że nie można się oderwać. Jaką nieprawdopodobną wewnętrzną siłę musiała mieć ta kobieta - przeniosła w końcu taką górę, jaką było namieszanie w głowach Amerykanów, dla których wyrażenie "wyrafinowana kuchnia" oznaczało dotąd otwarcie puszki Campbella.
Posłuchajcie tego: "Wciąż jeszcze tyle było do nauczenia i zrobienia - artykuły i książki do napisania, może jeden czy dwa programy w telewizji do zrealizowania. Chciałam nauczyć się łowić homary w Maine, odwiedzić rzeźnię w Chicago, uczyć dzieciaki gotować. (...) Krótko mówiąc, apetyt wcale mi się nie zmniejszył." Fragment dotyczy okresu, kiedy Julia miała 80 lat... Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że ja tez wtedy taka będę.


*Alex Prud'homme, który pomógł Julii spisać jej wspomnienia, to cioteczny wnuk jej męża, Paula.

8 października 2010

Jeśli nie zmienisz kierunku, możesz skończyć tam, gdzie zmierzasz

 Śmietnik należy opróżniać...  I to dosłownie... zbyteczne szmaty, stare buty, nieużywane garnki wczorajsze ubranka, nieotwierane książki, pożółkłe zeszyty, niedojedzone resztki, niedopite herbatki, niepotrzebne przekonania, ukryte wartości, stare instalacje gazowe, wodne i myślowe, stare związki, męczące relacje, truchełka myszy, zeszłoroczne kalendarze, zardzewiałe śrubki... Może innym się przydadzą, jeśli nie, niech powrócą do gleby i na powrót staną się pierwiastkami. Nic dziwnego, że jesteś czasami zmęczony, ale nie samym sobą (...) nie natłokiem wydarzeń i tymi dniami, które przynoszą "raczej pecha i deszcz", lecz raczej dźwiganiem tego wora z klamotami przeszłości.
 
Maciej Bennewicz
Coaching,
czyli restauracja osobowości
G+J Gruner + Jahr Polska
Warszawa 2008

Dobra książka dla tych, którzy czują, że mają problemy ze swoim życiem, nie potrafią ogarnąć tego, co dookoła ani do końca zdefiniować samych siebie. Mnie pomogła się odnaleźć i przeczytam ją pewnie jeszcze nie raz. Nie jest to hurraoptymistyczny poradnik z gatunku "uśmiechnij się i wszystko się uda", który można "machnąć" przed snem, żeby poczuć się lepiej. Wskazany raczej dla tych, którzy rzeczywiście chcą wprowadzić zmiany. Czytałam ją długo, nie tylko ze względu na brak czasu, ale też dlatego, że każdy rozdział daje mnóstwo tematów do przemyśleń. Treść nie jest prosta, niektóre zagadnienia wymagają dłuższej analizy, ale Autor zrobił wszystko, by forma była jak najbardziej przyjazna czytelnikowi. Książka ma postać korespondencji pomiędzy Autorem-coachem, a kilkoma jego klientami (nie wiem, czy są to rzeczywiste przypadki, czy raczej modelowe, ale reprezentują różne postawy życiowe i całkiem różne problemy). Zawiera przesyłane im coachingowe teksty oraz ćwiczenia, a także przemyślenia i wnioski Autora na temat otrzymanych odpowiedzi. Trzeba przyznać, że poruszone kwestie pozwalają zobaczyć stosunki międzyludzkie w zupełnie nowej perspektywie.
Wszystkim gotowym na zmiany w swoim życiu - polecam.

Życie wielu osób, z którymi pracowałem, zbudowane jest jak kolej. Istnieją tory, które ułożono z przekonań, wzorców i nawyków, oparte na ukrytych często wartościach, które tkwią pod spodem jak podkłady pod szynami zasypane żwirem. Tory umożliwiają ruch pociągu (...). Przystanki, perony są z góry dane, bezdyskusyjne, na początku obowiązkowe. (...) Szkoła podstawowa, gimnazjum, szkoła średnia, matura, studia, stypendium, praca, małżeństwo, urodzenie dziecka, awans, zakup domu lub mieszkania na kredyt itd. - nadają rytm, ruch od stacji do stacji. A przecież jest jeszcze kandydowanie, licencja, obrona pracy, ubieganie się, nominacja, desygnowanie, piastowanie, kadencja, urzędowanie i wiele innych form aktywności na poszczególnych, przewidywalnych, zaszczytnych przystankach. Oczywiście istnieją warianty tej trasy, różne obciążenia, a nawet ślepe tory, jednak po to jest system, żeby przywracać ruch, żeby dawać prostą, bezdyskusyjną alternatywę bez alternatywy, bo cóż nią miałoby być. Bezbożny indywidualizm, który podsyca wiarę we wszechmoc człowieka, w jego możliwości, odpowiedzialność, rozwój, gdy tymczasem poza torami i nasypem nie ma nic? 

O Autorze (notka z okładki):

Maciej Bennewicz - z wykształcenia socjolog. Założyciel i wykładowca Norman Benett Academy. Master Coach NBA i ICC. Twórca metody Quantum Brainpower Coaching w Polskiej Szkole Coachów przy NBA. Dyrektor ds Rozwoju  w Norman Benett Group. Na co dzień prowadzi coachingi indywidualne i grupowe, projektuje i prowadzi szkolenia m.in. z Umiejętności Menedżerskich, Twórczości i Kreatywności. W wolnych chwilach maluje i rzeźbi. Wielki przyjaciel zwierząt, kocha koty.


PS. Tytuł posta to tłumaczenie hasła zamieszczonego na zakładce z bookdepository.com. Doskonale pasuje.
PS. 2. Wszystkie cytaty z książki M. Bennewicza "Coaching, czyli restauracja osobowości". 

4 października 2010

Chodź, opowiem ci bajeczkę

Jest wiele fenomenalnych książek, może nawet zbyt wiele, bo nie wszystkie uda mi się poznać. Na mojej półce czeka ponad 50 pozycji, które bardzo chcę przeczytać, najlepiej wszystkie naraz. A co ja robię? A ja Wam znowu recenzuję film :) Ale co to za film!

The Fall
reż. Tarsem Singh
USA, 2006

Zanim obejrzałam The Fall, znałam zwiastun niemal na pamięć, tyle razy odtwarzałam go na youtube. Trafiłam na niego przypadkiem, wcześniej o tym filmie wcale nie słyszałam, nie mam pojęcia czemu, bo zapiera dech. Zdaje się, że w ogóle nie wszedł do kin w Polsce. Tak chciałam go obejrzeć, że... aż się bałam - że może mi się nie spodobać, przy tak nakręconych oczekiwaniach.



Pewnego razu, a dokładniej w latach 20. XX w., w Los Angeles, był sobie szpital. W szpitalu leżał młody mężczyzna, Roy, dręczony przez wspomnienia i lekarską diagnozę. 

Pewnego razu Roya odwiedziła inna pacjentka szpitala, Aleksandria, mała dziewczynka ze złamaną ręką. Mężczyzna zaczął opowiadać jej bajkową historię - dla zabicia czasu, a może i nie tylko dlatego.

Pewnego razu na bezludną wyspę zesłano pięciu mężczyzn: byłego niewolnika, Hindusa, specjalistę od wybuchów, angielskiego badacza Karola Darwina i Zamaskowanego Bandytę. Łączyło ich tylko jedno - nienawiść do Gubernatora Odiousa. Gotowi byli przemierzyć morza i lądy by go zabić.


Lubicie, jak Wam ktoś opowiada bajki? Więc posłuchajcie. O tym, co wspólnego ma Roy z Zamaskowanym Bandytą, Odious z pewnym sławnym aktorem, a siostra Evelyn z narzeczoną Gubernatora, kim jest mistyk z ptakami w brzuchu, co to jest Americana Exotica, kto podąża czerwonym rydwanem przez pustynię i czy zamachowcom powiedzie się ich cel. Chcecie wiedzieć? Obejrzyjcie!

Film jest zachwycający pod względem wizualnym. Ujęcia oszałamiające - bardzo żałuję, że nie udało mi się go zobaczyć w kinie, bo każde zdjęcie jest piękne jak obraz mistrza. Mimo że można się przyczepić do pewnych fabularnych niedociągnięć (słabo umotywowany wątek depresji Roya, przydałaby się jakaś mroczniejsza tajemnica), jest to jedna z piękniejszych opowieści o potędze wyobraźni, jakie widziałam*. Odbiór opowieści przez żywy dziecięcy umysł sprawia, że świat realny miesza się z fikcją, granice rozpływają, aż oba zlewają się w jedną wybuchową całość.


Główna bohaterka została zagrana nieprawdopodobnie, wśród wszystkich naturalnych dzieci w amerykańskim kinie Catinca Untaru zdecydowanie zajmuje pierwsze miejsce na podium, aż nie do uwierzenia, że jej talent nie został wykorzystany w innych filmach.

Podsumowując - zobaczcie koniecznie :)

* Niekwestionowaną palmę pierwszeństwa dzierżą tu ex aequo Labirynt Fauna i Imaginarium of Doctor Parnassus, pospołu zresztą z innymi dziełami Terry'ego Giliama.

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...